Chcesz mieć piękne mieszkanie? Wystarczą cztery rzeczy!

Sylwia Smotarska
Sylwia Smotarska
12 października 2017
Fot. Flickr / Emily May / CC BY
 

Nie znam nikogo, kto nie lubiłby pięknie mieszkać. Serio. Nawet jeśli któraś z moich koleżanek mówi mi: – Ja się tym nie zajmuję, nie mam czasu, nie lubię – nie wierzę! Każdy lubi, umie, chce lub zwyczajnie musí. No chyba każdy wolałby usiąść wieczorem na miękkiej kanapie, włączyć lampkę, cichutką muzykę.  Ale to wszystko trzeba najpierw stworzyć, wykreować, w najmniej wymagających przypadkach wybrać, kupić, dotaszczyć do domu i jakoś ustawić… ściany też raczej trzeba sobie pomalować, czyż nie? A to wszystko „robi” nam dom.  Dla kogoś urządzanie wnętrza sprowadzi się do postawienia stolika, krzesełka i dwupalnikowej kuchenki, dla kogoś innego do wielogodzinnych poszukiwań inspiracji, konsultacji, prób…

Ja też mam kilka takich rzeczy, bez których uważam wnętrza za niedokończone. Chociaż moje chyba na zawsze pozostają niedokończone. Częściej się przeprowadzam, niż kończę urządzanie. Ups. Do tego chyba nie namawiam, to męczące!

KWIATY

Otóż nie ma, według mnie, domu bez kwiatów. Można mieć ogród lub balkon, niektórzy szaleńcy mają i jedno, i drugie, ale absolutnie zawsze warto mieć kwiaty w wazonie,  wazie, słoikach, butelkach. Wszędzie, nawet w łazience. Bo niby czemu nie w łazience?  Nie macie tylu wazoników? A słoik po kiszonych? A butelka po coli czy soku?  A szklany świecznik? Użyjcie wyobraźni, efekt wynagrodzi wszystko. Kiedy najpiękniej czujecie, że zbliża się wiosna?

Fot. Flickr / Stacie / CC BY

Fot. Flickr / / CC BY

Moja przyjaciółka zawsze odpowiada – kiedy na pobliskim targu pan Adam rozstawia swój kram z tulipanami! Racja. Oczywiście biorę poprawkę na fakt, że tulipany to mogę sobie teraz kupić w szklarni, a w maju nagle potrafi spaść śnieg, ale od czego pozytywne nastawienie? Jest tulipan – jest wiosna i kropka!

Fot. Flickr / brunifia / CC BY

Fot. Flickr / / CC BY

DREWNO

Taaaaaak, tak, tak! Dom bez drewna, to tylko ściany. Drewno być musi. Choćby mój gust wnętrzarski nie wiem jak ewoluował, choćby mody zmieniały się co sezon. Podłoga, blat w kuchni, łazience. Wiem, wiem, mało praktyczne. Drewno, najlepiej surowe, niemalowane, z widocznymi słojami, sękami, a po wielu latach także pęknięciami. To taki mój dowód i pamiątka, że dom żyje razem z nami. Lubię na mojej podłodze ślady kocich pazurów, choć tamtego kota już dawno z nami nie ma, ślady ciągniętego za sobą metalowego krzesełka, które sama restaurowałam, ślady wilgoci, bo zupełnie nie wpadłam na to, że donica z moją pierwszą wyhodowaną oliwką powinna  mieć solidną podstawkę. I jeszcze jeden – po ciepłej drewnianej podłodze chodzi się na bosaka genialnie, pod warunkiem, że nie wdepniesz w klocek lego czy piszczącą zabawkę kota.

Fot. Flickr / markus spiske / CC BY

Fot. Flickr / / CC BY

WIKLINOWE KOSZE

Doceńcie ich urodę i funkcjonalność! Warto. Jeśli nie przepadacie za ich naturalnym kolorem, to je pomalujcie, najlepsza będzie do tego farba w aerozolu, zamaluje nawet mało dostępne szczeliny i nada im zupełnie nowy wygląd. Taki kosz może być osłonką na doniczkę, może służyć jako gazetownik,  pojemnik na czapy i szaliki zimą, a czapki z daszkiem latem. Bądźmy szczerzy, czy jak wchodzicie do domu z dzieciakami, to każde z nich ładnie i równiutko odkłada rzeczy do szaf? Czy raczej kluczycie potem z gracją  labiryntem z porzuconych byle jak kurtek, czapek i rękawic? Dużo łatwiej te drobiazgi powrzucać do kosza lub nawet zrobić zawody, kto trafi, a kto nie.  Wiklinowy kosz to też cudowny pojemnik na piłki (ważne dla matek dwóch lub więcej fanów footballu) na narzędzia ogrodnicze, które zawsze się gdzieś gubią w czeluściach garaży i piwnic, albo na koce dla gości podczas nocnego ogrodowego przyjęcia z sąsiadami. Gwarantuję, że jeśli goście nie skorzystają, to na bank zrobi to kot.

Fot. Pixabay / lenny / CC0 Public Domain

Fot. Pixabay / /

ŚWIECE

Świece to absolutna podstawa, nie tylko zimą. Porozstawiajmy je latem na balkonie, tarasie, w ogrodzie, powieśmy w małych słoiczkach na drzewach. Będzie cudownie magicznie. To mogą być zwykłe tee lighty wstawione do słoika po ogórkach czy sosie pomidorowym; słoik dostanie drugie życie,  a wam będzie dużo milej plotkować z przyjaciółką, przeglądać modowe magazyny czy zwyczajnie, witaj przyziemne życie, omawiać z mężem dodatkowe zajęcia dla dzieci lub strategię oszczędności.

Fot. Pixabay / Winsker / CC0 Public Domain

Fot. Pixabay / /

Bez czego jeszcze mój dom nie przypomina domu? Bez wielu rzeczy. Bez książek, zwierząt, dzieciaków i krzyku. Bez kurzu i piasku z kuwety, bez rozrzuconych butów i nierozpakowanych zakupów. Bez osadu na kranie i skarpetek zjedzonych przez pralkę.

Taka jestem ja. Taki jest mój dom.  A wasze domy? Jakie są? Co mówią o was i waszym życiu?


Do związku trzeba dwojga. Za to rozwalić możesz go sama. Rady Ciotki Zło!

Żaklina Kańczucka
Żaklina Kańczucka
12 października 2017
Fot. iStock
 

Jesteście piękni, młodzi i tak bardzo zakochani. Idealnie się ze sobą zgrywacie, znając się jak łyse konie. A jeśli dopiero się poznajecie, jesteście siebie tak bardzo ciekawi, że nawet nie zakładacie, że odkryta, czasem nieprzyjemna prawda, może skończyć tę fantastyczną idyllę. Czas płynie, wy się docieracie akceptując, bądź pomijając milczeniem dokuczliwe kwestie. A gdy coś zaczęło mocno zgrzytać, kłócicie się tak, że już pół osiedla wie doskonale, w którą część ciała każesz włożyć jemu te brudne skarpety spod łóżka. Po raz kolejny. Ale żyjecie razem, dzielnie przeciągając linę na stronę silniejszego, który koniecznie chce rządzić.

Gdy masz już dość, i sama nie chcesz rezygnować, sprawdzasz, ile twój facet zniesie. Myślisz nad tym, co tu zrobić, żeby chłop  ogarnął się i poprawił, albo miał cię dość i sam odszedł. Dla tych z was, którym konstruktywna rozmowa jawi się jako nuda i bezsens, mam bardziej hardkorowe pomysły! Zachowaj spokój i pamiętaj, że masz asa w rękawie – pewne działania, które bez pudła doprowadzą twój związek do ruiny.

Zacznij lajtowo:

“Wiesz, bo Paweł…

… to w przeciwieństwie do ciebie sprzątał, prał, wkładał gary do zmywarki….” I jak w mordę strzelił, awantura gotowa! No bo dla faceta to ból nieziemski i dyshonor, żebyś go do eks porównywała. On zdecydowanie nie chce się czuć od niego gorszy, więc jeśli hojnie dorzucisz parę superlatyw, podkreślając że tamten to zrobiłby dla ciebie wszystko, a on śmierdzi leniem, zdecydowanie nie pozostanie to bez echa. Na dwoje babka wróżyła, jak tak pobrzęczysz przez miesiąc, albo dwa to facet, albo pójdzie po rozum do głowy i naprawdę przestanie rozrzucać te skarpety po domu, albo skoro ci tęskno, odprawi cię do byłego.

Zrzędź, i tak wiem że masz ochotę to robić!

Upieczesz dwie pieczenie na jednym ogniu. Wykorzystasz swój kobiecy potencjał do bezproduktywnego gadania i sprawisz że w przyszłości na widok twoich otwierających się ust, będzie chciał uciekać, gdzie pieprz rośnie. Jeszcze lepiej, wypróbuj sposób, który wielu kobietom już dawno sam Lucyfer podpowiedział – zacznij jazdę przy jego kumplach. Nadawaj jak potłuczona, o dupie Maryny, słuchają czy nie słuchają, nadawaj twardo, liczy się efekt końcowy. Masz jak w banku, że na drugi raz odpuści wspólne wyjścia i będziesz miała co najmniej święty spokój  na wolne wieczory z Grey`em.

Następnie wejdź na wyższy poziom…

Miej w nosie swoje obowiązki

Tak, wiem, że jest moda na równouprawnienie i nowoczesne pary dzielą robotę między siebie, ale tym razem pójdź po bandzie. Nie gotuj. Jak chłop wróci z pracy i pomiesza łyżką w pustym garze, rzuć mu snickersem, powiedz, żeby przestał gwiazdorzyć i sam ugotował. Bądź ze wszystkim na “nie”, wyznawaj zasadę wszystko dla mnie, nic dla ciebie, a efekty przyjdą. Będzie chciał się kochać? Niech boli cię głowa, ostentacyjnie łykaj tabletki i kładź się spać. Albo wręcz mu wibrator, gdyby cię napastował, z tekstem że to kobietom pomaga, może zechce sam spróbować? Albo bądź mistrzynią zła i wstaw jego ciemne oraz jasne ubrania na 90 stopni, podziwiając kolorki, jakie powstaną. Ponoć Picasso też różnie z kolorami kombinował. Może przy okazji odkryjesz w sobie nowy talent? Zapomnij o sprzątaniu, karmieniu rybek i wyprowadzaniu psa. Jak tak facet sam z robotą pogania, to może nawet przestaniesz być jemu do czegokolwiek potrzebna.

Z cyklu: Nie próbujcie tego w domu!

Zrezygnuj z prysznica

Ten niecny plan możesz wdrożyć w życie na dwa sposoby. W pierwszej wariacji zwyczajnie zakręcaj mu ciepłą lub zimną wodę, żeby chłopina marzł lub się oparzył. Albo przykręć zupełnie, żeby po kilka razy musiał wyłazić spod prysznica. I tak do czasu, aż nie znudzi się tobie zabawa, albo on zacznie się myć u matki. Druga wersja jest przeznaczona tylko dla twardzielek. Bo zamiast latać do głównego zaworu wody, sama przestań się myć. Weź na wstrzymanie dzień, dwa, nawet trzy, a później zaproponuj mu miłość francuską. PS. nie zapomnij o zakazie używania antyperspirantu i zmiany bielizny 😉

Umawiaj się z jego przyjacielem / bratem

Najlepiej tak, żeby ktoś widział was na mieście. Niech gadają, to plotka szybko się poniesie. Jeśli lubisz ekstremalne zabawy, wszystkiemu zaprzecz, ale działaj dalej. Jak dobrze go wkręcisz, to nawet polezie za wami, sprawdzając co też robi jego panna i najbliższa jemu osoba. Będzie ekscytująco ii z dreszczykiem, bo okaże się, czy jest typem bystrego detektywa, czy naiwniakiem, który wierzy w ciebie jak w najświętszy obrazek.

A Serio?

Po prostu, wiedz że są inne rozwiązania, jeśli on nadal się nie zmienia, nie chce odejść… Zamiast stawać na głowie i wymyślać równie absurdalne metody – może po prostu pogadacie i życzycie sobie szczęścia na nowych (oddzielnych) drogach życia. A jeśli kochasz? Niech nigdy nie przychodzi ci do głowy, któreś z powyższych rozwiązań, ot co.


12 pytań, które chcielibyście zadać terapeucie małżeńskiemu

Katarzyna Troszczyńska
Katarzyna Troszczyńska
12 października 2017
Fot. iStock

Zapytałam kilka koleżanek, które mają w związkach kryzys: – Dlaczego nie pójdziecie na terapię? Usłyszałam: „A co nam to da?”, „A na czym to polega?”. Byłam w szoku. XXI wiek, a my wciąż boimy się terapii. Poprosiłam Izę Barton Smoczyńską, psycholożkę i psychoterapeutkę, która m.in. pracuje z parami, o odpowiedź na kilka pytań, które być może zmotywują niektórych do wizyty.

Czy to naprawdę może pomóc?

Czy może pomóc? Tak. Czy na pewno? To zależy, co rozumiemy przez pomoc. Czasem podczas terapii pary dochodzą do wniosku, że warto się rozstać.
Ja zadałabym pytanie inaczej: dlaczego warto pójść, porozmawiać, że bywa nam trudno w związku. To „trudno” może dotyczyć różnych rzeczy. Na przykład tego, że nagle znaleźliśmy się w sytuacji, która nas przerosła. Zaskoczyły nas nasze emocje, emocje partnera. Sytuacja zaczyna być trudna, bo trudno o niej rozmawiać. Ale też ciężko coś zostawić. To jeden typ sytuacji. Drugi – gdy nie spotkało nas żadne trzęsienie ziemi, ale coś narastało powoli. Nie było żadnego dramatycznego przebiegu, ale w pewnym momencie dochodzi do takiego oddalenia partnerów od siebie, że   nie potrafią ze sobą być ani rozmawiać.
Dlaczego warto pójść? Bo rozmowa z kimś, kto nie doświadcza naszych emocji, powoduje, że zaczynają się pojawiać najważniejsze, zasadnicze pytania.

Kiedy jest czas na terapię?

Dobrze byłoby przyjść  wcześniej, zanim emocje są już tak duże, że zamiast rozmowy są kłótnie, a ciche dni nie są już dniami, tylko miesiącami. Jednak bardzo często ludzie decydują się na taką wizytę, gdy jest już między nimi źle. Kiedy żyją obok siebie, nie mając kontaktu. Najczęściej tym parom pomaga jakaś sytuacja zewnętrzna. Na przykład kryzys związany ze zdradą jednego z partnerów albo z jakąś chorobą, albo gdy oczekujemy, że partner nas wesprze, a on jest już daleko i nie jest w stanie z nami współodczuwać, bo od dawna żyjemy oddzielnie. I wtedy ten brak, pustka, samotność powodują, że któraś ze stron poszukuje pomocy.
Tymczasem lampka ostrzegawcza powinna się nam zapalić w  momencie, gdy zauważamy, że więcej rzeczy myślimy, niż mówimy  partnerowi. Albo o naszych przeżyciach rozmawiamy częściej z przyjaciółmi niż z naszym partnerem.

A kiedy nie warto iść?

Gdy chcemy, żeby terapeuta rozstrzygnął, kto ma rację. Terapeuta nie ma takich narzędzi. W terapii zresztą nie chodzi o racje.

Jak wygląda pierwsze spotkanie? O co pyta terapeuta?

Pyta na czym polega problem i kiedy ostatni raz miała miejsce sytuacja, którą ktoś nazywa problemem. Zapyta też, co konkretnie oznacza ten problem dla każdej ze stron. Na pewno poprosi o informacje na temat mocnych stron związku, mocnych stron partnera.

Terapeuta przysłuchuje się, jak ludzie ze sobą rozmawiają, na co reagują, kiedy i w jaki sposób rozmowa przestaje dotyczyć treści, czyli opisywania fatów, a zaczyna dotyczyć ich relacji.

Najtrudniejsze pytanie, które zdarza mi się zadawać? Co konkretnie pani czuje, gdy mąż mówi do pani w taki sposób, jak przywołuje określone zdarzenia. Czyli przestaję zajmować się emocjami historycznymi i prehistorycznymi, tylko skupiam się na tym co „tu i teraz”. I temu też służą te pytania: na skierowanie uwagi, jak oni teraz ze sobą rozmawiają, jak się czują, co im pomaga się porozumieć, co im przeszkadza. Praca w taki sposób może pomóc, bo urealnia sytuację.

Para jest przepytywana razem czy osobno?

Powinna być razem. Czasem jest jednak tak, że jedno z partnerów odczuwa opór i to drugie pojawia się w pojedynkę. Choć według niektórych szkół terapeutycznych nie jest etyczna praca z parą, gdy wcześniej pracowało się z jednym z partnerów. Dlatego, że ta druga osoba nie czuje się komfortowo, bo wydaje jej się, że terapeuta jest stroną. Trzeba dużo czasu na zbudowanie zaufania.

Czy terapeuta nie stanie po stronie partnera?

Lęk, że tak się stanie, jest naturalny i nie powinien przekreślać chęci pójścia do terapeuty. Z taką obawą psycholog powinien umieć pracować. Czyli umieć o tym rozmawiać. Wtedy ten problem jest częścią terapii. Obawa, że terapeuta będzie po stronie partnera, jest tak naprawdę obawą, czy ktoś będzie w stanie mnie obiektywnie wysłuchać. To lęk przed tym, że  zostaniemy oskarżeni.

Jest jeden czy dwóch terapeutów?

Bywa różnie w różnych szkołach. Każda para ma swój rytm, nazwijmy go tańcem. Trzeba dużej uważności i ostrożności, żeby jednocześnie w tym uczestniczyć, ale też obserwować i jak lustro „oddawać” to tym osobom, które przyszły po pomoc. Trudniej jest to robić w pojedynkę.

Czy terapeucie można powiedzieć coś, czego nie chcemy powiedzieć przy partnerze?

Nie, bo to budowanie sojuszu na boku.

Czy terapia ma sens, jeśli któraś ze stron trwa w romansie?

Przeważnie terapeuta będzie dążył do tego, żeby para w trakcie terapii była tylko ze sobą, czyli, żeby zawiesić relacje poboczne. Bo jeśli chcemy dowiedzieć się czegoś nowego o tym, kim jesteśmy dla partnera i kim on jest dla nas – musimy zrobić coś nowego, innego.

Jak często odbywają się takie spotkania i jak długo trwają?

Zależy od terapeuty. Czasem raz w tygodniu, szczególnie na początku. Ale w niektórych szkołach  raz na dwa tygodnie, a czasem raz na trzy. Jednak  trwają półtorej godziny, czyli dłużej, niż terapia indywidualna.

Czy terapia może doprowadzić do rozstania?

Terapia może doprowadzić do tego, że para podejmuje pewną świadomą decyzję. I czasami jest tak, że tą świadomą decyzją jest rozstanie.

Jak zachęcić partnera do terapii?

Tylko w jeden sposób – rozmawiając z nim, pokazując, dlaczego coś jest dla nas ważne. Zachęcić, to nie oznacza zmusić. Nie szantażujemy, nie mówimy, jak czujemy się rozczarowani, jak się poczujemy, gdy ktoś nam odmówi, bo to są negatywne emocje, które budzą podświadomy opór. Lepiej  powtarzać: „To dla mnie bardzo ważne”, mówić, co dobrego poczujemy, jeśli druga strona się zgodzi. „To by znaczyło dla mnie, że chcemy ze sobą porozmawiać o naszym partnerstwie“, „czułabym, że mnie szanujesz”, „to by znaczyło, że doceniasz i pamiętasz to, co było między nami pozytywnego“.

 


Zobacz także

Nie jestem już dzieckiem! Dlaczego u licha chowam się w toalecie przed własną matką?! „Rodzice są za starzy, by ich wychowywać”

Na walizkach, w pogoni za szczęściem. Co skłania nas do ciągłych przeprowadzek?

Jesteś śpiochem? Lepiej ustaw budzik i nie śpij za długo i koniecznie zgłoś się do lekarza!

steroid-pharm.com

medicaments-24.net

www.best-cooler.reviews/best-soft-sided-cooler-guide/