List nauczycielki

OnaPoLeonie
OnaPoLeonie
14 października 2017
Fot. iStock / alexeyrumyantsev
Fot. iStock / alexeyrumyantsev
 

Kochany Uczniu, drogi Rodzicu, szanowny Kuratorze Oświaty.

Na wstępie pozdrawiam Was serdecznie. Tęsknię za Wami, naprawdę, zupełnie inaczej się Was postrzega z perspektywy przewijaka i nosidła manduca.

Zupełnie inaczej postrzega się i pojmuje również sens swojego wysiłku, wkładanego w trud nauczenia Was, Waszych pociech, Waszych podopiecznych.

Dlatego przepraszam Was, kochani, za to, że czasem nie zaspokajałam wszystkich Waszych potrzeb. Nie umiem tego zrobić w dwudziestoosobowej grupie.

Za to, że niektóre ćwiczenia wydawały Wam się nudne, bezsensowne, za długie, za krótkie, za trudne, za proste. Każdy z Was lubi co innego.

Za to, że zadania domowe były zbyt pracochłonne, za mało pracochłonne, za banalne, zbyt skomplikowane. Każdy z nas popełnia błędy.

Za to, że czasem  traciłam cierpliwość. Jestem tylko człowiekiem. Z wymaganiami z góry, z górki i z boku. Z chęcią zainteresowania tych mniej zaangażowanych i z potrzebą rozwoju tych chętniejszych. Z testami, które stają się nagle ważniejsze niż wiedza faktyczna i zainteresowanie. Ze swoją gonitwą myśli, swoimi troskami, utrapieniami bliskich.

Za to, że czasem nie było mnie w pracy. Dzieci chorują, to normalne, każdy z nas się z tym zmierzył. Moje dzieci także. Moje własne, w bólach urodzone i piersią wykarmione . Któż miał się nimi zająć?

Za to, że nie zawsze dawałam z siebie wszystko. Miewałam gorsze dni, ból brzucha, ból głowy, poronienie, strata bliskiej osoby. Nie zawsze było z wiatrem.

Nie jest łatwo być dziś nauczycielem. Oczekiwania wokół są wielkie, ale (co najgorsze) różne w zależności od punktu siedzenia. System nie ułatwia, media psioczą, gazety plotą bzdury. A jednak są wśród nas perełki.

Dbajcie o nie. Bez nich ta nasza polska szkoła nie ma sensu.

Pozdrawiam Was wszystkich serdecznie. Bądźcie dla siebie dobrzy. I wyrozumiali. Wszyscy jesteśmy jeno ludźmi.

onapoleonie (nauczycielka na skraju wypalenia)


październik

OnaPoLeonie
OnaPoLeonie
31 października 2017
12197484_1669796346597279_2117856537_o
 

 

Zimno. Ciemno. Mgliście. Dziesiątki kartkówek, sprawdzianów i testów Starszaków, turniej gam pełen niepowodzeń, popisy w niedalekiej przyszłości, smutek, wkurw, kolejki do lekarzy i wykorzystane limity NFZ do końca roku, słowem – fucktober.

Wtem!

jesien

Spotykam Magdę. Zauroczoną, rozświetloną, uśmiechniętą łagodnie, tak inną od mijanych na co dzień ludzi. I Ona mi mówi, że to dlatego, że to Jej czas, Jej pora roku, Jej miesiące.

– Naucz mnie – proszę – jak nie polubić, to chociaż zaakceptować ten cholerny mordor zza okna.

W zasadzie każdy jej argument mogłam obalić swoim, przemyślanym przez lata, wypielęgnowanym głęboką nienawiścią, wypolerowanym nabytym pesymizmem, ozdobionym paskudnym charakterem i przystrojonym peemesem. Że zapach liści (chyba psich gówien). Że piękne pejzaże (chyba w kalendarzu z biedronki). Że ludzie są bliżej (chyba kaloryfera). I tak dalej.

A następnie rozszczelniłam te dwie szare komórki dryfujące w mym niewąskim łbie i pomyślałam, że wóz albo przewóz. Albo w istocie pogodzę się z jesienią, albo przez osiem miesięcy w roku (sierpień zwiastuje już klęskę) będę ubolewać, lamentować, narzekać, psuć humor sobie i, niczym wrzód na dupie, stanę się tematem tabu dla wszystkich wokół, którego ani wycisnąć, ani zaakceptować, a już na pewno nie polubić.

I po co mi to.

Zaczęłam słuchać Magdy bez waty w uszach i kontrargumentów w rękawie. Też lubię herbatę z cytryną. Też uwielbiam czytać pod kocem. Uwielbiam śliwki. I zapach cytrusów. I świeczki tu i ówdzie. Spokojny jazz sączący się w tle. Ciepłe swetry z przydługimi rękawami. Gry planszowe na środku dywanu. I góry jesienią są najcudowniejsze. Da się? Można!

I gdy już słońce zaczęło mi rozświetlać czarnych myśli krajobrazy, Melon dostał gorączki i wszystko trafił szlag!

 


do gimnazjum

OnaPoLeonie
OnaPoLeonie
12 października 2017
pozytywnaperspektywa.pl

pozytywna-perspektywa.pl

Melon jest bezwzględnym miłośnikiem biustu. Mojego, póki co, ale nie wiadomo w którą stronę oraz z jaką siłą miłość ta będzie się rozwijać. Skoro więc uwielbia, skoro i ja nie mam jeszcze nic przeciwko temu, karmię go piersią. Zaczynam dziś piętnasty miesiąc.

Moja rodzina przywykła. Przyjaciele i bliscy znajomi też. Ciągle jednak napotykam ludzi, choć nie karmię Melona ostentacyjnie, ten chłop je już w zasadzie wszystko ze szczególnym uwzględnieniem ogórków kiszonych, marchwi gotowanej i owsianki z pestkami dyni, którzy nie hamują słów krytyki.

Taki na przykład mój ginekolog ze zdziwienia uniósł brew tak wysoko, że zapewne dosięgłaby płatu potylicznego, gdyby nie niewątła koafiura. Nie pałał entuzjazmem, ale, powiedzmy, moje przedłużające się odcinanie pępowiny uznał póki co za nieszkodliwe dziwactwo.

A pani w poczekalni pediatrycznej niemalże spadła z niewiarygodnie wygodnego krzesełka, żeby mi w dekolt zajrzeć i soczystym cmoknięciem oraz zamaszystym machnięciem głowy (że też jej z zawiasów nie wypadła) zasygnalizować niestosowność moich zachowań.

A ja lubię. Gdy zagląda mi w oczy. Gdy bawi się puklami. Gdy uśmiecha się i śmieje w głos nie puszczając mlekodajnego, ciepłego kawałka mojej skóry. Gdy z błogości przewraca oczami. Gdy czuję, jak uspokaja się jego oddech, a powieki stają się coraz cięższe (tak, ten moment lubię szczególnie).

Uspokaja mnie w mojej paranoi zachorowania na raka, zapewnia poczucie, że daję mojemu dziecku to, co najlepsze.

I wyposaża w taki rodzaj bliskości, którego się nie zapomina.

(a poza tym, owszem, jestem leniwa, nie lubię wstawać w nocy i mieszać, sterylizować w dzień i odmierzać)

I ponieważ Melon raczej nie będzie miał młodszego rodzeństwa, zamierzam karmić, aż mi się odechce (albo jemu). I nic nikomu do tego.


www.progressive.ua

у нас

here