Dwadzieścia lat temu przysięgałem, że nie opuszczę jej w zdrowiu ani w chorobie. Kocham ją za serce, a nie za blizny, które ma na ciele. Kto jak nie ja – jej mąż, miał dać jej siłę do pokonania nowotworu?

Magdalena Lis
Magdalena Lis
25 czerwca 2017
Fot. iStock/Geber86
 

Potrafiłem czytać z jej twarzy w oka mgnieniu. Gdybym nie był tak uparty pewnie nie dowiedziałbym się, że choruje. To ja na początku 2014 roku kazałem jej pójść do lekarza. Widziałem jak wracała z biura, kręciła się po domu, gotowała, sprzątała i cały czas chwytała się za prawą pierś. Pytałem jej czy coś ją boli, ale mnie zbywała. Powtarzała uparcie, że musiała się nadwyrężyć, że to chwilowe i że już jej mija. Widziałem, że była lekko podenerwowana, choć wciąż się uśmiechała. Byłem szczerze zaniepokojony. Uznałem, że muszę działać.

Pomyślałem, że z tą jej piersią musi być coś nie tak. Przecież nigdy wcześniej się tak nie zachowywała. Umówiłem ją na mammografię. Któregoś dnia czekałem pod urzędem aż skończy pracę i osobiście zawiozłem ją na badanie. Z gabinetu wyszła zdenerwowana. Nic nie chciała powiedzieć, dopiero w aucie się popłakała. Powiedziała, że ma guza, pokazała mi dalsze skierowania. Trzeba było pobrać wycinek tkanki, i czekać na wynik badania. Dwa tygodnie później wiedzieliśmy już, że to nowotwór złośliwy. Lekarz nie dawał nam złudzeń –  niezbędna była natychmiastowa mastektomia. Zaczął się wielki wyścig, bieg po lekarzach, kolejne badania, wyniki, potworny stres, strach o to co będzie dalej. Nieprzespane noce i potwierdzenie diagnozy. Szczerze mówiąc, nie wiedziałem co dalej.

Bałem się o jej zdrowie i życie, ale udawałem twardziela. Wiedziałem, że ona boi się niemniej, musiałem ją wspierać. Któregoś dnia usłyszałem jak rozmawiała z siostrą przez telefon. Usłyszałem jak mówi, że po utracie piersi nie będzie już dla mnie wystarczająco kobieca. Obruszyłem się, jak mogła dopuszczać do siebie takie bzdury? Kochałem ją, chciałem, żeby żyła, wszystko inne nie miało znaczenia.

Rekonwalescencję znosiła ciężko. Całe życie była osobą samodzielną i niezależną. Byłą urzędniczką, zawsze elegancką, z nienagannym makijażem, w podkreślającym jej atuty kobiecym stroju. Po operacji nie akceptowała siebie, nie chciała spojrzeć w lustro, miejsce po piersi dla niej nie istniało. Po powrocie do domu wyraźnie się ode mnie oddalała. Słyszałem jak płakała nocami. Cały czas przekonywałem ją, że dla mnie wciąż jest tą samą, najpiękniejszą pełnowartościową kobietą. Że będę zawsze przy niej, że nigdy jej nie zostawię. Przecież dwadzieścia lat temu przysięgałem, że nie opuszczę jej w zdrowiu ani w chorobie. Kochałem ją za serce, a nie za blizny, które miała na ciele. Kto jak nie ja – jej mąż, miał dać jej siłę do pokonania nowotworu?

W szpitalu usłyszałem, że powinienem choćby minimalne zadbać o siebie. Wróciłem, poszedłem na spacer. Na noc wyjechałem na ryby. Niegdyś normalne czynności potraktowałem jak małe luksusy. Krysia bała się tego raka. Jej oczy oddawały całe przerażenie. Nasz dom dotąd prowadziła sama, musiałem wszystko niezwłocznie przeorganizować. Zatrudnić gosposię? Owszem mogłem. Poszedłbym na łatwiznę, a tego nie chciałem. Zacząłem wyręczać żonę w większości obowiązków domowych. Prałem, sprzątałem, robiłem zakupy, gotowałem obiady. Kupowałem jej świeże owoce, warzywa, pilnowałem wizyt lekarskich, dawek przepisanych leków. Razem jeździliśmy na chemioterapię, po której wracała zawsze bardzo osłabiona. Dbałem o każdy szczegół, o każdą małą radość. Kupowałem jej ulubione frezje, i wstawiałem do wszystkich wazonów.

Zatrudniłem prywatnego rehabilitanta, dwa razy w tygodniu masował ją, pobudzał krążenie. Widziałem, że czasem jest tym wszystkim zmęczona, obchodziłem się z nią delikatnie, jak z dzieckiem. Nasi prawie dorośli synowie bardzo nas w tej walce wspierali. Krysia chciała jak najszybciej móc wrócić do pracy. Miałem mieszane uczucia, wiedziałem przecież, że może jej zaszkodzić choćby najmniejsze przeziębienie. Ona postawiła jednak na swoim. To był dobry pomysł, natychmiast odżyła. Od znajomych dowiedziała się o działającym w naszym mieście klubie amazonek. Nieśmiało poprosiła, żebym poszedł z nią na pierwsze spotkanie. Tam poznała kobiety takie jak ona. Miała poczucie wspólnoty. Odrzuciła dręczące ją pytanie, dlaczego to właśnie ona. Tam znalazła kobiety podobne do siebie. Podjęła wolontariat, gorliwie się udzielała. Zaczęła uśmiechać się na nowo. Widziała, że w tej nierównej walce nie jest sama.

Któregoś dnia poprosiła bym zawiózł ją do kościoła. Powiedziała, że musi podziękować za mnie Bogu. Struchlałem. Po drodze opowiedziała mi, że w klubie poznała kobiety od których mężowie odeszli, ich związki rozpadły się, zostały same. Byłam nieco zdumiony. Nie ukrywam, że ta choroba to była dla nas poważna próba. Obiliśmy się o mały kryzys, by chwilę później wyjść z tego cało. Małżeństwo to nie tylko uciechy. Od problemów nie można uciekać, należy zawsze stawiać im czoła.

Niedługo będziemy obchodzić okrągłą rocznicę ślubu. Minęło dwadzieścia lat, a ja wciąż patrzę na moją żonę podziwem. Nigdy nie znałem tak silnej radzącej sobie ze wszystkim kobiety. Na kilometr mogłaby zarażać innych swoim uśmiechem. Kiedy dziękowałem po wszystkim lekarzowi który nas prowadził usłyszałem, że taki mąż jak ja to wzór do naśladowania. Machnąłem ręką. Nie miałem poczucia misji, nie zasługuję na żadne wyróżnienia. Jestem i byłem mężem swojej żony. Niczego więcej mi do szczęścia nie potrzeba.


„Co pani czyta?” – pyta bohater książki piękną nieznajomą w autobusie pospiesznym linii A i jest to początek – jak to w życiu bywa – pięknej znajomości

Gościnnie w Horizon-school.ru
Gościnnie w Horizon-school.ru
25 czerwca 2017
Fot. iStock/strekozza77
 

Leżę na plaży. Wieje Bora. Czytam książkę. – Co pani czyta – pyta bohater książki piękną nieznajomą w autobusie pospiesznym linii A i jest to początek – jak to w życiu bywa – pięknej znajomości.
– Co pani czyta? – Pan w średnim wieku czyli idealnie w moim – zagaduje. Kolega obok dzielnie wspiera.
– I do not understand – uśmiecham się milutko i powoli.
– Zbyszek, pani nie z Polski, idziemy dalej.
Całkiem niechcąco odkładam książkę stroną tytułową do góry. Nie sposób nie zauważyć.
Jerzy Pilch, Inne Rozkosze (bardzo polecam!)
A zresztą, za chwilkę.
– Ciociu, mamo, ciociu a w najnowszej Epoce Lodowcowej jest o jodze. I w Ungry Birds też. Matylda ćwiczy jogę.
Panowie z niesmakiem przesiadają się dwa kocyki dalej. Prosto do pani, która wdzięcznie czyta czasopismo o typowo polskiej nazwie Be Acitive.
Leżę na plaży. Wieje Bora.
(To taki rodzaj wiatru jest)

Ale zaraz żałuję. I w głowie bulgocze mi nieco natrętna myśl – czy dobrze zrobiłam?

Bo nasza kultura wciąż uczy, że wielka to wartość, być adorowaną przez mężczyzn. Ach, ten Zbigniew co to tak uroczo przepuszcza każdą z nas w drzewach. I  płaszcz podaje. To Ci dopiero prawdziwy gentelman.  I Rysiek co – rączki pani Kasiu całuję, całuję rączki. Ach.

Apel szkolny. Stoję w rzędzie dziewczynek ubranych w granatowe mundurki. Wczesne lata osiemdziesiąte. Dumnie  wzorowa uczennica. Wygładzam fałd spódniczki i okruszki co prawda niewidzialne ale jednak strzepuję. Chłopcy szaleją gdzieś  pomiędzy. Próbują ciągnąć za warkocze, wygłupiają się. Dziewczynki są grzeczne i stoją cicho a z tymi chłopakami to zawsze jest  jakiś problem. Wiadomo! Bo oni przecież muszą się wyszaleć. I zwrócić na siebie uwagę. Taka natura. Wojownik, rycerz, obrońca. Na białym koniu rozbójnik jeden. Przyjedzie. Albo i nie!

Idziemy w życie. Grzeczne dziewczynki. I z czasem pojmujemy, że warto tą grzeczność doprawić. Odrobinką kokieterii, staranną fryzura a może nawet dekoltem. Nasze ciała jako element walki. Walki o mężczyznę. Rozglądamy się wokół. Oczywiście bezwiednie. Mrużymy oczy i  wygładzamy spódniczki. Z ust robimy uroczy dziubek. Eee lalunia, no niezły kociak z ciebie. Miau.

Nie wyrażamy się zbyt głośno. A już na pewno nie w kategorycznym tonie. Siedź w kącie to cię zauważą. (Czyżby?). Siadamy. Nóżki razem. No moja droga usiądź jak przyzwoita dziewczynka, bo co ty sobie tak właściwie wyobrażasz? A rączki to połóż grzecznie na kołdrze. No już!

Z biegiem lat stajemy się coraz bardziej niewidoczne. Bez photoshopa, z dala od tego całego jarmarku sztuczności, powiększania, odsysania i konieczności dobrze-wyglądania. A nasza stara twarz pełna zmarszczek i przebarwień, linii mimicznych  to trochę jak porno w przestrzeni publicznej. I ciężki grzech. A fuj! A botoks to już nie działa? Teraz tylko beret i jesionka. Nikt starej baby nie będzie przecież słuchał. Czarownica jedna. A kysz!

Ale wciąż uporczywie pamiętamy o tym, że mamy być uprzejme. I uroczo miłe. Czekamy. Na wnuki. A nuż coś się zmieni?

….

Leżę na plaży. Wieje Bora. Czytam książkę.

– Co pani czyta – pyta bohater książki piękną nieznajomą w autobusie pospiesznym linii A i jest to początek – jak to w życiu bywa – pięknej znajomości.

Podnoszę wzrok z nad książki i rozglądałam się wokół. Dwaj panowie w średnim wieku i z brzuszkiem zapamiętale towarzyszą młodej dziewczynie na kocyku obok. Hehe zgodnie rechoczą. Ten starszy przysuwa się odrobinę niebezpiecznie. Młodszy filuternie i tak jakby zagaduje:

– Taka piękna i taka samotna, jak to tak można?

Ach.

Dziewczyna tłumi ziewnięcie a potem robi ruch jakby chciała wygładzić fałdy niewidzialnej spódniczki i strzepnąć okruszki, których przecież nie ma.


Katarzyna Szota-Eksner

Katarzyna Szota-Eksner prowadzi szkołę jogi Yogasana , mocno zaangażowana w projekt Sunday is Monday – nawołujący do dbania o siebie.  Jak Polska długa i szeroka namawia kobiety do szukania (mimo wszystko!) siły w sobie! Współtwórczyni (razem z Emilią Kołowacik)  niezwykłego Kalendarza 2017 Zadbaj o Siebie. Dziewczyna ze Śląska :).


7 rzeczy, których możesz się nauczyć od bałaganiarzy

Agnieszka Dyniakowska
Agnieszka Dyniakowska
25 czerwca 2017
Fot. iStock/Onzeg

Podobno bycie bałaganiarzem to wcale nie wada czy oznaka roztrzepania i lenistwa, wręcz przeciwnie! Skłonność do nieładu łączy się często z inteligencją, kreatywnością i inwencją twórczą. Nawet jeśli nie jest to do końca prawdą, to z całą pewnością bałaganiarze mogą nas nauczyć pewnych rzeczy związanych z podejściem do życia – nie namawiamy do wprowadzenia totalnego chaosu i zaniechania porządków domowych, ale może warto w niektórych kwestiach wziąć z nich przykład i nieco wyluzować?

Dom jest dla ciebie, a nie ty dla domu

Mówi się, że nasz dom jest naszym królestwem, a skoro tak, to my – władcy ustalamy zasady. Dom jest dla nas, a nie my dla domu – zapisz, zapamiętaj i zastosuj tę złotą myśl bałaganiarzy w praktyce! Nie masz siły na pucowanie podłogi i szorowanie płytek łazienkowych? Padasz na pysk i brak ci ochoty na porządki w szafach? To normalne, że po pracy masz ochotę zalegnąć na kanapie i przełączyć się na tryb nicmisięniechizmu. Odpuść, zostaw to na inny czas, pozwól sobie na odpoczynek i chwilę relaksu.

Zamiast ciągle sprzątać, lepiej poświęcić czas na przyjemności

Jasne, możesz szorować fugi w łazience sodą oczyszczoną niczym Perfekcyjna Pani Domu, albo dwa razy w tygodniu froterować podłogi na kolanach, ale może warto poświęcić ten czas na coś przyjemniejszego? Co będziesz wspominać na starość, promocję na detergenty czy wspólne wypady z przyjaciółmi i podróże? Ustal sobie jeden dzień na generalne porządki i nie przejmuj się tym, że sąsiadka obok codziennie odkurza i pierze firany. Widocznie nie ma lepszych rzeczy do zrobienia.

Brudne garnki w zlewie nie gryzą

Amerykańscy naukowy udowodnili, że kubki i talerze zostawione w zlewie po śniadaniu nie zamieniają się gryzące i krwiożercze potwory odgryzające ich właścicielom ręce przy umyciu ich dopiero wieczorem lub dnia następnego. Co więcej, nie odnotowano na świecie przypadków zrujnowania życia przez brudne naczynia, które musiały poczekać na wyczyszczenie. Chyba nie chcesz się kłócić z tymi niepodważalnymi faktami? 😉 Od teraz zero stresu z powodu brudnego kubka i zmiana priorytetów – najpierw życia przeżywanie, a dopiero potem naczyń zmywanie!

Bałagan wcale nie jest taki wielki, jak go widzisz

Często mówimy „o matko, jaki tu bałagan” a w rzeczywistości wcale nie jest tak źle! Zazwyczaj ten „straszny chaos” to po prostu ślady normalnego życia – wystarczy odwiesić ubrania na wieszak, odłożyć książki na półkę, odnieść kubki do kuchni i poprawić poduszki na kanapie. Nie doszukuj się zatem bałaganu tam, gdzie go nie ma – jeśli sprzątanie nie jest ci całkiem obce i dobrze pamiętasz, kiedy ostatnio myłaś podłogę i ścierałaś kurze, to nie daj się zwariować. Nikt nie robi tego codziennie – no chyba, że masz szóstkę dzieci, stado psów i cztery koty, wtedy to zupełnie inna bajka.

Co ma się znaleźć, i tak w końcu się znajdzie

Nie możesz czegoś znaleźć w swoim bałaganie? Kiedyś mawiało się, że pewnie diabeł ogonem nakrył, ale może nie mieszamy do tego sił nadprzyrodzonych… Nie od dziś wiadomo, że istnieje prawo mówiące o tym, że to, czego aktualnie szukasz zawsze odnajduje się wtedy, gdy już nie jest ci potrzebne. Ot, złośliwość rzeczy martwych. Bałaganiarze wychodzą z przekonania, że co ma się znaleźć i tak prędzej czy później się znajdzie, nierzadko w bardzo dziwnym miejscu, więc nie warto się przejmować.

Po co walczyć ze swoją naturą – lepiej cieszyć się życiem!

Czy naprawdę każdy musi być wzorem cnót i zalet, mistrzem w każdej dziedzinie? Wzorem bałaganiarzy zaakceptuj to, że robisz wokół ciebie nie ma idealnego porządku, że twoje półki w szafach żyją swoim życiem, a na myśl o myciu okiem przechodzi cię dreszcz (i to wcale nie z rozkoszy!). Nie chodzi o to, by zarosnąć brudem i tonąć w śmieciach – ani to zdrowe, ani higieniczne, ani przyjemne – ale by robić to, co musisz i nie próbować na siłę udawać, że taniec z mopem i domestosem to twoje hobby. Jeśli mimo wszystko twoje bałaganiarstwo nie przeszkadza ci w pracy i normalnym życiu, nie przyklejasz się do podłogi i możesz śmiało wpuścić innych do swojego domu, to w czym rzecz?

Nie martw się każdą pierdołą, szkoda zdrowia!

Zamiast zamartwiać się pierdołami, zadaj sobie jedno zasadnicze pytanie – „czy będzie to miało dla mnie znaczenie jutro/ za tydzień/ za dziesięć lat?”. Jeśli nie, to po prostu odpuść! Szkoda nerwów i złości na coś, na co nie masz tak naprawdę wpływu – od tego tylko zmarszczek i siwych włosów przybywa. Wprowadź więcej bałaganiarskiego luzu i dystansu do swojego życia, a poczujesz się znacznie lepiej. Możesz też niczym Scarlett O’Hara przyjąć metodę „pomyślę o tym jutro”, a dziś po prostu cieszyć się życiem. Od czasu do czasu i takie podejście zalecamy!


Zobacz także

Czyżby kobiety same sobie były winne? Premier uważa, że przemoc domowa występuje w związkach nieformalnych. Jak weźmiesz ślub przestanie się znęcać?

Matka Polka Zmęczona, czyli podaruj sobie odrobinę odpoczynku. Akcja „A co ty byś sobie podarowała w prezencie”

Nie chcesz się nudzić w czasie wakacji? Wybierz jeden kierunek – Chorwacja

ссылка

У нашей фирмы популярный сайт с информацией про магнитная мешалка www.chemtest.com.ua/
ivf-lab.com/ru/uslugi/146-prenatalnaya-diagnostika.html