Dzień #7 Zadbaj o siebie naprawdę. #SlimemGO

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
13 marca 2016
Fot. Pixabay/kaboompics / CCO
 

Dzisiaj jest ten dzień, kiedy warto wyruszyć na poszukiwanie wiosny. Zaplanujcie spacer razem z rodziną i ruszajcie do parku, za miasto, do lasu. Odetchnijcie mocno świeżym powietrzem, pobawcie się z dziećmi w chowane, poganiajcie między drzewami.

A później wróćcie do domu i pokażcie nam zdjęcia z tej wyprawy 🙂


 

I jak? Chcecie naprawdę o siebie zadbać? Przyłączcie się do naszej wiosennej akcji: „Zadbaj o siebie naprawdę”.

My będziemy wam prezentować różne formy aktywności, a wy wysyłajcie nam zdjęcia, piszcie, jak o siebie dbacie, jak dbacie o swoje ciało, jak sobie radzicie.

ZADANIE KONKURSOWE:

Jest banalne. Wystarczy wrzucić pomysłowe zdjęcie Waszej aktywności na Facebooka z oznaczeniem . Czy to rolek na nogach, czy pięknego widoku podczas spaceru. A może zdążycie zrobić fotkę w trakcie pogoni za autobusem, czy przy wchodzeniu po schodach? Liczy się pomysł. Te najciekawsze zostaną nagrodzone zestawami fantastycznych kosmetyków, które też pomogą Wam odwdzięczyć się ciału i zadbać o siebie w sposób wyjątkowy. W opisie zdjęcia, napiszcie nam w paru słowach, jak naprawdę o siebie zadbałyście tego dnia.

SZCZEGÓŁY NASZEJ AKCJI ZNAJDZIECIE TUTAJ

#SlimemGO

Fot. Materiały prasowe

Chcesz o siebie zadbać naprawdę? #SlimemGO.


Jeden z największych romansów w historii. Czy była to miłość od pierwszego wejrzenia?

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
13 marca 2016
Fot. iStock/bodnarchuk
 

Romans dwudziestolatki z pięćdziesięciolatkiem to dla nas dziś nic zaskakującego, prawda? Czasem patrzymy na takie związki z politowaniem, czasem skupiamy się na ich mimowolnych ofiarach (żona, dzieci). Zaskakuje nas natomiast zawsze miłość od pierwszego wejrzenia, to, że można ulec fascynacji drugą osobą nie wiedząc o niej nic. W przypadku tej niezwykłej pary było podobnie, a ich pierwsze spotkanie zaważyło nie tylko na ich osobistych losach, ale i na losach wielu innych ludzi…

Tego wieczora prywatna komnata Juliusza wypełniona była prezentami. Co ciekawe, były to głównie figurki kotów: z jadeitu, kamienia, z kamieni szlachetnych. Władca stał i patrzył na te koty, powitalne podarunki składane przez egipskich ministrów.  Chciałby wyrazić jakieś słowa podzięki, ale zmęczenie i irytacja zaczynały już dawać mu się we znaki.  Spojrzał na wykonany z fioletowego, barwionego kamienia posążek kota stojący na stole, uwagę przykuły jego oczy. Były ewidentnie krzywe, przez co zwierzątko wyglądało co najmniej dziwnie.

Fot. Pixabay/Monica Volpin / CCO

Fot. Pixabay/Monica Volpin / CCO

Myśli Juliusza wybiegły w przyszłość, przyjechał tu przecież w konkretnym celu: miał rozwiązać konflikt między prawowitymi władcami Egiptu: bratem i siostrą. Czy sprawy potoczą się po jego myśli?

Z zadumy wyrwały go kroki mężczyzny, który wszedł do komnaty niosąc na ramionach… dywan. „Jeszcze jeden prezent” – pomyślał zmęczony Juliusz, ale z zainteresowaniem przyjrzał się niewolnikowi. – Co tam masz? – zagadnął go z ciekawością. Mężczyzna nie odpowiedział. Zamiast tego, z wielką ostrożnością położył dywan na ziemi i odplątał krępujący go, gruby węzeł. Potem jednym, energicznym pociągnięciem rozwinął dywan.

– Przedstawiam wam moją królową, panie – powiedział Sycylijczyk, a oczom Juliusza ukazała się… Kleopatra. Przypłynęła do pałacu pod osłoną nocy, bo obawiała się o własne życie. Miała wówczas 21 lat, Cezar był tuż po 50-tce. Jej pojawienie się zrobiło na Juliuszu dokładnie takie wrażenie, jak to sobie zaplanowała. Aż podskoczył ze zdziwienia. Nie takiego widoku się spodziewał, ale też nie był to widok niemiły jego oczom. Reszty dokonał jej urok osobisty i jego dobre chęci.

Czy była piękna? Na pewno za piękną uważali ją jej współcześni. Uroda rzecz względna, ale Kleopatra miała jeszcze wiele innych przymiotów. Choć Rzymianie umyślnie przedstawiali ją jako rozpustną kusicielkę, która wykorzystuje swój seksapil jako broń polityczną, ona mogłaby być bardziej znana ze swojego intelektu niż urody. Mówiła dziewięcioma językami, a kształciła się w matematyce, filozofii, wygłaszaniu mów i astronomii. Starożytny pisarz Plutarch twierdził, że piękno Kleopatry „nie jest w ogóle porównywalne”, i że największym jej atutem jest miękki, „miodopłynny” głos.

Fot. Pixabay/ / CCO

Fot. Pixabay/ / CCO

W każdym razie spotkanie tych dwojga miało jeden, główny cel. Kleopatra była wówczas młodą, zdeterminowaną na odzyskanie należnej jej władzy kobietą, a Cezar zdecydowanie mógł jej to umożliwić. Dlatego należało zrobić wszystko, by uległ jej czarowi. Z resztą, to nie było trudne. Siła Kleopatry nie leżała w jej łagodnym, dziewczęcym usposobieniu, a przede wszystkim w  jej inteligencji i sprycie. Cezar akurat te walory u kobiet bardzo cenił.

– Czy jesteś panie, rzymskim generałem i senatorem, wielkim Juliuszem Cezarem? – spytała Kleopatra kuszącym, melodyjnym głosem i z uśmiechem zrobiła kilka kroków w jego kierunku. Gdy odpowiedział jej skinieniem głowy, uśmiechnęła się z pewnością siebie i usiadła obok niego, w miękkim, wygodnym fotelu.

– Oddaję się do twojej dyspozycji – powiedziała patrząc na Cezara bardziej kocim spojrzeniem niż wszystkie otaczające ich koty podarowane Juliuszowi przez Egipcjan. Cezar był urzeczony. Tę noc, a także następne spędzili razem.

Tak zaczął się romans władczyni Egiptu i rzymskiego Cesarza. Czy to była miłość od pierwszego wejrzenia? Tak byśmy dziś powiedzieli. Jedno jest pewne, dla tych dwojga w tamtym jednym momencie czas się na chwile zatrzymał…. Reszta jest historią…


Prawdziwa miłość nie jest młoda. „Co cię wzruszyło? – Jak obierał dla mnie pomarańczę”

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
13 marca 2016
Fot. Pexels/kaboompics.com / CCO

Jaka powinna być miłość? Codzienna. Taka, jak między nimi. Mocna i pewna. Bo jak człowiek upadnie, to musi wiedzieć, że ten drugi poda rękę i opatrzy kolano. A że bez fajerwerków, dramatycznych rozstań i powrotów? Ależ skąd. Fajerwerkami były dla nich wspólne spacery, za rękę Krakowskim Przedmieściem. I ten moment, kiedy przychodził do niej do szpitala z kiścią słodkich winogron, a ona – taka pomarszczona i malutka, jeszcze mniejsza niż kiedyś, zaczynała się śmiać do niego i powtarzać: „No co ty ze mną masz na stare lata”. Ale wcale tak nie myślała. Myślała sobie patrząc na męża, że prawdziwa miłość nie jest młoda. Jest stara, tak jak oni.

„Przy maślanych herbatnikach jego myśli znów zaczynają krążyć wokół żony”

W maju minie trzecia wiosna odkąd ich dwupokojowym mieszkanku na Mokotowie wspólny czas się zatrzymał. Pręgowany kot Maciek wstał właśnie na chwilę, żeby rozprostować kości. Przeciągnął się, ziewnął i z powrotem zwinął się w kłębek. Choć jego pani już tu nie ma, jej obecność daje się wyczuć na każdym kroku. Na przykład spogląda ciepło i łagodnie z kolorowych i czarno-białych fotografii, które pan Michał starannie oprawił w proste drewniane ramki. Takie, w jakie ona lubiła oprawiać zdjęcia ich córki i wnucząt. Na fotelu leży pled, którym otulała się szczelnie, gdy razem zasiadali przed telewizorem, albo czytali popołudniową gazetę. I we wszystkich przyzwyczajeniach swojego męża, ona też jest. Została w nim tak, na zawsze.

Starszy pan przygotowuje herbatę. W tym domu był raz elektryczny czajnik, ale Zosia szybko się go pozbyła, uznając, że to nie to samo co zwykły, emaliowy. – Elektryczny czajnik nie gwiżdże i nie jest taki „domowy” mawiała. Więc pan Michał też go nie używa, mimo, że córka namawia, że tak wygodniej. Szybko wrzuca torebki z herbatą do dwóch bielusieńkich filiżanek i drżącą niepewnie ręką zalewa je wrzątkiem. Przy maślanych herbatnikach jego myśli znów zaczynają krążyć wokół żony.

Poznali się tuż po wojnie, gdy ona jako nastolatka dorabiała kelnerowaniem w warszawskiej kawiarni. Przechodził obok i usłyszał jej śmiech. Od tej pory kiedy tylko mógł wpadał do Zosi na oranżadę. Wpadał, siadał przy stoliczku w rogu sali i z zachwytem wodził oczami za zgrabną figurą Zosi, jej jasnymi włosami upiętymi w modny kok i zielonym spojrzeniem spod długich rzęs. Aż w końcu, pewnego dnia Zosia stawiając przed nim oranżadę rzuciła zawadiacko w nadziei, że odstraszy natręta: – A może, zamiast się tak mnie ciągle oglądać, zaprosi mnie pan na jakiś spacer ? – Nawet za chwilę – powiedział on i już nie było odwrotu. Przez następne kilkadziesiąt lat, ten spacer Krakowskim Przedmieściem był ich rytuałem.

„A dzisiaj, co cię wzruszyło?”

– To tylko tak, tylko tyle? – pytała z rozczarowaniem wnuczka panią Zosię, gdy ta opowiadała jej jak zakochała się w swoim mężu. Nie mieściło jej się w głowie, że miłość może być aż tak zwyczajna. – Zwyczajna – obruszała się Zosia. – Jaka tam zwyczajna, kiedy mnie wszystko w nim wzrusza – odpowiadała.  – A dzisiaj, co cię wzruszyło? – dopytywała nastoletnia Julka. – A dzisiaj to, jak starannie obierał dla mnie pomarańczę. I że dał mi te największe części, a sobie wziął mniejsze.

– Jak tak pomyśleć o ich wspólnym życiu – zamyśla się córka Zosi i Michała (podpierając brodę na dłoniach zupełnie tak jak jej mama kiedyś) – to ono było takie, jak to częstowanie pomarańczami: żeby tylko ta druga strona miała lepiej, więcej: tak o sobie myśleli. Może to jest sekret udanego związku, kiedy jedno stawia to drugie na pierwszym miejscu, a drugie robi to samo? Ale ja takiej miłości nigdzie już potem nie widziałam. Nawet moja, choć dobra, taka nie jest.

„Bo Zosia zawsze była emocjonalna, a rzeczy materialne”

Czy to znaczy, że zawsze było różowo? Nie. Miewali kryzysy, a bywało również, że w kuchni na podłogę leciały talerze. Bo Zosia zawsze była emocjonalna, a rzeczy materialne, jak mówiła, świetnie się nadają do tego, żeby tym emocjom ulżyć. Człowiek – nie. Człowieka trzeba zostawić w spokoju, żeby przemyślał. Więc kiedy Michał wrócił kiedyś z pracy spóźniony na umówioną kolację o dobrych kilka godzin, eleganckim ruchem ręki zrzuciła na posadzkę porcelanowy czajniczek, pamiątkę rodzinną, która jakimś cudem przetrwała okupację, a potem bez słowa poszła na spacer. Przez następną godzinę on umierał ze strachu o nią, a ona krążyła wokół kamienicy, bo nie miała dokąd iść. Kiedy wróciła, usiedli przytuleni z herbatą. Tyle było z tych ich „cichych dni”.

Ale pierwszą, poważną próbą była dla nich strata dwuletniego synka. Razem przeżyli jego chorobę i śmierć, choć każde cierpiało „na swój sposób”. Zosia rozpaczała, przeżywała tę swoją żałobę mocno, wyraziście. On tłumił swój smutek w sobie, by być dla niej wsparciem. W pewnym momencie zobaczyła, że go traci, że się od siebie oddalają. Bo chcąc być silny dla niej, nie dopuszczał do siebie swoich smutnych emocji, aż zaczęły go niszczyć, ich niszczyć. Przepłakali to, przetrwali razem. Czasem to ona zawijała się w koc i mówiła, że nie ruszy się stamtąd, nie będzie już żyła, oddychała, jadła. Czasem on nie wracał do domu aż do nocy, żeby nie patrzeć na puste miejsce ich synka. Jedno ciągnęło drugie za uszy. Wyszli z tego jeszcze mocniejsi, jeszcze bardziej na siebie uważni. I tak spędzili wspólne 60 lat w ciągłym (choć czasem mniejszym, a czasem większym) zachwycie, że można być dla kogoś całym światem i nie mieć dosyć. Kiedy Zosia zachorowała i wiadomo już było, że wkrótce umrze, Michał był u niej w szpitalu codziennie. Czy mogło być inaczej? Do tej pory nie rozstawali się dłużej niż na cały dzień.

– Boję się o ciebie tato – powiedziała ich jedyna córka, tuż po śmierci Zosi. – Zamieszkaj ze mną na jakiś czas. – Ty się nie boisz  o mnie – odpowiedział jej. – Boisz się, że ja też ci zniknę, jak mama.  A mi tutaj bez niej strasznie pusto. I ty wiesz o tym.

Starszy pan miesza łyżeczką swoją herbatę. Zimną już prawie, tak mu ten czas minął. Ale przecież zawsze tak się dzieje, gdy jego myśli biegną za żoną. Dobre myśli, ciepłe. Pan Michał rzuca okiem na okładkę jakiegoś pisma, które przyniosła mu córka. Na tej okładce – pięknej, błyszczącej- para. Ona młoda i bardzo ładna, on wysoki, przystojny. Szczęśliwi. Zakochani. A jakby tak on kiedyś, ze swoją Zosią na takiej okładce, jak ta zakochana para…? Ktoś by przeczytał o takiej nudnej miłości? Bez zdrad i historii jak z filmu, zwykła codzienność we dwoje. Ale jaka ładna codzienność…

Fajerwerki, rozstania i powroty. Te pierwsze były obecne w ich życiu często. Bo tak właśnie postrzegali wspólne chwile: jako coś pięknego. Rozstanie przyszło jedno: to Zosia odeszła, trzy lata temu. A powrót? No przecież wiadomo, że on w końcu za nią pobiegnie. Zupełnie jak tym Krakowskim Przedmieściem.


Zobacz także

Rozpoczęcie szkoły wcale nie 1 września! Co jeszcze trzeba wiedzieć? Zobaczcie kalendarz roku szkolnego 2017/2018

Nawyki, które powoli szkodzą naszej mózgownicy – lepiej je zmień, zanim będzie za późno!

7 oznak, że jesteś urodzoną artystką. Nawet, jeśli jeszcze nią się nie czujesz

buysteroids.in.ua/inekczionnyie-anabolicheskie-steroidyi/testosteron/sustaver.html

cl24.com.ua

rezeptfrei-viagra.com