Niespełnieni i niedoświadczeni w miłości wiedzą o niej niewiele. A jednak kochają udawać ekspertów od naszych związków

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
7 grudnia 2017
Fot. iStock/fabianaponzi
 

Wpadła do mnie bez zapowiedzi, bo chyba podskórnie wyczuwa (od lat), jak bardzo tego nie lubię. Umościła się wygodnie na kanapie i głośno skomentowała fakt, że pracuję. W dzień. W domu. A nie w pracy, jak „normalni ludzie”. Wie doskonale, że mam dokładnie wyliczoną ilość czasu, którą muszę poświęcić na wywiązanie się z zawodowych obowiązków, by zdążyć ogarnąć „życie domowe” (odbiór dzieci z przedszkola, zakupy, obiad). Ale specjalnie jej to nie wzrusza. Moja ciocia. Całe życie sama i całe życie wszechwiedząca. Wszystko o wszystkich, ale najwięcej o miłości. I zdradach.

Jedno spojrzenie i już wie. „Jak ty wyglądasz? Na pewno się pokłóciliście. Zdradza cię, prawda? On od początku mi się nie podobał. Wiedziałam, że to nie jest facet dla ciebie”. Nic nie wiedziała, od początku była moim mężem zachwycona, ale chętnie się wypowie. Zawsze. Co jej szkodzi? Jest w tym wieku, że „jej wolno i ma prawo dzielić się ze mną swoim doświadczeniem, jako starsza kobieta z młodszą”. A że doświadczenia brak, to nie szkodzi. Liczą się dobre chęci.

Jak to możliwe, że ludzie, którzy o związkach i miłości mają najmniejsze pojęcie, tak chętnie wtrącają się w uczucia innych? Łączą ich w pary, rozwodzą, sugerują romans?… Jak to możliwe, że ci, którzy nie zaznali życia we dwoje, pod jednym dachem i w jednym łóżku, dzień w dzień, w zdrowiu i w chorobie, z taką łatwością feruję wyroki i oceniają decyzje innych?

Ciotka nigdy nie wyszła za mąż, chyba nawet z nikim się nigdy nie spotykała. Całą wiedzę o miłości czerpie z teorii, czyli… z ukochanych seriali. W nich znajduje rozwiązanie na problemy życiowe swojej starszej bratanicy, odpowiedź na pytanie „czy powinnam go rzucić”, zadane przez tę drugą, młodszą. Uważa też, że serialowe intrygi (zwłaszcza takie, podczas których jedna pani w podstępny sposób chce odebrać drugiej pani ukochanego mężczyznę), to „samo życie” i że tak się dzieje w każdym związku. Przykład? Tysiące razy słyszałam od niej, żebym nie zapraszała do domu przyjaciółek w weekend, gdy jesteśmy całą rodziną razem. „Nigdy nie wiadomo – mówiła – Facet to tylko facet, można go sobie okręcić wokół palca i tyle go zobaczysz. Kontrola to podstawa zaufania”.

Ciocia nie potrafi zrozumieć, że mężczyzna ma również wolną wolę, uczucia, o mózgu nie wspomnę. Nie potrafi uwierzyć, że jeśli się kogoś kocha i jest się z nim szczęśliwym, zdrada nie wchodzi w grę. Uważa, że osobą odpowiedzialną za małżeństwo czy związek jest kobieta. To ona do niego doprowadza i ona może go… rozbić.

Na studiach miałam koleżankę. Fajną, młodą dziewczynę, otwartą na ludzi i miłość, zaczytaną w psychologiczne powieści o miłości, namiętną fankę komedii romantycznych. Spragnioną uczucia. Ale jakoś tak jej się poukładało, że nigdy nie „była z nikim”.  Nie zakochiwała się „od tak”, właściwie nie zakochiwała się wcale, choć bardzo tego pragnęła. Pewnego dnia, przyjaciółka przedstawiła jej swojego chłopaka. Moja koleżanka nie była zadowolona, jak zresztą za każdym razem, gdy ktoś z jej otoczenia odnajdywał swoją „połówkę”. Długo nie mogła pogodzić się ze związkiem przyjaciółki, długo szukała „dziury w całym”, starając się radzić jej jak być dobrą partnerką, choć sama nigdy nią nie była. Była jak cień dla tej relacji, chciała wiedzieć wszystko i sterować przyjaciółką. Przyjaźń się skończyła, związek przetrwał do dziś.

Mam znajomą. Przychodzę do niej czasem na kawę albo na zieloną herbatę. Nigdy nie pijemy razem wina, nigdy nie zanosimy się płaczem rozmawiając o naszych życiowych i miłosnych rozterkach. Czuję, że gdybym znalazła do niej klucz, opowiedziałaby mi historię, o którą nikt jej nie podejrzewa. Skąd wiem? Bo wali mi się uczuciowy świat, nie daje dobrych rad, nie udaje, że czegoś doświadczyła.

Wie, że muszę sobie poradzić w tym wszystkim sama. Raz tylko szepnęła do mnie, gdy nie mówiąc o co chodzi szlochałam w głos siorbiąc rumianek z zielonego kubka w koty: „Płacz. Ja wiem co to znaczy, zrezygnować z miłości”. Zrozumiałyśmy się bez słów.


„Jak to dajesz im mrożonki?!” – czyli kochająca matka ma dla dzieci zawsze dwudaniowy obiad. A ja nie

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
18 grudnia 2017
Fot. iStock/maximkabb
 

Co jest złego w mrożonkach? Nic, dopóki nie masz dzieci. Jeśli nadal nie rozumiesz, wyjaśniam: dzieci, zadbane i kochane, mrożonek nie jedzą (nawet po odgrzaniu). Dzieci zadbane i kochane jedzą tylko „domowe”. Skoro nie rozumiesz, jesteś złą matką.

Pochodzę z domu, w którym po przyjściu ze szkoły zawsze czekał na mnie dwudaniowy obiad, przyznaję. Zupa (moja ulubiona pomidorowa) i drugie były obowiązkowe. A do drugiego – surówka. Jasne, że zakładałam, że w moim „dorosłym” domu będzie tak samo. I jakiś czas tak było. Ten magiczny czas spędzony razem przy stole to nie żadne bujdy na resorach, to jest rzeczywiście fajne i pozytywnie działa na rodzinne relacje – jest czas na rozmowę, na bycie ze sobą, na przyjrzenie się sobie uważniej, nawet jeśli słychać jedynie „proszę cię, jedz!”.

Odkąd jestem samotną mamą, bywa różnie. To proste. Brak mi czasu na codzienne gotowanie, bo biegnę bez tchu z domu do przedszkola i szkoły, potem do pracy, po zakupy i z powrotem do szkoły i przedszkola.

Pewnie nie jestem najlepiej zorganizowana, bo prościej byłoby przygotować gar zupy na kilka dni i zapakować do lodówki michę mielonych z koperkiem. Ale jakimś dziwnym trafem, to się udaje naprawdę rzadko. Bo jak już przyjdzie chwila wolnego, brak sił. Albo po prostu fajniej jest usiąść z dziećmi na dywanie i pograć w chińczyka, wyjść na spacer, pójść na wspólny rower. Więc najczęściej jemy to, co zdążę przygotować już w domu, nierzadko korzystamy z wałówki od dziadków albo… No właśnie. Albo zjadamy pierogi, kupione w pobliskiej, osiedlowej garmażerii. (Szczytem obciachu są nasze mrożonki, które wiele pań przyprawiłoby pewnie o zawał. „Jak to z mrożonek?! Ty wiesz, co tam jest w środku, ile to ma czasu, kto to przygotował?!”. Jedna z moich koleżanek powiedziała mi raz wprost: „Nie ufam mrożonkom”. )

Albo raz na ruski rok, jemy pizzę, zamówioną w ulubionej restauracji. I jasne, zdarza się, że dwudaniowy obiad zmienia się w jednodaniowy. Zawsze mam wtedy z tyłu głowy poczucie „Jezus Maria, dobrze, że moja mama tego nie widzi”. Miałabym za uszami. Bo przecież „to nie jest jedzenie”, „tak się dzieci nie karmi” i „jak oni mają być zdrowi?”. Ano, jakoś odpukać są. Dzień z pizzą to nawet przysłowiowe „święto lasu”, moment, kiedy zostaje najlepszą matką na świecie. I dobrze mi z tym nawet, choć nie przyznam się rodzicom. Patrzę na szczęśliwe miny moich dzieciaków i wiem, że nie popełniłam zbrodni.

Wiecie co? My się po prostu już „nie spinamy”. „Już”, bo kiedy było nas w domu o jedno więcej, napięcie towarzyszyło nam cały czas. Dopiero teraz zdarza nam się postawić talerz z kanapkami na dywanie, nakruszyć nieco na kanapie, a wieczorem nie być w łóżku o 20 tej, bo ważniejsze są pogaduchy. A z córką mogę nawet zabalować przed domowym kinem do 22- giej (pod warunkiem, że lekcje odrobione, oczywiście!), jeśli tylko na Polsacie leci „Merida Waleczna”. I to są najdroższe, najfajniejsze momenty razem. Nie zawsze mamy dwudaniowy obiad. Ale jesteśmy szczęśliwi, spokojni, zdrowi i dbamy o siebie nawzajem.

Na koniec przyznam nie bez wstydu, że zdarzyło mi się zebrać z dywanu śpiącego syna i na śpiocha przebrać go w piżamę. Tak, bez mycia zębów. Umyliśmy dopiero rano…


Nie rzucaj dla niego „wszystkiego”, bo gdy miłość się skończy zostaniesz z niczym

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
30 listopada 2017
Fot. iStock/Liderina

„Wiesz, dziś się nie zobaczymy” – mówi przez telefon słabym, miękkim głosem moja znajoma. -„Zaplanowaliśmy z moim kochanym filmowy wieczór”. Wcale mnie to nie dziwi, bo tydzień temu „z ukochanym” wyjeżdżała na romantyczny weekend, a dwa tygodnie temu świętowali miesięcznicę swojego związku. Właściwie nie miałam okazji porozmawiać z nią „sam na sam” od jakiś kilku tygodni. I choć rozumiem, że miłość, że priorytety, że fascynacja i piękny, może pierwszy etap relacji, nie potrafię pojąć, że można dla kogoś praktycznie zrezygnować z kontaktu z innymi, bliskimi osobami. Myślę nawet, że to niebezpieczne.

Bo on praktycznie „odciął” ją od przyjaciół. Powiecie, że przecież nie zabronił, że to jej decyzja. Szczerze mówiąc, nie wiem, czy zażądał tego wprost, czy wystarczyło, gdy te kilka razy „strzelił fochem”, kiedy Asia umówiła się z przyjaciółką. Grunt, że cel został osiągnięty – on jest tym „jedynym”. Dosłownie. Jej świat to „jego świat”. Najważniejsi są jego znajomi, jego rodzina, jego plany i marzenia. Ona chce być ich częścią. Ale nie myśli o tym, czy on jest ciekawy jej świata. Czy chce budować wspólny świat również z „jej części”.

Asia bez mrugnięcia okiem zrezygnowała z naszych comiesięcznych „babskich” spotkań w ukochanej knajpce. Tych, na których opowiadałyśmy sobie, co się u nas wydarzyło, piłyśmy latte albo kieliszek wina i dużo się śmiałyśmy, ciesząc się swoją obecnością. W tym samym czasie ogląda z J. serial, jego ukochany serial. Trzyma go za rękę, jakby bojąc się, że gdy ona zechce zrobić coś „dla siebie”, odstąpić go choć na krok, on zniknie. Więc nie ma „jej”, są tylko „oni”. „Na tym polega miłość” – mówi i dodaje, że jest szczęśliwa. I myślę, że teraz jest. Ale co będzie, potem gdy okaże się, że jemu zaczyna być w tej relacji „za ciasno”, że on chętnie wyskoczyłby na miasto, do przyjaciół, sam, a ona zostanie w domu, by na niego czekać? Ewentualnie umówi się ze mną, zrozpaczona, zgorzrkniała, że „tyle dla niego poświęciła, a on nie chce być z nią tyle, co dawniej”. Tak było i ostatnim razem, w poprzednim związku.

Dlaczego zakochane kobiety tak łatwo rezygnują z przyjaźni i kontaktu ze znajomymi, gdy spotykają miłość? Dlaczego dają sobie wmówić, że to dla dobra ich związku (to nieprawda) i „wsiąkają” w tę relację tak mocno, że zapominają o tym, że przedtem też były szczęśliwe, też się uśmiechały, miały swoje pasje, marzenia, cele?… Całkiem fajne życie? Dlaczego nagle uzależniają swoje szczęście od jednej osoby, dając wiarę temu, że bez NIEGO nie będą już potrafiły być szczęśliwe, spełnione, zadowolone z życia ?

Droga Zakochana Kobieto,

Jeśli twój ukochany mówi ci, że powinnaś wiedzieć, kto jest twoim priorytetem, że MUSISZ stawiać go zawsze na pierwszym miejscu, zatrzymaj się na chwilę i pomyśl o sobie i o tym, dlaczego on z tobą jest.

Jeśli tego nie słyszysz, ale czujesz, że twoi przyjaciele czy spotkania ze znajomymi nie są przez niego akceptowane, przyjrzyj się uważniej waszej relacji. Odłóż na chwilę uczucia na bok (wiem jakie to trudne) i zastanów się, kim ty właściwie dla niego jesteś. Czy on rzeczywiście pragnie twojego szczęścia? Bo prawdziwa, bezinteresowna miłość chce dla ukochanej osoby jak najlepiej. Chce widzieć uśmiech na jej twarzy i radość ze spotkania z bliskimi. Chce patrzeć na spełnioną i realizującą się „drugą połówkę” , jest dumna z jej sukcesów i cieszy się jej szczęściem.

Jeśli twój partner stawia warunki, okazuje niezadowolenie, denerwuje się, gdy chcesz mieć w związku swoją przestrzeń, zapytaj go dlaczego się w tobie zakochał i co sprawia, że jesteś dla niego wyjątkowa. Nie daj się zbyć banałami typu: „bo ty mnie kochasz”, „bo jesteś wspaniała”… Jeśli jego miłość wynika z tego, że ma cię „na wyłączność” – to nie jest miłość. Nie pal za sobą mostów, nie rezygnuj z przyjaciół, „dla niego”. Ktoś, kto cię kocha, nugdy od ciebie tego nie zażąda.

I wiesz, ja też kiedyś usłyszałam: „To ja jestem teraz twoim priorytetem, jedyną, najważniejszą dla ciebie osobą. To mi jesteś winna swój czas, każdą wolną chwilę. Inni powinni być daleko, to ja cię potrzebuję”. Na chwilę, nawet dłuższą, uwierzyłam. Dziś wiem, że to był błąd. Bo miłość to tylko miłość. Rzucisz dla niej wszystko, a kiedy się skończy, zostaniesz z niczym.

 


biceps-ua.com

Узнайте про популярный web-сайт , он рассказывает про Шины Rosava profshina.kiev.ua
https://pillsbank.net