To cholerne poczucie winy zatruwa nasz mózg. Bo jesteśmy niewystarczająco dobrymi matkami, żonami. Olać to! Czas zaakceptować siebie

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
7 maja 2017
Fot. iStock/FurmanAnna
Fot. iStock/FurmanAnna
 

„O rety znowu zjadłam to cholerne ciastko”.

„Znowu spędziłam za mało czasu z dziećmi”.

„Aj, mogłam się zamknąć, niż wywoływać kłótnię”.

„Mogłabym być mądrzejsza, a nie gadać takie głupoty”..

„Tyle razy obiecuję, że pójdę biegać i znowu nic z tego”

„Nigdy nie będę dobrą matką, skoro tracę cierpliwość”.

Wymieniać dalej? Właściwie ten tekst mógłby się składać z samych komunikatów, kiedy czujemy się winne, bo nie jesteśmy wystarczająco dobrymi córkami, matkami, żonami, kochankami, koleżankami, przyjaciółkami. Poczucie winy to nasze drugie imię, zadręcza nas czasami do granic wytrzymałości samych ze sobą i doprowadza nierzadko do łez. Bo kiedy czujemy się winne, to czujemy się też nic nie warte, słabe, nieciekawe, brzydkie i nudne. A przecież to nieprawda!

Skąd się w nas bierze to wściekłe poczucie winy, które zatruwa nasz mózg i emocje? Dlaczego nie możemy się go pozbyć?

Eh, to wszystko ma gdzieś swoje źródło w naszym dzieciństwie. Kiedy na przykład musiałyśmy być najlepsze, żeby zasłużyć na pochwałę, drugie czy trzecie miejsce nie miało dla innych znaczenia, wtedy stawałyśmy się przezroczyste i nikt nie doceniał naszych starań.

A może mama albo tata powtarzali wam, że nie możecie tyle jeść, bo będziecie grube? Albo jak będziecie kłapać, co wam ślina na język przyniesie, to nikt was nie zechce. I że dziewczynki muszą być grzeczne i nie mogą się mazać na każdym kroku, bo co to za dziewczynka, każdy wykorzysta jej słabość. A może mama podziwiała wasze koleżanki, ale te wysportowane, z ładnymi sylwetkami i wy wiecznie czułyście się gorsze? A może na uwagę swojego ojca zasługiwałyście tylko wtedy, gdy skrupulatnie wypełniałyście jego polecenia?

Poczucie winy to taki potwór, który potrafi skutecznie zatruć nam życie. Bo nigdy nie jesteśmy z siebie zadowolone, w krwiobiegu mamy zakodowane, że i tak za mało się staramy, że i tak nie jesteśmy dość dobre. Zawieszamy sobie poprzeczkę tak wysoko, że w życiu do niej nie doskoczymy, choćbyśmy nie wiem, jak się starały.

I wiecie, co jest najgorsze, że my w to, co podsuwa nam poczucie winy wierzymy… Dręczymy się, oskarżamy, czujemy beznadziejnie.

Więc może warto uświadomić sobie kilka istotnych kwestii i zdjąć z siebie ten ciężar, to oskarżenie siebie o niemożliwość bycia perfekcyjną.

Zapamiętaj:

Nigdy nie będziesz idealną żoną

Choćbyś nie wiem, jak się starała, stawiała obiady z dwóch dań, sprzątała, myła podłogę trzy razy dziennie, wyrzucała śmieci i prasowała nawet skarpetki, to ja cię bardzo przepraszam – do perfekcji nadal ci będzie daleko. A wiesz dlaczego? Bo nikt, kompletnie nikt tego od ciebie nie oczekuje. A już na pewno nie twój partner. Nie wierzysz? Spytaj się, co dla niego znaczy pojęcie idealnej żony. Obiecuję, że nie wymieni żadnego z zadań, które ty sobie stawiasz, któremu chcesz podołać, a wiecznie coś ci nie wychodzi, zawalasz na różnych polach. Bo nie da się być dobrym we wszystkim. Zresztą nikt tego nie chce. Uwierz w to, odpuść sobie.

Nigdy nie będziesz idealną mamą

Nie będziesz idealną mamą w swoich oczach, w oczach znajomych, w oczach swojej mamy czy teściowej. Ale wiesz co – zawsze, ale to zawsze będziesz najlepszą mamą pod słońcem w oczach twoich własnych dzieci! One nie oczekują, że będziesz przez trzy godziny dziennie lepić z nimi stworki z plasteliny, albo budować wieżę z klocków, czy co wieczór czytać wyznaczoną liczbę stron jakieś ciekawej książki. Cieszą się z tego wszystkiego,co im dajesz, ale też kochają cię i akceptują, kiedy zasypiasz obok nich zmęczona, kiedy zamawiasz pizzę, bo nie masz siły zrobić obiadu. Szanują, gdy prosisz, żeby były ciszej, bo chcesz odpocząć. Uczysz ich przez to, że każdy ma prawo do odpoczynku, do swojej przestrzeni, do czasu dla siebie. Jeśli ty postawisz swoje granice, jeśli przestaniesz starać się być perfekcyjna w oczach wszystkich innych, bo w oczach swoich dzieci już taka jesteś, to nauczysz te swoje pociechy, że nie muszą spełniać czyichś oczekiwań, że mają czuć się dobrze ze sobą. I być sobą.

Nigdy nie zadowolisz innych

Z czego bierze się poczucie winy? Otóż z tego, że chcemy dobrze wypaść w oczach innych. Spinamy się, kiedy mama ma wpaść na obiad, szorujemy podłogę, wycieramy kurze, żeby tylko nie wytknęła nam błędu, że brudno, że ziemniaki niedosolone, że dzieci źle ubrane. Bo jeśli tylko coś znajdzie, to popołudnie, które miało być radosne i rodzinne zabije poczucie winy, że znowu zawiodłyśmy naszą matkę (czy też teściową), że nie byłyśmy wystarczająco dobre, by zasłużyć na jej pochwałę. Wydaje nam się, że jak schudniemy, to inni będą nas bardziej lubić, że gdy będziemy udawać kogoś, kim nie jesteśmy, to inni będą nas szanować i doceniać. I oczywiście to się nam nie udaje, bo trudno żyć nie będąc sobą, trudno się nie potknąć, nie popełnić błędu. No za żadne skarby świata się nie da, choćbyśmy nie wiem, jak się starały.

Jak wiele kobiet podobnych do siebie spotykacie? Takich, które zawsze z czegoś się tłumaczą, za coś przepraszają:

– za bałagan w domu

– za to, że tak kiepsko wyglądają

– za to, że nie mają dobrego nastroju

– za to, że może ciasto trochę za mało słodkie

– za to, że dzieci jakieś takie rozbiegane i rozkrzyczane

– za to, że nie zadzwoniły, nie odezwały się pierwsze

I za wiele, wiele innych rzeczy… A gdyby tak stawić czoło temu poczuciu winy, gdyby tak dać sobie prawo do ponoszenia porażek? Prawo do popełniania błędów, do niebycia idealną? Gdyby tak powiedzieć: nie mam siły, nie chce mi się, nie mam humoru, mam to zwyczajnie za przeproszeniem w d*pie! Czy nie byłoby łatwiej? Dla nas, dla naszych najbliższych, którzy zobaczyliby w nas człowieka, zwykłego, ze słabościami, którzy w końcu mieliby odwagę spytać, w czym nam pomóc. Może czas najwyższy, żebyśmy nie przejmowały się tym, że Kowalska spod siódemki zwróciła nam uwagę, że chyba się nam przytyło. Olejmy to. Podnieśmy głowę i takiej Kowalskiej powiedzmy: „Gdyby miała Pani męża, który TAK gotuje…”. I uśmiechnijmy się do siebie, bez poczucia winy, że pozwoliłyśmy sobie na bycie wredną. 😉


Przyjaciółka mówi: „Bo ty jesteś jak dojna krowa”. No jestem i strasznie mnie to wku*wia!

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
9 maja 2017
Fot. iStock
Fot. iStock
 

Macie takie dni, że wku*w paruje wam uszami? Że najchętniej to byście każdemu, kto chce coś od was odgryzły głowę i zakopały tak, by nigdy jej nie znalazł. Marzy wam się jednym tupnięciem nogi unicestwicie świat! Ba, nawet się nie marzy, tylko czujecie, że za chwilę wybuchniecie, a z wami wszystko dookoła?

I nie ma to kompletnie nic wspólnego z okresem, ze zmianami hormonalnymi. Może coś można zrzucić na pogodę, która doprowadza już do szewskiej pasji, a spoglądający na was zimowy płaszcz, który z taką radością kupowałyście PÓŁ roku temu, NADAL musicie nosić!

O rety, po prostu macie ochotę wykrzyczeć światu, żeby się od odpie*dolił! Zniknąć dla wszystkich, nie odbierać telefonów, nie czytać SMS-ów i nikogo do domu nie wpuszczać. A jak pomyślicie o Karaibach… i że nie możecie sobie od tak tam polecieć… To już miara goryczy się przelewa.

Patrzy na was butelka wina, którą najchętniej otworzyłybyście tuż po wejściu do domu, by zapaść się w błogą ciszę i nicość, w której jesteście tylko WY!

Jeśli tak miewacie, to uwierzcie, nie jesteście same, jest przynajmniej jedna osoba na świecie – JA, która doskonale was rozumie.

No ale, że bywam dociekliwa, więc próbuję tę falę wku*wu rozgryźć… I trudno nie zgodzić się z przyjaciółką, której daję upust swojej mega frustracji, a która pisze mi: „Bo ty jesteś jak dojna krowa i wszyscy wiszą na twoich wymionach”. No cóż, bardziej dosadnie się chyba nie dało, choć… cycki mam nieduże.

I możemy być mądre i mówić: „Oj ważne, by dbać o siebie”, „Nie musisz zadowalać innych, ważne, żebyś czuła się dobrze ze sobą”, „Żyj swoim życiem, a nie tym, jakie inne chcą ci narzucić”. Bla bla bla. Mądrości swoją drogą, praktyka swoją. Bo ja faktycznie czuję się jak dojna krowa wpadając w kołowrotek zaspokajania potrzeb wszystkich dookoła i spełniając każdego oczekiwania.

To ta faza, że nie daję sobie prawa powiedzieć, że nie mam czasu, że jestem zmęczona. Nieeee, ja muszę być na stand by’u cały kuźwa nieustający czas nie dając sobie samej prawa do oddechu.

Muszę być matką, która choćby trupem miała paść zrobi krokiety po staropolsku, bo syn wyjeżdża na wymianę do Niemiec i „fajnie by było, jakby rodzice coś przygotowali”. Pytam kumpeli: „A ty co robisz?”, a ona mi między oczy: „Przestań, kupiłam gotowe w Biedronce pierogi z kapustą i grzybami”. A mi w głowie na czerwono napierdziela alarm: „ERROR ERROR system samokontroli się przepalił”!!! Biorę głęboki oddech, myślę sobie: „Oj tam, jedzie na tydzień, stres pożegnam w kuchni, bo w końcu nic innego tak mnie nie odstresowuje”. Każdy ma swój sposób odreagowania. Wiecie, jak moja rodzina rozpoznaje poziom mojej frustracji? Po ilości jedzenia, które przygotowuję. No więc koło staropolskich krokietów pojawiła się drożdżówka, gołąbki, bigos z młodej kapusty, tarta ze szpinakiem i suszonymi pomidorami. Kiedy zaczęłam się zastanawiać nad sałatką tradycyjną, mój mąż powiedział: „Chyba wystarczy”… Opamiętałam się, padłam na twarz zasypiając na siedząco.

Ale nie, siebie nie oszukasz. Bo przecież jedna przyjaciółka wysyła łzawe i mało zrozumiałe SMS-y jak świat się jej zawalił, bo sukienki na ślub siostry kupić nie może. WTF? Ja serio pytam, o co jej chodzi, bo w moim kołowrotku jej problem dla mnie urasta do absurdu, za to u niej jest to rzeczywisty powód końca świata. Stawiam ją do pionu rzucając: „Dobra, pójdę z tobą na zakupy” i już po chwili żałuję tego, co powiedziałam. Bo kiedy niby kiedy z nią pójdę? Między jednym zleceniem a drugim, które nagle sypią się jak z rękawa, nawet gdy części odmawiam, to ich wysyp jest taki, że tonę.

Mówię dziś innej przyjaciółce, która jest na granicy wejścia w romans z kolegą swojego męża, że marzę, by ktoś wynalazł naturalny środek, który pozwoli choć jedną noc nie przespać i funkcjonować z rześkim umysłem cały kolejny dzień. Bo co mi po tym, ze noc zawalę, skoro w dzień i tak nic nie zrobię, tylko odsypiać będę. A mój organizm nie rozumie, gdy próbuję mu wytłumaczyć, że ja tak nie chcę, że nie na to się z nim umawiam i że nie może mnie tak zawodzić, bo tylko jego mam. Na nic się zdadzą prośby i błagania. Wybija godzina zero, a ja muszę spać. Macie na to jakiś sposób? Żeby tak nie spać i nadrobić zaległości, gdy wszyscy inni śpią. Bo tylko, gdy śpią, to nic nie chcą. To mąż nie patrzy spod byka mówiąc: „Jeszcze masz zamiar pracować?”. Nożesz MAM! MAM bo MUSZĘ! I odwal się i idź spać, i nic nie chciej na miłość boską! Przysięgam, że za te godziny ciszy się odwdzięczę! Obiecuję! Ugotuję coś pysznego nie w ilości jak dla pułku i wino z tobą wypiję.

Wiecie, z czego wynika ten wku*w i morderczy instynkt pozbycia się wszystkich dookoła? Z odpuszczenia, z otwarcia własnych granic. A macie, wchodźcie, rozgośćcie się. Och nie ma kto się zająć twoimi dziećmi, jasne, podrzuć do mnie. Ojej, nie zdążysz z projektem, jasne, że ci pomogę. O rany, musisz się wygadać – żaden problem, tak mam czas… a w głowie przewija mi się lista rzeczy do zrobienia! O fajnie, że wpadłaś na kawę (może w termosie podam i zrozumie aluzję). To jest jakaś masakra! I my same to sobie robimy, nagle przejmujemy się bardziej niż zawsze tysiącem rzeczy, czyimś opiniami. Bo w przypływie jakieś miłości i dobroci dla świata chcemy być takie miłe, fajne, lubiane i pomocne. Czym to przypłacamy…? No ja permanentnym wku*wem. Wku*wem histerycznym, bo nawet gdy mąż pyta, czy coś potrzebuję ze sklepu, mam ochotę skoczyć mu do gardła i nim wyzionie ducha wyszeptać złowieszczo: potrzebuję świętego spokoju.

To już zakrawa na porządne zaburzenie. Tyle, że kiedy dociera to do mnie – a dociera, kiedy wychodzę na chwilę pobiegać z psem i nagle biegam dwie godziny, to najchętniej cała owinęłabym się drutem kolczastym. Bardzo gęsto, tak gęsto, żeby nikt się nie mógł zbliżyć do mnie i widział dokładnie, gdzie stawiam granicę. I na buzię na chwilę kaganiec by się przydał, żebym nie pogryzła.

Na szczęście jest wyjście z tej sytuacji. Bo po pierwsze primo: najważniejsze to zdać sobie z tego sprawę. Drugie primo: wysiąść z tego błędnego koła. Trzecie: usiąść z boku, złapać oddech, nabrać dystansu. I po czwarte: zwolnić… dla siebie, dla innych. Wrócić do siebie, tam, gdzie czujemy się najlepiej ze sobą. Jaka ulga, prawda?

To, co – do następnego razu, bo wiadomo, że się trafi. :) Muszę drut kolczasty kupić.


Brrr jeszcze zimno, a wiosenne kiecki już do mnie uśmiechają. Panika! Matko, czy ja w nie w ogóle wejdę?

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
24 kwietnia 2017
Fot. iStock / as3d
Fot. iStock / as3d

Naszło mnie na porządki w szafie… Te zawsze odkładam do czasu, aż nic już w szafie znaleźć nie mogę i kiedy czas wymienić zimowe ubrania na te wiosenne. To nigdy nie jest miłe… Z drżeniem rąk wyciągam sukienki, spódnice… Oglądam z każdej strony zastanawiając się, czy we nie wejdę po zimie. Bo jak wiadomo zima nie sprzyja trzymaniu wagi, kiedy zimno i szaro i buro i jedynym ratunkiem na dopadający nas dół jest gorąca czekolada, albo butelka wina i… czekolada.

A tymczasem wszem i wobec już głoszą o bikini challenge, już pokazują modowe trendy na wakacje, najlepsze modele strojów kąpielowych, kiedy większość z nas z przerażeniem myśli: „jakie do cholery lato? Jakie wakacje, przecież dopiero co przysięgłam sobie z nowym rokiem więcej się ruszać, mniej jeść i wyglądać jak bogini na bałtyckiej plaży, albo na warszawskim otwartym basenie”. A to już koniec kwietnia, majówka nadchodzi wielkimi krokami. Uff na szczęście tak niepokojące prognozy pogody uspakajają naszą panikę. Bo jeszcze ma być zimno, jeszcze chwila, nic straconego. Jak przez trzy tygodnie schudniemy z pięć kilogramów, to potem będzie już z górki… Ile razy to sobie obiecywałyście?

Ja mam to szczęście, że na diecie w swoim życiu byłam raz. Wyobraźcie sobie mnie głodną i wku*wioną, to wszystko zrozumiecie. No, ale byłam. Nie będę pisać na jakiej, bo to nic mądrego nie było. 13 dni głodówki o kawie i sałacie. Powód – zobaczyłam siebie na zdjęciach kilkanaście miesięcy po urodzeniu drugiego dziecka i… lekko się przeraziłam. To nie byłam ja i źle się ze sobą czułam. Można było w tym trwać i udawać, że przecież nic się nie dzieje, że dobrze mi z tym jak jest. Ale mi dobrze nie było. I nie miałam potrzeby mówienia o tym całemu światu. Stwierdziłam: „Dobra, raz kilogramom śmierć”.

I to uczucie, kiedy spodnie zaczynają być luźne… Nie znam kobiety, która by tego nie uczucia nie lubiła. Zadowolenia, satysfakcji, i lepszego samopoczucia. To nie był jednorazowy zryw. Jak już zrozumiałam, że głodem z nadwagą nie wygram, zaczęłam szukać sposobu, by schudnąć i do starej wagi nie wrócić. Zaczęło się od świadomego jedzenia, zwracania uwagi na to, co jem. Czytania etykiet i gotowania inaczej niż się nauczyłam w domu.

Wyeliminowałam wiele kiepskich nawyków, a raczej wprowadziłam to, co nowe. Moje dzieciaki kochają warzywa, obiadu nie zjedzą bez surówki. I okej, schudłam. Schudłam ponad 20 kilogramów w rok, ale nikt mi nie powie, że to był pikuś, pryszcz i taka tam przyjemność.

Bo przyjemność owszem i przyszła i była, ale okupiona jakże ciężką robotą. Jak ja czasami cierpiałam i się męczyłam. Moja przyjaciółka urodziła czwarte dziecko, wiadomo koło 40-tki trudniej zgubić nadwyżek kilogramów, a ona to zrobiła (celowo nie używam „udało się jej”). Tyle tylko, że kiedy ktoś jej mówi: „Ale super wyglądasz”, to ona bez korygowania się odpowiada: „Dzięki, dużo pracy mnie to kosztowało”. I nagle wszyscy robią wielkie oczy ze zdumienia, bo nie znajdują wymówki na swoje: „Tak mi trudno schudnąć”. No kurde, a łatwo? Gdyby wszystko w życiu przychodziło łatwo, to każdy byłby bogaty, szczupły i szczęśliwy!

Eh, jasne, że chciałabym należeć do tej grupy szczęśliwców, co to jeść mogą i nijak to nie wpływa na ich wygląd. Ale nie należę. Ale też nie jestem w grupie tych, które szaleńczo pilnują swojej wagi i uważają, że rozmiar 36 to jedyny słuszny. Od tej skrajności też jestem daleka. Ale wiecie, wtedy na tej diecie zrozumiałam, że mój organizm ma pewne granice. Że daje mi znaki, kiedy mu ze mną dobrze, a kiedy nie bardzo po drodze. Już wiem, że poniżej pewnej wagi nie zejdę, choćby nie wiem, co się działo. No ok, zejdę, w ogromnym stresie, w jakiś traumatycznych dla mnie momentach, ale przecież nie o to chodzi. Poza tym nie jestem w stanie tej wagi utrzymać, więc przestałam się katować i akceptuję fakt, że te trzy kilogramy, które zawsze chciałam zgubić są jednak mi potrzebne, żeby mieć więcej siły, energii i radości z życia.

I już. Wiecie w czym tkwi tajemnica – w słuchaniu siebie, kurde jak zawsze. To już nudne i oklepane się robi, ale co zrobić, skoro taka jest prawda. Do mnie po zimie zawsze przychodzi refleksja: oho, wystarczy już tego dobrego, brzuch się fałduje, spodnie – najlepiej dresy, co by luźne były – to znak, że już czas potraktować siebie dobrze.

Więcej się poruszać, odstawić słodycze – pierwsze trzy dni to koszmar, ale ja sobie przebiegle zakładam: „tylko jeden dzień wytrzymaj” i każdego to sobie powtarzam, a po pięciu rzucone przez dzieci: „Mamo, chcesz czekoladę”, już nawet mnie nie rusza. Zjem, ale za jakiś czas pewnie. Wiecie, co jest najgorsze, te dwie kanapki zostawione przez dzieciaki po kolacji, to pół parówki, te słone paluszki do filmu… Ale wszystko da się zrobić, jak się człowiek zaprze i wie, że robi to dla siebie. I nagle okazuje się, że po dwóch tygodniach spodnie znowu luźne, wysypiam się zdecydowanie szybciej i lepiej. I przestałam mieć kłopoty z porannym wstawaniem. Nabieram sił, energii, jakby wcześniej przykryło je tych kilka zbędnych kilogramów. Co prawda wiosennych kiecek jeszcze się nie odważyłam założyć, ale brrr, przecież jeszcze zimno!


medicaments-24.com

https://steroid.in.ua/

купить диплом колледжа