Auto w garażu, własne mieszkanie, a w lodówce… pasztet. Tak się żyje z kredytem w obcej walucie

Żaklina Kańczucka
Żaklina Kańczucka
1 marca 2016
Fot. iStock / prudkov
 

Własne mieszkanie lub dom, wygodne auto i wakacje, najlepiej za granicą. Pięknie się żyje, gdy żyje się wygodnie i na bogato. Gorzej gdy to, czym możemy się pochwalić, jest zdobyte w mniej  nobilitujący sposób niż pracą własnych rąk. Kredyt? Nic dziwnego, mało kogo stać na zakup dóbr “luksusowych”, czyli skromnego M2 z własnych oszczędności. Życie z kredytem? To już mniej radosne, ale przecież chciałaś, to masz!

– Kredyt mieszkaniowy? Nawet mi o nim nie przypominaj! – usłyszałam od  niej, ambitnej trzydziestolatki z niewielkiej miejscowości – Kredyt musiał być, choć wcale o nim nie marzyłam, ale wolę jeść pasztet, niż nabijać kabzę prywaciarzowi.

Ma niewielkie, ładne mieszkanie, ona sama ładna, zadbana, nikt by nie powiedział, że to małe marzenie o własnym kącie zniszczy jej życie. Miało być lekko i przyjemnie. Nie udało się.

Dobre złego początki

Razem z mężem wydreptali sobie kredyt we frankach szwajcarskich na swoje wymarzone 48 m2 w bloku. Szału nie było, ale w ich mieścinie na nic lepszego nie mogli liczyć. Podobnie jak z walutą – na złotówki za biedni, na franki jak znalazł, wzięli, bo nie mieli innej perspektywy. Mieszkanie kątem u rodziców nie wchodziło w rachubę, wynajem też kosztuje, chcieli płacić za własne miejsce na ziemi, choćby mieli jeść przez pół miesiąca chleb z pasztetem.

Życie bywa przewrotne, ich żarty z biedowania stały się rzeczywistością. Frank podrożał dwukrotnie, ich dochody się zmniejszyły – nieszczęścia chodzą parami – jeszcze przez chwilę próbowali żartować. Kiedy ona straciła pracę, i okazało się, że będą mieli dziecko, już trudniej było grać. Za wszelką cenę chcieli być wypłacalni dla banku, choć było cholernie trudno.

– Nikt nie wiedział o naszych problemach, nie chwaliliśmy się, bo niby czym? Ludzie potraktowaliby nas jak idiotów, którzy dali się naciągać na obcą walutę. Albo cwaniaczków, co chcieli się na plecach złotówkowiczów dorobić. A każdy mądry, kto nie był w naszej skórze – wzburza się ona.

Życie “na bogato”, gdy nikt nie widzi

Grudzień. Urodziny mojej siostry. Jak wiele innych rodzinnych spędów.
– Zastanawiałam się długo, czy jakoś się z tego nie wykręcić. Nie dlatego, że nie chciałam z nią spędzić czasu, świętować. Nie mieliśmy pieniędzy na przyzwoity prezent. A raczej musieliśmy wybierać czy wydamy te pieniądze na nią – czy na chleb. Wiem, że niby to nie to jest w życiu ważne, że by zrozumiała. Ale tak bardzo było mi wstyd, gdy wręczałam jej kartkę. W kopercie tylko kartka, bez pieniędzy. Siostra taktownie podziękowała, choć ledwie ukryła zdziwienie.

Po ostatnich urodzinach odechciało im się rodzinnych imprez. Wszyscy już byli, oni spóźnieni, zamiast ruszać auto spod bloku, poszli lekko spóźnieni piechotą. Mama zapytała, a czemu tak? „Bo zdrowiej, mamuś” – powiedziała Ona, i „taniej”- pomyślała gryząc się w język. Upiekła ciasto, z tego co było – smaczne, ale to tylko ciasto.  Nie pasowali tym razem do uroczystości. Wstyd i poczucie beznadziei, a wokół stołu plotki, ploteczki kto, gdzie był lub co nowego do domu kupił. I choć nikt nic nie wiedział i nie patrzył porozumiewawczo – oni czuli to z każdym brzdękiem talerzyka. Nie chcieli litości na pokaz. I do kompletu te pytania: „A wy co tacy milczący…?”.

Milczący? Bo czym się chwalić? Co było do sprzedania, puścili na aukcjach, zostawili jednak auto, bo on musi czymś dojeżdżać do pracy. Auto było, ale nie było na paliwo do niego, w ruch poszły karty kredytowe. Wstyd od rodziny pożyczać, krótko potem dwie kredytówki były wyczyszczone do zera.

Czyste karty, czyste konto w banku, pusta lodówka.

Aż się rzygać chciało na widok pasztetu i mortadeli przez pół miesiąca. W osiedlowym sklepie zakupy na kreskę, najczęściej chleb, pasztet i margaryna. – Jeszcze tylko dziś i jutro pani Kasiu, pojutrze wypłata, to oddam – tłumaczyła się opuszczając wzrok, bo wiedziała, że to nieprawda.  Dla dziecka na mleko – pożyczone, a żeby starczało na dłużej, czasem rozrabiała je bardziej niż powinna. Mała jeść musiała, oni też, ale zawsze pierwsze było dziecko. “Co dziś na obiad?” – Pytał on. “Zupa nic”- gorzko się śmiała. Życie “na bogato”.

Chciałaś, to masz, proste?

Na spacery pod rękę, na jej twarzy make-up, auto na parkingu, zazdrość sąsiadów. Bo mają coś swojego. Się powodzi, stać na kredyt, regularnie spłacają burżuje. Albo głupcy.

Nie czekała, aż córka skończy pół roku, znalazła pracę na czarno, bo jego pensja nie wystarczała. Bank odmówił wakacji kredytowych, miał do tego prawo, zabrakło innych możliwości. Pracują, auto na chodzie, ale w lodówce dalej światło i ten cholerny pasztet. Lepiej nie będzie, opieka nad córką kosztuje, podobnie jak ich marzenie o swoich 48 m2. Rozmyły się ich plany, żyją z dnia na dzień jak setki innych kredytowiczów.  Cholerne życie zakamuflowane pozorami dobrobytu.

Nie liczą nawet na obietnice przewalutowania ich frankowego przekleństwa z inicjatywy nowej władzy. Nie chodzą na pikiety, nie krzyczą głośno o pomoc, bo zwyczajnie im wstyd. Bo jak się przyznać, że dało się ogłupić bankowi? Miało być znośnie, trzydzieści lat pracy na własny kąt. Wahania kursu owszem, brali pod uwagę, ale jego podwojenie? Absolutnie nie. I nawet nie ma do końca komu wysypać żalu – Przecież nie braliśmy tego cholernego kredytu, żeby przeżreć i przepić go w rok. – ale w tej złości jest więcej smutku niż wrogości.

Chcieli żyć, pracować, zostawić coś dzieciom. Choć teraz ona mówi, że dziecku, swojej córce. Drugie dziecko? – Nie stać nas, a nikt o zdrowych zmysłach nie podejmie ryzyka ponownej utraty pracy. Nie oddam też mieszkania, żeby zdobyć pozorną wolność, bo jeszcze większą głupotą niż wzięcie tych przeklętych pieniędzy od banku, będzie teraz porzucenie lokum, które tak wielkim kosztem spłacaliśmy ostatnie lata.

To prosta i smutna filozofia – spłacaj za wszelką cenę albo zgiń jako przegrana. Nie licz na pomoc kogokolwiek, nie wyciągaj rąk, nie wypowiadaj tego głośno, bo oberwiesz kamieniem od tłumu. Chciałaś kredytu, to masz.

Podobnych historii napisanych „frankiem” jest w Polsce około 953 tysięcy. Mają bardzo różne zakończenia.


„Przecież to border, dziewczyno. To pat.”. O życiu z partnerem z Borderline

Małgorzata Horizon-school.ru
Małgorzata Horizon-school.ru
1 marca 2016
Fot. Picjumbo / >a href=”https://picjumbo.com/man-with-a-bouquet-of-roses/”target=”blank”>Victor Hanacek /
 

„Było tak: kocham cię, chcę z tobą żyć, jesteś najwspanialsza. A potem: żenuje mnie to, co robisz. Jesteś manipulantką. Nie wiem, co czuję, nie pytaj mnie, co będzie. I tak w kółko. Mój świat podzielił się na dwa: ten czas, gdy było spokojnie, czule, namiętnie, wyjątkowo, najlepiej, jak nigdy dotąd. I ten czas, gdy było najgorzej, awantury non stop, dewaluowanie mnie na każdym kroku, bez litości, bez granic, bez serca. Czasami mówiłam mu, że jest ich dwóch: Piękny i Bestia. Dwóch bez kontaktu ze sobą, dwa antagonizmy, dwie wykluczające się osobowości. A jednak. To niezwykłe, że można mieścić w sobie taką zmienność i taką sprzeczność. Pewna terapeutka powiedziała kiedyś, że oni żyją jak w westernie, obsadzają siebie i innych w dwóch rolach: dobrego i złego. Bo to rozszczepienie obrazu dotyczy także innych ludzi. Raz jesteś wspaniała, raz beznadziejna. Kocham cię, a za chwilę jestem tobą rozczarowany. Będziemy razem, nie będziemy. Chcę dziecka, nie chcę. Chcę ślubu, nienawidzę ślubów. Wiesz co jest najgorsze? Że za kazdym razem jest to bardzo autentyczne, bo oni wierzą tak samo w obie wizje. A kiedy pytam, dlaczego wciąż wszystko się zmienia, odpowiada, że życie takie jest. Jak karuzela.

Nie jest. Dzisiaj to wiem, ale wciąż za tym tęsknię. Udało mi się przerwać to piekło, sama nie wiem jak, bo potem nie wierzyłam już, że tym razem nie wrócę. Taki człowiek jest jak narkotyk, silnie uzależniający. Przez ciągłą huśtawkę wyostrza wszystkie doświadczenia. Jesteś ekstremalnie szczęśliwa i ekstremalnie cierpisz. I wciąż nie wiesz, co się zdarzy.

Pamiętam nasz wyjazd do Wenecji. Cudowny przedłużony majowy weekend. Tulił mnie do siebie, spacerowaliśmy uliczkami tego pięknego miasta, a on jak najlepszy przewodnik opowiadał mi o zabytkach, poetach, malarzach. To było jak film, a ja dostałam najlepszą główną rolę. W pewnym momencie obwiązał mi sznurkiem palec i powiedział, że jestem jego i że się ze mną ożeni (do dziś mam ten czerwony sznurek w pudełku z pamiątkami). Kochaliśmy się jak wariaci, a ja wierzyłam, że to jest miłość mojego życia, nagroda za trudne dzieciństwo, za nieprzespane noce, gdy rodzice pili, za wujka, który się do mnie dobierał, za nauczyciela fizyki, który mnie poniżał, za pierwszego chłopaka, który nie uszanował, za kilka lat pustki. Był moim wyczekanym marzeniem, ściskałam ten sznurek jak najcenniejszy dar.

Już w drodze na lotnisko zamilkł. Nie odzywał się do mnie, obrażony za jakąś błahostkę (wspomniałam coś o byłym chłopaku, który wysłał mi sms z prośbą o przepis na ciasto drożdżowe). Wyciągał mi wszystkie wady, oskarżał o nieuczciwość, mówił, że nie można mi ufać. Wspomniał o moich powalonych rodzicach, dziedzictwie patologii, która na mnie ciąży. I zniknął na tydzień. Byłam zrozpaczona, czułam się winna, bo trafiło na DDA czyli idealnie uderzał w moje słabe strony. Pisałam: „Przepraszam”. „Chyba niczego złego nie zrobiłam”. „Jeśli uważasz, że coś zrobiłam, daj znać”. „Porozmawiajmy proszę”. „Proszę”. Proszę. Proszę.

Prosiłam jeszcze nie raz. Wiesz, to takie uczucie, że chcesz przede wszystkim sprawiedliwości. Chcesz zrozumieć, bo przecież wiesz, że nie zrobiłaś niczego złego. On zrozumie. On się zmieni. Przecież człowiek jest z natury dobry. Potrzebuje mnie. Pomogę mu. Uratuję. Misja. Mówię ci, jaka ja czułam się święta wtedy. Do nieba bez pardonu bym poszła. Myślałam „Ludzie się mylą w stosunku do niego. Są zawistni. Zazdroszczą mu. Przecież on jest tylko zagubiony, a że bywa opryskliwy? Arogancki? Chamski? Nie radzi sobie z emocjami. Boi się.”.

Potem zabrał się za moich znajomych. Przyjaciółki oszołomki, stare, zgorzkniałe prukwy, które nastawiają mnie przeciwko. Lubił tylko moją matkę. Bo ona tak jak ja wciąż mu nadskakiwała. Kamil to, Kamil tamto. Był w centrum, a o to chodziło. Powoli ograniczał moje życie tylko do jego osoby, ale to też nie było takie oczywiste, bo nie chciał ze mną być blisko. Cztery lata błagałam, by się wprowadził, ale to już oznaczało zależność, zobowiązanie. Brrr, nienawidził tego. Jego życie to wolność i miłość, jedno i drugie chodzące swoimi ścieżkami, bez powiązań. „Nigdy nie zamkniesz mnie w klatce!” – krzyczał, gdy po tygodniu mieszkania u mnie, nie miał argumentu, by wrócić do siebie. Było nam dobrze, byłam wspaniała, ale bliskość parzy. Jego strach przed bliskością był porażający. Przyciąganie – odpychanie.

Nie miał zbyt wielu przyjaciół. Chyba nikogo. Bo kto by wytrzymał te ciągłe nieoczekiwane ataki? Bycie z nim to stała czujność, kiedy nadchodzi moment Bestii. A nawet pewność, że po dobrych dniach nadejdą złe. Za wszystko zapłacisz. Za każdą piękną chwilę, za pierścionek ze sznurka, za Wenecję, za każde kocham. To takie piekło w raju.

Gdy zaczęłam obojętnieć, wiesz to taka obojętność wynikająca ze zmęczenia. Byłam wykończona nim, tym związkiem, ciągłym lękiem, niepewnością. Wtedy on nagle się uaktywniał. Zrozumiałam ten mechanizm, gdy wyłączyłam telefon, a on dzwonił z piętnaście razy i wysyłał smsy, że tęskni, czy coś się stało, kocha, przeprasza. Gdy nauczyłam się nie odpowiadać, przyjeżdżał pod dom albo wysyłał kwiaty. Odrzucenie było jak magnes, jak kawałek kiełbasy dla wygłodniałego psa. Zamieniałam się w królową lodu, a to było takie nie moje. Grałam w tę grę, by dotknąć tej iluzji, że jest dobrze, że szaleje za mną, że zrobi wszystko, bym nie odeszła. Dla mnie to były te małe chwile triumfu, wzruszenie łapiące mnie za gardło, że jednak potrafi, umie, że kocha.

Zdradzał mnie kilkakrotnie. Najpierw kłamał i zaprzeczał, a potem gdy trzymałam wydruk maili, zamieniał się w ofiarę. Wracał jak siuch z glutami pod nosem, błagając o wybaczenie. Siedział na mojej wycieraczce w płaszczu i czapce nasuniętej na oczy. Jestem chujem, jestem nikim, zasługujesz na kogoś lepszego. Zrobię wszystko. Z czasem zaczęłam cieszyć się tymi zdradami, bo po nich był najlepszym człowiekiem na ziemi. Ja ratowniczka dostawałam złoty medal, a obchody mojej wspaniałości obchodziliśmy na jakiejś wyspie typu Rhodos. Po którymś razie powiedział „zróbmy sobie dziecko”, a ja uznałam, że to będzie gwóźdź do trumny. Nie będzie miał wyjścia, wszystko się ułoży. Jak nie dla mnie, to dla dziecka. Kochałam go bardzo i tak samo pragnęłam tego dziecka, jak się go bałam. Nie udało się. Poroniłam w drugim miesiącu, zaraz po tym, jak powiedział swoim rodzicom. Jego żałoba zabrała miejsce mojej. Ledwo stojąc na nogach, skakałam wokół niego, by pomóc mu sobie z tym poradzić.

Domyślasz się, że wypomniał mi to w którejś awanturze. „Co z ciebie za kobieta, jeśli nie płakałaś po swoim dziecku?!”. Nie płakałam? Ja nie płakałam?! Ja wyłam za tym dzieckiem, częścią jego, jedynym świadkiem tego związku, dowodem na miłość, nadzieją, ale przecież nigdy nie zapytał, jak się czuję. Nie dostałam od niego ani milimetra wsparcia.

Temat dziecka wyrósł jak mur między nami. Chyba coś we mnie umarło wtedy. Paradoks polega na tym, że to utracone dziecko zakamieniowało moje uczucia do niego, uratowało mnie. Zalałam się żalem. Czułam ból w każdej części siebie, za to, co mi zabrano. Za wszystko, czego mi nie dał. Za nic, w którym żyłam.

Nikt nie rozumiał, dlaczego nie odchodzę. Przyjaciele mówili, że powinnam się leczyć. Przypadkowi słuchacze, że to nie jest miłość, że on mnie tylko wykorzystuje. Nikt nie rozumie osoby z borderline, jeśli z nią nie żył kiedyś. To też jest miłość, ale chyba najtrudniejsza z możliwych. „Borderline” (zaburzenie osobowości na pograniczu) padło na pierwszym spotkaniu grupy wsparcia kobiet, na które poszłam. Ala, koleżanka z grupy, zaśmiała się szyderczo. „Przecież to border, dziewczyno. To pat”.

A więc zrozumiałam, że tak będzie zawsze. Moje życie z nim nigdy się nie zmieni. Będę latać na tej paralotni, aż mi łeb pęknie. Bo ja jestem za słaba, by nauczyć się tym sterować. Na pewno są kobiety, może mniej wrażliwe, delikatne, może nie dzieci alkoholików dławiące się własnym poczuciem winy – które to uniosą. Jakaś cześć mnie im zazdrości, bo ja za te momenty uniesień mogłabym w tym piekle zamieszkać. Może.

Pytasz, czy bym wróciła… Nie umiem odpowiedzieć ci na to pytanie niestety. To jest jak z uzależnieniem, chorym jest się do końca życia.”

Wysłuchała: Małgorzata Horizon-school.ru


O co tyle hałasu? 7 sytuacji, w których nie powinieneś mieć wyrzutów sumienia (nigdy)

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
1 marca 2016
Fot. iStock / Petar Chernaev

O byłą dziewczynę. O wyjście z kumplem. O nieodebrany telefon i nieprzeczytany SMS. O to, że kolacja nie smakowała. O zbyt długi czas spędzony w pracy i zbyt krótki w domu. O wszystko.

Mały, zgryźliwy i atakujące nasze sumienie wyrzut: zbyt częste narzędzie manipulacji używane prze naszych najbliższych. I nie oszukujmy się, przez nas samych też. Uwielbiamy wzbudzać u innych poczucie winy, pokazywać jak bardzo nas zranili i jak źle z tego powodu powinno im być. Następnym razem, zanim zaczniesz przepraszać i usprawiedliwiać się, pomyśl: może wcale nie ma powodu? Wcale nie musisz czuć się winny jeśli:

1. Nie spotkałeś się z przyjaciółmi, rodziną, znajomymi

Grzecznie choć stanowczo odmawiasz, bo potrzebujesz pobyć sam. Wielu z nas mimo zmęczenia, stara się w takich sytuacjach „nie zawieść innych. Jakim kosztem? Jeszcze większego zmęczenia i zyskania tytułu najbardziej nietowarzyskiego uczestnika spotkania. Masz prawo spędzić trochę czasu w samotności.

2. Powiedziałeś: „nie”

Wiesz dobrze, że to była słuszna decyzja, ale mimo to gryzą cię wyrzuty sumienia. Analizujesz sytuację kolejny raz i kolejny raz dochodzisz do wniosku, że miałeś rację. Skąd więc się bierze to męczące uczucie? Przykro ci, że zawiodłeś drugą osobę, ale pomyśl: postąpiłeś w zgodzie ze sobą.

3. Wyrzuciłeś kogoś ze swojego życia

Dodajmy od razu – kogoś, kto zdecydowanie ciągnął cię w dół. To mógł być przyjaciel, który tobą manipuluje, albo partner lub partnerka wiecznie pakujący cię w kłopoty. Czasem nawet członek rodziny. Są sytuacje, w których nie można się za siebie obejrzeć, trzeba iść dalej i zawalczyć o siebie.

4. Żyjesz po swojemu

Nie krzywdzisz nikogo, jesteś szczęśliwy. Być może zrezygnowałeś z posiadania rodziny, a może z wysokiego stanowiska w korporacji na rzecz małej, rodzinnej firmy. Wybrałeś inny kierunek studiów niż oczekiwali twoi rodzice. Nie daj się wpędzić w poczucie winy argumentem, że „ w naszej rodzinie jeszcze nigdy nikt tak nie robił”. Cóż, pionierzy zawsze mieli pod górkę.

5. Nie sprawdziłeś e-maila, nie przeczytałeś SMS-a, nie odebrałeś telefonu

Są jeszcze wśród nas wyjątki, którym telefon służy do dzwonienia i to w sytuacjach, kiedy naprawdę trzeba. Nie odebrałeś? Nie mogłeś, były ważniejsze sprawy. Oddzwonisz, gdy znajdziesz chwilę.

A ci, którzy ze swoimi smartfonami się nie rozstają, powinni pamiętać, że choć może myślą inaczej, nie powinni czuć się zobligowani do czytania wszystkich wyskakujących na ekranach powiadomień już, w tej chwili.

6. Zawiodłeś najbliższych, bo w sytuacji dotyczącej ciebie nie postąpiłeś tak, jak oczekiwali

Mistrzami w robieniu wyrzutów tego typu są rodzice. „Tyle dla ciebie poświęciłam, a ty teraz planujesz ślub zamiast dalej rozwijać swoją karierę?! (kiedy założenie rodziny może kolidować z rozwojem zawodowej ścieżki). Masz prawo budować swoje życie tak, by być szczęśliwym. Często innym wydaje się, że wiedzą co jest dla nas najlepsze. Jeśli masz głębokie przekonanie, że wybierasz dobrze, żyj konsekwentnie realizując swój plan i uwolnij się od poczucia winy. Najbliższym jesteś winien szacunek i miłość, ale nie swoje życie.

7. Masz inne poglądy: polityczne, religijne

Twoje doświadczenia, wiedza, którą zdobyłeś ukształtowały taki, a nie inny punkt widzenia. Zaczynasz inaczej niż bliska osoba postrzegać świat, zadajesz sobie pytania, kwestionujesz zasadność religii. Szukasz odpowiedzi. To twoja, bardzo osobista droga i również do niej masz prawo. Jeśli z tego powodu rodzi się między wami konflikt lub narastają napięcia, szukaj rozwiązania dotyczącego komunikacji z tą bliską osobą, ale nie rezygnuj ze swoich poglądów „dla świętego spokoju”

Życie w zgodzie ze sobą wymaga odwagi. Boimy się być postrzegani jako egoiści więc wolimy poświęcać: siebie, swoje marzenia, życiowe plany. Uwolnijcie się od niepotrzebnych wyrzutów sumienia. Inaczej stale będzie czegoś żałować, albo wiecznie gdybać o tym, co mogłoby się wydarzyć…


Zobacz także

Dojrzałość to rozsądek i rozwaga? Akurat!

Kobiety są słabe, ale matki są silne. W dniu, kiedy uciekałam, moja mama pozwoliła się zgwałcić, by ochronić mnie

Myślisz, że on już cię nigdy nie zdradzi? A może oszukujesz samą siebie?

женский возбудитель в каплях цена

http://pharmacy24.com.ua

www.bestseller.reviews