„Dusza chyba wzięła i mi umarła, bo nijak pochwycić jej nie mogę…”

Agata Sliwowski
Agata Sliwowski
27 sierpnia 2017
Fot. iStock/Grandfailure
 

Pamiętam, jak tuż przed diagnozą, próbowałam złapać kontakt ze sobą. Nadaremnie. Jakich sztuczek bym nie użyła, tak nie byłam w stanie wzbudzić w sobie tego uczucia, że jestem w domu, u siebie, całkowicie bezpieczna i zlokalizowana. Napisałam nawet gdzieś na którymś z blogów, że dusza chyba wzięła i mi umarła, bo nijak pochwycić jej nie mogę. A potem przyszła diagnoza i wraz z nią miesiące żmudnego leczenia ciała i cucenia nieprzytomnej duszy.

Za to ostatnie wzięłam się osobiście, bo nagle stało się dla mnie całkowicie jasne, że za duszy śmierć tylko ja odpowiadam i co się z tym wiąże, tylko ja mam moc jej wskrzeszenia. Ten dziwny duchowy dyskomfort, który na kilka tygodni przed diagnozą u siebie zaobserwowałam wydał mi się nagle całkowicie z diagnozą powiązany. Dotarło do mnie, w formacie liter drukowanych, że śmierć duszy, była niczym preludium. Po niej, rak zamanifestował się w świcie fizycznym, przyjmując postać twardego, rozrastającego się guza. Związek pomiędzy tymi dwoma aktami destrukcji stał się dla mnie niezaprzeczalny, choć przyznam, mąż mi mówił, że to trochę nienaukowy był koncept. Well, no cóż.

Podchodząc do choroby spirytualnie, tworzymy sobie coś na wzór nowego świata. Wchodzimy do własnej głowy, a stamtąd dalej, kroczymy prosto do serca. Żmudna, długa i wymagająca wysiłku jest to wyprawa. Jeżeli bowiem człowiek cały czas żyje tak jakby poza sobą, jeżeli żyje tylko dla innych, jeżeli nagina cały swój świat tak, by spełnić cudze oczekiwania, jeżeli żyje bezmyślnie, bezrefleksyjnie, funkcjonując z automatu i jeżeli robi to latami, bo tak się po prostu przyzwyczaił, to taki człowiek by dojść do serca, długą podróż musi odbyć.

Choroba taka jak rak, daje człowiekowi czas, którego poza nią człowiek tak naprawdę nigdy nie ma. Rak jednak, to sytuacja podbramkowa. To taki moment, obok którego raczej nie przejdzie nikt obojętnie. Dlaczego tak jest? Dlaczego musimy się wpędzić w rako-obłęd, zanim nareszcie poświęcimy sobie trochę uwagi? Powodów pewnie jest wiele, życie jest szybkie, stres trzyma nas w metalowym uścisku. W kontekście całego życia, my jako ktoś ważny, ktoś zasługujący na czułą uwagę, nie mamy szans na zaistnienie. A przecież nasz świat bez nas to prawie oksymoron. Jakże bowiem możemy własne wieść życie, jeżeli nasza w nim rola jest marginalna? Pomimo tego, tak właśnie funkcjonujemy. Stawiając wszystko i wszystkich na pierwszorzędnych miejscach. I jeszcze tłumaczymy sobie po cichu, że tak trzeba i że własne potrzeby poczekać mogą.

Czasami jednak nie mogą. Czasami po prostu przekraczamy granice. I choć robimy to nagminnie, to jednak nigdy nie bezkarnie. Nasze ciała, nasze dusze, potrafią bowiem upomnieć się o uwagę. Możemy próbować przechytrzyć naturę, ale przy próbach przyjdzie nam tylko pozostać. Bo ciała nasze są mądrzejsze od wszystkich mentalnych gier i manipulacji. Bo nasze dusze szybciej własny żywot zakończą aniżeli udział wezmą w maskaradzie, którą ludzie na co dzień praktykują z pogwałceniem własnych potrzeb i bez jakiegokolwiek zrozumienia i czułości dla siebie.

Człowiek potrzebuje uwagi. Człowiek potrzebuje miłości. Zanim jednak będzie mógł przyjąć je od kogokolwiek, w pierwszej kolejności, sam będzie musiał dać sobie uwagę, sam będzie musiał nauczyć kochać się siebie. Wypełnienie siebie miłością po brzegi to chyba najpiękniejszy jest z aktów i jak żaden inny niesie ze sobą moc uzdrowienia. Czyż kwiaty nie rosną najpiękniej kiedy przemawiamy do nich czule? Pozostawione sobie, bez pielęgnacji i uwagi, karłowacieją, więdną, obumierają. I choć uproszczone jest to porównanie, to przecież i człowiek jest jak ten kwiat.

Niestety żyjemy w czasach, w których wielu straciło zdolność kochania siebie. Wielu nie rozumie nawet samego konceptu myśląc, że o czysty egoizm tu chodzi. Nic bardziej mylnego. Miłość do siebie oznacza szacunek, uwagę, wsłuchanie się w mądrość własnego ciała, w jego potrzeby. Taka miłość oznacza kontakt ze sobą, znajomość własnych pragnień. Taka miłość dodaje skrzydeł marzeniom i prowadzi człowieka w jedynym, właściwym kierunku; taka miłość, daje spokój, uczucie błogości i bezpieczeństwa. Taka miłość, stwarza warunki do rozwoju. Nie ma w niej miejsca na wynaturzenia komórkowe czy autoimmunologiczne zagrywki unicestwiające. Te bowiem dobrze funkcjonują w zachwianym środowisku, wytrąconym z równowagi i wyjałowionym emocjonalnie. Pewnie dlatego rak jest zjawiskiem tak w dzisiejszych czasach powszechnym. Wystarczy spojrzeć na kondycję, w jakiej znajduje się ludzkość. Zabiegana, zestresowana, ogólnie wytrącona z równowagi.

Spirytualne droga przez raka, prowadzi człowieka do domu. Zmusza do skonfrontowania się z całym tym bagażem, który na plecach niesiemy udając przy tym, nierzadko bardzo przekonująco, że to żaden bagaż albo, że waży gram. To droga trudna, taka która daje nam do wiwatu, ale otwiera nam oczy, rozdziawia buzię i często gęsto, wyciska oceany łez. Warto jednak nią pójść. Warto podjąć ten trud wejścia w siebie, w duszę swoją, warto podjąć próbę odczytania, odszyfrowania kim się jest. Niczego bowiem nie da się porównać z tą chwilą, kiedy człowiek sam we własne ramiona wpada. Mury ograniczających, niszczących przekonań rozsypują się wówczas cegła po cegle. I człowiek staje się jak dziecko, które na nowo wkracza w świat. Tyle tylko, że tym razem, może świadomie budować swoje życie, tworzyć własny system przekonań i wartości, który zamiast umniejszać, utworzy solidne fundamenty pod życie oparte na szacunku i miłości. Tak zaczyna się proces zdrowienia. Z tego miejsca, człowiek czerpie siłę do walki z chorobą. Siłę, której żaden tumor się nie spodziewa i której w pewnym sensie ulega, poddając się, wycofując, minimalizując się.

Dla jednych, droga spirytualna to droga do Boga. Modlitwa przynosi ulgę, wiara czyni cuda. Inni, pojmują spirytualizm nieco inaczej. Medytują, edukują się, poznają siebie i przewartościowują życie. Jedni i drudzy robią to jednak z przekonaniem i konsekwentnie. Do tego stopnia są zdeterminowani, że nie sposób nie zaobserwować u nich zmian. Zmienia się ich życie, styl, ludzie, potrzeby. Świat wywracają do góry nogami i idą do przodu. Są na swój sposób zaraźliwi, bo mają tą energię, w której każdy chciałby się zanurzyć po same uszy. To są zwycięzcy. To są ci, którzy z każdej dżungli wyjdą o własnych siłach, wzmocnieni doświadczeniami, mądrzejsi, odmienieni. To są ci, którzy reanimują własną duszę, odbudowują ciało i wiodą życie, które zainspirowane, z dziką radością realizuje ich pragnienia. To o nich czytamy potem książki i oglądamy filmy. Bo oni są jak drogowskazy.

sliwowski-awatarAmazonka w Dżungli to portal dla kobiet i o kobietach, w których życiu pojawił się RAK. To miejsce, w którym piszemy o tym jak przeżyć raka i nie zwariować; co zrobić by życie pomimo choroby nie straciło na jakości; jak odzyskać grunt, który utraciłyśmy z powodu jednej, obezwładniającej diagnozy. To portal, w którym odkodowujemy raka, odzieramy go z czarnego PR’u i uczymy jak budować w sobie moc.

Odwiedź oraz na .


„Miażdżyca z Depresją i Alzheimerem pojechali w podróż”. Miłość w czasach słabości… Niezwykła historia

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
27 sierpnia 2017
Fot. Filip Miller
 

Facebook obiegły zdjęcia dwojga starszych ludzi. Ludzi, których połączyła miłość, a rozdzielić chciała choroba. Niezwykle wzruszający wpis i jeszcze piękniejsza zdjęcia, pokazujące, że wiek nie ma ograniczeń, że chcieć to móc – i kochać i chwytać każdą chwilę, która nam została.

„Pięć lat temu zmarła Rena Starzewska, kuzynka mojego dziadka a dokładnie trzy lata temu dołączył do niej mąż, Julek Bojanowski. Tym samym z powierzchni ziemi zniknęła niesamowita para, którą miałem okazję fotografować. Przez całe życie aktywni, ciekawi nowych miejsc, pełni energii.Spotkali się późno, ale może dzięki temu żyli intensywniej. Choroba i wiek zawiązały w pewnym momencie spisek, chciały to zmienić. Alzheimer Reny zrodził depresję Julka. Rodzinna narada, padł pomysł: “Julek kupcie campera”
Wygrała siła charakteru i zaistniała szansa na powrót do tego, co zawsze lubili i robili. Julek zapakował Renę i leki do auta. Miażdżyca z Depresją i Alzheimerem pojechali w podróż.
Zaczyna się słodko – gorzka opowieść, w którą wkrada się coraz bardziej choroba. Renę wchłania Alzheimer, Julek ma coraz większe kłopoty z chodzeniem. Słowacja, Kraków, Góra Żar, wykłady, wystawy, gorące termy, aquapark, spotkania z przyjaciółmi.
Miałem poczucie, że biorę udział w “niecodzienności”. Chciałem pokazać to unikalne i wyjątkowe podejście do podeszłego wieku. Chciałem udokumentować stan, w którym ciało zwalnia a umysł biegnie do przodu”.

A teraz zobaczcie tych niezwykłych ludzi.

Źródło:


Tam, gdzie życie spotyka się ze swoim końcem… Potrzebna jest pomoc

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
27 sierpnia 2017
Fot. Facebook/ Hospicjum Onkologiczne św. Krzysztofa

Niewysoki budynek, ukryty wśród zieleni. Choć toczy się w nim walka o godną śmierć dla tych, dla których nie ma już ratunku, to właśnie tu jest życie. Widać je między innymi, w nieustannych wysiłkach tych, którzy tu pracują, żeby to miejsce utrzymać. A jest ciężko. Hospicjum potrzebuje waszego wsparcia, by móc dalej nieść pomoc chorym, w tej samej skali, co obecnie.

Hospicjum Onkologiczne św. Krzysztofa zaczęło działać w latach 90-tych, z inicjatywy kilku lekarzy działających między innymi, w Centrum Onkologii. Najpierw wolontarystycznie przychodzili oni do domu pacjentów, następnie powstało hospicjum stacjonarne. Obecnie w budynku znajduje się 36 łóżek, dla osób dorosłych. I choć, być może, stereotypowo, to miejsce i jego nazwa kojarzy wam się ze starością, warto pamiętać, że wiek choroby onkologicznej cięgle się obniża. W hospicjum przebywają często osoby młode, trzydziestoparoletnie. Co miesiąc, pod opieką Fundacji pozostaje (wliczając chorych przebywających w domach) ok 220 pacjentów.

Dlaczego potrzebna jest pomoc

Jak tłumaczy Karolina Chojka- Bartoszko, koordynator ds. Marketingu Fundacji, 65% kosztów opieki nad pacjentami pokrywa kontrakt z NFZ. W pozostałej puli mieszczą się środki z urzędu miasta oraz darowizny indywidualne i instytucjonalne. Podczas, gdy NFZ przeznacza na jednego pacjenta 293 zł miesięcznie, kwota potrzebna to ok 400zł.

W skali miesiąca na oddziale przebywa ok 80 pacjentów. Przy 36 łóżkach, czas oczekiwania na miejsce wynosi ok 2 tygodnie. Oczywiście, czasami pacjenci przebywają w hospicjum jedynie dobę, ale bywa, że i rok. Dodtakowo, należy pamiętać, że hospicjum stara się pomagać jak największej liczbie potrzebujących, dlatego, choć na wizyty domowe zakontraktowane jest 130 osób, to faktycznie Fundacja pomaga ok 200 chorym. I za tę „nadwykonania” NFZ nie chce zapłacić. Obecnie każdy miesiąc,  to dla hospicjum walka o przetrwanie.

Jak pomóc

Pomóc można na kilka sposobów. Możecie przyłączyć się do akcji „18,60” i tę właśnie kwotę przelewać co miesiąc, przez rok, na konto Fundacji. Możecie Fundacji podarować swój 1%, rozliczając się z urzędem skarbowym. Możecie wreszcie, wpłacić dowolną kwotę w dowolnym momencie lub wrzucić ją do skarbonki znajdującej się w recepcji budynku.

Jeśli chcecie wesprzeć Fundację podarowując jej konkretną rzecz, to obecnie najbardziej potrzebne są:

– pieluchomajtki (rozmiar 3 lub „L”)

– podkłady higieniczne

– baterie do aparatury medycznej (standardowe paluszki AA)

– rękawiczki lateksowe dla personelu medycznego i wolontariuszy

– worki na śmieci (120, kolor czarny niebieski czerwony)

– papier xero do biura

– ręczniki papierowe

– odświeżacze powietrza (wtykane do kontaktu)

– biszkopty, herbatniki i ciastka, które łatwo pogryźć

– cukier, kisiel, budyń (w formie „gorącego kubka”)

– kawa, herbata

– woda w małych butelkach.

Dary możecie przynieść do Urzędu Dzielnicy Ursynów lub do hospicjum, w godzinach 7-19.

Pracownicy Fundacji robią co mogą, żeby pozyskać niezbędne dla utrzymania hospicjum fundusze: organizują zbiórki, akcje „Pola Nadziei” i pikniki podczas których można „oswoić” się z trudnym tematem, jakim jest ciężka, nieuleczalna choroba i śmierć. Choroby onkologiczne są obecnie tak powszechne, że chyba każdy z nas miał szanse się z nimi, w jakimś stopniu, zetknąć. Pomóżmy, by chorzy mogli dalej odchodzić godnie.


 

Dane Fundacji i informacje na temat darowizn i zbiórek znajdziecie

Fundacja Hospicjum Onkologiczne św. Krzysztofa

ul. Pileckiego 105,

02-781 Warszawa

Tel / Fax: 

[email protected]

 

 

 


Zobacz także

10 wskazówek, jak uleczyć złamane serce

Na co zwracamy uwagę w wyglądzie kobiet? Badania potwierdziły, że mężczyźni i kobiety patrzą na to samo…

Różne nazwy, ten sam schemat. W teorii możesz wszystko, praktyka jednak, strzela ci z liścia w twarz. O grupach na Facebooku

https://medicaments-24.net

best-cooler.reviews

Был найден мной нужный портал со статьями про купить диплом университета http://a-diplomus.com