Siostry od kuchni polecają: Grzanki z szynką parmeńską, grillowaną cukinią i miętową fetą

Gościnnie w Horizon-school.ru
Gościnnie w Horizon-school.ru
12 sierpnia 2017
Fot. Siostry od Kuchni
 

Jak zawsze przepis brzmi pysznie!

Czas przygotowania: 40min

Składniki:

  • 1 cukinia
  • 1 duża cytryna
  • 3 łyżki oliwy z oliwek
  • duża garść zielonego groszku (świeżego lub mrożonego)
  • 1 duża bagietka lub 2 małe
  • 2 ząbki czosnku
  • 1 opakowanie fety
  • 2 garści świeżej mięty
  • 1 opakowanie szynki parmeńskiej (ok. 6-7 plastrów)
  • świeżo zmielona sól i pieprz

Wykonanie:

Cukinię umyć i poszatkować wzdłuż na cienkie plasterki. Cytrynę sparzyć i dokładnie umyć, a następnie skórkę z cytryny zetrzeć na tarce a sok wycisnąć. Szynkę parmeńską porwać na niewielkie kawałki. czosnek obrać i przekroić wzdłuż na połówki. Miętę posiekać.

Plasterki cukinii włożyć do miski, dodać sok z cytryny, 1 łyżkę oliwy z oliwek, doprawić solą i pieprzem, dokładnie wymieszać i odstawić.

Groszek wrzucić do wrzątku i gotować 1 minutę, po czym wyjąć groszek sitkiem i przełożyć do zimnej wody. Odcedzić.

Rozgrzać patelnię grillową na średnim ogniu. Bagietki pokroić na ukośne kromki, posmarować z obu stron oliwą i grillować z każdej strony ok 2-3 minut, aż będą lekko przypieczone. Gdy kromki bagietki będą jeszcze ciepłe, natrzeć je czosnkiem.

Cukinię odsączyć, pamiętając, by powstałą marynatę zachować, a następnie rozłożyć cukinię na rozgrzanej patelni i grillować ok. 1 minuty z każdej strony.

W misie blendera umieścić fetę, marynatę z cukinii, miętę, skórkę z cytryny, doprawić pieprzem i wszystko dokładnie zmiksować.

Grzanki posmarować fetą a na niej ułożyć cukinię, kawałki szynki parmeńskiej i groszek. Udekorować listkami mięty.

Fot. Siostry od kuchni

Fot. Siostry od kuchni

Zajrzyjcie koniecznie na bloga  i śledźcie na bieżąco ich poczynania na 

18492427_10209141583683180_1950963320_n (1)


SIOSTRY OD KUCHNI, CZYLI

siostryKRZYSIA – na co dzień pracująca zawodowo, zabiegana mama dwójki dzieci. Mimo braku czasu odnajduje czas na swoją największą pasję, jaką jest gotowanie. Pewnie dlatego, że kocha dobre jedzenie. Zodiakalny Koziorożec, a więc konsekwentna w działaniach oraz bardzo ambitna i wnikliwa. Każde danie, które tworzy jest w 100% przemyślane, ale jej artystyczna wyobraźnia dokłada odrobiny szaleństwa i kulinarnej spontaniczności… Uwielbia kawę…ale tylko parzoną w kawiarce, a dobre ciacho to raj dla jej podniebienia. Lubi testować nowe przepisy i nie boi się eksperymentować.

EWKA – Można powiedzieć, że to człowiek orkiestra – znajdzie pasję w każdym zajęciu. Twardo stąpa po ziemi, mówiąc że nie ma rzeczy niemożliwych i z powodzeniem realizuje założone cele. W swojej pracy zajmuje się prowadzeniem projektów informatycznych, gdzie wykorzystuje i rozwija swoje menadżerskie zdolności. Uwielbia podróżować i odkrywać smaki lokalnych kuchni. Kocha kuchnię włoską i w tej dziedzinie chce się rozwijać, ale z sentymentem wraca rownież do polskich smaków znanych z dzieciństwa. Gotowanie i wypieki sprawiają jej ogromną przyjemność. Dzięki jej zdolnościom organizacyjnych każdy ruch w kuchni jest zawsze przemyślany, dzięki czemu przygotowanie dań trwa chwilę.


Grażyna na all inclusive, co to na miejscowy manicure się zdecydowała… O matko, i jak żałowała!

Małgorzata Horizon-school.ru
Małgorzata Horizon-school.ru
12 sierpnia 2017
Arch. prywatne
 

Miałam opisać swoje wycieczki w Turcji, ale hitem są paznokcie, które przebiły wszystkie wrażenia, więc będzie o manicure w moim hotelu all inclusive. A  zaczęło się od tego, że odprysnął mi lakier. Ten kto ma lekką nerwicę jak ja, wie że to droga do piekła, bo w ciągu godziny jestem w stanie zdrapać lakier z całej reszty (myśl o tym jednym nie daje mi spokoju). Obdarowana ulotką od pana prowadzącego zakład fryzjerski na parterze mojego hotelu, gdzie normalnie za żadne skarby bym się nie wybrała, pokornie jednak w tej sytuacji idę zapytać czy zgodnie z ulotką mają usługę manicure.

Jestem ciekawa czy pan wciśnie mnie w kolejkę oczekujących, bo wyobrażam sobie, że w tak wielkim hotelu nie ja jedna straciłam paznokcia.

Niepokój mój wzbudza już fakt, iż miły starszy pan (bez cienia ironii to piszę) oferuje usługę w każdej chwili. Muszę poczekać tylko, aż pani manikiurzystka przyjdzie z drugiego hotelu. Ok, umawiamy się za godzinę, jestem dobrej myśli.

Punktualnie schodzę podekscytowana, że będę miały nowy manicure, myślę nad kolorem i zapominam o swoich niepokojach.

Pani jeszcze nie ma, ale pan okazuje się być całkiem na bieżąco w sprawach damskiego paznokcia i ustala ze mną, że to shilac i przynosi dziesięć różowych pudełek, które działają na zasadzie zasysania palca do środka. W  środku jakiś aceton czy coś. Śmieję się, że w Polsce robią to inaczej, tłumacząc panu jak, a jednocześnie oglądam jego fryzury ślubne, bo pan okazuje się być starym fryzjerem, który czesze od lat głównie Angielki do ślubu.

Pytam, po co tu biorą śluby, ale to już zbyt skomplikowany angielski, a wiec oglądamy te fryzury w różnych katalogach podpisanych rocznikami i zastanawiam się, ile już z nich jest po rozwodzie. O ironio jedna.

Różowe zassawki zaciskają mi palce tak, że krew nie dopływa, bo mija ponad 20 minut, a pani nie ma. Widząc moje zmagania z plastikiem, pan wyciąga jeden z moich palców ze środka i swoim długim paznokciem próbuje zdrapać mój shilac (tylko jeden ma długi, chyba do tego właśnie celu…).

Arch. prywatne

Arch. prywatne

Ani rusz. Hard shilac – komentuje i dolewa płynu. Już prawie nie mam czucia. Po kilku minutach wpada na pomysł, by jednak zrobić to po polsku, więc wyjmuje mnie z różowego uścisku i wkłada palce w folię zalewając je żrącym płynem. Modlę się tylko o to, by pani szybko przyszła.

Moje modlitwy zostają wysłuchane i wpada pani w jego wieku (bardziej spodziewałam się młodej Turczynki o długich różowych tipsach) i zasiada od razu do pracy. Chyba go ochrzania za te folię (po turecku) i wyciąga mój paznokieć sprawdzając swoim czy shilac schodzi.

Po wpływem solidnego drapnięcia lakier schodzi. Ufff. Tłumaczę panu, by nie czuł się broń Boże niekomfortowo (lubię go), że my kobiety lepiej się znamy na manicure.

Czyżby?!!

Mój stan emocjonalny jest jeszcze stabilny, gdy pani wyciąga miskę z pilnikiem, watą, zmywaczami i czterema lakierami niedomkniętym lub podklejonymi taśmą klejącą.

Najpierw zdrapuje swoim paznokciem wierzchnią warstwę, a potemzZ impetem szoruje pilnikiem po moim pięknym chabrowym kolorze i w ciągu kilku minut doprowadza moje paznokcie do stanu zero. I tu dopiero zabawa się zaczyna.

Pan tłumaczy, bym wybrała lakier  z palety: jaskrawego różu, czarnego, cekinowego biorę czerwony. W takich warunkach klasyka sprawdza się najlepiej (nawet nie wiem jak bredzę). Pan jednocześnie zwraca uwagę na mój wypłowiały od słońca blond, sugerując że chętnie poprawiłby co nie co. Babciu kochana, co z nieba na mnie patrzysz, chroń mnie!

Na stół wjeżdża maszyna do schnięcia, lakier, utwardzacz – powinno być dobrze. Zamaszystym ruchem, jak malarz malujący na płótnie krajobrazy, pani (dosłownie) zalewa mój paznokieć pokaźną warstwą czerwonego lakieru, nie szczędząc boków, opuszków i swoich palców. Wszystkie wyjścia za linijkę usuwa swoim paznokciem, podobnie jak wcześniej stary lakier.

Myślę sobie: „będzie dobrze, użyje patyczka z acetonem, jakoś to usunie potem”. Jednak jestem hiperoptymistyczna.

Arch. prywatne

Arch. prywatne

Przy drugiej warstwie nie widzę poprawy i suszę paznokcie w coraz większej histerii, oglądając jednocześnie zdjęcia syna wnuczki i całej rodziny, a wiec stając się emocjonalnie zaangażowana, co wyklucza w moim przypadku jakąkolwiek asertywność.

Wiem już, że są małżeństwem od 40 lat, on prowadzi ten salon, ona „maluje” paznokcie. Żyją z tego oni i rodzina syna. Synowa jest leniwa, a syn dorabia, ale mało. Najkochańsza jest pięcioletnia wnuczka, która rzeczywiście słodko wygląda na zdjęciu (chcę taką!).

Co dalej… Jestem w totalnej panice, gdy babcia mojej słodkiej zabiera się za trzecią warstwę, oblewając boki i nie zważając na moje zapewnienia, że dwie warstwy wystarczą w zupełności. Its bjutiful- mówię i uśmiecham się najlepiej jak potrafię, ale pani jest w malarskim szale i skrobie pędzlem boki pustej już butelki (nie dziwne, jak pewnie zużywa pół tubki na jeden manicure). Pan widząc moje przerażenie tłumaczy, że pani potem usunie te boczne zalania (lejter, lejter, okej). Niby się uspokajam.

Wyciągam jak z puszki farby swoje palce, a proces czyszczenia, jak się okazuje, polega na wbijaniu przez panią pilnika w boczne skórki i czyszczenia mokrą chusteczką opuszków palców. Wiadomo, że nie da się usunąć plam na skórkach tuż przy paznokciu, ale ja jestem już wykończona jak dziecko po ataku histerii.

– Ol rajt? – pyta. A ja na myśl o pilniku, który przy czyszczeniu jednocześnie zdarł trochę świeżo nałożonego lakieru, rezygnuję z dalszych uwag. Robię zdjęcie różowych zassawek na pamiątkę, uśmiecham się głupio i potwierdzam swoją wizytę na pedicure jutro na 11.00!!!!!

Klara: – Mamo, dziwnie to wygląda? – Co? – Twoje paznokcie. Serio???

Z pozdrowieniami dla moich wspaniałych manikiurzystek Marzenki i Kasi z Brwinowa, miss u dziewczyny! Grażyna.

Arch. prywatne

Arch. prywatne

 

 

 


Dlaczego tak szybko się poddajemy? Warto sięgać po to, czego naprawdę chcemy

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
12 sierpnia 2017
Fot. iStock/South_agency

Słomiany zapał – to często cechuje tych, którzy mają tysiące planów, chcą realizować swoje marzenia, a tymczasem zatrzymują się w połowie drogi rezygnując z tego, o czym z takim zapałem mówili. Znacie to?

Często mówimy, że coś w naszym życiu chcielibyśmy zmienić – pracę, miejsce zamieszkania, że chcielibyśmy COŚ zrobić – wyjechać w podróż, zdobyć jakiś szczyt czy po prostu, zrobić to, o czym od dawna marzymy. Tyle tylko, że to się nie udaje, zostajemy w sferze snucia opowieści pod tytułem: „Co by było gdyby…”.

Dlaczego tak szybko się poddajemy?

Oczekujemy szybkich rezultatów

Brak nam cierpliwości. Chcielibyśmy już i teraz mieć sprawę załatwioną i cieszyć się z rezultatów naszego pomysłu. Ale tak się nie da. Osiągnięcie celu wymaga drogi do przebycia. Chcesz schudnąć 10 kilogramów, licz się z tym, że nie zrobisz tego w tydzień. Ale czy to już powód, żeby się poddać?

Przestajemy w siebie wierzyć

„Nie dam rady”, „Mam słabą wolę” – usprawiedliwiamy się już na samym początku, kiedy na przykład chcemy zacząć regularnie ćwiczyć. Cel, który sobie stawiamy po krótkim czasie wydaje się dla nas za trudny do zrealizowania.

Żyjemy przeszłością

Niby chcemy coś w naszym życiu zmienić, coś osiągnąć, ale i tak oglądamy się wstecz analizując wszystko to, co się wydarzyło, często też to, co się nam nie udało.

Myślimy tylko o swoich błędach

Skupiamy się na naszych słabościach, na deficytach obawiając się, że popełnimy błędy, że jesteśmy niewystarczająco dobrzy. Ale przecież to błędy pchają nas do przodu, rozwijają nas.

Boimy się przyszłości

To może wydawać się śmieszne, że marzymy o czymś, co ma zmienić nasze życie na lepsze, a jednocześnie boimy się to wdrożyć w życie. Dlaczego? Często chociażby z obawy przed rozczarowaniem – że może jednak nie tak dużo się zmieni, że iluzja jaką tworzymy sobie w głowie może okazać się nieprawdą.

Porzucamy swoje talenty

Nie skupiamy się na tym, w czym naprawdę jesteśmy dobrzy, nie podążamy swoją pasją, tylko cały czas próbujemy zniwelować swoje braki, skupiamy się na słabszych stronach.

Wierzymy w swe słabości

To przekonania, które są w nas zaszczepione od dzieciństwa: „Jesteś ślamazarą”, „Ty do sportu w ogóle się nie nadajesz” – ktoś nam to mówił, a my w to wierzymy. Podobnie jak w podszepty naszego wewnętrznego krytyka, który nie chce nas wypuścić ze strefy komfortu podszeptując, że nie damy rady.

Myślimy, że coś się nam należy

Tak po prostu, że życie, inni ludzie, są nam coś winni. Więc czekamy, aż kasza manna spadnie nam z nieba, zamiast sami wyciągnąć rękę po to, czego w naszym życiu chcemy.

Boimy się porażki bardziej niż chcemy sukcesu

Paraliżuje nas myśl, że się nie uda. Dlaczego z góry zakładamy, że poniesiemy porażkę? Warto odpowiedzieć sobie szczerze na pytanie, dlaczego boję się porażki. Nie dlatego, że JA się jej obawiamy, tylko co powiedzą inni… Naprawdę chcesz, by to „inni” decydowali o twoim życiu.

Myślimy, że mamy coś do stracenia

Chcąc realizować własne cele często wydaje się nam, że coś stracimy. Nawet nie tyle my tak myślimy, co inni próbują nam to wmówić. Czy naprawdę straty będą takie wielkie, że można poświęcić dla nich własne plany?

Przepracowujemy się

Wydaje nam się, że tylko ciężko pracując osiągniemy swój cel, w efekcie przepracowujemy się a wyobrażenie tego, co chcemy zaczyna nam ciążyć, a wizja sukcesu w ogóle nie cieszy. Warto stworzyć sobie plan, jak krok po kroku zrealizować swoje pomysły.

Użalamy się nad sobą

Uważamy, że tylko nasze życie jest tak bez sensu i tragiczne, że tylko nam się nic nie udaje. Najchętniej załamujemy ręce i zamykamy się w tym naszym narzekaniu, zamiast podnieść głowę i iść do przodu. Z takim podejściem trudno cokolwiek osiągnąć.

Warto odpowiedzieć sobie czy wybieramy nasze życie takim, jakim jest dzisiaj, czy jednak chcemy coś osiągnąć, zmienić, pójść inną drogą, zrobić dla siebie coś, o czym marzymy od dawna?

 

 


Zobacz także

Co jeść, gdy doskwiera upał?

Co jeść, gdy doskwiera upał?

„Siostry od Kuchni” polecają: Sałatka z serem pleśniowym, kurczakiem, figami i pomidorkami z malinowym dressingiem

„Siostry od kuchni” polecają: Pieczony kurczak w sosie cytrynowo-tymiankowym z ziemniaczkami i szpinakiem

https://farm-pump-ua.com

http://medicaments-24.net

https://chemtest.com.ua/