Czego dowiedziałam się o sobie po rozwodzie? Samych dobrych rzeczy!

Z życia kobiety
Z życia kobiety
20 września 2017
Fot. iStock/gpointstudio
 

Szczerze – rozwód to porażka. Porażka na całej linii, to takie rozczarowanie, które ciężko przetrawić. Bo kiedy budujesz coś przez lata, inwestujesz w to siebie, swój czas, emocje, zaangażowanie, a na końcu okazuje się, że nic z tego, jak inaczej to nazwać.

I szczerze, choć już kilka lat od mojego rozwodu minęło – zdania nie zmienię, przyznaję się do porażki, którą oboje ponieśliśmy. Byłam wściekła, smutna, pamiętam, że przez chwilę zastanawiałam się, czy może nie zawrócić z tej drogi, że może jeszcze wszystko da się poukładać. Te wątpliwości zabijają. I ma je każda z kobieta, która się rozwodzi, każda, którą znam.

Ale te kobiety dzielą się na dwa typy – te, które żyją w nienawiści czy niechęci do eksa, które przez lata całą swoją energię pożytkują na podsycanie tych emocji. Na szczęście są w mniejszości.

I te, które po pewnym czasie zaczynają dopuszczać myśl, że świat się nie zawalił, że życie kurczę toczy się dalej i że warto z niego korzystać, a nie oglądać się na to, co było!

Tak też było ze mną. Ile ja łez wylałam, ile gorzkich słów sobie wyrzuciłam, że tak zniszczyć swoje życie, tak źle je poprowadzić, tyle lat zmarnować… Czego tam nie było. Ale przyszedł w końcu taki dzień, kiedy stanęłam przed lustrem i powiedziałam sobie, że nie ma co się mazać. Że czas założyć kolorową sukienkę i uśmiechnąć się do siebie. Wiecie, tego się nawet wytłumaczyć nie da, tej takiej zmiany, która w tobie zachodzi. Jasne, że to proces, że nie dzieje się z dnia na dzień, ale kiedy uświadamiasz sobie, jak inaczej patrzysz na siebie i świat, to daje takiego kopa, że chce ci się naprawdę znowu żyć. Dlaczego, bo z każdej sytuacji można wyciągnąć lekcje.

Czego ja dowiedziałam się o sobie po rozwodzie?

Że jestem fajną babką

Naprawdę. Kiedy zostałam sama, po pewnym czasie zaczęłam spotykać się z ludźmi, wychodzić na imprezy, towarzystwo trochę się zmieniło, bo wiadomo – rozwódka, sama, nie zawsze jest chętnie widziana. I ja to rozumiem, żeby było jasne. Tym bardziej, że dzięki temu zyskałam świetne koleżanki, poznałam super facetów i okazało się, że jestem fajna, że ludzie lubią moje towarzystwo, że dobrze się przy mnie czują. To było niesamowite odkrycie. Ja, która przez wiele lat wychodziła z mężem albo spotykała się z przyjaciółkami, z którymi znam się od lat i które zawsze mnie akceptowały, przekonałam się, że mogę być dla kogoś interesująca, mogę być kimś, kogo warto poznać. Cudowne uczucie.

Że cenię sobie samotność

Brzmi jak paradoks po tym, co napisałam wyżej, ale oprócz ludzi polubiłam też siebie samą, a może najpierw siebie samą…. Kiedy dotarło do mnie, że każdy popełnia błędy, że życie różnie nas doświadcza i że nie ma w tym mojej winy, zobaczyłam siebie w innym świetle. Poczułam się dobrze we własnej skórze, doceniłam, że potrafiłam dokonać wyboru, nawet więcej – nabrałam do siebie szacunku! I nagle ogromnie polubiłam poleżeć sama na kanapie z książką, kiedy dzieci były u ojca albo u kolegów, czy obejrzeć jakiś dobry film. I to nie samotność depresyjna, to samotność, w której czuję się dobrze sama ze sobą.

Że wiele rzeczy można mieć w dupie

Dzisiaj zastanawiam się, jak ja mogłam żyć w ciągłym napięciu, napięciu, byleby ktoś inny niż ja był szczęśliwy. Miarą szczęścia był dla mnie ugotowany obiad, czysta kuchnia i umyta podłoga. Tego ode mnie oczekiwał były mąż i ja jego oczekiwania chciałam spełniać jak najlepiej. Rety! Co za masakra. Po rozwodzie czyściłam zacięcie kuchenkę, nie zasnęłam, kiedy brudne naczynia były w zlewie. Dziś? Dziś wole iść na zumbę, wyskoczyć z dzieciakami do kina. Świat się nie zawali, jak podłogę umyję za dwa dni, a naczynia rano. Mam poczucie, że odzyskałam wolność, wolność decydowania o tym, co dla mnie jest ważne, a nie dla kogoś innego. Jakbyś nagle dostała oświecenia, co dla ciebie jest wartością. Najbardziej na świecie cenię sobie fajnie spędzony czas z dziećmi i czas, który daję sobie. Dzisiaj nic nie muszę, nie muszę spełniać czyichś oczekiwań, nie to jest miarą mojej wartości. Musiałam się rozwieźć, rozczarować, żeby to w końcu zrozumieć. I pomyśleć, że kiedyś myślałam, że im bardziej będę się starać, tym on bardziej będzie mnie kochał. Tyle, że ja nie kochałam siebie.

Że potrafię być niezależna

Bardzo często w małżeństwie zamykamy się w klatce zależności, ja na pewno dałam się w niej zamknąć. Dałam sobie wmówić, że sama nic nie mogę, że odkąd jesteśmy w dwójkę, to tylko razem , nierozłącznie jesteśmy coś warci, coś możemy. Ale sama? Nigdy. To tak długo trwa, że w końcu w to wierzysz i strach przed opuszczeniem tej klatki blokuje cię na długi czas przed ostateczną decyzją. Tymczasem okazuje się, że świetnie radzisz sobie sama ze wszystkim. O jeny, jasne, że nie jest lekko, że bywa cholernie ciężko, ale nawet z tych trudnych momentów da się wyjść, jeśli nie samemu, to z pomocą najbliższych nam ludzi, którzy dają nam niesamowite wsparcie, klepiąc przy tym po plecach mówiąc: „Dasz radę, jesteś świetna”. I ty naprawdę wiesz, że dasz radę, naprawdę!

Że umiem rzeczy, o których nie miałam pojęcia

Nagle okazało się, że potrafię kupić odpowiednie worki do śmietnika czy odkurzacza, że wiem, gdzie w domu trzymam apteczkę i potrafię wymienić koło w samochodzie (na You Tubie znajdzie się wszystko). Zaczęłam jeździć na nartach i zakochałam się w tajskiej kuchni! Nagle mój świat się poszerzył o umiejętności, o które się nie podejrzewałam i o rzeczy, których nigdy wcześniej nie próbowałam, bo on nie chciał, nie czuł takiej potrzeby. Eks odsunął mnie od niektórych rzeczy, mówiąc, że zna się lepiej. Ja też się znam. Nie jestem kaleką, potrafię wszystko załatwić bez żadnego problemu, a jak problem się pojawia, to pytam. Tak, to jeszcze jedna ważna rzecz – nauczyłam się pytać i prosić o pomoc. I wiecie co, bardzo mi z tym dobrze.

Zakładam kolorową sukienkę, maluję usta, puszczam do siebie oko i wychodzę z domu szczęśliwa. I choć wiem, że to nudne i oklepane, ale w moim przypadku rozwód to najlepsze, co mogło mi się przytrafić. Na kolację umówiłam się ze znajomymi w tajskiej knajpie.


Wydaje ci się, że nigdy nie ma odpowiedniego czasu na zmianę? I… masz rację

Z życia kobiety
Z życia kobiety
3 października 2017
Fot. iStock / fcscafeine
 

Stała przy zlewie. Woda leciała, a ona znieruchomiała. Z rękami mokrymi od piany. „Mamo” – wyrwało ja z zamyślenia. „Co się ze mną dzieje” – pomyślała, a odwracając się zdążyła przykleić do twarzy uśmiech. „Kiedy on tak urósł” – pytała siebie ostatnio dość często patrząc na swojego syna, już nastolatka, który przyglądał się jej stojąc w drzwiach. „Co jest?” – spytała, chciała, by jej głos zabrzmiał lekko. „Potrzebuję do szkoły kilka rzeczy”. No tak, właściwie czego innego mogła się spodziewać. Każdy ze wszystkim przychodził zawsze do niej. Z tym, co trzeba kupić, co naprawić, co znaleźć.

A ona miała już dość. Miała ochotę wykrzyczeć: „Dajcie mi święty spokój, zajmijcie się sobą”, ale nie potrafiła. Bała się, że kiedy to powie, spojrzą na nią ze zdziwieniem nie rozumiejąc o co jej chodzi. Przecież przez tyle lat znosiła te wszystkie zachcianki, oczekiwania wobec niej. Przecież nigdy nie odmówiła, nie powiedziała, że jej się nie chce, że jest zmęczona.

Ale od pewnego czasu czuła, że ma do twarzy przyklejoną gębę. Gębę tej zaradnej, tej nienarzekającej, która z pokorą znosi wszystko, co jej życie przyniesie.

A życie postanowiło jej nie oszczędzać. Pamięta, gdy znalazła te SMS-y w jego telefonie. Czy tęskni, kiedy znów porozmawiają… Ciemno zrobiło się jej przed oczami. Najpierw pomyślała, że to telefon syna, ale to nie mogła być pomyłka. I właściwie za nic miała jego tłumaczenia, nie o to w nich chodziło. Zastanawiała się, dlaczego to się stało, dlaczego to wydarzyło się w jej życiu.

Przecież mieli dom, rodzinę, pracę. Prawie 20 lat związku za sobą. Wydawało się jej, że udanego. Właśnie – wydawało się jej. Jemu się nie wydawało, on nie pozostawiał złudzeń. On szedł dalej, nie został tu, gdzie ona chciała stworzyć dla nich ciepłe miejsce.

„Ku*wa” wyrwało się jej z gardła. Przecież wszystko im poświęciła. Zrezygnowała z awansu w pracy, później ze zmiany pracy na inną, byleby dostosować się do ich potrzeb. Była oszczędna, żeby pieniędzy starczyło im na kredyt i na pasje muzyczne ich syna. Dzięki niej co roku jeździli na fajne wakacje. Dzięki niej mieli w domu zawsze ciepły obiad. To z nimi ona spędzała wieczory, a to grając w scrable, czy w karty. I myślała, że tak powinno być, choćby przez jakiś czas.

Za każdym razem, kiedy biła się sama ze sobą, myślała: „To nie jest dobry czas, poczekaj, przyjdzie odpowiedni moment”.

Te odpowiedni moment miał przyjść na rozwój jej kariery zawodowej, na zmianę pracy, na powiedzenie w końcu TAK różnym propozycjom. Najpierw dziecko miało pójść do szkoły, później zdać egzaminy, teraz będzie czekać na jego maturę? Naprawdę? Przyjaciółka mówi: „On za chwilę skończy 18 lat, pójdzie w świat, a ty z czym zostaniesz?”. No właśnie? Z czym zostanie?

Z domem, obiadem, którego nie ma komu ugotować. Z mężem, który raczej nie jest zainteresowany naprawianiem ich związku?

Ile razy czytała te bzdety: spytaj siebie kim jesteś, czego chcesz? Na pamięć znała te wszystkie samorozwojowe hasła, że jak o siebie samą nie zadbasz, to nikt nie zadba, że dla siebie powinnaś być najważniejsza.

Ale jak być najważniejszą? Jak, skoro nie chcesz nikogo zawieźć, skoro wszyscy na ciebie liczą, każdy ma wobec ciebie jakieś oczekiwania. To jak i kiedy pomyśleć o sobie, skoro zawsze i wszędzie musisz myśleć o innych!?!

Najchętniej rzuciłaby kubkiem o ścianę, jego kubkiem, który kupiła mu na służbowym wyjeździe… Idiotka. Zamiast się dobrze bawić ze wszystkimi z synem przez telefon lekcje odrabiała, bo tacie cierpliwości brakowało. Taka się wtedy czuła ważna, że ona wyjechała, a oni jej jednak potrzebują. Dzisiaj ogarnia ją tylko pusty śmiech, bo tak sobie wmawiała. Bo tak chciała się czuć. Nigdy nie była ważna dla siebie, to chociaż w oczach najbliższych chciała się taką widzieć.

Tymczasem zderzyła się z własną iluzją. Kiedy się rozsypała w drobny mak, kiedy nie była w stanie wstać do pracy, zrobić obiadu, okazało się, że świat bez niej dalej się kręcił, że nikt nie zauważył specjalnie jej nieobecności. W pracy bez problemów, syn dzwonił, że zje na mieście z kolegami, wieczorem tylko pytał, czy wszystko w porządku i przytulał się do niej mocno.

On? On od dawna żył swoim życiem, do którego ona się przykleiła pod postacią kanapek do pracy, telefonów z pytaniem, o której będzie, wyprasowanych koszul. Była obok, kiedy on robił karierę, wyjeżdżał na konferencje, chodził na basen, tenis, umawiał się z kolegami. Zawsze gotowa do poświęcenia swojego czasu i uwagi dla niego.

Idiotka. Pamięta, gdy przyjaciółka mówiła jej: „Jolka, ty musisz w końcu zadbać o siebie”. Gotowało się w niej, bo jak to zostać egoistką? Skupić się na sobie? A co z domem, z obiadami, praniem, synem? Co z jej małżeństwem? Jak mogła myśleć o sobie, skoro tyle rzeczy miała do zrobienia.

A dzisiaj? Dzisiaj syn się jej pyta, czy kupi mu potrzebne do szkoły rzeczy. Męża nie ma w domu, a ona kompletnie nie umie sobie poradzić z rzeczywistością, która ją dopadła.

„Ile jeszcze chcesz czekać na odpowiedni moment? Jakich jeszcze argumentów potrzebujesz” – pyta się jej przyjaciółka. I ona wie, że ma rację. Nigdy nie ma odpowiedniego momentu. Nigdy nie ma dobrego czasu na to, żeby całe swoje życie poświęcić innym, a nie sobie. Nie ma, bo później nigdy nie znajdujesz już czasu dla siebie. Nie umiesz się wykaraskać z przestrzeni, którą sama sobie stworzyłaś. Boisz się. Ona też się boi, boi się odpowiedzieć sobie na pytanie, kim jest, czego chce. Całe życie uciekała przed odpowiedzią, nikt nie wyposażył jej w odwagę bycia tym, kim chce. Boi się, bo wie, że odpowiedź ją zdruzgocze, pokaże, że jest w miejscu, w którym nigdy nie chciała się znaleźć. Przecież miała tyle planów, marzeń, tyle chciała zarobić. A dzisiaj? Dzisiaj ma 45 lat i poczucie, że wszystkie okazje i szanse przegapiła, że jest taką szarą kulką, która leci tam, gdzie ktoś ją popchnie, gdzie jej potrzebuje.

Rzuciła talerzem o podłogę. I kolejnym. I następnym. Tłukła wszystko, co stało w zlewie, a co przynosiło jej ulgę. Jakby swoje całe życie rozbijała na te małe kawałki, z których część może da się złożyć, ale pewne okruchy zniknęły bezpowrotnie, trzeba się z nimi pożegnać raz na zawsze i skończyć się szarpać z samą sobą. Śmiała się i płakała na przemian, jakby przyszło do niej oczyszczenie. Zrozumiała, że przecież jej życie się nie kończy, że nadal może zawalczyć o dobre życie dla siebie. Zdumionemu synowi włożyła w rękę 50 złotych i wysłała po potrzebne mu do szkoły rzeczy, nie protestował. Sama wykopała z szafy strój kąpielowy, zapakowała ręcznik i klapki, od dawna marzyła o basenie, o tym, żeby popływać. Tak bardzo kiedyś to lubiła. I może to nie jest odpowiedni moment, może powinna dokończyć obiad, powiesić pranie, ale dziś ma to gdzieś, dziś chce iść popływać. A reszta? Reszta się pewnie jakoś ułoży. Może od tego trzeba zacząć…


Miłość to nie jest „nigdy” i „na zawsze”. Bo może miłość to szansa? Szansa dawana bez końca, po stokroć, a nawet tysiąckroć?

Z życia kobiety
Z życia kobiety
16 września 2017
Fot. iStock/teksomolika

Wiesz, co znaczy szczęśliwy związek? Jak często zastanawiasz się nad tym biorąc pod lupę swój związek – może ten, który trwa, a może ten, który już się skończył? Przenika cię cynizm, gdy ktoś zaczyna rozmowę o miłości. Bo czym jest miłość? Czy w ogóle istnieje, czy może to zbiór emocji, które razem tworzą coś, co każdy z nas indywidualnie nazywa miłością?

Az drugiej strony, tak o niej marzymy, tak bardzo byśmy chcieli, by była niezwyciężona, by stała się naszym orężem, kiedy stajemy twarzą w twarz z wszystkim przeciwnościami – rutyną, frustracją, kłamstwem, oczekiwaniem i rozczarowaniem.

Ja też torturuję się wracającym co jakiś czas pytaniem, czy kocham? Czy to na pewno miłość, czy przez moje palce, przez moją wygodę nie ucieka mi coś więcej?

A może miłość to wygoda? Może o to w niej chodzi, by się umościć wygodnie, by mieć poczucie, że zawsze jest pod ręką i nigdzie sobie nie pójdzie, a nawet jak na chwilę gdzieś zabłądzi, to zawsze znajdzie drogę do domu?

Bo może miłość to szansa? Szansa dawana bez końca, po stokroć, a nawet tysiąckroć? Może sprawdza, czy jest dla nas ważna, może tak jak my pragnie uwagi, a wiadomo, że najwięcej uwagi zyskuje to, co tracimy – były związek, była przyjaźń, ludzie, którzy odeszli na zawsze. Może ona wystawia nas na próbę, bo chce być ważna, bo chce czuć, że nie wypuścimy jej z rąk. Jakby nie nabroiła, przygarniemy ją do siebie i przytulimy mocno. Zawsze.

A może miłość to okazja? Może składa się z tych podsuwanych nam pod nos szczegółów, tych spojrzeń, dotknięć przypadkowych. Może ona wcale nie jest wielka, dosłowna i długotrwała. Może to wartości przypisane przywiązaniu, a miłość spotykamy po drodze? Kiedy ktoś zdawałoby się przypadkiem utkwi w nas wzrok, gdy niby niechcący muśnie nasze ramię i przeprasza, choć oboje wiecie, że przepraszać nie chce.

A może miłość to te drobinki szczęścia, szczęścia, które rozlewa się po naszym ciele, które sprawia, że przychodzi do nas spokój, i taka pewność (choć przez chwilę), że jesteśmy we właściwym miejscu, że nie ma tu żadnej przypadkowości, pomyłki, okazji, czy wygody. Bo przecież nie zawsze jest wygodnie, uwiera nas, kłuje w bok, musimy zmienić pozycję, wyjść na chwilę, żeby rozprostować swoje emocje, by poukładać w sobie wszystko na nowo. By nabrać dystansu i odpowiedzieć sobie na pytanie, czego chcę? Czy nadal czegoś oczekuję? A jeśli to po co?

Bo miłość na pewno nie jest oczekiwaniem – ona nie stawia wymagań, nie wymyśla kolejnych poziomów do pokonania, nie każe nikomu się zmieniać, ani dostosowywać. Miłość nie wymaga zbyt wiele. Jej wystarczy kawa zrobiona rano i przyjęta z wdzięcznością, nasza ręka znaleziona gdzieś po ciemku, w trakcie spaceru, w kinie czy w samochodzie. Zakupy zrobione po drodze i SMS: „wracaj już, tęsknię”.

Miłość to nie tęsknota za wypraną koszulą, czystą podłogą i ciepłym obiadem. To tęsknota za zapachem, za spojrzeniem, za pewnością, że jego ręka jest na wyciągnięcie twojej ręki. To tęsknota za obecnością, bez narzucania, bez rozmów, bez potrzeby przypominania, że jestem tuż obok.

Miłość to pewność. Tak, miłość to pewność, którą trudno nazwać. Bo co daje prawo nam ją czuć – wcale nie bliskość, nie intymność, nawet nie akceptacja. To zakorzenione głęboko w nas przekonanie, że zawsze możemy do niej wrócić. To bezpieczeństwo, że ten kogo kochamy i ta, która kocha, choć może nie zawsze wybaczy, nie zapomni, to jednak będzie. Bo miłości nie da się wyrzucić przez okno, zatrzeć pilnikiem. Jeśli choć raz doświadczyliśmy miłości, która dawała wam tę wyjątkową pewność – ona na zawsze z wami zostanie, może w formie przyjaźni, wsparcia, zrozumienia, ale będzie w was głębokie przekonanie, że nigdy na zawsze nie odeszła. Miłość to nie jest „nigdy” i „na zawsze”.

Miłość nie krzywdzi. Kiedy słyszę: „On mnie zranił”, pytam siebie, jak to możliwe? Jak można kochać i ranić jednocześnie, jak można mówić komuś, że kocham, a chwilę później okrutnie doświadczać. Nie wierzę w miłość, która krzywdzi. Taka dla mnie nie istnieje, to iluzja, to przyciąganie i odpychanie, którego ktoś potrzebuje, by poczuć cokolwiek. Prawdziwa miłość nie skrzywdzi, skrzywdzić może człowiek, który nie jest pewny swoich uczuć.

Miłość nie krzyczy – krzyczy za nas frustracja, złość, smutek, rozczarowanie. Czy z tego składa się miłość? Z tego błagania o nią, żebrania? Naprawdę? Wierzysz, że to o co musisz walczyć i zabiegać jest miłością? Może jest potrzebą miłości? Pragnieniem bycia kochaną? Ale czy takiej miłości chcesz – wyproszonej, wychodzonej, przytrzymanej na smyczy, byleby stała przy twojej nodze i dawała ci złudne poczucie bezpieczeństwa, przywiązania i spokoju?


cialis-viagra.com.ua

http://diploms-home.com

Предлагаем www.steroid.in.ua недорого с доставкой.