9 życiowych lekcji, których udzielił nam Dalai Lama, a które zmienią twoje spojrzenie na świat

Hanna Szczygieł
Hanna Szczygieł
11 września 2016
Dalai Lama
Fot. iStock / straannick
 

Celem naszego życia jest to, aby być szczęśliwym.

Bo cóż innego po nas zostanie, jak nie szczęście, dobro, którego będziemy mogli nauczyć nowe pokolenie? Nieszczęśliwe życie i brak chęci do zmian na lepsze, to prawdziwe marnotrawstwo naszego życia.

Szczęście nie jest czymś, co przychodzi gotowe. Ono pochodzi z twoich własnych działań.

Bo nikt w życiu nie ma tzw. „farta”, nikt nie dostaje szczęścia w pakiecie, ani nie może go kupić. Możemy po nie sięgać. I tylko od nas zależy, czy z tej szansy skorzystamy.

Bądź miły, gdy tylko to możliwe. To zawsze jest możliwe.

Bo zawsze jest okazja, powód i czas. Świat i ludzie oddają nam to, co sami im dajemy. Złość i frustracja nie są warte uwagi – bo kogo naprawdę one ranią, komu utrudniają życie i odbierają szczęście? Na pewno nie obiektowi i powodowi naszych uczuć, tylko nam. Wszak to my je przeżywamy, nie ktoś inny.

9 życiowych lekcji, których udzielił nam Dalai Lama, a które zmienią twoje spojrzenie na świat

Fot. iStock / Jenny Bonner

Dobre samopoczucie rodzi się z działania, nie z modlitw o nie.

Bo bierność nigdy nie rodzi owoców. Jeśli czegoś nie zrobisz – żaden Bóg, ani los ci tego nie dadzą. To ty pracujesz na swoje życie. Jeśli wierzysz w swojego Boga, pracuj tak, by go nie zawieść.

Sen jest najlepszą medytacją.

Bo wtedy naprawdę jesteśmy sami dla siebie, bo we śnie nie okłamujemy siebie, bo każdy z nas to potrafi i tego potrzebuje. Choć czasem nawet sen nie przychodzi bez trudu.

Miłość i współczucie są podstawą, nie luksusem. Bez nich ludzkość nie przetrwa.

Nigdy. Te dwa uczucia dają całemu światu moc. Dają nadzieję na lepsze jutro, bez tego nie warto byłoby nic robić.

9 życiowych lekcji, których udzielił nam Dalai Lama, a które zmienią twoje spojrzenie na świat

Fot. iStock / Tobiator

W praktykowaniu tolerancji, wróg jest najlepszym nauczycielem.

Wyrozumiałość wobec przyjaciela nie wymaga bowiem od ciebie wysiłku.

Starzy przyjaciele odchodzą, a pojawiają się nowi przyjaciele. To tak jak z dniami. Stary dzień się kończy, a po nim nadchodzi nowy. Ważne jest, aby nadawac znaczenie: uznanym przyjaciółom, czy też ważnym dniom.

Bo to oni nas kształtują, każdy spotkany i ważny dla nas człowiek, każdy przeżyty dzień. Nie warto ich wymazywać, nawet w goryczy.

Kiedy twoim mistrzem jest ignoracja,  nie ma szans na pokój.

Bo nie ma w niej miejsca na empatię. To jak dążyć do pustki.


Na podstawie: , 


„Zdradzał mnie, kłamał przez rok. Dla innej kobiety przekreślił 20 lat naszego małżeństwa. Nie jestem w stanie tego zrozumieć”

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
11 września 2016
Zdradzał mnie, kłamał przez rok. Dla innej kobiety przekreślił 20 lat naszego małżeństwa
Fot. iStock / milos-kreckovic
 

20 lat małżeństwa, dwoje dzieci. Uwierzyłabyś, że można to wszystko tak po prostu zostawić? Odejść do innej kobiety, nie próbować walczyć?

Nie poznaję go. Nie znam faceta, z którym przeżyłam tyle lat. Jest dla mnie kimś obcym. On – zawsze uczciwy, dla którego rodzina była czymś najważniejszym, teraz ma to wszystko za nic?

Wiadomo, że bywało różnie. Że każdy długoletni związek przechodzi różne etapy. My mieliśmy za sobą poważny kryzys. Dziesięć lat temu wniosłam pozew o rozwód. Nie chciałam być przy facecie, który nic nie robi, który się nie rozwija, który za mną nie nadąża. Miałam poczucie, że zawsze jest pół kroku za mną, że tylko ciągnie mnie w dół, zamiast wspierać. Długo biłam się z myślami. Postawiłam wszystko na jedną kartę, ale to wtedy przyszedł moment, kiedy on poczuł, że może nas stracić. Otworzył szeroko swoje ramiona i tak się starał, tak dużo z siebie wtedy dał, tak bardzo chciał, żebyśmy byli razem. I przekonał mnie. Wycofałam pozew, zaczęliśmy powoli wszystko na nowo budować. Miałam poczucie, że w końcu zmierzamy w dobrym kierunku. Po jakimś czasie zaszłam w ciążę, urodziłam drugą córkę. Wszystkie obawy, lęki z przeszłości poszły w zapomnienie.

Małgorzatę i jej męża poznaliśmy jakieś dwa lata temu przez naszych przyjaciół. Wszyscy razem, rodzinnie, pojechaliśmy na wakacje. Kilka rodzin, dzieci, rozmowy Polaków do późnej nocy, a nawet wczesnego ranka. Paweł, mój mąż, mnie wtedy zaskakiwał. Siedział z nami, rozmawiał, on, który zazwyczaj pierwszy odmeldowywał się i szedł spać przy takich nasiadówach. Fajnie, że mu się chciało, że był wtedy ze mną. Tylko czy ze mną?

Ponad rok temu coś zaczęło się psuć

Po powrocie z wakacji był jakiś nieobecny. Jestem wyczulona. Pytałam: „Paweł, co się dzieje?”. Ale jego zdaniem nic się nie działo. Czasami słyszałam, że za dużo pracuję. Wiem, że tak jest, że jak się poświęcam jakiemuś projektowi to bez reszty. Wtedy ratowałam placówkę, która kiedyś mi pomogła, teraz ja chciałam pomóc im. Raz już zrezygnowałam z pracy po takich zarzutach, kiedy mój szef mnie wykańczał, co odbijało się na naszym związku. Wiem, że związek to nieustanna praca, to kompromisy, to w końcu rozmowa. A ja jedyne co słyszałam, że to moja praca źle wpłynęła na nas, że dziś odczuwam właśnie tego konsekwencje.

Paweł nie rozmawiał ze mną. Każde moje pytanie o to, czy coś jest nie tak, czy nie chce porozmawiać, zbywał. Mówił: „Wiesz, muszę sobie wszystko przemyśleć”. „Jakie wszystko?!?” – pytałam, ale brak było odpowiedzi.

Oddalaliśmy się od siebie. Czułam to. On jakiś nieobecny głową, seks rzadziej, i jakoś tak dziwnie. Czekałam. Mówił, że potrzebuje czasu, okej, dawałam mu ten czas.

Oczywiście nasze życie w międzyczasie toczyło się normalnym torem. Spotykaliśmy się ze znajomymi, zostaliśmy nawet raz zaproszeni przez Małgorzatę do nich na imprezę. Ja się spóźniłam, ale Paweł poszedł wcześniej sam. Kiedy przyjechałam, widziałam, że stoją na balkonie, długo nie wchodzili do środka.

Chciałam to ratować

Byłam zawsze blisko. Tuż obok, czekałam, kiedy on się przełamie, kiedy zechce w końcu szczerze porozmawiać. Kupił sobie motocykl. Spoko, fajnie. Cieszyłam się. Chciałam mu zrobić niespodziankę. Kupiłam nam wyjazd na weekend. Pożyczkę wzięłam, żeby od niego nie brać pieniędzy. „Paweł nie chciałbyś wyjechać gdzieś na weekend?”, spytałam pewnego wieczoru. Położyłam przed nim zaproszenie. Wpadł w szał, jak dowiedział się, że chciałabym, żebyśmy pojechali sami. „Ale jak?” – usłyszałam. „Ale co, nie chcesz jechać?” w odpowiedzi usłyszałam, że musi sprawdzić, czy mu pasuje, jak to daleko. „Przemyślimy to” – powiedział. Byłam rozczarowana, że nie zareagował jakoś tak entuzjastycznie.

Weź taty telefon

Poszedł położyć naszą młodszą córkę spać, a starsza chciała sprawdzić coś na telefonie. „Mój jest rozładowany, weź taty telefon”, powiedziałam. „Mamo, a co tata za SMS-y do ciebie pisze?”, spytała. „Jakie SMS-y?”. No „Śpij dobrze aniołku”. Kurcze mamo, to nie do ciebie, to do Gosi…”.

Jakby krew mi odpłynęła. Zmroziło mnie. Wszystkie elementy układanki nagle się złożyły… „Wyjdź i zamknij drzwi z drugiej strony” – tyle byłam w stanie mu powiedzieć, kiedy zszedł do nas na dół. Mówił, że tylko rozmawiają, że rozmawiają o dzieciach. „Co ty bredzisz? Przecież masz z kim rozmawiać, ja cały czas chcę z tobą rozmawiać. Dlaczego to ukrywasz? Masz wykasować jej numer telefonu”. Obiecał, że to zrobi, że skończy tę znajomość. Uwierzyłam… Czemu miałabym nie wierzyć?

Na weekend, na który mieliśmy pojechać we dwoje, pojechałam ze starszą córką.

Budujemy od nowa

Dla mnie to był jednak sygnał, że coś trzeba zmienić, że musimy o siebie zadbać nawzajem. Że za mało w naszym związku było ostatnio bliskości. Miałam poczucie, że budujemy coś od nowa, że nasz związek wszedł w nowy etap, że wymaga znowu dużo z naszej strony pracy, żeby pokonać kryzys i wejść na wyższy poziom, że w końcu oboje tego chcemy. Było we mnie jednak dużo obaw. Co kilka tygodni pytałam: „Masz z nią kontakt?”, zaprzeczał. Ale też cały czas był jak za szybą, nie mogłam do niego dotrzeć. Jak jesteś z kimś tyle lat, to przecież znasz go, nie wymyślasz sobie… Gdzieś w środku czułam niepokój…

„Kocham twojego tatę”

Od tamtego zdarzenia z SMS-ami minęło ponad pół roku. Byliśmy na wakacjach nad morzem. Paweł musiał wrócić do pracy na dwa dni. Zadzwonił, że ma dużo pracy, że nie wie jeszcze, kiedy do nas z powrotem dojedzie. Wieczorem nie odbierał telefonu. Dzwoniłam do starszej córki – do domu nie dotarł, od niej też nie odbierał. Ona, nastolatka, poprosiła znajomych o pomoc. Podjechali autem pod firmę. „Mamo, taty samochód tu stoi, ale w środku jest ciemno, widziałam tylko cienie dwóch osób”. Poprosiłam, żeby wracała do domu. A ona przeskoczyła przez płot, pukała w drzwi. Paweł wyszedł tłumacząc, że przysnął, że był tak zmęczony, że padł nad papierami. Zadzwonił od razu do mnie, a córka miała jechać do domu. Ona jednak została, schowała się. Kiedy oni wyszli  w dwójkę, pojechała za kobietą. To była Małgorzata, ta sama, która jeździła z nami na wakacje, która zapraszała nas na imprezy do siebie, z którą mój mąż miał zakończyć znajomość kilka miesięcy temu. „Kochanie, ale ja kocham twojego tatę, mamusia ci to wszystko wytłumaczy, to takie skomplikowane” – powiedziała mojej córce, gdy ta przed jej domem spytała: „Co ty robisz z moim tatą, czemu nam go zabierasz?”.

Powiedziała to mojej 17-letniej córce…  Zagrała va bank. Powiedziała to za niego i to mojej córce! Jakim trzeba być człowiekiem, żeby tak obciążyć dziecko? Tego nigdy jej nie wybaczę!

„Kochanie, ja to właśnie kończyłem”

Przyjechał jeszcze w nocy. Mówił, że spotkali się po to, żeby zakończyć ten romans? Okłamywał mnie. Udawał. A ja chciałam mu dać jeszcze szansę. Byłam w stanie mu to wszystko wybaczyć, bylebyśmy byli razem. Kocham go. Warto walczyć, każdy popełnia błędy.

Prawda jednak wyglądała inaczej. Okazało się, że zwierzył się naszej wspólnej przyjaciółce, że tamta kobieta, to jego druga połówka, że on chce ode mnie za rok odejść, jak nasza starsza córka zda maturę. Od niego usłyszałam, że naszym największym problemem jest to, że byliśmy tylko albo aż przyjaciółmi… „Wszystko można naprawić” – mówiłam mu. „Ale ja z niej nie rezygnuję” – powiedział.

Wyprowadził się do matki. Wrócił jednak do nas, bo nie był w stanie tam wytrzymać. Wrócił, ale tylko po to, żeby pomieszkać, żeby poczekać, aż jej dzieci się przyzwyczają do nowej sytuacji, bo ona zostawiła męża, wyprowadziła się  z dziećmi.

Teraz słyszę, że tylko ja się rzucam, że on jest spokojny, że o co mi właściwie chodzi. To on jest ofiarą, bo ja nie spełniłam jego oczekiwań, bo nagle okazało się, że za mało rzeczy robiliśmy wspólnie, że zbyt mało czasu razem spędzaliśmy. Pytam go, jaka mam być? Rok mnie zdradzał, kłamał patrząc mi prosto w oczy, a dzisiaj ma pretensje, że nie chcę mu gotować obiadu? Obiadu facetowi, który czeka, aż jego kochanka powie: „Kochanie, możesz się wprowadzać, dzieci to jakoś przeżyją”. Matko, czy ty to słyszysz? Jakim trzeba być człowiekiem będąc przekonanym, że było się w porządku pozostając oszustem, niszcząc życie najbliższym kiedyś osobom, zwłaszcza naszym dzieciom?

Nie znam tego faceta. On jest obrażony, że ja jestem dla niego niemiła. W końcu ktoś musi być winny tej sytuacji. A przecież winą on nie obarczy ani siebie, ani tamtej kobiety, ona dla niego rozbiła swoje małżeństwo, skrzywdziła drugiego człowieka. Tak, jak on skrzywdził nas.

Moje życie, to dzisiaj jakaś paranoja, jakby ktoś kręcił film, w którym niechcący dostałam angaż. Stoję w środku nic nie mogąc zrobić, wykonać jakiekolwiek ruchu. Mam ochotę płakać, krzyczeć i nienawidzić. Chciałabym już na nowo wszystko zacząć, budować siebie od początku, siebie samą – bez jego udziału.

Czy dzisiaj bym była w stanie jeszcze mu wybaczyć? Nie wiem… Nie wiem, jaką trzeba być kobietą, żeby rozwalać związek innej kobiecie…


Uważaj, bo się przewrócisz… Ranking najsmaczniejszych haseł naszych rodziców w satyrycznej pigułce

Michalina Grzesiak
Michalina Grzesiak
11 września 2016
Uważaj, bo się przewrócisz
Fot. iStock / coloroftime

Historia lubi się powtarzać. A już ta z pogranicza wychowania dzieci popełnia plagiat przy każdym pokoleniu. Ile irytujących szpilek wbijanych przez rodziców w nieletnie brzuchy w przeszłości odnalazło swoją drugą młodość  przy kolejnych dzieciach? I czy naprawdę warto zmieniać coś, co w odczuciu wielu urosło już do rangi tradycji – odpowiedzcie sobie na to pytanie sami na koniec.  Oto ranking  najsmaczniejszych haseł naszych rodziców w satyrycznej pigułce.

1. Uważaj, bo się przewrócisz!

Proszę Państwa – klasyk. Mawiała tak mama odprowadzając mnie do przedszkola, kiedy rytmicznie przeskakiwałam z nogi na nogę w polakierowanych kapciach, i gdy zupełnie nie brałam pod uwagę stanu nawierzchni i faktu, że do zdarcia maski jest bliżej niż dalej. Wędrująca płytka chodnikowa, ta sama co tak ładnie oddaje kałużę na czyste ubranie w deszczowy dzień, nie raz, nie dwa udowodniła, że matki wypadałoby posłuchać i że tak, beton jest niebezpieczny. Nie jestem w stanie oddać poziomu frustracji, która ogarniała moje nieletnie ciało, kiedy lądowałam nowymi jeansami na krawężniku, a palcem w dziurze, co to się na nich zrobiła,  mogłam wiercić niemalże pod udo. Na samą myśl, że znowu „gdera” wyrastało we mnie drzewo niezadowolenia – że wcale tak nie musi być, a tym starczym nawoływaniem jedynie przyciąga do mnie niebezpieczeństwo i złe koleje losu. Co matka moja bowiem mogła wiedzieć o podskakiwaniu. W lakierkach! No błagam. Później urodziłam dziecko i z częstotliwością zegarka pohukiwałam za latającymi w cały świat kitkami „tylko się nie wywróć!” przewracając oczy na lewą stronę zawsze, kiedy orientowałam się, że ja to naprawdę robię. Dobry Panie, ten żal w oczach, kiedy zdrapywałam ciało dwulatki z chodnika, przeszywał na wylot. Jakby chciała zawołać „SKĄD WIEDZIAŁAŚ?!”

Wiedziałam, fizyka nie zmieniła się od wielkiego wybuchu, a wystające chodniki od zawsze czyhały na zdrowe kolana. Punkt widzenia zależy absolutnie od punktu siedzenia,  a ja teraz rozsiadłam się w fotelu matki. Tak, gderam. Poczekamy jak pogderasz na własne. Istnieje też duże prawdopodobieństwo, że nauczona tym właśnie doświadczeniem nie lubię, kiedy mama podważa słuszność moich planów w dorosłości, czując w środku, że znowu będzie miała rację. Morał – punkt pierwszy nie przechodzi z poziomem zaawansowania wieku. Zmieniają się tylko formy zagrożenia. Sorry.

2. A co mnie inni interesują

Podium standardów rodzicielskich. Pamiętam jak dziś, kiedy błagałam o dodatkowe dwadzieścia minut na boisku w czasach letniej przerwy od szkoły, a najcięższy przytaczany argument zaczynał się „inni mogą”. Nic to, że „ci inni”, jak sobie teraz o nich myślę, to raczej średnie przypadki do naśladowania; brak jedynek w ósmej klasie, nos przestawiony na zachód w turniejach ulicznych i pierwsze dziecko zaraz po egzaminie gimnazjalnym. Moc przekazu była taka, że nie do końca rozumiałam dyskurs wychowawczy innych rodziców w stosunku do moich i czułam się totalnie pokrzywdzona w doborze opiekunów przez Pana Boga. Niby dlaczego ja nie mogę siedzieć na ławce pod blokiem o dwudziestej drugiej dwadzieścia, kiedy Mariola z paczką napoczętych mentoli debatuje z trzecim tego lata narzeczonym, o jakości obecnej antykoncepcji i długich terminach w polskiej służbie zdrowia. Doprawdy!

Dzieci moje kochane, już ostrzę język, a na końcu jego właśnie to hasło. Nic nie poradzę, że innych to ja mam, ale w głębokim poważaniu.

3. Nie pod moim dachem

Jasne, że nie. Wolnoć Tomku w swoim domku, a ten domek należy do mnie. Tekst, oprócz tego, że kultowy, nosi znamiona niesprawiedliwości. Podkreśla bowiem prawo własności rodzica do miejsca i lekko dyskredytuje dziecko, jako pełnoprawnego mieszkańca domu, natomiast nie da się ukryć, że świetnie kończy wątek wszelkich dyskusji na temat: a) posiadania chomika, żółwi wodnych, patyczaków, myszy, psów, kotów i innych, z którymi to finalnie i tak ty będziesz wychodzić na siku b) przyprowadzania chłopaka na noc, c) tapetowania pokoju papierkami po gumie ewentualnie plakatami idola, d) wyrzucania zużytych patyczków higienicznych do muszli, e) wyciskania tuby pasty do zębów jak wściekły goryl, który dopiero odkrywa, że kciuk i paluch są przeciwstawne. „- Nie pod moim dachem” to idealny wręcz wstęp do równie dobrego „ – jak się wyprowadzisz…” , albo „w swoim domu to możesz nawet nasrać na środku” Kwintesencja dorastania.

4. A nie mówiłam

Gwóźdź do trumny frustracji. Stolarski taki, trzydzieści minimetrów. Pospolite „a nie mówiłam” działa na wszystkich jak spirytus na otwarte złamanie, ale mimo to cieszy się nieposzlakowaną opinią w grupie najcięższych przytyków rodzicielskich. Znam to przecież, nic tak dobrze nie smakowało jak mamine „a nie mówiłam”, kiedy kupowałam modną kurtkę na zimę, co to nie zakrywała nerek, i skończyłam w środku stycznia, na przystanku autobusowym, modląc się o koc i termos z herbatą. Obok stała ona, w palcie po obcasy, czapką z lisa i szalem z futra alpaki. „Dlaczego zawsze ma rację” wrzeszczało we mnie od środka, ogrzewając lekko przewód pokarmowy. Później stałam się tą panią w przepastnej czapce i rozmasowywałam przetrącony palec u bosej stópki córki, która nijak nie chciała dać się namówić na buty w ogrodzie. „ A nie mówiłam córcia” ciężko przechodziło przez moje usta, ale najlepiej oddawało istotę sprawy.

Podejrzewam, że sloganów jak te można wymienić opasłe listy, ale za każdym razem, kiedy przytaczacie powyższe w ramach własnych batalii wychowawczych, zatrzymajcie się na chwilę i zostawcie pod nosem nostalgiczny uśmiech, wspominając tym samym własne przygody i rodziców. Życie kołem się toczy. Teraz wasza kolej!


Zobacz także

Nie daj się jesieni! Jak szybko polepszyć sobie samopoczucie

A gdyby tak rolę Scarlett O’Hara zagrał mężczyzna? Hollywoodzkie gwiazdy odgrywają kultową scenę z „Przeminęło z wiatrem”

Przytulić się do mamy i zasnąć… Historia jednego zdjęcia, trochę inna niż wszyscy myśleliśmy

там

steroid-pharm.com

У нашей организации важный web-сайт с информацией про Купить Вимакс pharmacy24.com.ua