Bez smartfona w tle

Midoblog
Midoblog
24 listopada 2017
 

Uzależnienia. Ale nie takie zwyczajne, jak ja to mówię. Te, o których każdy mówi. Można być uzależnionym od alkoholu, słodyczy (i owszem), od zakupów, ale od urządzeń przenośnych? Dokładnie. Takie codzienne zerkanie, sprawdzanie, trzymanie w ręce, przeglądanie, chodzenie z telefonem wszędzie (nawet do ubikacji). Syndrom naszych czasów? To na pewno. Podobno, dopóki człowiek jest świadomy, że może to być uzależnieniem i dopóki zauważa, że robi to zbyt często, to jeszcze jest z nim w miarę dobrze. Podobno, ale nie jestem pewna, czy tak jest.

Na co dzień wystarczy mi zwykła szkolna przerwa, żeby zauważyć, jak bardzo jesteśmy pochłonięci przez smartfony. Wystarczy ten moment, tuż przed dzwonkiem, kiedy młodzi ludzie zaczynają szukać telefonu w swoim plecaku. A nikt inni, jak dorośli dajemy swoim je swoim dzieciom. Dla bezpieczeństwa – zapewne.

 

Wyjdźmy troszkę dalej

Restauracja. Ludzie wychodzą, żeby ze sobą pobyć, spędzić czas, dobrze zjeść, porozmawiać. Jak się okazuje, jak się temu bliżej przyjrzeć, to pobyć, spędzić, zjeść i owszem, ale pobyć obok a nie ze sobą. Często gęsto ich towarzyszem wspólnych obiadów, kolacji, lunchów jest smartfon. Zresztą wystarczy usiąść gdziekolwiek w dowolnej galerii i poobserwować. Zrobić w głowie ankietę. Zebrać przykładowa grupę badawcza (statystyka jednak się przydaje). Nie, nie trzeba nawet robić podziału na wiek, czy też płeć. Powoli wiek przestaje być wyznacznikiem częstotliwości korzystania z urządzeń przenośnych. Jak sądzicie, co możemy zaobserwować?

Matka i telefon

Najgorsze, że czasem sama się łapię z telefonem w ręce, kiedy Ann o coś pyta. Nie podnoszę wzroku znad ekranu. Odpowiadam „zaraz”, „poczekaj”. Całe szczęście, że jeszcze się orientuję, że coś jest nie tak. Ale bywają dni, kiedy nadmiar obowiązków, nerwów powodują, że smart-cokolwiek pozwala mi nie myśleć, skupić się na innych, poczytać jakieś bzdety, które niestety nic nie wnoszą w moje życie.

Ostatnio, nomen omen korzystając ze smartfona, znalazłam świetne zdjęcie.

Długo szukać nie musiałam (ta dzisiejsza niezawodność internetu). Wpisałam coś w stylu „zdjęcia z usuniętymi telefonami„. I voila. Okazało się, że to projekt amerykańskiego fotografa  „Removed”(usunięte). Powstał on  przypadkiem. Eric siedząc w kawiarni przyglądał się małżeństwu z dwiema córkami, które siedziało razem z telefonami, nie ze sobą. Tylko kobieta nie miała swojego telefonu. Patrzyła smutno w okno. Eric nie potrafił o tym zapomnieć. Zrozumiał, że widzi tą rodzinę wszędzie.  Ile razy spotykamy takie pary, jak często sami musimy uderzyć się z tego powodu w pierś i jak najgłębiej schować telefon do torebki. Eric stwierdził, że nawet we własnym łóżku widzi tą rodzinę, zasypiając obok swojej żony… czasem daleko nie trzeba szukać.

 

Ze sobą osobno

Każdy z nich ma swój świat. Mała przestrzeń wykreowana na tablecie, telefonie. Wszędzie mamy natychmiastowy dostęp (byle by tylko było wi-fi). Przepływ informacji jest zdumiewający. Dzięki temu, trzeba przyznać, powinniśmy mieć o wiele więcej czasu na wszystko. Ale to tylko złudzenie. Ten świat wciąga. Najpierw szukamy czegoś, co jest nam potrzebne, istotne, ważne… Często kończymy na głupotach. Żyjemy coraz częściej obok siebie. Nasze relacje polegają na wymianie informacji. A świat to nie internet. W nim potrzebne są emocje, które tak łatwo ukryć w telefonie. Emotikonki to nie to samo, co prawdziwy uśmiech, złość czy łzy. Spojrzymy i idziemy dalej.

Na co dzień coraz trudniej nawiązać nam szczere relacje. Mówimy, że nie mamy na to czasu… A może po prostu prawdziwych relacji coraz częściej się obawiamy…. Może wiemy, że stworzenie prawdziwej zażyłości nie jest takie łatwe.. Na pewno o wiele trudniejsze niż klikanie literek na klawiaturze, które układają się w zdania (chociaż nie zawsze poprawnie złożone).

 


Czego nauczyło mnie moje dziecko

Midoblog
Midoblog
26 listopada 2017
 

Sama sobie nie zadałabym takiego pytania. Dlaczego? sama nie wiem, może dlatego, że każdego dnia okazuje się, że jest coś czego jeszcze muszę się nauczyć. I to nie są przelewki.
Jednak do próby udzielenia odpowiedzi, chociaż częściowej, na to pytanie skłoniła mnie akcja ogłoszona przez Mutrynki. Na pierwszy rzut oka odpowiedź na to pytanie mogłaby być oczywista. Jednak po chwili namysłu… niekoniecznie. Poza tym, ująć odpowiedź tak, żeby nie wyszła na banał.

Tam gdzie wzrok nie sięga

Kiedy na świecie pojawiła się Ann, oczy o wiele szerzej mi się otworzyły. Moja perspektywa widzenia świata diametralnie się zmieniła – widzę więcej, szybciej wszystko zauważam. Okazuje się, że pole widzenia oka jakby się poszerzyło. Moje reakcje na daną sytuację są niemalże natychmiastowe – sekunda do sekundy. Po pewnym czasie zaczęłam po prostu działać odruchowo. Bez jakiegokolwiek wysiłku, nawet myślenia. Dla Ann poświęcałam noce i dni. Na pierwszym miejscu była (jest) ona. Potem długo, długo nic.

Z czasem nauczyłam się, że jej „najważniejszość” nie wyklucza pozostałych spraw w moim życiu, które też są ważne.

I to pierwsza i najważniejsza dla mnie kwestia. Ann stała się dla mnie środkiem mojego świata. Bezwarunkowo. Zrobiła to niemal bezszelestnie (jako dziecko naprawdę była spokojna i cicha). Rytm mojego dnia był jej rytmem, a może odwrotnie… Jednak z czasem nauczyłam mnie, że dookoła nadal istnieje świat. Kiedy ja będę szczęśliwa, ona tym bardziej. Kiedyś brzmiało dla mnie to jak banał. Dziś podpisuję się pod tym obiema rękami.

Poukładanie

Schematy. Tak od kiedy mam dziecko dokładnie rozumiem po co nam schematy. Nie trzeba się wcale gimnastykować. Kiedy ktoś ma utarte schematy, to nawet ich nie zauważa. A o wiele łatwiej wtedy wszystko ogarnąć. Nie mam tu na myśli nudy, rutyny, czy też monotonii. Po prostu, jak Ann była mała to starałam się wszystko poukładać – pory karmienia, odpowiednich posiłków, spania, kąpania. I one do dziś owocują. Kiedy na nią patrzę, kiedy widzę, jak sama sobie radzi, to wiem, że naprawdę warto było.

Dokładność

Pod każdym względem. Przy dziecku nie mam czasu na bylejakość. Począwszy od jej pierwszych dni życia. Nie ma możliwości, czego nie zrobię dziś zrobię jutro. Prędzej czy później to wypłynie, przyniesie ze sobą konkretne konsekwencje. Dokładność jest ważna w wykonywanych czynnościach oraz w formie przekazu. Ann jest już na tym etapie, że dokładnie słucha, co się do niej mówi. (szkoda, że nie zawsze chce to słyszeć) Więc trzeba uważać, bo za słówka też już łapie. Nie mam możliwości na byle jaką odpowiedź, od niechcenia. Szkoda na to czasu, bo wtedy zaczyna drążyć, dopytywać. Każdy przekaz powinien być precyzyjny. Wtedy on dokładnie wie, czego się od niej oczekuje.

Konsekwencja

Nierozerwalnie związana z dokładnością jest właśnie konsekwencja. Oj tak… Ja niestety należę do tych matek, którym ciężko ona przychodzi. Codziennie muszę nad nią pracować. Najpierw się nagadam, nagadam i jeszcze raz nagadam, a później… całkowita klapa. Okazuje się jednak, że jak jestem bardziej konsekwentna, wtedy nasza relacja staje się lepsza. Ann wie, na co może sobie pozwolić, a na co nie. I dokładnie rozumie, jakie się mogą z danym zachowaniem wiązać konsekwencje. Tak, już od dawna to pojmuje.

Nad tym myślę będę jeszcze bardzo długo pracować. Oby było coraz łatwiej, a nie coraz trudniej…

Szczerość

Nie twierdzę, że nagminnie kłamię. Naprawdę, staram się unikać kłamstw, bo nic z nich dobrego nigdy nie wynika. Jednak przy dziecku nie ma miejsca nawet na te najdrobniejsze oszustwa, do których konieczny byłby zapis wykładniczy. Zaliczam tu również nie mówienie do końca prawdy. Dzieci w ułamek sekundy wyczuwają fałsz. Nie ma więc miejsca na nieszczerość.
Prawdomówność wiąże się też z dokładnością przekazu – jak czegoś od Ann wymagam, jak czegoś ją uczę, to sama muszę się tego trzymać. Nie mam szans na późne jedzenie lodów czy podjadanie słodyczy. No tak ma rację. Tłumaczę jej wtedy, że jestem dorosła, ale z drugiej strony… Uczy się na moim przykładzie. Tak najlepiej. Dzięki niej, nauczyłam się, że warto przyznać się do błędu, przeprosić. Ann na tym etapie rozwoju docenia to. Rozumie i zapamiętuje. To owocuje w sytuacjach, kiedy sama przychodzi i przeprasza.

Nauka na co dzień

A przede wszystkim, uczy mnie każdego dnia walki z własnymi słabościami. Przy niej mam wrażenie, że o wiele dokładniej je widzę. Perfekcjonizm jest surrealistyczny. Nawet idealnie poukładany świat, to tylko pozory. Idealność niszczy. Każde plany można zmienić, a już na pewno te, które związane są ze spaniem Ann poza domem. Oj tak, tego się nauczyłam perfekcyjnie. Dziecko, dziwnym trafem, akurat wtedy dostaje gorączki i plany trafia szlag (za przeproszeniem). Nie raz wiele mnie to kosztuje, bo należę do tych, które planują wszystko z tygodniowym (co najmniej) wyprzedzeniem. Ann uczy mnie, że spontaniczność daje więcej radości niż zaplanowane działania. Uczy mnie, jak wyrzucić nerwy w kąt, odpuścić i po prostu odetchnąć. Uczy mnie, że nawet wtedy, kiedy wszystko idzie nie tak, można się uśmiechać. Cieszyć się z tego, co się ma. I chyba ponad wszystko uczy mnie, co jest w życiu ważne.

 


okiem mężczyzny

Midoblog
Midoblog
19 listopada 2017

Każdy, każda z nas dokładnie wie, jak bardzo różnią się od nas mężczyźni. Na co dzień, mamy niejednokrotnie wrażenie, że slogan „mężczyźni są z Marsa, a kobiety z Wenus” ma pokrycie w 100%. Ale czy rzeczywiście, aż tak bardzo różnimy się we wszystkim…? spójrzmy na to innym okiem, okiem mężczyzny…

Na ich głowę spadło w ostatnim czasie sporo. Najważniejszym wydarzeniem, jak pokazują minione dni, okazała się przeprowadzka. On do dziś nie rozumie, dlaczego to wszystko tak wygląda. A ona wciąż milczy, unika tematu.
Ale od początku.
Znają się… już sam nie pamięta od kiedy. Czasem odnosi wrażenie, że zna ją od zawsze, że nawet jak nie byli razem to ją już znał. Dziś wie o niej wszystko. To znaczy, tak myślał jeszcze do niedawna. Nie przypuszczałby nawet, że takie wydarzenia błahe, przyziemne, wyostrzą jej pewne cechy. Cechy, z którymi on nie potrafi sobie poradzić. Zaczyna nawet podejrzewać ją o najgorsze. Tak, nie dla wszystkich zdrada w związku jest najgorsza… ale dla niego jest. Patrzy na nią i wciąż nie rozumie. Przecież tworzą wspólne nowe mieszkanie…
Pamięta, jak kiedyś doradzał koleżance, że najgorsze kłótnie to te toczone o pieniądze. Nigdy ich za wiele, a zawsze zbyt mało. Myślał, że właśnie to ich dopadło. Jakby nie patrzeć, na samym początku sprzeczek, cichych dni właśnie o pieniądze chodziło. Ale teraz… o co właściwie chodzi?
Na co dzień widują się sporadycznie. Mijają się w drzwiach. Weekendami ona wciąż ma prace, projekty, spotkania, imprezy. Więc on żyje wtedy sam. A kiedy już są razem, nie potrafi udawać, że jest dobrze. Stara się podjąć rozmowę… Chciałby po prostu zrozumieć, wiedzieć… Niestety wtedy słyszy, że „wymyśla”, że „znów szuka problemów”, że „jej jest dobrze” i „właściwie o co mu chodzi”.

A co jeśli naprawdę wymyśla? Może ludzie właśnie tak żyją… kiedy mają mnóstwo spraw na głowie i gonią za pieniędzmi? Tak, pieniądze teraz są dla nich bardzo ważne, bo bardzo potrzebne, ale czy to naprawdę ma definiować ich relacje? Nigdy nie chciał tak żyć. Patrzył na pary obok i zawsze się cieszył, że ich to nie dotyczy…
Teraz zastanawia się kim dla niej jest. Dla kobiety, która zawsze była przede wszystkim jego przyjaciółką. Dziś nie potrafią ze sobą szczerze porozmawiać. na co dzień stara się zbyt dużo, zbyt często o tym nie myśleć. W weekendy go dopada. Tęskni za ciepłem i bliskością. Teraz już o tym milczy. Woli nie usłyszeć znów, że „wymyśla”. Przecież odczuć nie można wymyślać. Je się po prostu czuje.

Myśl, że jej się znudził, że znalazła sobie kogoś pojawiła się nagle. Zagłusza ją, jak tylko może. Coraz częściej na daremnie. Jednak, właśnie przez te myśli inaczej na nią patrzy. Te myśli doprowadziły go do momentu, w którym zaczął się zastanawiać, czy nie zapytać jej wprost. Chociaż jedyne, o co potrafiłby ją zapytać to czy chce z nim zamieszkać. Odpowiedź oznaczałaby jedno…


cialis-viagra.com.ua/vimaks/vimakss

http://www.farm-pump-ua.com

Узнайте про полезный web-сайт , он описывает в статьях про оксандролон купить https://ka4alka.com.ua/tabletirovannie/oxandrolone