A może do mnie w tym roku Wielkanoc nie przyjdzie? Wam też brakuje na nią czasu?

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
28 marca 2018
Fot. iStock/RgStudio
 

Jestem jakaś dziwna. No nijak w tym roku nie czuję Świąt. Przecież to już za pasem, a mnie zaskakują rozmowy o tym, jaką szynkę kupić, kto już umył okna i kto do kogo na obiad się wprasza lub zaprasza.

Jest środa, a ja marzę o weekendzie, który przecież nie będzie taki zwykły. Wpadła siora ustalić co i jak. „Stara, ja nawet nie czuję, że to już Wielkanoc”. Ona też nie. No to świetnie. Dzieciaki wpadły po szkole do domu krzycząc od progu: „Koniec tortur” i dotarło do mnie tym samym, że one już jutro do szkoły nie idą i będą snuć się po domu, zaglądać co chwilę do lodówki i co chwilę wyrzucać z siebie: „Mamoooo mogę coś obejrzeć”, „Mamooo, nudzę się”, „Mamoooo, co mam robić”, „Mamooo, a on mnie wkurza, bo mówi do mnie lama (sic!)”, a ja przecież w domu chciałam popracować. Na dwór ich nie wygonię, bo zimno jak piorun, komu by się chciało wychodzić dobrowolnie. No chyba, że przymuszę.

W sumie dobrze, że te dzieci jeszcze nieduże. Dyskusje o wielkanocnym zajączku zaraz jutro zaczną, po bazie i brzózki skoczą i w jajka ubiorą. Właśnie – ja pierdzielę – rozejrzałam się po domu. Na trzy dni wyciągać te wszystkie ozdoby świąteczne? Jajka, zające i baranki? A później zastanawiać się, kiedy przyjdzie czas, żeby je posprzątać. No nie chce mi się jak cholera.

O oknach już dawno nie myślę, bo i tak w sobotę ma lać, w niedzielę spaść śnieg (przynajmniej u mnie), więc słońce nawet leniwie nie zajrzy przez szyby. Bez znaczenia czy czyste. Umyję, jak w końcu zrobi się ciepło. Może.

No dziwnie mi jak cholera. Szynki piec mi się nie chce, nie mam jakiś wielkich wymagań jedzeniowych. Standard – żurek, sałatka, jajka, babka, pewnie sernik, chłopaki coś przebąkują o makowcu. To w końcu tylko dwa dni, dwa obiady, dwa śniadania. A zapomniałam, jeden obiad robi mama, więc tym bardziej nie ma co się spinać. Jak pogoda uniemożliwi spacer, to będziemy leżeć na podłodze i grać w planszówki. Nikt nie zmusi mnie do siedzenia ośmiu godzin przy stole. Za duża dziewczynka już na to jestem.

Patrzę na te kolejki w sklepach i się zastanawiam, jak wielkie rodziny mają ci ludzie, że zdążą zjeść wszystko, co kupują. To jest niesamowite. Narzekamy, że kasa, że znowu wydamy majątek i tak wydajemy w myśl polskiej zasady: postaw się a zastaw się. Nawet jak nie postawisz w domu, to wyjedziesz na jakiś wypas weekend, który kosztuje tyle, ile normalnie dziesięć dni wakacji.

Może to oznaka starości, że nie chce mi się Świąt? Że ich nie czuję, że irytują mnie te wszechobecne barany w sklepach, nachalne reklamy słodkości w kształcie jajek, które i tak są z kiepskiej jakości czekolady.

Chcę spokojnego weekendu. Chcę móc pobyć z dziećmi, polenić się, może trochę ponudzić, nie musieć nic robić, a tym bardziej stać pół dnia po garach, a drugie pół zastanawiać się, co zrobić z jedzeniem, które zostało. Bo każdy żołądek ma swoją pojemność. Posiedzieć, pośmiać się, pogadać. Spotkać się z przyjaciółmi. O właśnie, przyjaciółka przyjeżdża, umówiłyśmy się na drinka, dzieci pewnie piłkę pokopią. No chyba, że jednak sanki… (ironia!).

Myślę, że pędzimy na złamanie karku. Dopiero co Boże Narodzenie, ferie, narty, a ja już mam nastrajać się do kolejnych Świąt, kiedy już myślę o długim weekendzie maja i wakacjach? Nie nadążam. Mam poczucie, że świat zwariował, że nie mam kiedy się zatrzymać. Choćby na weekend. Jeden. Wolny. Leniwy. A jak już się zbliża, to się okazuje, że to właśnie wielkanocny czas. Eh. I w sobotę jajka będziemy malować.

Może to faktycznie kwestia pogody. Przedłużającego się zimna. Rok temu rozpoczynaliśmy czas grillowo – rolkowy, a teraz z tęsknotą zerkam na rower, na którym marznę jak diabli, ale jeżdżę. Takie moje prywatne zaklinanie wiosny.

Nic to, zostały jeszcze dwa dni. Może atmosfera nagle dopadnie mnie i poczuję (tak to oklepane) tę osławioną radość w sercu na myśl o Świętach. A może tym razem nie? Może dopiero polewając się w poniedziałek po całym domu wodą pomyślę, że Wielkanoc jest jednak w tym roku fajna. Lepiej późno niż później. Czego życzę wszystkim tym, co jakoś też nie potrafią się świątecznie nastroić i nadal gdzieś pędzą.


Golono, strzyżono, depilowano. W dupie z włosami pod pachami! Zdrowie psychiczne ważniejsze. Zapuszczamy?

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
6 kwietnia 2018
Następny

Nigdy nie zapuściłabym włosów pod pachami. No żaden diabeł, a nawet najlepszy zakład (chyba, że za dobrą kasę i na chwilę – nigdy nie mów nigdy), by mnie do tego nie zmusił. Zazdroszczę też kumpeli, która po laserowej depilacji szczyci się tym, że ubywa jej owłosienia. Normalnie zielenieję z zazdrości i mam nadzieję, że z tego powodu mi więcej włosów nie rośnie. Ale obiecałam sobie, że zbiorę kasę i chociaż bikini kiedyś laserem potraktuję, obowiązkowo przed latem.

Co to się z nami porobiło? Często rozmawiamy o wyższości maszynek nad depilatorami, kremów nad woskiem, itp. Znajoma ostatnio kupiła sobie nowy krem do depilacji. Posmarowała się tam i ówdzie, spokojnie odczekała, może zbyt długo i… W efekcie z zaplanowanej seks randki nic nie wyszło, bo się biedna tak poparzyła, że chodzić nie mogła. Wiecie gdzie, no nie? Nie muszę tłumaczyć szczegółowo mam nadzieję, wystarczy, że ona mi wytłumaczyła.

Pamiętam, miałam kiedyś szefową, która nie goliła nóg. Długie miała te włosy, że hej. Do tego nosiła spódniczki i czarne rajstopy. Przez jakiś czas nie mogłam oderwać oczu od tych nóg, ale później się przyzwyczaiłam i nie robiło to na mnie żadnego wrażenia. Zresztą, kiedyś znajomy kolega powiedział, że żona nie chciała z nim iść do łóżka, bo miała nieogolone nogi. Wyśmiał ją, bo to jest coś, na co w trakcie seksu kompletnie nie zwraca uwagi. Podobno nie tylko on… Za to inni znajomi zwierzali się kiedyś, że oni tylko na zupełnie gładko idą ze sobą do łóżka. I nie chodzi bynajmniej o nogi.

Dlaczego o tym piszę? Bo Instagram ostatnio poczęstował mnie zdjęciami dziewczyny (tu sobie możecie ją obejrzeć ) , która postanowiła się nie golić. Z dumą prezentuje owłosione pachy i nogi, a nawet zarost, który wychodzi jej na brzuch. Podobno zawsze miała problem ze zbyt bujnym owłosieniem. Pewnie to znacie, co niektóre. Zamiast z tym walczyć, postanowiła poddać się naturze. A niech rośnie. A co. Na zdrowie. W końcu tak zostałyśmy stworzone. Owłosione – na nogach, cipce i pod pachami. Jedne mniej, inne bardziej, a jednak.

Zaciekawiło mnie to. Zwłaszcza komentarze. Bo skoro dziewczyna chce i tak czuje się szczęśliwa, proszę bardzo. Nic mi do tego. A jeszcze jej przyklasnę, że jeśli to nie jest sztuczna prowokacja, to gratuluję naprawdę ogromnej odwagi w byciu sobą bez żadnej ściemy.

Ale jak wiadomo – komentarze różne, że fuj, że ble, że jak tak może i pewnie jeszcze co na to jej mąż, jeśli w ogóle taka owłosiona go ma. Jakby faceci najpierw sprawdzali czy jesteśmy ogolone i na tej podstawie decydowali czy chcą z nami być. No sorry, przegięcie.

strona 1 z 2
druga część artykułu na następnej stronie

 

„Matki. Pozwólcie dzieciom tworzyć baranki z żonkilami w dupie, kurczaczki w osranych skorupkach”

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
23 marca 2018
Fot. iStock / mgorthand

Moją największą traumą były zawsze prace techniczne i plastyczne. Serio. Dwie lewe ręce to mało powiedziane, chyba w tym jedna bez trzech palców, bo nigdy nic mi nie wychodziło, a rodzice gratulowali mi dobrych ocen w szkole tylko z tych przedmiotów. Wiedzieli, że przychodzą mi najtrudniej. Talent po matce. Bo jak mi kiedyś Jezuska pod choinką w zeszycie do religii narysowała, to nawet ksiądz się przestraszył. 

Ale skończyła się szkoła, a wraz z nią odeszły moje największe koszmary. Ku*wa zapomniałam tylko, że później to ma się dzieci. Cóż, te talent odziedziczyły – a jakże – po babci. Na szczęście na wszystkich dniach matek w przedszkolu bez problemu rozpoznawałam siebie na portretach, bo jako jedyna byłam naga i miałam… pępek. Nie wiem, co oni z tym pępkiem, ale to był znak rozpoznawczy, zakręcony jak ogon świnki. Taka karma.

A później się zaczęły – wspólne malowanie jaj, robienie kartek świątecznych, plakaty z okazji czegoś tam, makiety jakieś. Ja pie*dole, szkolny koszmar wrócił. Zwłaszcza, jak później oglądasz te wszystkie wymuskane prace, gdzie ręki dziecka nie widać, za to spełnienie ambicji rodzica jak najbardziej. Ja miałam w dupie. Serio. Dzieciaki robiły jak chciały. Ostatnio jak starszy karmnik dla ptaków zrobił, to taka dumna z niego byłam, jak oglądam go pośród wyheblowanych deseczek i pomalowanych daszków. U mojego widać było, że to jego praca. A jak młodszemu ucho od maski psa odpadło, czy to nie cudowne? I nigdy żaden z rodziców się nie zająknął, jak wychowawczyni na wywiadówce trąbiła: „Proszę pozwolić dzieciom się sprawdzić, nie robić prac za nich”. Ch*j. Jak grochem o ścianę. Matki uwalone od klejów, wełenek, szpilek i innych, później zapałkami w pracy powieki podtrzymywały, bo do piątej rano dziergały smacznie śpiącemu dziecku pracę do szkoły czy przedszkola.

No więc jak trafiłam na wpis jednej z matek, który tak blisko okazał się mojemu sercu, to nie mogłam go wam nie pokazać. Podpisuję się pod tym apelem dwoma lewymi rękami bez trzech palców i rękami moich dzieci, które utwierdzam w przekonaniu, że ich prace są piękne, bo zrobione przez nie samodzielnie!

 

„To matki matkom zgotowały ten los.

Kiedy na drzwiach przedszkola zawisł kawałek bristolu z wypisaną nań informacją, że do 16.03 dzieci mogą składać kartki wielkanocne na KONKURS, któren to rozstrzygnięty będzie w poniedziałkowy poranek, przyjęłam to ze spokojem. Jestem wszak matką- weteranką, przeżyłam przygotowania moich latorośli do niezliczonych odmian współzawodnictwa w świecie krasnali. Najbardziej hardkorowy był konkurs piosenki dziecięcej, gdy nagle okazało się, że tylko Małgośka śpiewała puszka-okruszka, reszta rodziców uznała bowiem, że „miłość miłość w Zakopanem, polewamy się szampanem, nanana” jest równie niewinna, jak dziewica Orleańska i opowiada o wyjeździe na ferie z rodziną, a „ja uwielbiam ją, ona tu jest i tańczy dla mnie” to współczesna historia miłości Dziadka do Orzechów i baletnicy. Także ten. Kartka świąteczna.
W sobotę wyjęłam z tajnej skrytki, jaką posiada każdy rodzic dzieci w wieku 5 wzwyż ( w której to skrytce jest zazwyczaj wszystko, tylko, klasycznie, nie to, co o 22 dziecko przekazuje, że potrzebne jest na jutro) wszelkiej maści arkusze pianek, filców, tekturek, piórek, rurek i innych przydasiów, posadziłam młodzież przy stole i zakrzyknęłam- róbta co chceta, byle zawierało jajko, kurczaka bądź inny element skojarzeniowy.
Radosna TFUrczość pięciolatki wyewoluowała w baranka, któremu z dupy wystają żonkile w fazie kwitnięcia. Podpisałyśmy dzieło inicjałem i zaniosłyśmy do przedszkola, gdzie powitały nas między innymi:
– naturalnej wielkości baranek zrobiony metodą quilingu, podpisany: Jaś, 4 lata, grupa Gwiazdek,
– ręcznie pleciony kosz wiklinowy 2 d z pełnym wyposażeniem wyszytym włóczką Zuzia, 5 lat, Słoneczka,
– wydzierganą szydełkiem białą serwetkę z zadziornie różowym napisem „Alleluja”- Kasia, Planetki, lat 3.
No kurfa.

Ja, oczywiście, nie odmawiam dzieciom talentu. Może rodzice powyższych progenitur zamiast gryzaków oswajali dziecięcia swe ze sztuką, rękodzielnictwem, eko-modą. Może zamiast wierszy Tuwima czytano takim brzdącom do poduszki dzieła klasyków greckich w oryginale. PRZYPUSZCZAM, ŻE WĄTPIĘ. Tym bardziej, że w szatni kiblujemy koło wspomnianej Zuzi, stąd wiem, że blondwłosy ten aniołek ma problem z założeniem kapci na prawidłową stopę i mimo że ma tylko dwie opcje, jest w stanie pomylić się pięć razy.

Matki. Pozwólcie dzieciom tworzyć baranki z żonkilami w dupie, kurczaczki w osranych skorupkach, zające z jednym oczkiem bardziej. Nie bądźcie jak mama Jasia, Zuzi, Kasi. Nie twórzcie klik Matek Współzawodniczących, Matek Cierpiętniczych, Matek Odpięciulatniewypiłamciepłejkawy. Matki, dajcie Matkom żyć!”

Amen!

 

Autorem wpisu jest: 


https://medicaments-24.com

botoxclub.com.ua

препарат дапоксетин цена