„Botoks. W końcu się zdecydowałam. Na to moje czoło już patrzeć nie mogłam”. Jęknęłam z zazdrości. A może lepiej mieć w dupie starzenie się z godnością?

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
19 marca 2018
Fot. iStock/skynesher
 

Dzwoni do mnie przyjaciółka: „Ja pie*dole, co ja sobie zrobiłam!”. Myślę, jaki czort, co jej się znowu mogło przydarzyć, bo już chyba było wszystko. „Botoks. W końcu się zdecydowałam. Na to moje czoło już patrzeć nie mogłam”. Kiedy gadamy przez telefon, ona wysyła mi swoje najnowsze zdjęcia. K*rwa efekt powalający. Aż jęknęłam z zazdrości. Wygląda zajebiście, z osiem lat młodziej i to tym razem nie jest zasługa filtrów nałożonych na fotkę.

„Przyjeżdżaj” – mówię, bo to cudo muszę zobaczyć na żywo, inaczej nie uwierzę. Bardzo długo miałam kompletnie obojętny stan do wszystkich wstrzykiwanych w skórę nowości, co to miały zrobić kobiety pięknymi, młodymi i jaśniejącymi. No tak, miałam to w dupie, bo sorry, ale mnie to nie dotyczyło. Kto by się martwił swoją cerą, jak się ma nawet te 35 lat. Myślisz sobie – przyjdzie lato, trochę słońca twarz złapie i znowu będzie pięknie. No tak. Tylko w życiu 90% kobiet przychodzi w końcu taki dzień, kiedy stajesz przed lustrem i z lekkim zaskoczeniem zaczynasz przyglądać się swojej twarzy. Najpierw z daleka dotykasz delikatnie palcami. Później zaczynasz przybliżać twarz do lustra, naciągasz kąciki oczu i ust, marszczysz czoło, nos. No k*rwa są! No są jak byk te cholerne zmarszczki. Oczywiście, możemy sobie wmawiać, że te od śmiania się są cudowne, dodają nam uroku, świeżości, wyróżniają nas na tle innych posępnych twarzy. W końcu jak ktoś śmieje się całym sobą, radością i zachwytem potrafi zarażać innych, no nie?

Ale co, jak się ogólnie marszczy? Zmarchy takie takie wielkie wokół oczu, pal sześć. Ale to, co dzieje się z czołem?!? To jest dopiero masakra. Nigdy nie myślałaś o grzwce, a teraz właśnie zaczynasz o niej marzyć! Grzywka zakryje wszystko! Już nikt na zdjęciach ze służbowych czy towarzyskich kolacji, spotkań czy wyjazdów nie będzie skupiał uwagi na tym morzu zmarszczek, które bezkarnie wypłynęło na twoje czoło!

I można sobie smarować twarz czym wlezie, rzucać się na wszelkie nowości. Wklepywać co i rusz inne mazidła, ba – samemu nawet robić kosmetyki. Na nic cały ten wysiłek, bo zmarszczki jak są, tak nie znikną. Choćby nie wiem co. To znaczy – wiem co. Botoks.

Brrr botoks. I już widzę te wszystkie napompowane policzki, przerysowane twarze. To wrażenie, gdy podchodzisz blisko i z przerażeniem stwierdzasz, że to kiepska podróbka Michaela Jackson, o którego zawsze się bałam, że odpadnie tu nos, a tu się boję, że nos to pikuś, bo na bank za nim polecą policzki i usta, a oczy wpadną do środka, bo nic ich nie będzie w stanie trzymać. Masakra. Zgadzam się. Kiedyś rozmawiałam z fajnym gościem od tych wszystkich ostrzykiwań. Nie ukrywał, że my, kobiety robimy sobie krzywdę zmieniając się w karykatury samych siebie. „Ale tak wcale nie musi być” – dodał na koniec i kurde tym jednym zdaniem mnie zatrzymał. Bo odkąd odkrywam kolejne i kolejne zmarszczki na mojej twarzy, zaczęłam się uważniej przyglądać innym. I jakież było moje zdziwienie (zdziwienie u mnie równa się coraz głębsze zmarszczki, f*ck), gdy zaczęłam dostrzegać wyprasowane czoła. Serio! Słuchajcie, to jest nieprawdopodobne, ile kobiet korzysta z botoksu, nie przyznaje się do tego, bo wiadomo, nie chce być posądzaną o plastik, ale kurde. Nikt mi nie powie, że to zasługa peelingów i medycyny naturalnej. No, co to to nie. Jasne, że znam kobity, których skóra grubo po 40-tce wygląda fantastyczne, cóż – pozazdrościć genów, a ty się bujaj z tymi zmarchami i myśl, co by tu zrobić, żeby jakoś wyglądać. I żeby za kilka lat grawitacja nie pociągnęła tych zmarszczek w dół do tego stopnia, że zakryją mi pół twarzy.

Wiecie, uczestniczyłam w niejednej babskiej rozmowie, kiedy to część zarzekała się, że będzie starzeć się z godnością i przyjmie na klatę, tfu – na twarz wszystko, co przychodzi do nas z wiekiem. Kurde, ale ja mam zgrzyt – bo niby naturalnie, a jednak kremiki z kolagenikiem w ruch idą. Nikt nie każe się przecież nikomu ostrzykiwać, ale z drugiej strony, jeśli ma to komuś poprawić samopoczucie? Dla ludzi to wymyślili, tylko, że zapomnieli dodać, że myślących. Ja tam nie widzę przeszkód, żadnych. Zresztą nie mnie w ogóle to oceniać, bo i po co i na co.

Dobra, przyjechała G. z tym swoim botoksem. I wiecie, niby nic się nie zmieniło, niby ta sama buzia, a jednak… inaczej. Nikt z jej bliskich nawet nie zauważył, że jakby lepiej wygląda. „Daj spokój, u mnie w chacie mówią, że w końcu się wysypiam i wyglądam jak człowiek”. Zaczęłam rechotać, ale ona jakoś taka nienaturalnie poważna, uśmiecha się półgębkiem. „Ząb cię boli?” – pytam, a ona mierzy mnie morderczym wzrokiem. „K*rwa albo chcesz być młoda albo spontaniczna” – wyrzuca z siebie w końcu. Płaczę ze śmiechu, kiedy ona zaczyna się też śmiać, a nos jej się marszczy w jakiś taki nienaturalny sposób. „No widzisz. I wszystko by było pięknie, gdyby nie to, że przecież ja śmieję się całą twarzą, nie umiem inaczej, przecież wiesz”. Ocierając łzy dyskutujemy o wyższości młodości nad spontanicznością. Czemu nie można mieć wszystkiego? „Umówię cię na wizytę, zrób sobie też, dlaczego tylko ja mam się męczyć” – mówi. Kurde, w sumie przez kilka tygodni poczuć się młodszą i piękniejszą… Kusząca propozycja. A ten nos? Ee nos może jakoś przeżyję. Dam znać, czy się zdecydowałam. I którą z wartości wybieram. I czy fajnie się nie starzeć z godnością.


„Matki. Pozwólcie dzieciom tworzyć baranki z żonkilami w dupie, kurczaczki w osranych skorupkach”

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
23 marca 2018
Fot. iStock / mgorthand
 

Moją największą traumą były zawsze prace techniczne i plastyczne. Serio. Dwie lewe ręce to mało powiedziane, chyba w tym jedna bez trzech palców, bo nigdy nic mi nie wychodziło, a rodzice gratulowali mi dobrych ocen w szkole tylko z tych przedmiotów. Wiedzieli, że przychodzą mi najtrudniej. Talent po matce. Bo jak mi kiedyś Jezuska pod choinką w zeszycie do religii narysowała, to nawet ksiądz się przestraszył. 

Ale skończyła się szkoła, a wraz z nią odeszły moje największe koszmary. Ku*wa zapomniałam tylko, że później to ma się dzieci. Cóż, te talent odziedziczyły – a jakże – po babci. Na szczęście na wszystkich dniach matek w przedszkolu bez problemu rozpoznawałam siebie na portretach, bo jako jedyna byłam naga i miałam… pępek. Nie wiem, co oni z tym pępkiem, ale to był znak rozpoznawczy, zakręcony jak ogon świnki. Taka karma.

A później się zaczęły – wspólne malowanie jaj, robienie kartek świątecznych, plakaty z okazji czegoś tam, makiety jakieś. Ja pie*dole, szkolny koszmar wrócił. Zwłaszcza, jak później oglądasz te wszystkie wymuskane prace, gdzie ręki dziecka nie widać, za to spełnienie ambicji rodzica jak najbardziej. Ja miałam w dupie. Serio. Dzieciaki robiły jak chciały. Ostatnio jak starszy karmnik dla ptaków zrobił, to taka dumna z niego byłam, jak oglądam go pośród wyheblowanych deseczek i pomalowanych daszków. U mojego widać było, że to jego praca. A jak młodszemu ucho od maski psa odpadło, czy to nie cudowne? I nigdy żaden z rodziców się nie zająknął, jak wychowawczyni na wywiadówce trąbiła: „Proszę pozwolić dzieciom się sprawdzić, nie robić prac za nich”. Ch*j. Jak grochem o ścianę. Matki uwalone od klejów, wełenek, szpilek i innych, później zapałkami w pracy powieki podtrzymywały, bo do piątej rano dziergały smacznie śpiącemu dziecku pracę do szkoły czy przedszkola.

No więc jak trafiłam na wpis jednej z matek, który tak blisko okazał się mojemu sercu, to nie mogłam go wam nie pokazać. Podpisuję się pod tym apelem dwoma lewymi rękami bez trzech palców i rękami moich dzieci, które utwierdzam w przekonaniu, że ich prace są piękne, bo zrobione przez nie samodzielnie!

 

„To matki matkom zgotowały ten los.

Kiedy na drzwiach przedszkola zawisł kawałek bristolu z wypisaną nań informacją, że do 16.03 dzieci mogą składać kartki wielkanocne na KONKURS, któren to rozstrzygnięty będzie w poniedziałkowy poranek, przyjęłam to ze spokojem. Jestem wszak matką- weteranką, przeżyłam przygotowania moich latorośli do niezliczonych odmian współzawodnictwa w świecie krasnali. Najbardziej hardkorowy był konkurs piosenki dziecięcej, gdy nagle okazało się, że tylko Małgośka śpiewała puszka-okruszka, reszta rodziców uznała bowiem, że „miłość miłość w Zakopanem, polewamy się szampanem, nanana” jest równie niewinna, jak dziewica Orleańska i opowiada o wyjeździe na ferie z rodziną, a „ja uwielbiam ją, ona tu jest i tańczy dla mnie” to współczesna historia miłości Dziadka do Orzechów i baletnicy. Także ten. Kartka świąteczna.
W sobotę wyjęłam z tajnej skrytki, jaką posiada każdy rodzic dzieci w wieku 5 wzwyż ( w której to skrytce jest zazwyczaj wszystko, tylko, klasycznie, nie to, co o 22 dziecko przekazuje, że potrzebne jest na jutro) wszelkiej maści arkusze pianek, filców, tekturek, piórek, rurek i innych przydasiów, posadziłam młodzież przy stole i zakrzyknęłam- róbta co chceta, byle zawierało jajko, kurczaka bądź inny element skojarzeniowy.
Radosna TFUrczość pięciolatki wyewoluowała w baranka, któremu z dupy wystają żonkile w fazie kwitnięcia. Podpisałyśmy dzieło inicjałem i zaniosłyśmy do przedszkola, gdzie powitały nas między innymi:
– naturalnej wielkości baranek zrobiony metodą quilingu, podpisany: Jaś, 4 lata, grupa Gwiazdek,
– ręcznie pleciony kosz wiklinowy 2 d z pełnym wyposażeniem wyszytym włóczką Zuzia, 5 lat, Słoneczka,
– wydzierganą szydełkiem białą serwetkę z zadziornie różowym napisem „Alleluja”- Kasia, Planetki, lat 3.
No kurfa.

Ja, oczywiście, nie odmawiam dzieciom talentu. Może rodzice powyższych progenitur zamiast gryzaków oswajali dziecięcia swe ze sztuką, rękodzielnictwem, eko-modą. Może zamiast wierszy Tuwima czytano takim brzdącom do poduszki dzieła klasyków greckich w oryginale. PRZYPUSZCZAM, ŻE WĄTPIĘ. Tym bardziej, że w szatni kiblujemy koło wspomnianej Zuzi, stąd wiem, że blondwłosy ten aniołek ma problem z założeniem kapci na prawidłową stopę i mimo że ma tylko dwie opcje, jest w stanie pomylić się pięć razy.

Matki. Pozwólcie dzieciom tworzyć baranki z żonkilami w dupie, kurczaczki w osranych skorupkach, zające z jednym oczkiem bardziej. Nie bądźcie jak mama Jasia, Zuzi, Kasi. Nie twórzcie klik Matek Współzawodniczących, Matek Cierpiętniczych, Matek Odpięciulatniewypiłamciepłejkawy. Matki, dajcie Matkom żyć!”

Amen!

 

Autorem wpisu jest: 


„Wyszedł rano na siłownię i już nie wrócił” – pisze do mnie znajoma. Jak to wyszedł i jak to nie wrócił? Faceci to ch*je. Naprawdę

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
5 marca 2018
Fot. iStock/Kikovic

„Wyszedł rano na siłownię i już nie wrócił” – pisze do mnie znajoma. Jak to wyszedł i jak to nie wrócił? Przecież tydzień temu byli na przedłużonym weekendzie w ekstra hotelu. SPA, pyszne jedzenie, piękne okoliczności przyrody. Dziecko zostało u babci, żeby oni mieli w końcu czas tylko dla siebie. Małżeństwo po kryzysie. Takich wiele. I super, kiedy wszystko zaczyna układać się na nowo, kiedy, kurde, oboje dochodzą do wniosku, że co ich nie zabije, to wzmocni. Świadomi swoich błędów, chętni do zmian. Bo w końcu doszli do wniosku, że się kochają i że bez siebie żyć nie mogą i nie chcą.

I tylko przyklasnąć. Jest dziecko, kilkanaście lat wspólnie spędzonych. Jak ludzie chcą o to zawalczyć, to trzeba im kibicować ze wszystkich sił. I kibicowałam. Ona mówiła, że jest coraz lepiej, że przegadali wszystko, że wiedzą, czego od siebie nawzajem oczekują. On zapewniał, że kocha, że byłby głupi, gdyby z niej zrezygnował. No wiecie – taka sielanka, z której jednak wybrzmiewała pewna dojrzałość zdobyta z doświadczeniem kryzysu.

I nagle ŁUP. Cudowny weekend, zdjęcia na fejsie, aż się trochę rzygać chciało od tego szczęścia. Ale dobra, niech się sobą cieszą, w końcu takie ich prawo i nikomu nic do tego. A po weekendzie – czarna rozpacz. Wyobraźcie sobie – macie obok siebie faceta, który zapewnia o swojej miłości, przekonuje, że życia sobie bez was nie wyobraża. Ba, co więcej snuje plany na przyszłość, pojawia się nawet nieśmiało propozycja o drugim dziecku – i to ON o tym mówi, nie ona. Po czym ch*j wychodzi w sobotę rano i nie wraca do domu. Jedyne na co go stać, to na telefon i wyrzucenie z siebie: „Nic nas nie łączy. To koniec”. Ja pie*dole. Aż mi się wierzyć nie chciało, bo nie myślałam, że takie typy po świecie jeszcze chodzą. Znam przypadki ojców moich koleżanek, którzy wychodzili po zapałki i nie wracali, ale to było kilka dekad temu. I że teraz? Teraz też tak można potraktować drugiego człowieka?

Ch*j mnie obchodzi, jak tam między nimi było, gdzie leży większa lub mniejsza wina albo kto swojej nie widział. Nie to jest istotne. Jestem załamana faktem, że facet wychodzi sobie z domu, w którym jest jego żona i dziecko, i postanawia nie wracać, choć dzień wcześniej zapewniał, że ją kocha i że ona jest dla niego całym światem. I nie mówcie mi, że sobie tego nie zaplanował!

Bo jak? Coś mu się przez noc w mózgu przestawiło? Jakieś klepki zabrakło? Może poduszka czymś nasączona była, że odebrała mu zdolność zdroworozsądkowego myślenia? Bo jak do jasnej cholery wytłumaczyć to, co zrobił? Jak zrozumieć? Jak powiedzieć: „Spoko, stary, znudziło ci się małżeństwo, masz dosyć swojej żony, masz prawo odejść”. No ku*wa, każdy ma, ale to w jaki sposób odchodzi ma znaczenie!

Wydawałoby się – dwoje dorosłych ludzi, którzy spędzili ze sobą spory kawałek swojego życia. Dużo razem przeszli – fazę zakochania, ślub, wspólny poród, śmierć jednego z rodziców, kiedy byli dla siebie ogromnym wsparciem, nieprzespane nocy, jego zabieg w szpitalu, kiedy ona się denerwowała. Wspólne wakacje, wyjazdy, ważne życiowe decyzje, plany. Zaufanie, poczucie bezpieczeństwa.

Jakim trzeba być ch*jem, żeby wyjść i po tym wszystkim nie mieć nawet odwagi spojrzeć tej kobiecie w oczy i powiedzieć: „Przepraszam, nie kocham cię. Odchodzę”. Ona nie zasłużyła na to? Na taką szczerość? Na cywilną odwagę zmierzenia się z jej emocjami, furią, łzami? Jakim tchórzem trzeba być, żeby tak się zachować? Jakim gnojem, żeby tak upokorzyć kobietę, która go kocha, którą on kiedyś też kochał?

Miał odwagę wrócić, kłamać jej przez ostatnie tygodnie, a może miesiące bez zająknięcia zapewniając o swojej miłości, a nie potrafił przyznać, że tego nie dźwiga, że się wypaliło, skończyło, że on już nie chce się starać, bo dla niego nie ma to sensu?

Ona naprawdę na to nie zasłużyła? Po tylu latach dostaje jeden, ku*wa, telefon. TELEFON. I on mówi, że nic ich nie łączy? Chce tak myśleć? Ona jeszcze kocha, jeszcze czeka, jeszcze chciałaby porozmawiać, żeby zrozumieć co się stało. Bo, do cholery, na to zasługuje. Na to, by usłyszeć całą prawdą, nawet jeśli dla niej miałaby być najbardziej bolesna. Ona teraz pyta siebie, co się stało, dlaczego, kim dla niego była, skoro potraktował ją gorzej niż psa. Porzucił. Bez słowa. Bo nic nie jest jej winien, bo on już nie nie musi.

Stary, ale ona musi dalej żyć z bólem, który jej zadałeś. Musi żyć, bo macie wspólne dziecko. Ty się zwinąłeś, a to ona musi znaleźć w sobie siły, żeby zebrać się w garść, podnieść z łóżka. Jakbyś ją pokopał – tak się czuje. Boli ją całe ciało. Jak posiniaczone. Jest zdruzgotana.

I wiesz, takim ch*jom wyzutym z ludzkich odruchów, życzę jednego – żeby karma do was wróciła. Żebyście kiedyś poczuli się tak poniżonymi, jak szmata. Żeby ktoś wyrzucił was na śmietnik, bo będzie miał już dość. Bez słowa wyjaśnienia.

Ona zasłużyła na przepraszam, na kilka zdań rozmowy. Ale ty tego nigdy nie zrozumiesz. Dobrze, że ona ma ludzi wokół, którzy otoczą ją opieką i pomogą wstać. Ale jej rana nigdy się nie zabliźni. Chcę żebyś to wiedział, żeby wiedział to każdy facet, który tak ucieka, jak tchórz. Tak, jesteś zwykłym tchórzem. Nie zasługujesz na jej łzy, ona to pewnego dnia zrozumie. Ty, nigdy się przed sobą nie przyznasz,że jesteś zwykłym dupkiem. Zawsze nim będziesz. A ona – ona się dźwignie, zmieni, nabierze sił. I wierzę, że kiedyś powie: „Jak dobrze, że tego fiuta nie ma w moim życiu”.


www.buysteroids.in.ua

buysteroids.in.ua

https://vy-doctor.com.ua