Kochasz dywany, ale walczysz z alergią? Czyli jak ważny jest wybór odkurzacza, gdy mamy do czynienia z alergikami

Żaklina Kańczucka
Żaklina Kańczucka
16 listopada 2017
Fot. Materiały prasowe
 

Idealne mieszkanie dla alergika, nie musi kojarzyć się z laboratoryjną czystością, podłogami bez dywanów i oknami bez firan czy zasłon. Co więcej, niejedna osoba cierpiąca na alergię, posiada w domu psa lub inne zwierzątko futerkowe. Wszystko jest możliwe, trzeba jednak wiedzieć co powoduje niemiłe dolegliwości i jak im zapobiegać.

Alergia objawia się u różnych osób na różne sposoby – może uwidocznić się na skórze w postaci przeróżnych krostek, może powodować łzawienie oczu i męczący kaszel lub katar, w zależności od rodzaju alergenu. Mało kto ma ochotę izolować się od wszystkich czynników powodujących uczulenia, bo nie ma sensu ograniczać codziennej aktywności. Dzięki dostępnym farmaceutykom, oraz mądrej dbałości o czystość w pomieszczeniu, także alergicy mogą cieszyć się życiem bez odczuwania nieprzyjemnych dolegliwości.

W domu alergia nie odpuszcza? Przeciwdziałaj temu!

Dom powinien być naszą ostoją, twierdzą gdzie czas spędzony z rodziną jest przyjemnością. Najczęstszą przyczyną prychania i kichania w pomieszczeniach są maleńkie roztocza. Te stworzenia są mikroskopijnymi pajęczakami, które żywią się ludzkim i zwierzęcym naskórkiem, oraz resztkami jedzenia. Ale nie owe stworzenia są dla alergików zagrożeniem, ale ich odchody, które produkują w ogromnych ilościach. Tak więc osoby zagrożone alergią na odchody roztoczy, muszą szczególna uwagę zwrócić na miejsca w których gromadzi się kurz. Pościel, materace, zasłony, dywany, meble czy zabawki… można stworzyć naprawdę długą listę, dzięki której wytropimy roztocza. Nie ma jednak potrzeby pozbywać się wszystkiego z mieszkań, by żyło się lżej z alergią.

Fot. Materiały prasowe

 

Dobre rady dla alergików

Najwięcej roztoczy znajduje się w łózkach, materacach i w pościeli, z którą mamy kontakt każdego dnia. Aby minimalizować ryzyko kłopotów, pamiętaj o częstej zmianie pościeli, nie rzadziej niż raz w miesiącu. Warto prać ją w temperaturze 60 stopni, a następnie wyprasować, ponieważ wysokie temperatury zabijają roztocza. Wskazane jest także częste wietrzenie i odkurzanie materacy. Tutaj gros pracy zrobi za ciebie . W dodatku jeśli posiada poza standardową szczotką przydatne akcesoria, typu szczotka do zbierania sierści zwierząt, twoja praca będzie jeszcze bardziej efektywna. Pamiętaj także, że świeże powietrze, szczególnie to mroźne, w zimowych miesiącach mają dobroczynne działanie na zachowanie higieny pościeli. Dobrym pomysłem  jest nakładanie na materac specjalnego pokrowca, który ma za zadanie izolować mikroby.

P&F ssawka do mycia tapicerki1

Fot. Materiały prasowe

 

Istotne jest wietrzenie całego mieszkania. Odpowiednia cyrkulacja powietrza i wilgotność na maksymalnie 45% poziomie, a także niezbyt wysokie temperatury w pomieszczeniach do 22 stopni, to doskonały sposób na zachowanie zdrowego mikroklimaty dla człowieka.

Nie musisz mieszkać w sterylnych warunkach. Jednak nie pozwalaj by na półkach panował bałagan, a kurz gromadził się nie tylko na meblach, ale i na dywanach. Jeśli nie chcesz pozbywać się ulubionych bibelotów czy książek, dbaj o regularne usuwanie kurzu. Najlepiej w tym celu korzystaj z mokrych ściereczek, ścieranie na sucho rozproszy jedynie kurz i sprawi że osadzi się on w innych miejscach. Te z ozdób, które nie muszą stać na wierzchu, ułóż do zamykanych pudeł, nie gromadź ciuchów np w kącie pokoju, czy przerzuconych przez poręcz fotela. Jeśli lubisz mieć w domu kwiaty, nie trzymaj ich w sypialni, a liście pozostałych przecieraj mokrą ściereczką. Jeśli w pokoju dziecka znajdują się zaki, pierz je często, a nawet stosuj “terapię wstrząsową”, czyli od czasu do czas włóż misie do zamrażalnika, to najlepszy sposób na bezpieczne przytulanki. Systematyczność w takim działaniu popłaca.

Odkurzanie po dywanie. Ale czym? No właśnie, pozbywanie się kurzu i brudu z dywanu to podstawa przeciwdziałaniu przykrym objawom alergii. Trudno zamrozić dywan w zamrażalniku, nikt go też nie wietrzy raz w tygodniu, należy więc zainwestować w odkurzacz, który poradzi sobie z tym zadaniem. Szukając odkurzacza idealnego dla domowników z alergią, postaw na model, który odkurza na mokro.

PF szczotka do mycia dywanow zdjecie z woda

Fot. Materiały prasowe

 

Doskonałą propozycją jest odkurzacz Zastosowano w nim wyjątkowy filtr wodny AQUA PURE, dzięki któremu zassany kurz, sierść, pyłki, roztocza i inne alergeny są całkowicie wiązane w wodzie, a następnie po prostu wylewane wprost do kanalizacji. Filtr HEPA 13 i filtr przeciwpyłkowy  w połączeniu z modułem filtra AQUA PURE zapewniają czyste, wyczuwalnie odświeżone i pozbawione zapachów wydmuchiwane powietrze. Poczujesz ogromną różnicę względem odkurzaczy starego typu, które poza niemiłym powietrzem z urządzenia, wyrzucają w przestrzeń również alergeny gromadzone w worku.

THOMAS- filtr wodny wylewaniw

Fot. Materiały prasowe

 

Zdecydowanie, wybór odkurzacza Thomas Perfect Air Allegry Pure ma jeszcze więcej zalet. Poza właściwościami pro-zdrowotnymi, model ten jest łatwy w eksploatacji dzięki skrętnym kółkom 360° Easy-Drive. Jest również bardziej ekonomiczny, ponieważ jest odkurzaczem bezworkowym. Niezmiennie wysoka moc ssania gwarantuje skuteczność sprzątania przez cały czas.

THOMAS-PERFECT-AIR-UNTERSEITE-BLAU

Fot. Materiały prasowe

Warto zainwestować w taki odkurzacz, tym bardziej że Thomas Perfect Air Allegry Pure polecany jest Niemieckie Stowarzyszenie Pomocy Osobom z Chorobami Skórnymi i Alergiami. Z taką pomocą lepiej i łatwiej zadbasz o przyjazne otoczenie nie tylko w domu alergika.

 


Artykuł powstał we współpracy z


Odpowiedz sobie na pytanie, w jakim świecie chcesz żyć. W takim, gdzie z kałasznikowem wprowadzasz pokój?

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
16 listopada 2017
Fot. iStock / Jax71
 

Świat stawia przed nami kolejne wyzwania. O reakcjach na zagrożenie, o tym dlaczego jedyni płaczą, a inni nienawidzą słysząc informacje z Paryża oraz czy istnieje idealny sposób na radzenie sobie z brakiem poczucia bezpieczeństwa rozmawiamy z psychologiem Izabelą Barton-Smoczyńską, która na co dzień pomaga ludziom po traumatycznych wydarzaniach.

Ewa Raczyńska: Jak reagujemy w sytuacji zagrożenia?

Izabela Barton-Smoczyńska: Na to pytanie nie da się odpowiedzieć jednoznacznie. Wyobraźmy sobie sytuację, kiedy np. w czasie pokazów lotniczych czy na lotnisku spada samolot. Obserwujemy ludzi którzy widzą katastrofę. Część z nich zaczyna coś robić – uciekać, dzwonić po pomoc, ci są nastawieni na działanie. Inni zaczynają płakać, przytulać się, rozmawiać z innymi. Są empatyczni, identyfikują się z cierpieniem. Jest też grupa, która, gdyby zrobić zdjęcie, stoi z otwartą buzią, zamiera. Nie wykonuje żadnego ruchu…

Można to przenieść na nasze reakcje wobec tego, co wydarzyło się we Francji?

Tak. Tyle, że na to, w której z wymienionych grup się znajdziemy mają wpływ nasze osobiste kompetencje, czyli umiejętności, które pozwalają nam pracować nad własnym osobistym rozwojem. Możemy tu rozmawiać o dwóch obszarach. Jeden z nich to takie myślenie o sobie i świecie, gdy zakładamy okulary pod tytułem: „Chciałbym, żeby tak było”, okulary przez które patrzymy na świat. Ten nasz „idealny” świat, to taki w którym zaspokajane są nasze i bliskich potrzeby, są realizowane cele i marzenia. Na przykład matka pragnie, by dzieciom żyło się jak najlepiej i bezpiecznie. W momencie, kiedy to nasze wyobrażenie zostaje zaburzone, reagujemy emocjami, które nazywane są depresyjnymi. Jest to przygnębienie i smutek, pewien rodzaj wycofania się w siebie wewnątrz ale i potrzeba zrozumienia sytuacji, w jakiej znaleźli się inni ludzie, współodczuwanie…

Czyli jesteśmy w grupie, która się przytula…

Wtedy identyfikujemy się z tymi, którzy cierpią, którzy stanęli w sytuacji zagrożenia. Mamy wówczas silną potrzebę bliskości, która popycha nas do bycia z innymi, w ten sposób wyrażamy nasze emocje. Takie zachowanie chroni nas przed negatywnymi konsekwencjami stresu. To dobre działania. Zaspokajając chęć przynależenia do jakieś grupy, potrzebę relacji czy głębokiej empatii niwelujemy poczucie zagrożenia. Takie działania, u których podstaw leży potrzeba bliskości i współodczuwania chroni nas przed paniką i strachem a jednocześnie powoduje nasz rozwój. Pozwala później w racjonalny sposób ocenić to, co się dzieje, bez wartościowania i sztywnego i schematycznego oceniania.

Ale są wśród nas i ci, którzy w sytuacji zagrożenia nie współodczuwają…

Informacja taka, jak ta z Paryża, zaburza nam obraz idealnego świata. Świata, w którym możemy pracować w różnych społeczeństwach, jeździć na wakacje, poznawać inne kultury. Wówczas zakładamy okulary pod tytułem: „Jak powinno być”. Przez nie widzimy świat, w którym obowiązują normy i zasady. Jeśli nie są respektowane, świat nie jest taki, jak powinien być, to we mnie powstają inne emocje. Pojawia się lęk, strach, poczucie zagrożenia. I właśnie, by zniwelować te lęki, muszę podjąć jakieś działania, które mi w tym pomogą . Jednak ten rodzaj działań skoncentrowanych na eliminowaniu lęku, nie będą prowadzić do rozwoju, a jedynie będą zaspokajać potrzebę bezpieczeństwa, chęć przywrócenia spokoju, powrotu do miejsca, w którym byliśmy wcześniej. Kiedy ruszam do działania pod wpływem lęku, odzyskuję w najlepszym przypadku tylko spokój. Wracam do punktu, w którym byłam przed jego odczuwaniem.

Czy ten lęk tłumaczy język nienawiści?

Efektem niwelowania lęku jest odzyskanie kontroli, czego produktem ubocznym jest szybki podział świata na dobry i zły, a także potrzeba wyeliminowania źródła zła. I wtedy pojawiają się komentarze: „Won stąd”, „Terroryści to uchodźcy” – wówczas bowiem generalizujemy. Nie ma w nas współodczuwania, idziemy w myślenie normatywne, sięgamy do reguł: „Sami sobie są winni”. Jesteśmy krytyczni, negatywnie oceniający, wartościujący. Podstawą tych emocji jest lęk, za którym stoi silna potrzeba odzyskania bezpieczeństwa. Czyli, jak wyzwę uchodźców od najgorszych, to może nikt ich tu nie wpuści i będzie spokojnie.

Boimy się, bo myślimy o wojnie?

My cały czas żyjemy w narracji powojennej, naszym rodzicom przekazano lęk przed wojną. Dlatego bardzo szybko rezonujemy lękiem na zagrożenie.

Tylko jak poradzić sobie z tym strachem?

Żeby sobie poradzić, trzeba oswoić, poznać, nazwać, wiedzieć co jest jego głównym źródłem. I wtedy szukać rozwiązania. Bo forma odzyskania kontroli przywraca tylko, to co było. Niweluje poziom emocji lękowych, które sprawiają, że wartościujemy, oceniamy i stygmatyzujemy. To jest znak, jak bardzo duży jest poziom niepokoju i lęku, a ludzie w strachu będą zachowywać się w tylko jeden sposób: będą dążyć do odzyskania poczucie bezpieczeństwa. W grupach szkolnych w takich sytuacjach szukany jest kozioł ofiarny, tu dzieje się to na większym obszarze. Chcemy znaleźć i jasno określić, co i kto odbiera nam poczucie bezpieczeństwa i źródło zagrożenia zlikwidować.

Jeśli będziemy patrzeć przez okulary lęku i szukania bezpieczeństwa pod jego wpływem, to nie zbudujemy dialogu, nie będzie porozumienia, nowych rozwiązań. Będzie jedynie chęć powrotu do tego co było, a po taki zdarzeniach jak w Paryżu nie da się już tego zrobić. Jeśli chcemy się otworzyć na świat partnerstwa i dialogu to musimy ze sobą rozmawiać, pogodzić się z tym, że ludzie będą popełniać błędy, podejmować złe decyzje.

Więc mamy tolerować spiralę nienawiści, którą nakręcają ludzie żyjący obok nas, którzy mówią: „Dajcie mi broń, a ja ich powystrzelam” w domyśle uchodźców, muzułmanów?

Jedną rzecz która trzeba robić to: rozmawiać, nazywać, poznawać emocje i mówić: „To jest lęk”. W lęku myślimy inaczej. A gdyby spytać: „Gdyby nie było lęku, jakbyś się zachował?”. Mamy prawo mówić, że nie akceptujemy gdy np. słyszmy głos nienawiści w opiniach znajomych, mogę powiedzieć, że nie zgadzam się na to, jak ze mną rozmawiasz. Pomówmy o tym, co naprawdę chcesz zrobić, jaką masz motywację, intencję. Może też w ten sposób zatrzymamy drugą osobę. Ściągniemy jej okulary pod tytułem: „Boję się”, kiedy dla niej jedynym rozwiązaniem jest wzięcie broni i rozstrzelanie innych. Może pomożemy odpowiedzieć jej na pytanie: „W jakim świecie chcesz żyć. Czy w tym, w którym z kałasznikowem zabijasz ludzi i wprowadzasz pokój?”. To jest trudne, bo rozmawiając o zagrożeniu życia, nie opieramy się jedynie na rozsądnych argumentach, jest w tym dużo emocji, o których nie potrafimy mówić. Tym bardziej, że patrząc na Paryż zdajemy sobie sprawę, że zagrożenie jest zwyczajne, nie ma miejsca w czasie wojny, tylko zdarzyć się może każdemu z nas, bo chodzimy do kawiarni, na koncerty. Ważne jest to, jak się wyrażamy, jak o tym mówimy, czy tylko oceniamy, a nie wyrażamy poglądów?

Pozostaje jeszcze grupa, która wobec zagrożenia zamiera, staje z otwartą buzią…

I to oni są najbardziej narażeni na stres traumatyczny. Chcą zniknąć, jak najszybciej zapomnieć, odzyskać poczucie bezpieczeństwa w sposób zupełnie nie adaptatywny ani dla jednostki, ani dla problemu, ani dla społeczeństwa. Takie zachowania prowadzą jedynie do narastania napięcia i poważnych konsekwencji.

Jest jedna dobra reakcja na to, co się dzieje?

Uświadamiamy sobie, że w człowieku, który posiada wolną wolę może ujawnić się dobro, ale może ujawnić się i zło. Pierwszy krok to dojrzałość. Nie wiemy, jak zachowamy się w trudnej sytuacji, kiedy musielibyśmy dokonać wyborów. Wyobrażamy sobie, jak chcielibyśmy się zachować i wiemy, jak powinniśmy się zachować, ale nie wiemy, jak naprawdę się zachowamy. Przeglądając literaturę wojenną widzimy jakim trudem było dokonywanie wyborów. A na to jak reagujemy może mieć wpływ wiele czynników. Może to być nawet nierozliczona w rodzinie przeszłość wojenna. W naszym społeczeństwie tematyka wojenna jest wciąż bardzo bliska, cały czas rozliczamy się z historią. Filmy pokazują, że to nie tylko Niemcy czy Rosjanie winni byli cierpienia innych. Jeśli tego nie rozwiążemy na poziomie naszej państwowości, nie stworzymy sobie przestrzeni do dialogu ze światem.


Fot. Archiwum prywatne

Fot. Archiwum prywatne

psycholog, certyfikowany psychotraumatolog. Ukończyła specjalistyczne szkolenie w diagnozie zaburzeń oraz wiele szkoleń specjalistycznych w obszarze pracy z zaburzeniami po stresie traumatycznym oraz psychoterapii. Tworzy


Żyjesz na pokaz? Nic tak nie oddala od szczęścia, jak jego udawanie. Zwłaszcza przed sobą

Katarzyna Troszczyńska
Katarzyna Troszczyńska
16 listopada 2017
Fot. iStock / coloroftime

Rano dzwoni do mnie przyjaciółka. „Widzę teraz pełen obraz mojego życia” mówi. Rozstała się z mężczyzną, zawodowo zaczyna coś nowego. Destabilizacja– tak to nazywa. „Jestem nieudacznikiem, teraz wszyscy to zobaczą, bo już nie mogę ukryć się ani za pozornie dobrym związkiem ani za stabilną pracą”. „Ale możesz wreszcie być sobą” odpowiadam.

Po rozmowie myślę tylko o tym jak często udajemy, że jest nam dobrze. Karolina (imię przypadkowe) w rozmowach z przyjaciółkami tak przedstawia swoje życie: z Rafałem (to jej partner) – cudownie. Dzieci go uwielbiają. Problemy z jego córką? Żadnych. Finansowo? Znakomicie. Z kolei Ewa (imię również przypadkowe) ma w swoim słowniku tylko dwa słowa: „szczęście” i „radość”. Szczególnie często sięga po nie na Facebooku, gdzie wrzuca zdjęcia swoich projektów . Z podpisem. „I love my job”. Albo zdjęcia z imprez z przyjaciółmi.

Prawda jednak jest taka, że Ewa, z zawodu graficzka, właściwie nie ma pracy. Siebie i córkę utrzymuje z dorywczych zajęć. Rok temu zdradził ją mąż.

Na Karoliny obrazie pod tytułem “szczęście” też widać rysę. Jej przyjaciółki widzą przecież podczas każdego towarzyskiego spotkania, jak Rafał się upija, a potem staje się wobec partnerki obcesowy, arogancki. Znają też jego córkę. Jest rozpieszczoną nastolatką, która lekceważy kobietę swojego ojca. I nie przepuści żadnej okazji do mącenia między nim a Karoliną. Jeśli chodzi o pieniądze – na dom zarabia ona. A firma, którą prowadzi, ostatnio ma straty (o czym zresztą bez oporów, a nawet z pewną satysfakcją opowiada Rafał).

 Czy wiesz kim jesteś?

Nieustannie balansujemy między „ja idealnym” (czyli tym, jacy chcielibyśmy być), a ja realnym (kim naprawdę jesteśmy). Większość z nas ma tego świadomość. Znamy swoje y i minusy, umiemy ocenić: to mi wychodzi dobrze, to źle, to chcę poprawić, tu odpuszczam. Ale są i tacy, którzy zatracają się w wyidealizowanej wizji siebie samych. Za nic nie chcą skonfrontować się z realiami. Wiedzą o nich, ale nie przyjmują ich do wiadomości. I wciąż udają, że w ich życiu wszystko jest idealnie.

Autokreacja do pewnego stopnia jest naturalna. Po pierwsze: to rodzaj mechanizmu obronnego. Utrzymujemy dziś relacje – przynajmniej pozorne – z wieloma osobami. Trudno każdej z nich zwierzać się z problemów, lęków i niepewności. To by było zresztą szkodliwe dla nas samych. Po drugie: ludzie lgną do szczęśliwych, pewnych siebie osób. Dlatego chcemy tacy być. A badania wyraźnie pokazują, że im bardziej jesteśmy postrzegani przez innych jako szczęśliwi, poukładani ludzie sukcesu, tym bardziej sami tak się czujemy. Ale są granice. Czym innym jest umiejętność szukania dobrych stron w życiu, a czym innym trwanie w iluzji. To pierwsze daje nam poczucie samokontroli, drugie zabiera energię, osłabia i nie pozwala na autorefleksję, a co za tym idzie – na zmianę.

O dziewczynce, która musi być silna

Do gabinetu psychoterapeutów przychodzi dużo kobiet z ułożonym życiem. Pozornie. „Nie potrafię porozumieć się z szefową. Tylko to jest moim problemem”, mówią na wstępie. A potem okazuje się, że szefowa to wierzchołek góry lodowej. Bo jest jeszcze nieudane małżeństwo, o którym wcześniej mówiły, że jest „fantastyczne”, problemy z dziećmi, przyjaciółmi.

Dlaczego nie przyznawały się do tego od początku? A jak miały to zrobić, skoro nie potrafiły przyznać się do słabości nawet przed sobą? Przede wszystkim dlatego, że pokolenie dzisiejszych trzydziesto- i czterdziestolatek program „bądź silna” wynosi z domu. Nawet jeśli w czterech ścianach było piekło, żyło się według zasady „brudy pierze się w domu”. To dlatego w chwilach kryzysu mama  powtarzała Karolinie: „dajesz radę”, zaszczepiając córce przymus bycia silną nawet na przekór rozumowi. Cóż z tego, że jej partner zachowuje się nielojalnie, opryskliwie, egositycznie – nie takie rzeczy ludziom przychodzi znosić! Dam radę!

O dziewczynce, która chce mieć władzę

Sukces (nawet fikcyjny) daje niektórym poczucie przewagi nad innymi. A władza to jest jedna z najważniejszych rzeczy, o jakie walczą ludzie.  Jak goryl informuje o swojej sile? Bije się w piersi, pokazując: „Zobaczcie, jaki jestem mocny”. My często robimy tak samo. Jeśli mam szczęśliwe małżeństwo, dzieci, dobrą pracę, pieniądze – to mam wszystkie powszechnie uznawane atrybuty sukcesu. Ludzie mogą mi zazdrościć, a ja się czuję od nich lepsza. Im bardziej jesteśmy narcystyczni – tym bardziej zależy nam na tego rodzaju władzy. I zrobimy wszystko, żeby ją utrzymać. Ewa często słyszała od ojca: „Tylko człowiek sukcesu osiąga co chce i jest szanowany”. Całe życie trzyma się tej wizji. Skończyła świetne studia, wyszła za mąż za przystojnego i dobrze zarabiającego mężczyznę. Mogła budować swoją fasadę. I czuć się lepiej od innych – bo koleżanki zawsze jej zazdrościły. Zdrada męża była nie tylko osobistym dramatem, ale też brutalną lekcją, że jej też czasem może się coś udać. Ale Ewa wolałaby umrzeć niż powiedzieć o tym głośno. Publikacje na Facebooku są rodzajem mniej lub bardziej uświadomionej demonstracji i rozpaczliwego krzyku. „Może życie wciąż jest super, zazdrośćcie mi dalej!…”.

Czyja to bajka?

Karolina Cwalina, dziś coach, twórczyni projektu „Seksi zaczyna się w głowie” jeszcze kilka lata temu ważyła 120 kilogramów i pracowała w dużej korporacji. – Nikomu nie mówiłam, że jest mi źle. Im było mi gorzej, tym głośniej krzyczałam, że jest fantastycznie – wspomina. Dlatego dziś nie bardzo „kupuję” tych wszystkich „jest cudownie”. Mam głębokie poczucie, że ludzie spełnieni nie muszą tym epatować. Co więcej, oni bez problemu przyznają się do słabości. Ja – w swoim nieszczęściu– w końcu doszłam do ściany. Kolejny raz zranił mnie mężczyzna, w którym byłam zakochana, w mojej firmie przeprowadzono redukcje. Nie mogłam dalej się oszukiwać. Zadałam sobie pytanie: „naprawdę chcę tak żyć za pięć lat? Odpowiedź „nie, nie chcę” przyszła szybko. Zgłosiłam się do dietetyczki, zaczęłam treningi z instruktorem, poszłam na kolejne studia, bo bardzo chciałam być coachem.

Karolina dziś pomaga innym kobietom. Tym, które latami pielęgnują swój idealny wizerunek. Są atrakcyjne, mają dobre stanowiska I na pierwszy rzut oka udane życie osobiste. Tak przynajmniej postrzegają je inni. A one przychodzą i mówią: „nie wytrzymam tego dłużej”. I powoli zaczynają odpowiadać sobie na pytania. Czy żyję zgodnie z oczekiwaniami innych czy w zgodzie ze sobą? Jaki naprawdę jest mój cel? Czy chodzi mi o to, żeby być tak zwanym człowiekiem sukcesu, czy po prostu chcę czuć się dobrze, nawet jeśli to dobrze na „tu i teraz” oznacza brak związku, etatu, czy przyznanie się: „coś mi nie wyszło”? Tymczasem właśnie na tym „coś nie wyszło” buduje się późniejsze zadowolenie i prawdziwe szczęście! Trzeba tylko skonfrontować się z prawdą. I powtarzać sobie: okłamywanie siebie to najskuteczniejszy sposób, by nas ono ominęło.

Pamiętajmy o tym na co dzień. Żadna iluzja nie jest szczęściem.


Zobacz także

Kiedyś cnoty, dziś często przejaw słabości… Czego możesz nauczyć się od starszych ludzi?

Każda zmarszczka, to wspomnienie z mojego życia. Nigdy nie chciałabym ich wymazać

O czym świadczy rodzaj alkoholu, który zamawiasz przy barze?