Co mnie wku*wia w poniedziałkach

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
10 października 2016
Co mnie wku*wia w poniedziałkach
Fot. iStock/SIphotography
 

Nie cierpię poniedziałków. Co więcej wkurzają mnie niemiłosiernie, jakbyśmy nowego tygodnia nie mogli rozpoczynać od na przykład środy. O ile przyjemniej by było. Weekend za nami. Odpoczynek po weekendzie zasłużony i w środę z trzeźwym u wypoczętym umysłem można ruszyć w nowe.

Ale ktoś postanowił się nad nami poznęcać i wymyśli, że to właśnie poniedziałek będzie tym dniem, którego najbardziej nie będziemy lubić, który stanie się tematem drwin i niewybrednych żartów, ba – nawet tekstów piosenek.

Ale gdyby tak zastanowić się dłużej, to czymże ten poniedziałek zasłużył sobie na miano najgorszego dnia w tygodniu u większości społeczeństwa. Pomyślmy.

Szaro-buro – nienawidzę. Jestem w stanie przełknąć poniedziałki, kiedy słońce wschodzi przed 5:00 rano, ptaki śpiewają i jakoś tak raźniej wejść poniedziałkowe tryby. Ale kiedy dzwoni budzik, a na dworze jeszcze ciemni, kiedy wystawienie stopy spod kołdry nie ma nic wspólnego z przyjemnością, to cóż… Kto by nie został w łóżku na resztę dnia, ba nawet na dwa dni, co by odespać nocne oglądanie filmów, imprezowanie, albo ząbkowanie dzieci.

Pierwsza myśl jaka mnie dotyka w poniedziałek to: „Matko, dlaczego to nie niedziela. Dlaczego dni wolne i miłe tak szybko się kończą, a my zostajemy wciągnięci w rozgrywkę między pracą, placówkami dzieci a zakupami, obiadami i marudzącymi kolegami w pracy”. Wrrr.

I dzisiaj nie wiem, co mnie bardziej wk*rwia, to że jest poniedziałek, czy ty, że my samy doskonale sobie psujemy humor.

Bo gdyby tak zrobić wszystko na odwrót i z samego rana pomyśleć, że ten poniedziałek jednak fajny. I że miło, że czas względnego rozleniwienia kończy, bo co by było gdyby go rozciągnąć. Snulibyśmy się po domu kombinując, co by tu zjeść, co obejrzeć i ewentualnie, czy może z nudów pościel wyprać. A tak. Poniedziałek każe się nam zmobilizować, tyłki z kanap dźwignąć i ruszyć na podbój świata. Bo poniedziałek, tak jak początek tygodnia, tak może być początkiem czegoś zupełnie nowego.  Gdyby tak spojrzeć na niego z ciekawością, ze świadomością kolejnej szansy. Tak, wiem, trochę naciągane, zwłaszcza, gdy siedzicie z kubkiem ciepłej kawy próbując odkopać się z maili i myśląc nad przedweekendowymi zaległościami. Nic przyjemnego, a jak jeszcze z boku ktoś ci jęczy: „O matko, ale pogoda”, „No teraz to już tylko dół, bo jesień”, „Kto to widział w taki dzień przychodzić do pracy” – nie ma co, cudownie. Po prostu aż chce się żyć i prosić o więcej.

A jak dorzucimy do tego ludzi z ulicy ubranych w bure kurtki, z naciągniętymi na głowy kapturami i czapkami, którzy przemykają tak, by stać się niewidzialnymi, to gdzie tu powód do radości, gdzie chęć do działania, do wzięcia do cholery życia w swoje ręce, jak jedyne co w ręce chcemy wziąć, to ten koc ciepły, co w domu został.

I słyszysz, że chleb więcej kosztuje, że ogrzewanie jakieś kiepski, a zapłacić trzeba będzie, że buty znowu kupić, a dzieciakom kurtki. Że ogólnie jest źle i do dupy i już z pewnością gorzej być nie może, choć wiemy, że może i że powód do marudzenia zawsze się znajdzie. Do marudzenia i dołowania innych, którzy własny dół mają i uwierzcie czasami naprawdę, próbują go zakopać. Tylko jak? Jak na łeb pada, jak auto w kałużę wjeżdża, jak od rana dzień rozświetla tylko żarówka, a słońca nijak nie widać? Jak wleźć w ten poranek w kolorowych butach, z myślami zajętymi tylko dobrymi rzeczami?

W poniedziałkowy poranek wk*rwia mnie wszystko. To, że wstać muszę, że zimno, że kawa szybko stygnie, że mleko w lodówce, to 3,2% a nie 0.5% – choć na co dzień mam to w dupie. Że dzieci do szkoły muszę budzić, a pospać by jeszcze mogły, że pies ma łapy czarne i zabłocone, a mi czasu brak na ich wytarcie. Że pani ze sklepu patrzy jakoś dziwnie i jeszcze ziewa, i że moje ulubione drożdżówki akurat w poniedziałek nie dojechały na czas. A to miało być moje światełko w tunelu, ta drożdżówka do kawy miała być odtrutką na poniedziałkowy spleen. Ale nawet to mi w poniedziałek odebrano. Czemu nie we wtorek, albo w czwartek, gdzie machnęłabym ręką i zjadła sobie chleb z miodem. Nie, akurat w poniedziałek, gdzie miodu jeszcze kupić nie zdążyłam, poza tym nie tak zaplanowałam sobie ten poranek.

I naciągam te buciory ciężkie i płaszcz coraz to cieplejszy z szafy wyciągam i myślę sobie: „Za jakie grzechy mam ciągnąć nogę za nogę brnąć w ten chłód i dożdżówkowy głód?”. Kto to widział, żeby tydzień zaczynać od pana, który cię mija i nie ma najmniejszego zamiaru się uśmiechnąć, od psa, co to umila nam porankowy zapach na trawniku obok domu, a jego właściciel na nasze: „A może worek na kupę” najchętniej zamordowałby wzrokiem. A ty w myślach widzisz, jak tą kupą wysmarowane jego dzieci biegają. Nie ma co, tak każdemu z rana pożyczyć dobrego dnia. Pani, co przepycha się w drzwiach sklepu, panu co zamyka nam drzwi tuż przed nosem, jakbyśmy nie byli widoczni. Dzieciakom co wchodzą na pasy, jakby auta nie istniały. I panom od świateł, co to właśnie się popsuły… Dobrze, że pasów od tej porze roku nie malują.

W poniedziałek wszystko co złe jest bardziej i mocniej. Chciałabym nie istnieć, zapaść w sen jednodniowy. Ruszam tyłek na spotkanie z nowym tygodniem. Próbuję wykrzesać z siebie jakiś nikły uśmiech i pomyśleć, że może jednak coś dobrego mnie dziś spotka, oprócz faktu, że ten dzień się w końcu skończy… I tego wam też dziś życzę. Znad kubka kawy, tony maili i tysiąca telefonów. Jak chcecie pomarudzić – bardzo proszę, macie we mnie wiernego towarzysza poniedziałkowej niedoli.

P.S. Na szczęście jutro już wtorek… tylko czy brzmi to jak pocieszenie?

 

 

 

 

 


Hej. Panowie, obudźcie się! To, że sprzątamy, nie znaczy, że jesteśmy waszymi prywatnymi sprzątaczkami!

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
19 października 2016
Fot. Casarsa/Casarsa
Fot. Casarsa/Casarsa
 

Tak sobie myślę, że fajni ci nasi współcześni faceci. Że z wózkami widać jak chodzą, i na placach zabaw z dziećmi się bawią, i na osiedlowych boiskach z dziećmi grają i na tacierzyński idą. Fajnie, że są te chwalebne wyjątki, które wiedzą, że bycie facetem, to nie tylko bycie głową rodziny i zadzieranie z tego powodu nosa wyżej niż jakakolwiek ustawa przewiduje.

Dobra było miło, ale się skończyło, bo jednak rozglądając się wokół, ci fajni są jednak w mniejszości. Faceci  chętnie powielają stereotyp swoich ojców. Ooo, już słyszę oburzone głosy psychologów – że wzorów nie mieli, że pokutuje w nich obraz ich własnych ojców. No, ale sorry. Dla chcącego nic trudnego. Jeśli kobiety chcą rozwijać się zawodowo, to się rozwijają i jak widać nie ciąży na nich obraz matki, która przez osiem lat siedziała w domu na macierzyńskich i wychowawczych, bo takie czasy były. Nie biegała na fitness, czy na warsztaty samodoskonalenia – bo nawet nikt nie myślał, by dla kobiet takie coś stworzyć. A jednak. My potrafimy, bo chcemy. A faceci tacy biedni bez wzorców. Oni wiedzą, jak zarobić kasę, jak utrzymać rodzinę, ale nie nadążają (w większości, żeby nie było, że generalizuję) za swoimi kobietami. Nadal są samcami alfa, którym za ich poczucie odpowiedzialności za rodzinę (z realizacją bywa różnie) należy się podziw, szacunek, piwo do ręki i ciepłe kapcie. No i seks oczywiście, a jakże, będący obowiązkiem małżeńskim niemal każdej kobiety. Oj tam i możemy się zarzekać, ze nieprawda, że te czasy już minęły, że kobiety bardziej świadome siebie i swojej wartości. A jednak wpadamy w pułapkę patriarchatu (tfu nie lubię tego słowa) chcąc dogodzić facetowi na każdym polu, mając swoje potrzeby kompletnie za nic. I może nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie fakt, że każdy facet skrzętnie to wykorzysta. Wyciśnie z tego dogadzania, ile się da. Zresztą, kto by nie wycisnął. I odnoszę czasami nieodparte wrażenie, że my jakoś tak ulegamy, że budzi się w nas ta matka, co obiad z dwóch dań złożony pod nos mężowi podtykała, obojętnie, czy pijany, czy pracujący, czy ją wspierający.

Kurde no. Możemy zaprzeczać i mówić: „Co to to nie”, ale może czas najwyższy facetom pokazać, że to iż my oddane jesteśmy i przyjemność im z miłości sprawiać chcemy, wcale nie oznacza, że tak musi być. Bo nie musi. Może czas najwyższy jasno wyrazić, że

– to, że sprzątasz nie oznacza, że jesteś jego prywatną sprzątaczką

I nie będziesz mu ogarniać jego przestrzeni. On nie zauważy, że naczynia pomyć trzeba, kibel wyszorować, resztki po paście ze zlewu usunąć. To się „samo” dzieje, więc po co on ma się tym przejmować. Klejąca się podłoga w kuchni? No kleiła się i przestała. Nożesz k*rwa. Sama przestała? Wyjaśnimy sobie jedną podstawową rzecz – to że ona lubi porządek, nie oznacza, że on może mieć to w d*pie. Bo nic się samo nie zrobi. A jak tego nie zauważy, to całe to sprzątanie może mu stanąć mopem w gardle, kiedy okaże się, że ona odeszła, bo nie chciała mieszkać z kimś, kto nie szanuje jej pracy i ich wspólnej przestrzeni. Ot i tyle. A znam panie przeczulone na tym punkcie, oj znam.

– to, że gotujesz, nie oznacza, że jesteś jego prywatną kucharką

Kto by nie lubił być codziennie w restauracji, która serwuje, co ma najlepszego zawsze pod nos. Bo dba o klienta, bo klienta kocha, bo klient daje jej poczucie ważności istnienia. Prawda? Kurde, gdyby mi ktoś dzień w dzień podsuwał pod nos, to co najlepiej potrafi ugotować, to w życiu bym się nie zamieniła rolami. I jak to jest drogie panie – trochę same sobie robimy krzywdę rozpieszczając tego typa, który z nami mieszka i mówiąc mu: „Daj ja ugotuje, tylko syfu w kuchni narobisz”. A niech narobi i niech posprząta później. To, że ugotuje, to naprawdę nic nadzwyczajnego i w nagrodę nie trzeba po nim myć szafek, kuchenek i naczyń. Mówię zupełnie poważnie.

– to, że pierzesz i prasujesz, nie oznacza, że jesteś jego garderobianą

„Gdzie jest moja koszula” – spytał gniewnie mąż mojej koleżanki. „Powinna być szafie” – odpowiedziała, ale ruszyła z miejsca sprawdzić. „Czekaj chwilę, tylko wyprasuję” – krzyknęła do mnie zza drzwi ich sypialni. Myślę – nożesz ku*wa, to ja tu w gościach, wino piję, a taki oprych przylezie i do prasowania ją zmusza? „Ach wiesz, on tak ma” – odpowiedziała, gdy spytałam ją o podział jakiś obowiązków i dbania o swoje rzeczy. No tak ma, bo się przyzwyczaił, bo poszedł, jak po swoje, bo nigdy sprzeciwu nie przyjął, a może go nie usłyszał. Skarpetki brudne zostawi, a kilka dni później czyste w szufladzie znajduje, czyż nie cudnie? Cudnie, bo mój facet pierze i wiesza pranie i nawet ściąga z suszarki. Oboje tylko mamy problem z układaniem ubrań w szafie… Przydałby się ktoś trzeci, komu ten obowiązek domowy wcisnąć by się dało.

– to, że umilasz mu czas, nie oznacza, że jesteś jego czasu animatorką

Kochanie, a może do kina, a może na tańce, a może na kolację, a może na weekend byśmy pojechali, a może byś mnie w d*pę pocałował. No ja pierdzielę. A co to książę wam wspólnego czasu zaplanować nie potrafi? Biletów na koncert kupić, do teatru zaprosić nie da rady? Na miłość boską. No przecież mózgu mu praca i miłość do ciebie nie wyżarła. Wie, co tobie sprawi przyjemność. Że nie wie? No to sorry, czas najwyższy by się dowiedział i ruszył swoje szanowne cztery litery z kanapy i zrobił coś dla was. Tylko my wymagać tego musimy. I nie odpuszczać. A że boisz się, że on i tak nic nie zaproponuje. To sprawdź, czy nie boisz się przypadkiem z takim typem resztę życia swojego spędzić.

Ja nie jestem kobietą idealną. O matko, co ja gadam! Mi do ideału jak z Warszawy do Chin. Jak mi się nie chce sprzątać, to nie sprzątam i czasem on częściej dba o pusty zlew w kuchni niż ja i wie, że odkurzać nienawidzę, więc odkurza. Gotuję, jak mnie najdzie ochota. Wtedy wszystko – zupy, sałatki, kotlety, ciasta wjeżdżają. Tylko z tą ochotą różnie bywa i czasami zanika, a wtedy on pyszny żurek gotuje o i wątróbkę z jabłkiem dobrą. Jak raz karczemną awanturę zrobiłam o zasyfiałą kuchenkę po jego gotowaniu, to się już nie powtórzyło. I nie to, że ja zołza. Partnerstwo w związku traktuję jak partnerstwo, więc na zmianę pościel zmieniamy, prześcieradła z gumką składamy i naciągamy. I jak któreś ochoty na seks nie ma, to nikt się nie obraża.

Można, phi – jasne, że można. Tylko na głowę nie można pozwolić sobie wejść i klapek na oczy założyć, że oto trafił się nam facet, jak ślepej kurze ziarno i jak mu usługiwać przestaniemy, to nas porzuci dla tej co dość dobra dla niego będzie. Jak tak, to niech inna pierze mu skarpety i gacie i skacze podgrzewając obiad do odpowiedniej dla niego temperatury. Chce się w to bawić – bardzo proszę. Kto komu zabroni. Tylko niech później łez nie leje, że ona taka biedna, a on ch*j i prostak, co to ziemniaków nawet ugotować nie potrafi i prezentu na rocznicę ślubu nie kupi.


Hej kobiety, nie dajmy prawa innym decydowania o naszym życiu! Nie pozwólmy, by decydowano o życiu naszych córek!

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
19 września 2016
Fot. Pexels/ musicFactory lehmannsound / CCO
Fot. Pexels/ musicFactory lehmannsound / CCO

Przepraszam, nie chciałam… Nie chciałam od poniedziałku rano polecieć wku*wem. Myślałam sobie – zacznę tydzień spokojnie, weekend był wystarczająco burzliwy. A dziś poniedziałek, więc po co się denerwować ten dzień już sam z siebie wystarczy za dostateczny wku*w.

Ale co zrobić, jak wstaję po cichu wcześnie rano, kiedy wszyscy w domu jeszcze śpią. Robię sobie kawę  w ulubionym kubku, którego jeszcze nikt inny nie zdążył wyłowić na kakao czy herbatę, siadam i czytam. Czytam, bo interesuję się, co w kraju się dzieje, bo jestem Polką i myślę sobie – nie no gorzej być nie może niż jest. I co? I czuję, jak ciśnienie mi rośnie, jak włosy niebezpiecznie u nasady zaczynają się podnosić, jak kubek ściskam coraz mocniej i trudno, kot miauczący cicho o śniadanie musi poczekać.

Czytam i oczom nie wierzę. Zastanawiam się, jak bardzo trzeba nienawidzić kobiet, żeby nam to robić? Jak wielkim trzeba być szowinistą, żeby mieć kobiety za nic? Jak w końcu mieć mało szacunku do drugiego człowieka, by traktować go jak drugi sort, człowieka-kobietę. Ostatnio pewien lekarz powiedział mi: „Co się dziwisz, w takich czasach żyjemy, kiedy kobieta nic nie znaczy”.

Przeczytałam właśnie, że minister zdrowia chce wycofania zgody na sprzedaż pigułki „po” bez recepty. Jak twierdzi są dziewczynki, które zażywają te tabletki kilka razy w miesiącu. Najpierw zabiło mnie „dziewczynki”, bo kim są te dziewczynki? To 12-latki uprawiające seks? A może 14-latki? Tak, ja wiem, że wiek inicjacji seksualnej znacznie się obniżył, ale jak można mówić w kontekście antykoncepcji o „dziewczynkach”? To po pierwsze. Po drugie, jakim trzeba być ignorantem tłumacząc ten fakt zażywaniem pigułki kilka razy w miesiącu? Przecież to tylko dowód na to, że edukacja seksualna w naszym kraju jest poniżej zera? Dorosłe kobiety mają problem z ustaleniem swoich dni płodnych, a co dopiero te młodsze, nie mające pojęcia, jak rozkłada się ich cykl i kiedy zachodzi prawdopodobieństwo zajścia w ciążę? Przecież to wstyd Panie Ministrze, żeby w XXI wieku dorastającym kobietom nie dano możliwości poznania własnego ciała, własnej fizjonomii. Ale nie, kobiety są złe, złe są już dziewczynki, które nie chcą mieć dzieci. Złe są kobiety, które dzieci chcą mieć ale dla wielu (i od razu chce mi się krzyczeć CO ZNACZY WIELU?!?) w sposób nieetyczny, czyli dzięki in vitro.

No i mój poniedziałkowy spokój szlag trafił. Bo krew się we mnie zagotowała, bo pomyślałam sobie: „Rety, czy to naprawdę się dzieje, czy naprawdę tak trudno zauważyć jak krok po kroku odbiera się kobietom godność, jak dzień po dniu inni chcą nam udowodnić, jak niewiele jesteśmy warte? Jak mało oprócz funkcji rodzenia znaczymy?”. Kim trzeba być, żeby tak bardzo pogardzać kobietą. I tak, wiem, my sobie z tymi kawami siedzimy w ciepłym domku, w pracy między kolegami. Najczęściej mamy już dzieci, jakąś pozycję zawodową z trudem wypracowaną czasami i niższymi zarobkami niż kolega w dziale obok na tym samym stanowisku, ale myślimy sobie: „Oj tam, mnie ma co przesadzać. Mąż mnie szanuje, koledzy w pracy akceptują, po co robić szum. Mamy XXI wieku, przecież nikt i nic nie jest w stanie nam zaszkodzić”.

Drogie Panie, może i nam nikt już nie zaszkodzi, bo za bardzo jesteśmy świadome siebie, bo wiemy na czym nam zależy, znamy swoje priorytety, mocne i słabsze strony. Mamy konkretne plany i marzenia. Ale mamy też córki, córki mają nasze przyjaciółki, znajome, sąsiadka i pani ze sklepu. One są na początku swojej drogi. Na samym jej brzegu. Pomyślcie, że pomimo zaszczepionych im wartości trafią za chwilę na mur nie do przejścia, no mur pozwalający innym decydować za nie same o ich życiu. Pomyślcie, czego chcecie dla tych dziewczynek? Żeby były silniejsze, bardziej pewne siebie, żeby znały swoją wartość i żeby nikt im nie wmawiał, że nadają się tylko do garów i rodzenia dzieci?

Chciałybyście, żeby odważnie patrzyły do przodu? Żeby miały marzenia i plany, których nie będą się bały realizować? Żeby nikt nie oceniał ich przez pryzmat płci, ale po prostu – człowieka?

Chciałybyście, żeby mogły dokonywać samodzielnie wyborów? Żeby były świadome swoich własnych decyzji i nie ulegały presji społeczeństwa, której my niestety nadal często ulegamy?

Chciałybyście, aby musiały stawać przed wyborem – wyjechania z kraju, by czuć się bezpiecznie, by nikt nie osądzał zbyt krótką spódniczką, ilością wypitego alkoholu i wieku określającego ją jako starą pannę?

Chciałybyście, aby żyły w związkach, w których nie stać ich na samodzielność? W których to mężczyzna wyznacza sposób ich wspólnego życia, a raczej podporządkowania się jemu?

Znajoma jakiś czas temu usłyszała, że właściwie to ona nie powinna używać nigdzie stopnia magistra, że ten jej magister po skończonych studiach to pic na wodę fotomontaż. Dlaczego? Bo pisała o feminizmie. A co dzisiaj znaczy feminizm, czy w ogóle w naszym kraju ma rację bytu?

Drogie Panie, niech każda z was utka swoją własną definicję feminizmu, definicję zgodną z samą sobą, bo ile kobiet chcących o sobie stanowić, tyle definicji feminizmu. Każda z nas ma do niej prawo nie musząc zwać się feministką.

Otwórzcie proszę oczy, spójrzcie na to, co się tu wyprawia! Bo za chwilę okaże się, że kobieta bezdzietna będzie płacić wyższe podatki, a niezamężna oddawać część swojej pensji. Rozwódki? One już płacą często dość wysoką karę, bo za to, że pozwoliły sobie odejść, za to, że nie godziły się na męża i jego kolejną kochankę dzisiaj muszą walczyć o alimenty dla dzieci. A rząd chcąc podnieść średnią krajową skutecznie wytrąci im broń z ręki, bo wyższa średnia, to wyższy dochód, na mocy którego kobiecie świadczenie alimentacyjne przysługiwać nie będzie – za wysokie progi dla Funduszu Alimentacyjnego.

Może w naszym kraju zostanie powołana komisja do spraw prokreacji, która powtarzając kobietom, że dzieci najlepiej im rodzić między 20 a 23 rokiem życia doprowadzi do sytuacji, że kobiety przestaną kończyć studia, aspirować to zawodowego rozwoju i wtedy uda się zamknąć je w domu.

Pomyślcie o tych „dziewczynkach”, o których teraz mówi minister Radziwiłł. O dziewczynkach, które chce się chronić przed dostępem do edukacji seksualnej, o dziewczynkach gwałconych, którym chce się odebrać prawo do aborcji, ale nie zaostrza się prawa dla gwałcicieli. O dziewczynkach, które dziś z podziwem patrzą na swoje mamy, ciocie, sąsiadki, które chcą być takie jak my. Czy będzie im to dane to zależy dzisiaj tylko i wyłącznie od nas. Nie zamykajmy oczu na to, co się dzieje. Ja się wku*wiam i o tym moim wku*wie będę mówić zawsze głośno.


Нашел в интернете интересный блог на тематику стероиды украина.
steroids usa

pill steroid