Iwona Zasuwa: ” Kiedy zaczynamy cierpieć przy własnej diecie, to jesteśmy skazani na klęskę”

Agnieszka Żukowska
Agnieszka Żukowska
11 maja 2019
Iwona Zasuwa
 

Propagatorka zdrowego i świadomego odżywiania, autorka jednego z najpopularniejszych blogów kulinarnych. Jej Smakoterapie to bestsellery wydawnicze w kategorii kulinaria. Iwona Zasuwa specjalnie dla nas, o tym, jak jeść smacznie i mądrze…

Iwona, jak zacząć nie jeść mięsa?

Jestem zwolenniczką tego, żeby zrobić to w porozumieniu z dobrym, świadomym lekarzem, który postawi indywidualną diagnozę i zdecyduje, czy to ma być całkowite odstawienie mięsa, czy zmniejszenie ilości spożycia i o co w tym tak naprawdę chodzi… Czy zwyczajnie to jedzenie jest za mało urozmaicone, czy może jest niskiej jakości. Taka diagnoza jest na pewno potrzebna. I jeśli wiemy, że musimy z mięsa zrezygnować, to fazy tej rezygnacji przebiegają w podobny sposób do odstawiania innych produktów: nabiału, cukru, glutenu.

W pierwszej fazie człowiek ma ogromną potrzebę zastąpienia sobie tego smaku czymś podobnym. Jego kubki smakowe mówią „nie”, ciało nie współpracuje, dlatego mam taką teorię, i z tego się wzięła moja, że dobrze jest zostać w tym wszystkim przy sobie i odpowiadać na swoje potrzeby. Bo jedzenie to nie jest tylko potrzeba odżywienia się, to część naszej kultury, rekompensowanie sobie pewnych rzeczy w życiu. Tak, jak jestem ogromną przeciwniczką, żeby odstawiać cukier dzieciom z dnia na dzień i nie dawania niczego w zastępstwie. Podobnie jest z dorosłymi. Dorosły ma oczywiście swoje motywacje, ale jest to zawsze bardzo trudne. I jeśli się odpowiednio w tym nie wspomożemy, to polegniemy. Dlatego mam na przykład taki set przepisów, które nazywam – „dla drwala”. To kuchnia dla prawdziwego mężczyzny. Mój mąż nadal je mięso, ale w sposób świadomy. Odstawiliśmy wszyscy szybkie, łatwe do przygotowania, przetworzone jedzenie dostępne na sklepowych półkach. Nie tylko mięso. Na szczęście mamy już lepszy dostęp do dobrej jakości mięsa, ryb, drobiu. I to odstawianie dalej jest trudne, ale nie niemożliwe.

Na warsztaty do mnie przychodzą osoby, które potrafią wcielić zmiany żywieniowe natychmiast w swoje życie. Wyrzucić jednego dnia wszystko, co mają w szafkach, a następnego dnia żyć inaczej. Ale w większości jednak mają wielką trudność. Uważam, że jesteśmy niewolnikami swoich smaków, bo i ja, niewolnica, też podążałam za tym swoim podniebieniem, wymieniałam składniki na coraz lepsze i łączyłam w taki sposób, żeby moje kubki smakowe były zadowolone. Żeby nie cierpieć. Kiedy zaczynamy cierpieć przy własnej diecie, to jesteśmy skazani na klęskę. Talerz musi nam dawać przyjemność, to musi być radość. Jak jest napięcie, które na początku się pojawia, bo przecież zmiana zawsze jest trudna, i jeśli nie zadbamy o to, żeby je wyeliminować – to się nie uda. I na przykład dodaję do potraw takie elementy, które „dobrze robią”. To są na przykład suszone pomidory, które zawierają dużą ilość naturalnego glutaminianu sodu, który podkręca smak. Pamiętam, kiedy po raz pierwszy zrobiłam dla męża danie – cukinię nadziewaną pysznościami. W składzie były warzywa, cebulka, czosnek, orzechy laskowe i te suszone pomidory z przyprawami, ze świeżą bazylią zrobiły taki zestaw smaków, że po zapieczeniu to było tak pyszne, że do dzisiaj, jak tylko jest sezon na cukinie, to robię ją. Czy na przykład kociołki, w którym jest dużo aromatycznych przypraw, ziół, gęste sosy, właśnie na bazie roślin korzeniowych, które przecieram i zagęszczam nimi sosy, zamiast mąki czy nabiału. Nawet odrobina orzechów, migdałów blanszowanych zmiksowanych z białą pietruszką, gotowaną cebulą, z kawałkiem selera, daje pyszny, kremowy, śmietankowy sos. Nie potrzeba niczego więcej. To są pewnego rodzaju patenty.

Skąd taka wizja, co Ci pomogło w wymyślaniu owych patentów?

Pomogła mi w tym wizja wegańska. W Polsce dzisiaj to już mocny trend, te patenty tam są. Nie korzystam być może ze wszystkich, bo można sobie przyprawiać potrawy nieaktywowanymi płatkami drożdżowymi, które dają posmak parmezanu. Nie poszłam w tę stronę. Chciałam, żeby moja kuchnia była jak najbliżej natury. I też nie rezygnujmy od razu z cukru dodanego, zastępujmy go miodem, syropem. Dziecka nie można zostawić bez słodkiego smaku, bo cukier tak silnie uzależnia, że to cierpienie może objawiać się na wielu poziomach. Szukamy substancji zastępczych. To może być stewia z ziółek, ksylitol, tylko musimy pamiętać, że jest to dosyć silnie przetworzona substancja i nie może być stosowana w proporcji do cukru 1:1. Używamy jej zdecydowanie mniej i zostawiajmy na moment niezbędny.

Po latach dbania o dietę mojego syna mogę z dumą stwierdzić, że dzisiaj nie ma naturalnej potrzeby sięgania po słodycze. Dietetycy chińskiej medycyny mówią, że to wynika z faktu, że ciało ma spełnione zapotrzebowanie na wszystkie elementy. Ma 12 lat. I rzeczywiście udało się doprowadzić do takiego stanu, że o słodycze nie poprosi. Większy wpływ na to ma element społeczny i kiedy idzie z kolegami, a wszyscy coś jedzą, ta potrzeba wtedy się pojawia. Nie jest to potrzeba z ciała już. Jej źródło jest zupełnie inne.

A gdzie należy szukać ratunku? Jakie warzywa stosować, jakie zamienniki, żeby zachować proporcje smakowe i przede wszystkim, żeby wartości odżywcze się zgadzały?

Białka mamy w bardzo wielu produktach. Takim typowym produktem zastępczym dla mięsa, są strączki. Mówi się, że przyswajalność białka z soczewicy jest na poziomie 86% podobnie, jak przyswajalność białka z wołowiny – bardzo blisko. To są również węglowodany złożone, wszystkiego rodzaju kasze, ryże, z tym że to jest myślenie wynikające z faktu, że jak nie daj boże wyjmiemy mięso z diety, to już nic nie zostaje. To jest dowód na to, że nasza dieta jest niezwykle uboga. Każdy kto ma taką myśl „”boże, co ja będę jadł”, ma od razu dla siebie diagnozę – do tej pory nie jadł różnorodnie.

Jest mnóstwo rzeczy do jedzenia, jakby nie zabrzmiało to trywialnie, których nie jemy na co dzień. Nie jemy ciecierzycy, fasoli azuki, bo nie znamy jej, fasolki mun, nie chce się nam gotować kaszy gryczanej, czy jęczmiennej. I jak sobie położymy na stole najzdrowsze w naszym klimacie warzywa korzeniowe: kapustę czy dyniowate, to nie za bardzo mamy pomysł, co z tego zrobić. Marchewka, pietruszka, seler, to jest dodatek do zupy, który się zazwyczaj odsuwa na talerzu albo w ogóle po jej ugotowaniu wyrzuca. Takie proste produkty jak dynia, kiszonki, czy nieduże ilości owoców, jabłka.

Mamy ogrom produktów, tylko musimy się przeorganizować i nauczyć inaczej z nich korzystać. Pamiętam, kiedy osiem lat temu położyłam na stole marchewkę, seler, pietruszkę, buraka, kiszone ogórki, ziemniaki, i poza zupą, nic mi więcej do głowy nie przyszło do zrobienia z nich. Nic. Dzisiaj dokładam do tego jarmuż, odrobinę imbiru, kurkumy, czosnku, cebuli, robię z tego puree, dodaję zmiksowane daktyle i robię gęsty sos aromatyczny. Zanurzony w tym jarmuż, za którym nie przepadam, z dobrej jakości grzybami, sitaki, ekologicznymi pieczarkami, czy boczniakami smakuje wybornie!

To jest też przestawienie się z kanapkowego myślenia…

Jak myślimy kanapka, to przychodzi nam do głowy jedynie chleb, ser, wędlina, nic innego. Jak się przestawiamy z takiego myślenia, to moja obecna nauczycielka medycyny chińskiej mówi, że „ludzie to są istoty, które są stworzone do życia na mokrej karmie”. Nie na suchej. I rzeczywiście, ta sucha karma, którą połykamy biegnąc, bo jesteśmy do tego w ciągłym biegu, bo łatwe, szybkie w przygotowaniu, to są właśnie te obszary od których trzeba zacząć zmiany. Robiłam na śniadanie dzisiaj placuszki z mąką kokosową. Ich przygotowanie i usmażenie, nie zajęło mi więcej niż 2 minuty. Kwestia pomysłu i przestawienia myślenia. Jestem ważna dla siebie przecież, jestem w stanie o siebie zadbać. Tylko że dochodzimy do takich refleksji w momencie, kiedy zaczynamy chorować na ciężkie choroby. A to trochę za późno. Szkoda


Pyszne przepisy na dania bez mięsa. Kto ma ochotę na gotowanie?

Redakcja
Redakcja
11 maja 2019
Iwona Zasuwa
 

Macie ochotę na ugotowanie czegoś pysznego, a jednocześnie zdrowego i bez mięsa? Podsuwamy wam przepisy Iwony Zasuwy z książki .

Czytaliście już wywiad z Iwoną? Jeśli nie, musicie to koniecznie nadrobić.

Pyszne pyzy

Przypadkowo wymyślone „prawie polskie pyzy” z wegańskim wkładem zamiast mięsa podbiły serca (czy raczej podniebienia) domowników Iwony Zasuwy, a ich fotografie skusiły potencjalnych kolejnych pożeraczy moich kluseczkowych eksperymentów. Rzeczywiście, są znakomite, miękkie, rozpływają się w ustach. Z aromatycznym wyrazistym farszem z soczewicy, suszonych pomidorów i czosnku.

 

Komplet przyjemnych obiadowych doznań!

Składniki :

• ziemniaki wysokoskrobiowe . . . . . . . . . . . . . . 1,5 kg

• skrobia ziemniaczana

• soczewica czerwona, sucha . . . . . . . . . . . . . . ¾ szklanki

• suszone pomidory 2 garści

• świeże zioła: oregano, majeranek

(do smaku)

• zielona pietruszka . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 1 garść

• cebula 2 szt.

• czosnek (opcjonalnie) . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 3 ząbki

• oliwa z oliwek extra vergine

• sól i pieprz (do smaku)

Wykonanie :

Ziemniaki ugotuj, ugnieć bardzo dokładnie na purée i ostudź. Zawartość garnka podziel na cztery części, wyjmij jedną ćwiartkę i wsyp w miejsce po niej skrobię ziemniaczaną. Wrzuć ziemniaki z powrotem, wymieszaj porządnie całość, przykryj i odstaw. Cebulę poszatkuj i podsmaż w niewielkiej ilości tłuszczu, dorzuć pomidory bardzo drobno posiekane lub ozdrobnione mikserem. Dodaj ugotowaną na sypko soczewicę, przyprawy i zioła, wymieszaj. Odparuj wodę, zdejmij z ognia i ostudź (masa powinna być sucha). Z ziemniaczanego ciasta oderwij mały kawałek, utocz kulkę, rozpłaszcz ją w dłoni na cienki placek (o grubość około 1 cm). Nałóż łyżeczką farsz i sklej boki, a następnie uformuj pyzę. Postępuj tak do wyczerpania składników. Gotowe kluchy wrzucaj partiami do dużej ilości osolonego wrzątku i gotuj, delikatnie mieszając drewnianą łyżką. Gdy wypłyną na powierzchnię, gotuj jeszcze 2–3 minuty na maleńkim ogniu. Podawaj od razu, ze świeżymi warzywami, okraszone niewielką ilością oliwy z oliwek i posypane zieleniną.

Cukinie nadziewane pysznościami

Składniki :

• cukinie okrągłe lub zwykłe, niewielkie 7 szt.

• cebula 2 szt.

• czosnek 3 ząbki

• orzechy włoskie, łuskane . . . . . . . . . . . . . . . . . 4 garści

• pestki dyni, łuskane . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 1 garść

• suszone pomidory w zalewie . . . . . . . . . . . . . 1 duża garść

• kocanka włoska lub rozmaryn, świeże kilka gałązek

• bazylia świeża . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . kilka gałązek

• pietruszka zielona . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . pół pęczka

• kolendra w proszku 1 łyżka

• chili w płatkach (do smaku)

• oliwa z oliwek

• sól i pieprz (do smaku)

Wykonanie :

Cukinie umyj, przekrój na połówki i i wydrąż. Miąższ z cukinii posiekaj. Orzechy i pestki dyni rozdrobnij za pomocą miksera lub maszynki do mielenia mięsa o bardzo drobnym sicie. Na patelni podgrzej oliwę z oliwek, wrzuć chili, mieloną kolendrę, posiekany ząbek czosnku, rozdrobnioną kocankę lub rozmaryn oraz pokrojoną drobno cebulę. Posyp solą i delikatnie podduś. Wrzuć miąższ cukinii, pokrojone drobno suszone pomidory i podsmaż. Kiedy cukinia będzie już miała dość, zdejmij z ognia patelnię, dodaj do warzyw zmielone orzechy i pestki oraz posiekaną zieloną pietruszkę. Dorzuć surowy czosnek, bazylię, sól i pieprz do smaku. Wydrążone cukinie ułóż w naczyniu do zapiekania (najlepiej szklanym), włóż do każdej z nich nadzienie łyżeczką i skrop oliwą z oliwek. Zapiekaj w piekarniku, w temperaturze 175°C „na oko”, do wybranej ulubionej twardości cukiniowej miseczki (może być lekko al dente), około 30 minut.

Przypominamy, pieczenie nasion jest dyskusyjne. Jeśli macie ochotę częściej serwować to danie, zamiast orzechów i pestek dyni, dodajcie do farszu kaszę jaglaną albo namoczone bezglutenowe płatki owsiane.


„Nauczyłam się nie zakładać, że czegoś się nie da, że nie potrafię, bo tego się nigdy nie wie, dopóki nie spróbuje”

Agnieszka Żukowska
Agnieszka Żukowska
11 maja 2019
Fot. Patrycja Woy-Wojciechowska

Agata Bogusz, łodzianka. Ma na swoim koncie 11 rekordów Polski. Jest sędzią federacji AIDA (przyp. red. międzynarodowej federacji zrzeszającej nurków na wstrzymanym oddechu). Szkoli instruktorów, opracowuje standardy edukacji i bezpieczeństwa dla freediverów. Trenowała pod okiem legendy, 17-krotnego mistrza świata, Umberto Pelizzariego. Dziś, Agata wstrzymuje oddech na 6 minut, schodzi na głębokość 85m, a w 2020 będzie biła rekord świata w ramach „Projektu 100 m+” – chce osiągnąć rekordową głębokość 131 metrów w konkurencji zmienny balast. Będzie to najgłębsze na świecie nurkowanie kobiety w tej konkurencji oraz najgłębsze zanurzenie Polaka na zatrzymanym oddechu.

W wyjątkowej rozmowie, specjalnie dla portalu, Agata opowiada o swoich początkach, przygotowaniach do rekordu, poczuciu bezpieczeństwa i pracy zawodowej, w której wykorzystuje elementy freedivingu.

Kim chciałaś być, kiedy byłaś dzieckiem?

Odkrywcą i badaczem. Namiętnie czytałam przygody Tomka Wilmowskiego, jeździłam palcem po mapie, wertowałam przewodniki po świecie i przeglądałam stare książki polskich podróżników. Miałam też zeszyt, gdzie spisywałam morza, kontynenty, rzeki, góry i wulkany. Chciałam odkrywać nowe lądy, a najbardziej fascynowali mnie Indianie i dlatego bardzo chciałam pojechać do Ameryki Południowej.

Pojechałaś?

(śmiech) Jeszcze nie! Ale spędziłam dwa lata w Azji – na Bali i na Filipinach. Nigdy nie wierzyłam, że tam trafię, wtedy nie był to popularny kierunek. Ludzie tam nie jeździli. Włochy, Egipt, tak. Ale Indonezja?

Co poczułaś, jak się tam znalazłaś?

Radość i wdzięczność. Dotarło do mnie, że wszystko jest możliwe i że nie można zakładać, że czegoś się nie da. Przypomniało mi się wtedy, że kiedy byliśmy mali, ludzie mieli marzenia, ale one były tak nieosiągalne, że nikt nawet nie próbował ich realizować. I każdy był z tym pogodzony.

Każdy, oprócz Ciebie.

Do dziś nie lubię ograniczeń. Zawsze taka byłam.

I stąd ten freediving?

Bardzo możliwe. Zaczęło się, jak miałam 6 albo 7 lat. Wtedy wstrzymywanie oddechu dawało mi przewagę w wyścigach pływackich z kolegami. Byłam szybsza, bo nie musiałam wynurzać się na powierzchnię i tracić energii na zaczerpnięcie powietrza. Czułam, że mam „super moc”, bo mogę chwilę nie oddychać. Kompletnie nie wiedziałam, że tę zabawę nazywa się swobodnym nurkowaniem.

Arch. prywatne

Chłopcy się denerwowali?

Śmiali się, bo zakładałam nogę na nogę i udawałam, że mam ogon. Chciałam być syrenką, ale moje pływanie bardziej przypominało pełzanie robaka (śmiech).

A co na to Twoi rodzice?

Tata należał do klubu nurkowego. Co środę mieliśmy zajęcia na basenie, więc od dziecka widziałam ludzi pod wodą. Były to czasy, kiedy dostęp do sprzętu nurkowego był ograniczony, więc w ramach treningu, wszyscy pływali na wstrzymanym oddechu. Robiliśmy wyścigi z tatą i moim starszym bratem, Kacprem, kto głębiej zanurkuje. I wtedy po raz pierwszy poczułam frustrację, bo jako jedyna nie mogłam zejść na dno trzy i półmetrowego basenu. I nie wiedziałam dlaczego.

Teraz masz na swoim koncie 11 rekordów Polski, wytrzymujesz pod wodą 6 minut i schodzisz na głębokość 85 metrów… Jak to się stało?

Zakochałam się! (śmiech). Jak w filmie Wielki Błękit wszystko zaczęło się w Grecji… Miałam 16 lat i podczas wakacji z rodzicami tata postanowił zabrać mnie na zapoznawcze nurkowanie ze sprzętem, tak zwane – intro. Uczyłam się pod okiem przystojnego instruktora: Grek, wysoki, dobrze zbudowany, a do tego miał długie włosy i tak jak ja – słuchał metalu! Wstępne przeszkolenie trwało trzy minuty, bo okazało się, że szybko złapałam o co chodzi. Ruszyliśmy więc w morze. Po drodze w dół skończyło mi się powietrze w butli, a ponieważ bezdech był dla mnie czymś bardzo naturalnym, nie przejęłam się tym wcale. Instruktor podał mi swój automat i płynęliśmy spięci długą smyczą, co wydawało mi się wtedy bardzo romantyczne.

Kiedy w końcu zrzuciłaś sprzęt?

W 2008 roku. Już wtedy miałam uprawnienia Divemastera i trenowałam pod okiem rekordzisty Polski, Darka Wilamowskiego. W drugiej połowie roku pojechaliśmy z Darkiem do Dahab, w Egipcie. Tam poznałam jednego z najlepszych nurków na świecie, legendę nurkowania w jaskiniach – Krzysztofa Starnawskiego, polskiego himalaistę i podróżnika, który zaproponował mi współpracę przy „Projekcie 9000” i Bogusława Ogrodnika. W 2006 roku Ogrodnik wszedł na Mount Everest, tym samym znalazł się na wysokości 8848 metrów n.p.m., a teraz chciał zanurkować na głębokość 152 metrów. Dodane metry dają w sumie 9000, stąd nazwa projektu.

Arch. prywatne

Udało się?

Tak. Ogrodnik pobił rekord świata w tzw. deniwelacji, czyli różnicy wysokości między dwoma punktami na ziemi, a ja byłam szczęśliwa, że mogłam w tym uczestniczyć. Dodatkowo, zaprzyjaźniłam się z chłopakami z bazy, którzy trenowali swobodne nurkowanie. Ja uczyłam ich nurkowania ze sprzętem, a oni mnie freedivingu. Zdjęłam sprzęt i od razu zeszłam na 30 metrów, a jak się okazało, wtedy to był rekord Polski. I tak to się zaczęło.

Pamiętasz swoje pierwsze zawody?

W Dahab poznałam Czecha, Romana Ondruja, który zachwycony moimi osiągnięciami zaproponował, żebym przyjechała na basenowe zawody do Czech. Dla mnie to była abstrakcja! Jakie zawody? Tym bardziej, że nigdy wcześniej nie trenowałam freedivingu na basenie. Przyjechałam do Brna na cztery dni przed zawodami. Podczas prób wstrzymywałam oddech w bezruchu na 3 minuty, bez przygotowania. Myślałam wtedy, że skoro nie sprawia mi to trudności, to ciekawe, ile wytrzymam na zawodach. I stało się. Osiągnęłam 5:05, wynik zbliżony do rekordu Polski. Sędzia nie mógł w to uwierzyć!

A Ty?

To był mój moment mocy! Jeśli mogę wstrzymać oddech na 5 minut, to mogę wszystko. Wcześniej nie mogłam się wkręcić w żaden sport na dłużej, a lekcje WF-u omijałam szerokim łukiem. Dopiero nurkowanie ze sprzętem popchnęło mnie do regularnego ruchu, a takie osiągnięcie, w tak krótkim czasie, dało mi dużą satysfakcję. Tym bardziej, że był to czas, gdy zmagałam się ze zdrowiem – najpierw zespół jelita drażliwego, potem Hashimoto. A tu nagle freediving, który daje mi poczucie sprawczości, że moje ciało może dużo więcej, że nie jestem bezsilna. Dzięki temu, nauczyłam się nie zakładać, że czegoś się nie da, że nie potrafię, bo tego się nigdy nie wie, dopóki nie spróbuje… Nie wiedziałam, że mogę na tak długi czas wstrzymać oddech, a tu proszę, taka niespodzianka. (śmiech)

A propos niespodzianek, podobno w 2020 roku chcesz pobić rekord świata…

Mam taki pomysł, żeby spróbować swoich sił w dyscyplinie, którą się jeszcze nie zajmowałam. Chcę osiągnąć rekordową głębokość 131 metrów w konkurencji zmienny balast (przyp. red. zawodnik zanurza się z dodatkowym balastem, który zostawia na dole i powraca o własnych siłach korzystając z płetw i/lub liny) Będzie to najgłębsze na świecie nurkowanie kobiety w tej konkurencji oraz najgłębsze zanurzenie na zatrzymanym oddechu polskiego obywatela.

W wywiadzie z Dariuszem Wołowskim, Andrzej Bargiel powiedział, że uprawia sport dla przyjemności, a nie po to, żeby tworzyć historię. A u Ciebie, jak to jest?

Ważniejszy jest dla mnie trening i idący za tym progres. Przesuwanie granicy i fakt, że zawsze można kawałek dalej. A czy to jest oficjalne, czy nie, to dla mnie ma drugoplanowe znaczenie. Jakby tego rankingu nie było, też bym to robiła. To moja pasja. Nie miałam nigdy koncepcji bicia rekordu, ale znajomy uświadomił mi, że jest konkurencja, w której nigdy nie startowałam, a która fizycznie jest w moim zasięgu. Najpierw mnie ten pomysł bardzo zestresował, ale potem pomyślałam, że może czas na wisienkę na torcie mojego swobodnego nurkowania, a potem wykorzystanie tego doświadczenia w pracy zawodowej.

Czyli?

W coachingu, treningach mentalnych, pracy z ciałem i warsztatach rozwojowych – tym się zajmuję na co dzień. Jestem na ostatnim roku studiów na wydziale psychologii klinicznej i powoli wdrażam elementy treningu na wstrzymanym oddechu w pracy z klientami, m.in. biznesmenami i sportowcami. Freediving to praca nie tylko z ciałem, ale przede wszystkim z głową. Dlatego wierzę, że może pomóc zarówno w radzeniu sobie z presją osiągnięć, jak i we wspieraniu procesów psychoterapii.

Arch. prywatne

Ostatnio David Beckham próbował freedivingu i pomimo że nigdy wcześniej tego nie robił, wstrzymał oddech na 2 min. 40 s. To predyspozycje czy trening?

Ani jedno, ani drugie. Wynik Beckhama jest przeciętny (śmiech). Każdy dorosły człowiek, po krótkim przeszkoleniu, powinien bez problemu wstrzymać oddech na 2 – 4 minuty. Owszem, są predyspozycje, które to ułatwiają, ale nie są to tylko predyspozycje sportowe. Nie byłam pływakiem. Spędzałam czas w wodzie od dziecka, to prawda ale łowienie muszelek to nie sport… Wydaje mi się, że jak z każdą aktywnością fizyczną, twoje ciało może stwarzać możliwości, że będzie łatwiej albo trudniej, ale przez treningi można wypracować metodę i wyćwiczyć ciało na tyle, że dasz sobie świetnie radę. Istotna jest też część mentalna, bo przecież nurkując swobodnie nie oddychasz, a dla organizmu to „czerwona lampka”, że coś dzieje się nie tak. Trzeba umieć rozmawiać ze swoją głową i znaleźć złoty środek pomiędzy pełną relaksacją, a kontrolą. To trudne, ale jak już się uda, nie da się tego z niczym porównać!

Gdzie się można tego nauczyć?

Na Bali, razem ze mną!

Zamieniam się w słuch…

Podczas przygotowań do rekordu świata muszę mieć czas na odpoczynek. I tak, całkiem niedawno, razem z moimi przyjaciółkami wpadłyśmy na pomysł zorganizowania wyjazdu, na którym połączymy naukę swobodnego nurkowania z zajęciami jogi i pracą mentalną. I to wszystko w północno – wschodniej części Bali, z dala od turystycznego zgiełku, nad samym brzegiem oceanu.

Arch. prywatne

Dla kogo ten wyjazd?

Tylko dla kobiet (śmiech), przykro mi panowie! Zapraszam wszystkie kobiety, bez względu na umiejętności nurkowe, czy stopień zaawansowania wykonywanych asan. Głównym celem wyjazdu jest wyciszenie, bycie blisko z samą sobą, tu i teraz. Będziemy medytować, spacerować, nurkować, oddychać i wstrzymywać oddech, odwiedzać świątynie, podziwiać pola ryżowe i cieszyć się naturą. Razem z Emilią Iwaniuk, instruktorka jogi, certyfikowana masażystka Shiatsu i mistrzyni japońskiego łucznictwa Kyūdō, poprowadzimy warsztaty. Ja skupię się na pracy mentalnej: freedivingu oraz coachingu, a Emilia na jodze i pracy z oddechem. Wszystkie aktywności będą dostosowane do umiejętności uczestniczek. Nic na siłę, wszystko w harmonii z ciałem i umysłem… A dodatkowo, kto by nie chciał spędzić listopada w miejscu nazywanym „wyspą Bogów i szczęśliwych ludzi”?!

Mnie już zachęcać nie musisz.

W takim razie, do zobaczenia na Bali!

Szczegóły wyjazdu:


Zobacz także

A ty? Czego się boisz? Oswój swoje demony. Akcja #MiesiącKobiet

Prawdziwy powód, dla którego mężczyźni wybierają (coraz) młodsze partnerki w kolejnych związkach

Jak wyjechać na rodzinny urlop i nie zwariować. 8 wskazówek dla nowicjuszy (i nie tylko)