Miłość to nie jest „nigdy” i „na zawsze”. Bo może miłość to szansa? Szansa dawana bez końca, po stokroć, a nawet tysiąckroć?

Z życia kobiety
Z życia kobiety
16 września 2017
Fot. iStock/teksomolika
Fot. iStock/teksomolika
 

Wiesz, co znaczy szczęśliwy związek? Jak często zastanawiasz się nad tym biorąc pod lupę swój związek – może ten, który trwa, a może ten, który już się skończył? Przenika cię cynizm, gdy ktoś zaczyna rozmowę o miłości. Bo czym jest miłość? Czy w ogóle istnieje, czy może to zbiór emocji, które razem tworzą coś, co każdy z nas indywidualnie nazywa miłością?

Az drugiej strony, tak o niej marzymy, tak bardzo byśmy chcieli, by była niezwyciężona, by stała się naszym orężem, kiedy stajemy twarzą w twarz z wszystkim przeciwnościami – rutyną, frustracją, kłamstwem, oczekiwaniem i rozczarowaniem.

Ja też torturuję się wracającym co jakiś czas pytaniem, czy kocham? Czy to na pewno miłość, czy przez moje palce, przez moją wygodę nie ucieka mi coś więcej?

A może miłość to wygoda? Może o to w niej chodzi, by się umościć wygodnie, by mieć poczucie, że zawsze jest pod ręką i nigdzie sobie nie pójdzie, a nawet jak na chwilę gdzieś zabłądzi, to zawsze znajdzie drogę do domu?

Bo może miłość to szansa? Szansa dawana bez końca, po stokroć, a nawet tysiąckroć? Może sprawdza, czy jest dla nas ważna, może tak jak my pragnie uwagi, a wiadomo, że najwięcej uwagi zyskuje to, co tracimy – były związek, była przyjaźń, ludzie, którzy odeszli na zawsze. Może ona wystawia nas na próbę, bo chce być ważna, bo chce czuć, że nie wypuścimy jej z rąk. Jakby nie nabroiła, przygarniemy ją do siebie i przytulimy mocno. Zawsze.

A może miłość to okazja? Może składa się z tych podsuwanych nam pod nos szczegółów, tych spojrzeń, dotknięć przypadkowych. Może ona wcale nie jest wielka, dosłowna i długotrwała. Może to wartości przypisane przywiązaniu, a miłość spotykamy po drodze? Kiedy ktoś zdawałoby się przypadkiem utkwi w nas wzrok, gdy niby niechcący muśnie nasze ramię i przeprasza, choć oboje wiecie, że przepraszać nie chce.

A może miłość to te drobinki szczęścia, szczęścia, które rozlewa się po naszym ciele, które sprawia, że przychodzi do nas spokój, i taka pewność (choć przez chwilę), że jesteśmy we właściwym miejscu, że nie ma tu żadnej przypadkowości, pomyłki, okazji, czy wygody. Bo przecież nie zawsze jest wygodnie, uwiera nas, kłuje w bok, musimy zmienić pozycję, wyjść na chwilę, żeby rozprostować swoje emocje, by poukładać w sobie wszystko na nowo. By nabrać dystansu i odpowiedzieć sobie na pytanie, czego chcę? Czy nadal czegoś oczekuję? A jeśli to po co?

Bo miłość na pewno nie jest oczekiwaniem – ona nie stawia wymagań, nie wymyśla kolejnych poziomów do pokonania, nie każe nikomu się zmieniać, ani dostosowywać. Miłość nie wymaga zbyt wiele. Jej wystarczy kawa zrobiona rano i przyjęta z wdzięcznością, nasza ręka znaleziona gdzieś po ciemku, w trakcie spaceru, w kinie czy w samochodzie. Zakupy zrobione po drodze i SMS: „wracaj już, tęsknię”.

Miłość to nie tęsknota za wypraną koszulą, czystą podłogą i ciepłym obiadem. To tęsknota za zapachem, za spojrzeniem, za pewnością, że jego ręka jest na wyciągnięcie twojej ręki. To tęsknota za obecnością, bez narzucania, bez rozmów, bez potrzeby przypominania, że jestem tuż obok.

Miłość to pewność. Tak, miłość to pewność, którą trudno nazwać. Bo co daje prawo nam ją czuć – wcale nie bliskość, nie intymność, nawet nie akceptacja. To zakorzenione głęboko w nas przekonanie, że zawsze możemy do niej wrócić. To bezpieczeństwo, że ten kogo kochamy i ta, która kocha, choć może nie zawsze wybaczy, nie zapomni, to jednak będzie. Bo miłości nie da się wyrzucić przez okno, zatrzeć pilnikiem. Jeśli choć raz doświadczyliśmy miłości, która dawała wam tę wyjątkową pewność – ona na zawsze z wami zostanie, może w formie przyjaźni, wsparcia, zrozumienia, ale będzie w was głębokie przekonanie, że nigdy na zawsze nie odeszła. Miłość to nie jest „nigdy” i „na zawsze”.

Miłość nie krzywdzi. Kiedy słyszę: „On mnie zranił”, pytam siebie, jak to możliwe? Jak można kochać i ranić jednocześnie, jak można mówić komuś, że kocham, a chwilę później okrutnie doświadczać. Nie wierzę w miłość, która krzywdzi. Taka dla mnie nie istnieje, to iluzja, to przyciąganie i odpychanie, którego ktoś potrzebuje, by poczuć cokolwiek. Prawdziwa miłość nie skrzywdzi, skrzywdzić może człowiek, który nie jest pewny swoich uczuć.

Miłość nie krzyczy – krzyczy za nas frustracja, złość, smutek, rozczarowanie. Czy z tego składa się miłość? Z tego błagania o nią, żebrania? Naprawdę? Wierzysz, że to o co musisz walczyć i zabiegać jest miłością? Może jest potrzebą miłości? Pragnieniem bycia kochaną? Ale czy takiej miłości chcesz – wyproszonej, wychodzonej, przytrzymanej na smyczy, byleby stała przy twojej nodze i dawała ci złudne poczucie bezpieczeństwa, przywiązania i spokoju?


Czego dowiedziałam się o sobie po rozwodzie? Samych dobrych rzeczy!

Z życia kobiety
Z życia kobiety
20 września 2017
Fot. iStock/gpointstudio
Fot. iStock/gpointstudio
 

Szczerze – rozwód to porażka. Porażka na całej linii, to takie rozczarowanie, które ciężko przetrawić. Bo kiedy budujesz coś przez lata, inwestujesz w to siebie, swój czas, emocje, zaangażowanie, a na końcu okazuje się, że nic z tego, jak inaczej to nazwać.

I szczerze, choć już kilka lat od mojego rozwodu minęło – zdania nie zmienię, przyznaję się do porażki, którą oboje ponieśliśmy. Byłam wściekła, smutna, pamiętam, że przez chwilę zastanawiałam się, czy może nie zawrócić z tej drogi, że może jeszcze wszystko da się poukładać. Te wątpliwości zabijają. I ma je każda z kobieta, która się rozwodzi, każda, którą znam.

Ale te kobiety dzielą się na dwa typy – te, które żyją w nienawiści czy niechęci do eksa, które przez lata całą swoją energię pożytkują na podsycanie tych emocji. Na szczęście są w mniejszości.

I te, które po pewnym czasie zaczynają dopuszczać myśl, że świat się nie zawalił, że życie kurczę toczy się dalej i że warto z niego korzystać, a nie oglądać się na to, co było!

Tak też było ze mną. Ile ja łez wylałam, ile gorzkich słów sobie wyrzuciłam, że tak zniszczyć swoje życie, tak źle je poprowadzić, tyle lat zmarnować… Czego tam nie było. Ale przyszedł w końcu taki dzień, kiedy stanęłam przed lustrem i powiedziałam sobie, że nie ma co się mazać. Że czas założyć kolorową sukienkę i uśmiechnąć się do siebie. Wiecie, tego się nawet wytłumaczyć nie da, tej takiej zmiany, która w tobie zachodzi. Jasne, że to proces, że nie dzieje się z dnia na dzień, ale kiedy uświadamiasz sobie, jak inaczej patrzysz na siebie i świat, to daje takiego kopa, że chce ci się naprawdę znowu żyć. Dlaczego, bo z każdej sytuacji można wyciągnąć lekcje.

Czego ja dowiedziałam się o sobie po rozwodzie?

Że jestem fajną babką

Naprawdę. Kiedy zostałam sama, po pewnym czasie zaczęłam spotykać się z ludźmi, wychodzić na imprezy, towarzystwo trochę się zmieniło, bo wiadomo – rozwódka, sama, nie zawsze jest chętnie widziana. I ja to rozumiem, żeby było jasne. Tym bardziej, że dzięki temu zyskałam świetne koleżanki, poznałam super facetów i okazało się, że jestem fajna, że ludzie lubią moje towarzystwo, że dobrze się przy mnie czują. To było niesamowite odkrycie. Ja, która przez wiele lat wychodziła z mężem albo spotykała się z przyjaciółkami, z którymi znam się od lat i które zawsze mnie akceptowały, przekonałam się, że mogę być dla kogoś interesująca, mogę być kimś, kogo warto poznać. Cudowne uczucie.

Że cenię sobie samotność

Brzmi jak paradoks po tym, co napisałam wyżej, ale oprócz ludzi polubiłam też siebie samą, a może najpierw siebie samą…. Kiedy dotarło do mnie, że każdy popełnia błędy, że życie różnie nas doświadcza i że nie ma w tym mojej winy, zobaczyłam siebie w innym świetle. Poczułam się dobrze we własnej skórze, doceniłam, że potrafiłam dokonać wyboru, nawet więcej – nabrałam do siebie szacunku! I nagle ogromnie polubiłam poleżeć sama na kanapie z książką, kiedy dzieci były u ojca albo u kolegów, czy obejrzeć jakiś dobry film. I to nie samotność depresyjna, to samotność, w której czuję się dobrze sama ze sobą.

Że wiele rzeczy można mieć w dupie

Dzisiaj zastanawiam się, jak ja mogłam żyć w ciągłym napięciu, napięciu, byleby ktoś inny niż ja był szczęśliwy. Miarą szczęścia był dla mnie ugotowany obiad, czysta kuchnia i umyta podłoga. Tego ode mnie oczekiwał były mąż i ja jego oczekiwania chciałam spełniać jak najlepiej. Rety! Co za masakra. Po rozwodzie czyściłam zacięcie kuchenkę, nie zasnęłam, kiedy brudne naczynia były w zlewie. Dziś? Dziś wole iść na zumbę, wyskoczyć z dzieciakami do kina. Świat się nie zawali, jak podłogę umyję za dwa dni, a naczynia rano. Mam poczucie, że odzyskałam wolność, wolność decydowania o tym, co dla mnie jest ważne, a nie dla kogoś innego. Jakbyś nagle dostała oświecenia, co dla ciebie jest wartością. Najbardziej na świecie cenię sobie fajnie spędzony czas z dziećmi i czas, który daję sobie. Dzisiaj nic nie muszę, nie muszę spełniać czyichś oczekiwań, nie to jest miarą mojej wartości. Musiałam się rozwieźć, rozczarować, żeby to w końcu zrozumieć. I pomyśleć, że kiedyś myślałam, że im bardziej będę się starać, tym on bardziej będzie mnie kochał. Tyle, że ja nie kochałam siebie.

Że potrafię być niezależna

Bardzo często w małżeństwie zamykamy się w klatce zależności, ja na pewno dałam się w niej zamknąć. Dałam sobie wmówić, że sama nic nie mogę, że odkąd jesteśmy w dwójkę, to tylko razem , nierozłącznie jesteśmy coś warci, coś możemy. Ale sama? Nigdy. To tak długo trwa, że w końcu w to wierzysz i strach przed opuszczeniem tej klatki blokuje cię na długi czas przed ostateczną decyzją. Tymczasem okazuje się, że świetnie radzisz sobie sama ze wszystkim. O jeny, jasne, że nie jest lekko, że bywa cholernie ciężko, ale nawet z tych trudnych momentów da się wyjść, jeśli nie samemu, to z pomocą najbliższych nam ludzi, którzy dają nam niesamowite wsparcie, klepiąc przy tym po plecach mówiąc: „Dasz radę, jesteś świetna”. I ty naprawdę wiesz, że dasz radę, naprawdę!

Że umiem rzeczy, o których nie miałam pojęcia

Nagle okazało się, że potrafię kupić odpowiednie worki do śmietnika czy odkurzacza, że wiem, gdzie w domu trzymam apteczkę i potrafię wymienić koło w samochodzie (na You Tubie znajdzie się wszystko). Zaczęłam jeździć na nartach i zakochałam się w tajskiej kuchni! Nagle mój świat się poszerzył o umiejętności, o które się nie podejrzewałam i o rzeczy, których nigdy wcześniej nie próbowałam, bo on nie chciał, nie czuł takiej potrzeby. Eks odsunął mnie od niektórych rzeczy, mówiąc, że zna się lepiej. Ja też się znam. Nie jestem kaleką, potrafię wszystko załatwić bez żadnego problemu, a jak problem się pojawia, to pytam. Tak, to jeszcze jedna ważna rzecz – nauczyłam się pytać i prosić o pomoc. I wiecie co, bardzo mi z tym dobrze.

Zakładam kolorową sukienkę, maluję usta, puszczam do siebie oko i wychodzę z domu szczęśliwa. I choć wiem, że to nudne i oklepane, ale w moim przypadku rozwód to najlepsze, co mogło mi się przytrafić. Na kolację umówiłam się ze znajomymi w tajskiej knajpie.


„No co ty, w naszym domu nie ma problemów. On jedynie pije jednego drinka wieczorem, może dwa”. Współuzależnienie to mistrz kamuflażu, perfekcja iluzji

Z życia kobiety
Z życia kobiety
9 sierpnia 2017
Fot. iStock/fcscafeine
Fot. iStock/fcscafeine

Przychodzi taki moment, kiedy tak bardzo chcesz wierzyć, że wszystko się ułoży, że będzie dobrze. Ale to nawet nie wybrzmiewa w twojej głowie, bo ty uparcie od lat powtarzasz sobie, że jest dobrze, że pomimo kilku załamań, problem właściwie nie istnieje, bo wszystko masz pod kontrolą, bo jesteś o krok przed nim, przed tym, z czym żyjecie w swoich czterech ścianach, a przed czym ty nieustannie uciekasz.

Czasami, kiedy śpi, patrzę na niego z nienawiścią. Jak mógł mi to zrobić, jak mógł mnie tak oszukać. Przecież wybrałam go silnego, wspierającego i kochającego, a nie tego przestraszonego szczura, który nie potrafi wziąć odpowiedzialności za swoje życie. Tylko ja tę odpowiedzialność brać muszę za nas dwoje.

Ale zaraz potem stawiam się do pionu. Bo przecież go kocham, jesteśmy rodziną. „Weź się w garść, przestań się mazać, do roboty” – mówię sobie, żeby móc zasnąć spokojnie. Choć mało ostatnio sypiam. Obiad gotuję w nocy, pranie składam… Jakoś spać nie mogę.

Jesteśmy zwykłą rodziną. On, ja, dwójka dzieci. Chłopiec i dziewczynka, 12 i 9 lat. To była miłość wydeptana. Ja zakochana do nieprzytomności nastolatka, i on kilka lat starszy, który w nosie miał małolaty, wolał się dobrze bawić z kumplami. Ale coś zaskoczyło. Może moja determinacja, może jego potrzeba zmiany, ciekawości. Wyobraź sobie, zdolną, grzeczną dziewczynę z poukładanego domu i jego, pół sierotę, którego właściwie wychowywała babcia, a w sumie to szkoła z internatem. Dzisiaj to widzę, od początku chciałam go ratować, chciałam mu pokazać, że jest lepsze życie, nie to z tymi kumplami i wieczną bibą, ale też spokojne, w fajnym domu, z ciepłem, dziećmi, obiadem z dwóch dań.

A on dał się na to złapać. Chłopak, którego mama zmarła, gdy miał 14 lat, któremu trudno było znaleźć zrozumienie i wsparcie u ojca, zwłaszcza, że ten nie stronił od zaglądania do butelki. On marzył o normalnym domu, gdzieś w środku pragnął być częścią tych widywanych przez okno obrazków, kiedy to cała rodzina siada razem do niedzielnego obiadu i być częścią rodzinnych spacerów. W końcu nieodpychany, nie strącany na odległy plan, tylko głowa rodziny biorąca odpowiedzialność za wszystko, co się wydarza.

Tyle, że ja od początku mu nie ufałam. Nie wierzyłam, że on jest w stanie dźwignąć obowiązek utrzymania rodziny. To ja miałam go ratować, więc to ja o wszystko musiałam zadbać. Znalazłam dla nas wspólne mieszkanie, zorganizowałam znajomych, zaprzyjaźniłam się z dziewczynami jego kumpli. Tak, by stworzyć dla niego azyl, w którym będzie bezpieczny, gdzie będzie czuł się kochany i niezagrożony. Jak psiak ze schroniska…

Kiedy w domu, o którym marzyłaś, który budowałaś, który miał być dla was idealnym, pojawiają się kłopoty, udajesz, że ich nie ma. A już na pewno nie mówisz o nich na zewnątrz. Na zewnątrz jesteśmy nadal fantastyczną rodziną. Ja pracuję, gotuję, organizuję spotkania i wyjazdy ze znajomymi. On jest. Wypełnia lukę tych obowiązków, na które mi nie starcza czasu albo ochoty. Jest fantastycznym ojcem – przecież każdy to widzi. Nakarmi, wyjdzie na spacer, na plac zabaw, pogra w piłkę, zabierze syna na rower. Jest świetnym kumplem – zawsze pomoże, jak tylko ktoś o coś poprosi, tyle, że rzadko kiedy ktoś od niego cokolwiek chce, może wiedzą, że dużo pracuje. Pracuje, a później ma jeszcze czas odkurzyć, pomalować pokój i wysprzątać auto. Zawsze mogę na niego liczyć. Jest fantastyczny. Już nie wychodzi, tak jak kiedyś z kumplami. Choć ja nigdy go nie zatrzymywałam, w końcu każde z nas powinno mieć też swoje życie. On szedł na mecz z kumplami, ja umawiałam się z ich żonami. Idealny zaklęty krąg, gdzie wszyscy się przyjaźnią i każdy wie wszystko o każdym. No prawie… prawie wie wszystko. Ale przecież to nic takiego, że on wieczorem siada z drinkiem w ręce. Ma do tego pełnego prawo. Czasami zasypia na kanapie, ale po tylu latach małżeństwa, pewnie wszystkim się zdarza. Nie pije, kiedy wie, że w pracy będzie jeździć autem, jest odpowiedzialny za siebie, za nas.

„Przed czym uciekasz?” – spytała przyjaciółka. Też mi przyjaciółka. Jak to uciekam, skąd. Dbam o siebie. Chodzę na zajęcia, uczę się języka. A że wzięłam kolejną pracę, kolejną propozycję, która była nie do odrzucenia? No przecież, jak teraz z niej nie skorzystam, to kiedy. Głupia, pewnie zazdrosna z tym jej nudnym życiem, u niej to nic się nie dzieje. Za to u nas dzieje się dużo. Wyjeżdżamy, zapraszamy znajomych, spotykamy się z mnóstwem ludzi, choć tych bywa jakby mniej. Ale przecież znajdą się inni.

Zapisuję się na kolejne, a później kolejne studia. Dzieci marudzą, że nie ma mnie w domu, a przecież ja to wszystko robię dla nich. Dla nas, żeby nam się lepiej żyło. Bywa, że wracam zmęczona i widząc cały syf w domu, chce mi się płakać. Zbieram porozrzucane ubrania, składam książki, gazety, myję naczynia, też tę szklankę, która stoi przy łóżku, a on śpi w ubraniu… Pewnie zmęczony.

Więc ja staram się jeszcze bardziej, żeby on nie miał tyle na głowie, żeby chciał coś robić dla siebie. Bo przecież ja tyle dla siebie, biorę od życia, praca na dwóch i pół etatu, którą kocham, dwójka wspaniałych dzieci i tak bardzo marzę o trzecim, przyjaciele, od weekendu do weekendu. Znajoma ostatnio powiedziała, że jak słucha, ile rzeczy robię, to już jest zmęczona. A ja wyciskam z życia jak cytrynę, przed niczym nie uciekam. Bo przed czym.

No dobra, on ma problem. Albo raczej może mieć, bo ojciec popijał, takie wzorce wyniósł z domu, ale nie żebym od razu uciekała. Po prostu wolę to kontrolować. Wolę do nas zaprosić znajomych, zorganizować wspólny wypad, żeby on mógł się odprężyć w towarzystwie, a nie żeby sam popijał. Na pewno zrozumie, że wśród znajomych fajnie, przyjemniej i wesoło. Że nie trzeba pić samemu. A że znajduję buteleczki w garażu. To nic wielkiego, w sumie dobrze, że przed dziećmi się chowa. Zresztą, każdy pije, no kto nie pije. Sama lampkę wina, czy drinka wieczorem lubię sobie nalać, dla odprężenia po całym wariackim dniu.

No dobra, kilka razy nie poszedł do pracy. Zdarzyło się. Ale jako ktoś tyle haruje i tak ciężko… Każdy miewa słabsze dni.

Musimy zmienić towarzystwo, bo każdy łypie na nas okiem. To z zazdrości, że tyle razem robimy, tyle jeździmy, że dzieci mamy fajne. Każdy powód jest dobry, a wiadomo, że ludzie zawistni. Nie mamy problemu, jesteśmy fajną, normalną rodziną.

Stworzyłam w swojej głowie iluzję, otoczyłam nasze życie bańką, do której nie może wkraść się nic złego, a nawet, jak się wkrada, to w wykrzywionym lustrze wygląda tak absurdalnie, że niemożliwie. Nawet, gdy wysłałam go na terapię, nikomu nic nie mówiłam. Bo po co, nikt nie musi wiedzieć, to nasz problem i sami sobie z nim poradzimy, w końcu to nic takiego. Nie wytrwał, obiecał, że bez terapii sobie poradzi. Wylał morze łez mówiąc, że wie ile może stracić, że ja i dzieci jesteśmy dla niego najważniejsi.

Obwiniałam wszystkich, cały świat był winien, że na naszym życiu pojawiła się rysa. Dziś nie mam obok siebie nikogo, dziś, kiedy jestem gotowa prosić o pomoc, nikt nie został. Nikt nie zniósł tej tworzonej przez lata fikcji, tego udowadniania, że jesteśmy lepsi niż w rzeczywistości, tego wyścigu, że to my musimy być kandydatem numer jeden do idealnej rodziny. Nikt nie zniósł mojego życia w strachu, że wszystko się wyda, że fundament, na którym się trzymamy jest tak kruchy, bo podlany litrami alkoholu.

Nienawidzę go za to, kim się stałam. Jak zawzięcie walczyłam o to, by utrzymać iluzję, by wspominając o kłopotach w odpowiedni sposób je zawoalować, że właściwie to już po problemie, był, ale sobie z nim poradziliśmy. To nieprawda. Nikt sobie nie poradził. Ani ja, ani on. Mój świat skupił się na tym, by ukryć jego alkoholizm, by nieustannie go wybielać, mówić o nim dobrze, by nikt nie zobaczył, jak on jest słaby, i by do mnie nie dotarło rozczarowanie własnym życiem. Bo jeśli ja się poddam, jeśli go zostawię, to kto mu pomoże? Co o nas pomyślą inni?

No co ty, nie jestem współuzależniona, u nas nie ma właściwie uzależnienia, bo on z tym walczy. On się nie poddaje, wspieram go, pomagam mu, odgarniam kłody spod nóg, byleby z tego wyszedł.

Tylko czasami mam dość… Wtedy go nienawidzę. Wtedy nienawidzę całego świata, że niczego nie zauważył, że nie obnażył tej naszej słabości.

Współuzależnienie to mistrz kamuflażu, perfekcja iluzji.


farm-pump-ua.com/nandrolondeka.html

https://danabol-in.com

дженерик сиалис софт цена