„Cześć, wpadłam na kawę”. Tylko dlaczego o dziesiątej rano i czemu, do cholery, na pięć godzin?!?

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
20 lutego 2018
Fot. iStock/stock_colors
 

Upierdliwi goście – wygooglowałam. No bo jak sobie z takimi radzić. Myślę sobie, że może ja jakaś głupia, mało asertywna, że zamiast powiedzieć: „Sorry, nie pasuje mi”, to jednak drzwi otwieram i wpuszczam. Ba, nawet jak dzwoni ktoś dawno nie widziany, kto akurat przyjechał do miasta, bo ma wolne, to jakoś tak głupio mi odmówić. Cieszę się, że się spotkamy, ale ile można.

A można, jak się okazuje. Można wpaść w sobotę o 11:00 i siedzieć do późnego popołudnia. Wypić kawę, zjeść ciastka i powiedzieć: „Spoko, nie przeszkadzaj sobie”, kiedy masz zaplanowane pranie i sprzątanie, bo kiedyś w końcu trzeba to zrobić. Przecież dzieci się tak świetnie razem bawią. I, że wcale nie są głodni, ale jak już robisz obiad, to chętnie się podłączą. Można też tak przy okazji wejść na niedzielną kawkę popołudniową i zostać do godzin mocno wieczornych, bo czemu nie. Bo taką mają ochotę, potrzebę, a przecież ty znana jesteś ze swojej towarzyskości i otwartych w domu drzwi. No ku*wa jestem, ale bez przesady, każde drzwi mają swoją pojemność i ile razy trzeba je przekroczyć, żeby zrozumieć, że kolejne wejście jest przegięciem?

Lubię gości, lubię ludzi u mnie w domu. Ale bywają tacy, na których mam uczulenie, a których tak naprawdę trudno się pozbyć. Bo po pierwsze wpadają niezapowiedzianie, po drugie kompletnie brak im wyczucia. I nawet jak już chodzę jak chmura gradowa (a uwierzcie, że potrafię!), nic sobie z tego nie robią. Chyba za drzwiami tłumaczą sobie, że mam swoje humory albo jestem przed okresem. Nożesz ja pie*dolę. Wiecie, co mnie wkurza najbardziej – już nie tyle oni, tylko brak mojej asertywności. No bo co by było złego w powiedzeniu komuś: „Stary, nie mam ochoty na twoją wizytę, dzisiaj chcę odpocząć” albo „Okej, wpadaj, ale na maksymalnie dwie godziny, więcej nie zdzierżę”. No przecież nic złego, tłumaczę to sobie, a jednak przez gardło przejść nie chce. Zresztą jak wielu moim znajomym. Ostatnio jedni znowu bujali się z kumplem, który umiaru nie zna. Owszem, dzwoni, mówi, że wpadnie – jak już w końcu odbierzesz telefon po czterdziestu odrzuconych wcześniej połączeniach. Ale ty już wiesz, że ta wizyta będzie dłużyła się niemiłosiernie, jego dzieci wyjedzą wszystkie możliwe słodycze i waszym narobiś syf w pokoju, który dopiero co, po wielu prośbach i groźbach posprzątali. No nie, to nie jest fajne. Kocham gości, którzy wpadają nawet niezapowiedziani. Wiedzą, jak sobie zrobić kawę, gdzie jest herbata. Jak są głodni, to proszę – lodówka otwarta, chyba, że chcą coś zamówić, nie ma problemu. Czemu wszyscy nie mogą tacy być. Już nie wspomnę o rodzinie – ciotkach, klotkach, wujkach i kuzynach. Z nimi najczęściej na sztywno, przy stole. Meczu nie obejrzysz, w lotki nie pograsz. Tylko kwitniesz przy tym stole kalkulując, jak z tego, co masz w lodówce pod koniec tygodnia zrobić jakąś sensowną kolację, bo że zostaną na kolacji to wiadomo.

No więc googluję upierdliwych gości i co czytam? „Zamknijcie drzwi i udawajcie, że was nie ma!”. Odpada, auto pod domem, okna duże, pies na podwórku. Poza tym, co powiem dzieciom? „Kryć się, goście idą!”? No nie. Słabe, aczkolwiek pewnie w wielu domach się sprawdza. Podobnie jak nieodbieranie domofonu – szczęśliwi ci, którzy go mają. Nie odbierasz, telefon – olewasz. Siedzisz sobie spokojnie przez telewizorem i nie w głowie ci żadni goście, zwłaszcza ci niezapowiedziani. Ale co zrobić, jak w niedzielę rano wpada do ciebie koleżanka. Jest 10:00, nie zdążyłaś się jeszcze wykąpać. Plan był na leniwy dzień. Dzieci wyjechane, chata pusta, beztroska laba, nawet obiadu nie masz zamiaru robić. Ale ona puka do drzwi, otwierasz i słyszysz: „Pamiętam, że mówiłaś, że sama dzisiaj jesteś, to pomyślałam o kawie” i siedzi (ku*wa) do 15-tej. Serio – takie przypadki się zdarzają, i nie są wcale odosobnione. Bywają sąsiadki, co to wpadają na plotki i już w drzwiach zaczynają: „Słyszałaś, że ta spod piątki…”. I wchodzi i drzwi nie zdążysz jej zamknąć przed nosem. I na nic się zdadzą wszystkie: „Miałam właśnie iść po zakupy”, bo w odpowiedzi pada: „Przestań, zdążysz, czego ci brakuje, najwyżej ci pożyczę”. Znam historię, że gospodarze już w piżamach chodzili, a goście nadal mieli się dobrze. A hasło: „Tak tak już wychodzimy” powtarzane było przez jakieś kolejne trzy godziny. Ja pierdole. Trafisz na takich i przepadasz. Ludzi ci się odechciewa, spotkań masz dosyć i na samą myśl o wizycie nawet najlepszych przyjaciół dostajesz uczulenia. Wrrr. Tak, upierdliwi goście potrafią zabić każdą gościnność, zwłaszcza, gdy to oni lubią się gościć, nigdy odwrotnie. Bo już kiedyś obmyślałam taką zemstę: zaczaję się, wpadnę i sobie posiedzę. Ale oni są cwani. Najczęściej słyszę, że nie ma ich w domu albo, że mają inne plany, a mi brak ich tupetu, żeby i tak się do nich władować. Eh.

I nie żeby upierdliwi goście zajmowali mnie jakoś na co dzień. Wystarczająco dużo swojego czasu poświęciłam im w weekend, ale zastanawia mnie, dlaczego tak trudno powiedzieć im: „Nie mam ochoty, nie przychodźcie”, a jak już stoją w drzwiach: „Właśnie będę uprawiać seks z moim mężem, sorry” i zamknąć im je przed nosem? Macie może swoje sprawdzone sposoby, tylko błagam nie każcie się ukrywać w kuchni pod stołem i udawać, że nas nie ma. Dodam, że to ten typ gości, którzy nie zrażają się krytyką, każde słowo skierowane w ich stronę, a sugerujące, że nie są zbyt miło widziani kolejną, bo już na przykład szóstą godzinę, na nich nie działa, spływa jak po kaczce. I co z nimi zrobić? Google nie podpowiada mądrej odpowiedzi, sama nie mogę na nią wpaść, więc liczę na was. Jeszcze przed kolejnym weekendem.


Siedzi w domu i tylko dziećmi się zajmuje? Ile powinna zarabiać? Policzymy…

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
21 lutego 2018
Fot. iStock/vicnt
 

Myślałam, że czasy, kiedy usłyszę: „Co wy tam w tym domu robicie”, dawno już minęły. Serio. No który szanujący się facet byłby w stanie powiedzieć: „A tam, też mi wielkie rzeczy, siedzicie w domu i narzekacie”.

Cóż, na pewno żaden z facetów, których dobrze znam i z którymi się przyjaźnię nie zaryzykowałby taką tezą. Ale bywa, że w jakimś szerszym towarzystwie trafiasz na takiego, co mu szowinizmem z oczu patrzy, który uważa, że miejsce kobiety jest w domu i przy dzieciach, a on na rodzinę będzie zarabiać. I okej, stary, niech ci się żyje dobrze, bylebyś prawa do szczęścia nie odbierał swojej żonie. Bo czy ona chce w tym domu „siedzieć” i li jedynie dziećmi się zajmować (jasne „jedynie”)? Spytałeś? No właśnie tacy rzadko pytają. Mówią raczej: „Kochanie, po co ty pracować masz, zostań z dziećmi, ja o wszystko zadbam”. Szczerze – gdyby mój mąż mi tak powiedział, z pocałowaniem ręki dzisiaj wzięłabym tę ofertę. Znając siebie, pewnie na chwilę, bo nosiłoby mnie po jakimś czasie. Ale to ja.

Są jednak kobiety, które w domu zostają, bo chcą być z dziećmi, bo uważają, że taka właśnie ich rola wpojona przez matkę być powinna. Gorzej, kiedy zaczynają słyszeć, że są darmozjadami, że nic nie robią, że on to haruje, a ona tylko wakacje by planowała. A w nosie z takim układem – myślisz, ale jesteś w w czarnej dupie, bo jak się z tej zależności finansowej wydostać, eh.

Ale wracając do tematu. Siedzę sobie ostatnio ze skręconym kolanem pod stokiem i słyszę, jak faceci przy piwku obok rozmawiają. Śmiechy, chichy, ale coś mnie w tej ich rozmowie niepokoi. A jakże, zebrała się ferajna napuszonych kogucików, co to kasę zarabiają, a żonie przy garach stać każą i pretensje mają, kiedy ona się skarży, że jest zmęczona. „Czujesz, ona mi mówi, że nie ma siły! Cały dzień w domu siedzi, nic do roboty nie ma, ja zapie*dalam, żeby ona mogła sobie z dziećmi na nartach pozjeżdżać”. O nie, co to to nie. Kolano bolało jak jasna cholera, ale mój wkurw okazał się silniejszy. „Stary, a czy ty wiesz, że dzięki twojej żonie, która w domu zapieprza, uwierz, bo nie siedzi, ty jakieś pięć koła miesięcznie oszczędzasz!?! Ona sobie na wakacje zarobiła, a ty?”. Walnęłam prosto z mostu, szybciej niż pomyślałam. I wyszłam. Myślałam, że umrę z bólu, ale mina tych gości przy stole wynagrodziła moje spuchnięte kolano. Nożesz co za dziad.

Pięć tysięcy. Hm. Oczywiście sumą w kosmos wystrzeliłam, ale zaczęłam myśleć, czy przypadkiem nie trafiłam w czuły punkt. Bo gdyby tak wycenić domowe prace? Tak realnie? Ile wyniosłoby wynagrodzenie kobiety, która według co niektórych siedzi tylko w domu? Pranie, sprzątanie, zakupy, wożenie dzieci, odrabianie z nimi lekcji, organizacja wolnego czasu? No ile?

Sprzątanie

Wiadomo, że codziennie nie trzeba jakiś wielkich porządków. Ale tę łazienkę, podłogę, odkurzyć, to dwa razy w tygodniu by się przydało, jak już się w domu siedzi. Ile dziennie czasu poświęcamy na sprzątnie, gdy jesteśmy w domu? Jeśli uśrednimy do dwóch godzin za naprawdę niedużą stawkę 15 złotych za godzinę, wychodzi nam jakieś 210 złotych tygodniowo.

Prasowanie

Do znajomej raz w tygodniu przychodzi pani, która prasuje wszystko, co się uzbiera. Raz jest mniej, raz więcej. Dostaje 150 złotych jednorazowo. Ale też spędza kilka godzin nad deską. Super, jak ktoś lubi. Ja nie cierpię, nie prasuję, ale jakbym siedziała w domu, co by mi szkodziło. I tak prasuję, jak zakładają jakieś rzeczy.

Gotowanie

No kurczę, w końcu to też zajęcie. Tylko jak je obliczyć. Załóżmy, że mamy każdego dnia w domu kucharza (przystojnego!), który gotuje (moje marzenie!) obiad, przygotowuje pozostałe posiłki, czasami musi wykazać się nie lada kreatywnością, bo przecież dzieciaki nie wszystko zjedzą. Trafiłam na dane, że średnie wynagrodzenie kucharza to 1700 złotych miesięcznie. Nie bądźmy zachłanne. Zostańmy przy 1500 na rękę. Gotowanie 24 h/siedem dni w tygodniu, czasami pieczenie ciast, robienie bułek, gotowanie na imprezy. Nie chcę być jakaś małostkowa i wychodzić na zachłanną.

Zakupy

Trzeba zaplanować, zrobić listę sprawdzić czego brakuje, a jeszcze najlepiej mieć rozeznanie w promocjach i innych takich. Jeden ze znanych marketów dostarcza zakupy w dzień zamówienia za 25 złotych. Całkiem rozsądnie… Zwłaszcza, że nie doliczam planowania. Niech będzie, moja strata.

Opieka nad dziećmi

No tu się robi grubo. Bo w końcu siedzimy z tymi dziećmi, żeby nie płacić za nianię czy żłobek. Inna sprawa, że te pieniądze się oszczędza. I oszczędzasz je ty kobieto, która z dziećmi decydujesz się zostać. Ile to pieniędzy – doskonale wiesz. Od 500 do 800 złotych za żłobek, niania – wiadomo zależnie od miejsca zamieszkania. Zakładając, że nie chcemy uprawiać tu jakiegoś zdzierstwa, to te 2500 złotych za miesiąc trzeba by było policzyć. Przynajmniej za godziny, które można potraktować jako „robocze”, prawda?

Wożenie dzieci

Ha, nikt o tym nie myśli. A mnie ostatnio zastrzelił dobry znajomy mówiąc, ile płaci pani, która wozi jego dziecko cztery razy w tygodniu na treningi na drugi koniec Warszawy – 2300 złotych na rękę! Byłam w szoku, ale jak później przeliczyłam godziny, to wcale nie jest jakaś wygórowana cena. Ja swoje dzieci wożę 30 km w jedną stronę. Ale pracuję, więc już odpuszczam sobie te wyliczenia, ale co z tymi kobietami, które – skoro siedzą w domu – to i wożą dzieci. A co gdyby miały taką pracę, że ktoś by wozić musiał?

Odrabianie lekcji

Dobry korepetytor to od 50 do 100 złotych za godzinę. Jak w mordę strzelił, taką kasę trzeba wydać. A, kiedy mama w domu, a tata tak ciężko haruje, ona oszczędza sporą część wydatków ślęcząc nad lekcjami i próbując zgłębić zagadnienia z fizyki, historii, matematyki czy przyrody. Pomaga w robieniu prezentacji, przepytuje przed sprawdzianami, pomaga w zadaniach domowych. Taki korepetytor na stałe, specjalizujący się w każdej dziedzinie – toż to skarb!

Animacja

„Kochanie, zaprosiłem Jolkę z Andrzejem na kolację”. Jasne, świetnie, ku*wa. Kolacja sama się nie zrobi, chata nie wysprząta choćby na tyle, żeby do podłogi się nie przykleili. No i trzeba się nastroić, alkohol odpowiedni kupić. Zaraz, co ona lubi? Białe wytrawne? A on czystą białą? No i dzieci, pewnie zostaną u nas na noc, jak zazwyczaj. Stówka za godzinkę wyśmienitego towarzystwa i przygotowanej imprezy? Może być? Obojętnie, czy siedzicie przy stole, czy gracie w lotki czy scrable. Dobry animator, przy którym każdy czuje się swobodnie, musi się jednak cenić, prawda?

To ile nam wychodzi miesięcznie? Hmm, policzmy. O ku*wa, już przy samym sprzątaniu, prasowaniu, gotowaniu i opiece nad dziećmi mamy jakieś sześć tysięcy. Dalej nie liczę. W końcu i tak zaniżałam stawki, mogłabym nawet z kilku dni robienia zakupów zrezygnować albo mniej prasować. Animacje od czasu do czasu robić w gratisie. W końcu są znajomi, których bardzo lubię i sama zapraszam. Ale gdyby tak wycenić pracę tych, które siedzą w domu, dla tych którzy uważają, że są darmozjadami, to wara mi. Bo obliczeniami rzucę w twarz, a wtedy mało kto się z tego wypłaci! I jedne narty w roku i wakacje 10-dniowe, na pewno nie wystarczą!


Błagam, przestańmy powtarzać bzdury, że wina za rozpad małżeństwa leży zawsze po dwóch stronach! Gówno prawda, nie zawsze i nie po równo!

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
5 lutego 2018
Fot. iStock

Pokłóciłam się z przyjaciółkami, ale normalnie niemal na śmierć i życie. Dobrze, że zbyt ostrych narzędzi nie miałyśmy pod ręką, bo nie wiem, jakby się skończyło.

Ale dobra, od początku. Telefon, że musimy się spotkać, że coś złego się dzieje z Olką. Słowem – sytuacja kryzysowa, którą trzeba rozszyfrować, przegadać i na końcu, jeśli to możliwe, pomóc, a przynajmniej wesprzeć. Sztab kryzysowy w najwyższej gotowości.

Sytuacja niewesoła.

– On ma romans – zaczyna Olka, kiedy my nawet wina nie zdążyłyśmy otworzyć.

– Ale, że jak to romans – prawie korkociąg wbiłam sobie w rękę.

Bo jest dziwny, mniej się odzywa, później wraca. Najpierw myślała, że zmęczony, że stres w pracy, ale jest jakoś tak inaczej…

– On na bank kogoś ma – nie daje za wygraną Olka, kiedy próbujemy zracjonalizować jej obawy. Czy rozmawiała, czy pytała, sprawdziła jego telefon? Komputer? Jak z seksem. Na pierwszy rzut tragedii nie widać, ale wiecie jak to jest – babska intuicja mówi jej, że coś się dzieje. Po przedrążeniu tematu wszerz i wzdłuż pada:

– To moja wina, już jestem zmęczona tym ciągłym nadskakiwaniem, usługiwaniem. Odpuściłam, powiedziałam mu, że ma się też zaangażować, że wszystkimi obowiązkami domowymi, to się trzeba po równo dzielić, że oboje jesteśmy za nasze wspólne życie i jego jakość odpowiedzialni, a nie tylko ja.

– Olka, i że on teraz jest winny? Sorry, że to powiem, ale winę za rozpad małżeństwa trzeba brać na siebie po równo, zawsze dwie strony są winne – mruknęła Sylwia.

Poczułam charakterystyczne mrowienie na karku. Zamknij się. Zamknij się. Nie odzywaj się. Mój wk*rw już spuścił się ze smyczy. – Że co? Że jak to po równo? Gość zdradza żonę, a ty mówisz o winie po równo?!? Sama się zaskoczyłam siłą ataku, ale cóż, odwrotu nie było. Laski po mnie spojrzały. I zaczęła się dyskusja. Że przecież wiadomo, że wina po środku, że skoro on zdradza, to z jakiegoś powodu, czegoś mu brakowało, a żonie nie chciało mu się tego dać. I żeby nie było – odwrotnie też tak to działa, że jak ona decyduje się odejść, bo na przykład on tylko swojej matki się słucha, leży na kanapie, a dzieci jedynie musztruje, to na bank oboje po równo są winni temu, że jedno ze spakowaną walizką z chaty się wynosi.

A ja stanowczo protestuję! Bo to gówno prawda! Bo mówienie, że wina leży po obu stronach jest często mega krzywdzące. Bo choćby ta nasza biedna Ola. No kurde, jak już dziewczyna dojrzała do tego, że nie chce żyć w kieracie, a ona naprawdę zapieprzała – zakupy, dzieci, ciasto w niedzielę, jak się jej spytałam, po co ona jeszcze ciuchy prasuje, to słyszałam, że Janek sam sobie koszuli nie wyprasuje. No i jak się w końcu zbuntowała. Jak w końcu postanowiła dać swoim córkom przykład, pokazać, że kobieta nie jest w domu jedynie od sprzątania i gotowania, to ten jej romansem w pysk strzelił. A masz, a masz za karę, że się wychyliłaś. Sama sobie jesteś winna, trzeba było się zmieniać? Nożesz k*rwa nie wytrzymam. Gość spie*dolił w ramiona jakieś larwy, bo mu przestało być wygodnie? Bo zmieniły się zasady? Więc on tracąc swój codzienny komforcik stwierdził: „A co tam, w końcu wina i tak się rozłoży”. I ta biedna zdradzona żona tak właśnie myśli, szuka tych 50% w sobie. Koleżanki jej mówią: „Wiesz, musiałaś coś zmieniać?”, „Może trzeba było stopniowo, na początku może śmieci zacząłby wynosić”, „Ja ci mówiłam, ty się nie zmieniaj, bo on się rzuci”, „Może ty biegać powinnaś zacząć, skoro tyle w tobie frustracji, zamiast na mężu się wyżywać”. Nie, no on oczywiście też zły, nie powinien, gdyby nie zdradził, może jeszcze wszystko, by się dało ułożyć. Gorzej, jak on chce ułożyć, ale ona nie ma zamiaru. To znowu też jej wina. Bo jak to wybaczyć i zapomnieć nie potrafi? Nie no okej – jego 50% zdrady, ale jej 50% winy w tym, że brak jej już chęci na walkę o ten związek. Litości!

Co za bzdura. Jak musi czuć się ta kobieta? Ona nie chciał nic złego, chciała być szczęśliwa w tym związku, chciała zmian, które by sprawiły, że nie odejdzie od buca leżącego na kanapie, co to skupiony jest tylko na swoich potrzebach. Ale tego już nikt nie widzi. Nie, nie – społecznie wepchnięto nas w presję 50% i my tę winę na siebie bierzemy w ciemno, bo się nam należy, ot tak z przydziału. W końcu za związek też bierzemy odpowiedzialność po równo. Serio? Po równo?

Mam przyjaciółkę. Resztkami sił trzyma związek, który od lat jest na wymarciu, ale ona, może tak jak dinozaury, ma nadzieję, że jednak przeżyje. Dwoi się i troi, terapia, wspólne wyjazdy na weekend, dzieci u babci, wypad do kina. I co? I nic. Na chwilę jest świetnie, po czym znowu dostaje SMS-a: „Sorry, nie zdążę po dzieci”, choć obiecał, choć do ich odebrania zostało dziewięć minut. Za to, na siłownię zaczął chodzić, na dietę pudełkową przeszedł. Pytam się jej: „Kochasz go? Chcesz z nim być? Czemu go w końcu nie wypie*dolisz z domu?”. I co słyszę: „Bo nie chcę czuć się winna, jak już odejdę”. Nie wierzę w to, co słyszę. Raz. Dwa. Trzy. Jaka winna? Kobieto. Od kilku lat trzymasz to wszystko w kupie, ty się starasz, ty stajesz na rzęsach. A na koniec jeszcze ci powiedzą, że to twoja wina, bo na siłę go trzymałaś. I co, i znowu wina po połowie, a książę usprawiedliwiony ze swojego paskudnego charakteru niczym z Piotrusia Pana?

Krew mnie zalewa, kiedy czytam w różnych miejscach przeznaczonych dla kobiet: „Zostałaś zdradzona? Winę widzisz tylko w nim i tamtej kobiecie? Powinnaś się raczej zastanowić czy w waszym związku wszystko było okej, czy to nie ty przyczyniłaś się do tej zdrady”.

Albo

„Zaniedbywał cię? Pracę stawiał wyżej niż rodzinę? Nie mogłaś na niego liczyć w opiece nad dziećmi? Zastanów się, dlaczego tak robił. Dlaczego z nim o tym nie porozmawiałaś?”.

Albo

„Odszedł do innej? A ty nadal siedzisz w tym swetrze sprzed dziesięciu lat, nadal masz nadmiar kilogramów po drugiej ciąży? Kiedy ostatni raz byłaś u fryzjera, dlaczego nie zapiszesz się na fitness? Spójrz w lustro? Naprawdę to tylko jego wina, że cię zdradził?”.

No a czyja? A kiedy ona do tego fryzjera miała iść, kiedy na jakiś fitness, skoro dom, praca, dzieci, dom, praca dzieci. A książę nie raczył jej nawet pomóc, nie został wieczorem z dzieciakami, bo przecież on na siłownię, na tenis, na piwo z kolegami. Kto by to wytrzymał? Ale ona wytrzymała i w prezencie dostała kochankę męża i swoje 50% winy za rozpad małżeństwa, bo o siebie nie zadbała, więc on trafił między nogi innej.

Wiecie co, to jest prawdziwa podłość, to głoszenie wszem i wobec: „Wina rozkłada się po połowie”. Nie, no jasne, tak najłatwiej, on zakłada białe rękawiczki, wychodzi z domu w miarę dobrym samopoczuciu, bo przecież nie z wyrzutami sumienia obarczonymi winą za to, że okazał się ch*jem, że uciekł, nie porozmawiał, nie postarał się, nie próbował czegoś zmienić w sobie, w was. Sorry – w naszym chorym społecznym przekonaniu za te wszystkie „pierdoły” odpowiedzialna jest kobieta, bo gdzie będzie jej 50% winy, jeśli on, nim obejrzy się za jakąś cizią, powie: „Kochanie, ja dzisiaj zostanę z dziećmi, a ty zrób to, na co masz ochotę – kosmetyczka, fryzjer, zumba?”. Nie, no tak to nie działa. Bo przecież wina musi się rozłożyć po równo. No chyba, że ona pozna przystojnego trenera na zajęciach. Wówczas jego 50% to głupota, że ją z domu wypuścił, i jej 50%, że się zdecydowała wyjść.

Eh, w temacie wina, to po równo, my sobie możemy je rozlać do kieliszków. I tyle. Naprawdę zastanówmy się dwa razy nad wygłaszaniem takich mądrości, jeśli nie znamy sytuacji od podszewki. A najczęściej nie znamy.


pills-generic.com

www.biceps-ua.com

www.farm-pump-ua.com/testosternon-enantat.html