Ktoś, kiedyś podobno o niej słyszał. Ale czy naprawdę istnieje przyjaźń damsko-męska?

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
5 lutego 2016
Fot. iStock / mediaphotos
 

Czy przyjaźń między kobietą a mężczyzną jest możliwa? Nie jako dodatek do relacji między dwojgiem zakochanych ludzi, ale jako podstawowa emocja między dwiema osobami, znajomymi odmiennej płci :)? Wykluczmy wzajemne pożądanie i zauroczenie, niech to będzie związek czysto przyjacielski. Uda się? Jak długo? Co pomyślą inni?

–  Daj spokój, to przecież w ogóle nie jest kobieta – mawiał mój znajomy do żony, mocno zaniepokojonej jego przyjacielską relacją z koleżanką z pracy. I takie też sprawiał wrażenie: koleżankę przyjacielsko poklepywał (bywało, że za mocno) po plecach, a w drzwiach nie przepuszczał, bo postrzegał ją raczej jako kumpla. Żeby kumplowi drzwi otwierać? Po co? Po pewnym czasie zaczął jednak dostrzegać w tym kumplu kobiece cechy, a w końcu zakochał się i odszedł. Była żona do dziś pluje sobie w brodę, że tej przyjaźni „nie ucięła”, że dała sobie wmówić, że to tylko koleżeńska stopa…

W społecznej świadomości przyjaźń damsko-męska funkcjonuje jako „coś dziwnego”. Do kina? Z przyjacielem? Hmmm, a to na pewno tylko przyjaciel? Pogadać? Z przyjaciółką? Daj spokój, przecież WIEMY o co chodzi. A właśnie, że guzik wiecie. Bo bywa różnie.

Nie zadowoli was pewnie fakt, że na pytanie o przyjaźń między kobietą a mężczyzną nie da się odpowiedzieć jednoznacznie.  W niektórych relacjach tego typu wzajemne przyciąganie, więź bliższą niż przyjacielska czuć na kilometr. Jeśli więc przyjaciele mieliby pozostać w stosunku do siebie szczerzy nie powinni być „tylko” przyjaciółmi. Ale są i takie przyjaźnie damsko – męskie, które pozostają na poziomie platonicznym, podczas gdy wszyscy wokół przecierają oczy ze zdziwienia. A bywa i tak, że tylko jedna ze stron odczuwa w stosunku do drugiej „coś więcej”. Napięcie, które wytwarza się wtedy między dwojgiem ludzi to nie jest coś, co można „wyłączyć”, zdusić w zarodku… Kiedy uczucia nie da się już zignorować przyjaźń przestaje wystarczać. Dla dobra obu stron, znajomość należy zakończyć.

Kilka znaków ostrzegawczych świadczących o tym, że to więcej niż przyjaźń

– Myślisz o swoim przyjacielu w ciągu dnia częściej niż o własnym partnerze

– Zdarza ci się wyobrażać was sobie w romantycznej scenerii i romantycznych sytuacjach

– Zdarza ci się fantazjować o nim w trakcie intymnych sytuacji z kimś innym

– Odczuwasz silną tęsknotę za nim, gdy nie jesteście razem

– Jesteś emocjonalnie bliżej z nim niż z twoim partnerem

– Jesteś samotna, ale chętniej niż na randkę pójdziesz na spotkanie z nim.

Co na to wszystko naukowcy? Ostatnie wyniki badań wskazują, że mężczyźni i kobiety mają zupełnie odmienne wizje tego, czym jest przyjaźń damsko-męska. Panowie po prostu nie wierzą w czysto platoniczne uczucia w takiej relacji. Większość z nich nie wyklucza możliwości romansu z obecną przyjaciółką. Kobiety wierzą natomiast, że przyjaźń z mężczyzną może mieć podłoże czysto platoniczne, że taka relacja jest zupełnie „bezinteresowna”. Mężczyźni  podświadomie i tak chcą „czegoś więcej.  I kobiety i mężczyźni zgadzają się w jednym: w erotycznym napięciu między przyjaciółmi więcej jest złego niż dobrego.

Co na to otoczenie?

Bywa, że przez przyjaźń z innym mężczyzną rozpada się nasz związek. Czy partner jest w stanie zrozumieć jak ważna jest dla nas ta przyjaźń? Czy nie będzie zazdrosny o czas spędzony z przyjacielem, o nasze wspólne przeżycia, wspomnienia? Czy zrozumie lub da sobie wytłumaczyć, że ten „inny” mężczyzna mu nie zagraża?

Psychologowie twierdzą, że jeśli jesteśmy w dobrym, symetrycznym ( z równym zaangażowaniem po obu stronach) związku, taka przyjaźń w niczym nie zaszkodzi. Chodzi tutaj bowiem o dwa, zupełnie  różne typy więzi, które ze sobą nie kolidują.Istotne jest to, by przyjaciel szanował granice naszego związku i nie był zbyt absorbujący. Musi rozumieć, że to partner jest dla nas zawsze na pierwszym miejscu.

Relacje między mężczyznami a kobietami są złożone. Sami komplikujemy je sobie mocno, próbując znaleźć swoją drogę do szczęścia. Kluczem do tego, by ze swoimi uczuciami dojść do ladu jest szczerość przed samą sobą. Nikt poza tobą samą nie potrafi odpowiedzieć na pytanie czy Ty i On możecie być tylko i wyłącznie przyjaciółmi. Ale warto pamiętać o jednym: lepiej wejść w związek z kimś, z kim się nam świetnie rozmawia, bo za kilkadziesiąt lat nie seks, a właśnie zrozumienie i rozmowa będą stanowiły podstawę naszej relacji.


„Nikt mnie nigdy nie wypychał do show biznesu, nie byłam niczyją marionetką, ani narzędziem w rękach niespełnionego taty”

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
6 lutego 2016
Natalia Lesz/Facebook
 

„Córeczka bogatego tatusia” – tak niej mówiono. Wiadomo, kto będzie sprawdzał, co robiła nim wydała pierwszą płytę. Ważne, że ojciec na pewno ją wypromował za swoje pieniądze. Teraz – po raz kolejny, obnaża show biznes i jego zakłamanie. Rozmawiamy z Natalią Lesz.

Ewa Raczyńska: Ostatni z filmów, w którym występujesz: „Test” opowiada o tym, jak „tworzeni” są celebryci, w jaki sposób można zapewnić sobie rozwój kariery, zdobyć sławę i popularność. A to przecież o tobie w mediach pojawiały się opinie: bogata córeczka tatusia, który wepchnął ją w show biznes i gdyby nie jego pieniądze, to nikt by nie usłyszał o Natalii Lesz.

Natalia Lesz: Nikt mnie nigdy nie wypychał do show biznesu i nikt mnie nigdy nie wypychał na scenę, nie byłam niczyją marionetką, ani narzędziem w rękach niespełnionego taty, czy niespełnionej mamy – jak to niestety często bywa. To, że rodzice w miarę możliwości wspierają swoje dzieci, wydaje mi się jak najbardziej naturalne, zwłaszcza gdy sama zostałam mamą i wiem, że jak tylko będę mogła, to na pewno będę wspierać swoja córkę.

Nie bolały cię takie opinie na twój temat?

Czy mnie bolało? Cóż, występuję przed ludźmi od 4-tego roku życia, więc smak występów publicznych, opinii i krytyki poznałam już w dzieciństwie. Nie jest to zjawisko mi obce. Może było  trudniejsze, bo nie znałam jeszcze wtedy możliwości i siły internetu, ale sam mechanizm radzenia sobie z opinią publiczną nie zaskoczył mnie i nie załamał.

Kiedy ukazała się twoja pierwsza płyta?

To był 2008 rok, po powrocie ze Stanów.

Więc nie byłaś nastolatką, która tupie nogą i krzyczy: „Ja chcę być piosenkarką, ja muszę nią być”.

Jeśli było coś takiego jak „ja chcę, ja muszę”, to były to jedynie moje głosy i moje chęci, bo tak jak zawsze podkreślam – nikt mnie nigdy do niczego nie zmuszał, ani nie wypychał. Faktycznie od 4-tego roku życia występowałam, bo tego chciałam. Chodziłam na gimnastykę artystyczną, później jeździłam na łyżwach. W wieku 10. lat zaczęłam chodzić do państwowej szkoły baletowej w Warszawie. To właśnie ta szkoła nauczyła mnie dyscypliny i sprawiła, że zawsze wysoko stawiam sobie poprzeczkę.

Potem, dzięki własnym staraniom, udało mi się dostać i ukończyć jeden z najbardziej obleganych kierunków w Stanach, czyli wydział aktorski na Uniwersytecie Nowojorskim. I tak naprawdę mam w sobie dużo wdzięczności, ale też dumy, że osiągnęłam to wszystko sama.

natalia lesz1

Więc wybór ścieżki zawodowej nie był przypadkiem?

Przez te 25 lat pracy moje życie zawodowe na pewno nie było usłane różami. Ludziom mogło się wydawać, że było mi łatwo, ale mając przy tym piętno swojego ojca myślisz, że było łatwiej?

Nie sądzę…

Było o wiele ciężej, bo każdy medal ma dwie strony.

Dlaczego było ciężko?

Bo musiałam sobie radzić z krzywdzącymi według mnie opiniami na swój temat. Media właśnie w ten sposób działają – bardzo łatwo przypinają ci łatkę, której później trudno się pozbyć i jeszcze udowodnić, że jest jednak jest inaczej, niż jak się czasami pisze w tabloidach i kolorowych pismach. Bywało to dla mnie może nie tyle ciężkie, co bardzo frustrujące. Nauczyłam się jednak, że takie są realia – tak jest, nie ma co się obrażać, tylko robić swoje.

My jednak nie lubimy ludzi, o których wydaje nam się, że łatwo osiągają sukces, zwłaszcza gdy stoją za nimi pieniądze.

Ludzie nie lubią ludzi z różnych powodów i jest to niestety jakaś nasza polska cecha. To smutne pewnie w jakimś stopniu, ale my nie jesteśmy w stanie nic z tym zrobić, szkoda tracić energii.

Jesteś zawodowo dokładnie w tym miejscu, w którym chciałabyś być?

Tak, na pewno. Jestem wdzięczna, że mogę robić to, co kocham, moja praca jest moją wielką pasją.

Obnażyłaś jednak już kiedyś show biznes mówiąc o sponsoringu, który w tym środowisku występuje.

Natalia Lesz/Facebook

Natalia Lesz/Facebook

W każdym środowisku, nie tylko w show biznesie są jakieś brudy, a teledysk do mojej piosenki „In Love” miał pokazać show biznes nie takim, jaki znamy z telewizji, czy z czerwonych dywanów. Miałam ochotę pobawić się konwencją zestawienia tego świata pięknych, znanych i bogatych z tym, o czym już tak chętnie się nie mówi – czyli patologicznymi sytuacjami, kiedy to młode dziewczyny za wszelką cenę próbują zrobić karierę. Lubię takie kontrasty, bo to, co pokazują media, ma mało wspólnego z rzeczywistością.

Przykład – byłam jakiś czas temu na sesji zdjęciowej do magazynu X, gdzie dostałam od razu jasne wytyczne, że muszę się uśmiechać, bo inaczej okładka się nie sprzeda – ludzie nie chcą oglądać smutnych buzi, nie z tym kojarzy im się świat celebrytów. A ja tego dnia w ogóle nie miałam ochoty się uśmiechać, tym bardziej przyklejać do twarzy szerokiego uśmiechu. Jak widać show biznes to swoista gra pozorów, o czym czytelnicy zapominają, co więcej – my też zapominamy. To pewnego rodzaju system i jakaś wspólna gra.

Nie chcemy tego widzieć, wolimy ten cukierkowy świat, gdzie wszyscy są piękni, bogaci i szczęśliwi.

Tak, to to budowanie wizji świata, którego każdy chce dotknąć. Ale oprócz tego, że lubimy oglądać piękne sukienki i te kolorowe bankiety – kto jak wygląda i z kim przyszedł, to jednak najbardziej lubimy, jak taka osoba ze świecznika, gdzieś się potknie – wtedy jesteśmy zachwycani.

Kogo ty nazywasz celebrytą?

Ja ani nie nazywam, ani się tym zupełnie nie zajmuję. Mogę robić teledyski i filmy, które jakoś obnażają ten świat, ale na co dzień kompletnie mnie to nie interesuje. Pojęcie celebryty powstało nie tak dawno, bo raptem jakieś 50 lat temu, a teraz, mam wrażenie, jest coraz częściej używane. Za sprawą tabloidów definicja celebryty znacznie się rozszerzyła, bo określa się nimi ludzi, o których można przeczytać w kolorowej prasie, zajrzeć do ich prywatnego świata. Nieważne,  ile ról mają na koncie, jaki jest ich dorobek artystyczny, wystarczy, że dostaną od mediów taką właśnie łatkę.

Też masz taką łatkę?

Nie wiem, czy ktoś mnie tak nazywa. Walka z łatkami jest bez sensu, więc się na tym nie skupiam – ani na tabloidach ani na łatkach.

Jest w tobie chęć odkrycia tej ciemnej strony show biznesu?

To bardziej wynika z tego, że lubię bawić się zestawianiem tego pięknego świata z  tym, czego nie widać, co dzieje się w kuluarach, a o czym nikt nie chce specjalnie mówić. Z Olgą Chajdas staramy się wyprodukować sztukę także pozostającą w tym klimacie, bo pokazującą świat glamour, złote lata Playboya i to, co się wtedy działo, oczami młodej dziewczyny, która w ten świat wchodzi.

To jednak tylko czubek góry lodowej, a ja, jeśli mogę, to lubię wywołać dyskusję na tematy, które wydają mi się ważne.


Trailer filmu „Test” z Natalią Lesz


„Pierwsza miłość czyli wakacyjne przygody”

Listy do redakcji
Listy do redakcji
5 lutego 2016
Fot. Pixabay / Ronymichaud /

Tytuł: „Pierwsza miłość czyli wakacyjne przygody”,

Scenografia: Plaża i piękno otaczającej przyrody,

Obsada: Ja i On czyli dwie połówki jabłka

Scenariusz: Najpiękniejsza randka.

Gatunek filmowy: i tu mam problem nie lada,

Bo tych gatunków jest cała gromada

Najpierw Film Drogi – jak się okazuje,

Bo mój Miły wiele przeszkód pokonuje:

Ucieka Mu autobus, On biegnie opłotkami,

Żeby na randkę nie spóźnić się czasami.

Potem Romans prawie,

Czyli na plaży spotkanie.

Czułe rozmowy, szeptanie,

I pewność, że to zakochanie.

Następnie Psychologiczny film,

Bo jak tu wybrać odpowiednią z chwil,

By po raz pierwszy usta się spotkały,

„Czy Ona nie powie, że jestem zbyt śmiały?”.

Wszystko jednak kończy się „happy endem”,

Nasze usta spotykają się wreszcie.

Nie słyszałabym wtedy, daję słowo,

Nawet gdyby kometa przeleciała nad mą głową.

Jego usta smakowały przysięgą,

Że już zawsze będzie mego życia częścią.

Potem każdy pocałunek był wspomnieniem tego ”plażowego”,

I choć tyle lat już minęło od niego,

Smak pocałunków jest wciąż taki sam jak pierwszy…

Nie, właściwie jak wino – jest coraz lepszy 🙂

Autorka: Monika Bugajska


Akcja „Moja pierwsza miłość”

Pierwsza miłość jest wyjątkowa, to zauroczenie, motyle w brzuchu, ta szeptana na ucho przyjaciółki tajemnica. Niepewność, ciekawość i radość. Zakochując się po raz pierwszy mamy wrażenie, że unosimy się nad ziemią.

Luty to taki czas, kiedy na chwilę przystajemy w naszej miłości. Może dlatego, że nie obchodzimy Walentynek, a może właśnie dlatego, że je obchodzimy. Jedno jest pewne. W tym zimowy miesiącu o miłości myślimy bardziej niż zwykle. Dlatego  chciałybyśmy was zachęcić do wspomnienia waszej pierwszej miłości. Zakochania, zauroczenia. Odkurzenie w pamięci tych wyjątkowych chwil. To z pewnością są piękne historie.

Zapraszamy – włączcie się do naszej akcji „Pierwsza miłość”. Napiszcie do nas opisując swoją pierwszą miłość. My najciekawsze listy nagrodzimy i opublikujemy. Powspominajcie z nami <3

i nigdy nie wiadomo mówiąc o miłości
czy pierwsza jest ostatnią czy ostatnia pierwszą

ks. Jan Twardowski


 WEŹ UDZIAŁ W ZABAWIE TUTAJ (klik)

 


Zobacz także

Twój prywatny język miłości własnej. Czy robisz te wszystkie rzeczy?

7 powodów, dla których posiadacze kotów mają w życiu lepiej

Zrób coś dla miłości – pokaż, jak kochasz siebie i podaj dalej pozytywną energię! 💗 Akcja „Pokaż, jak kochasz”

www.swiss-apo.net

steroid-pharm.com

https://steroid-pharm.com