Nikogo o tę wojnę nie prosiłam. Niczym nie zawiniłam, ani ja, ani moje dzieci, by jej doświadczyć

Matka Przebiegła
Matka Przebiegła
22 listopada 2016
Fot. iStock/martin-dm
 

Budzi mnie hałas. Ledwo świta. Przytulam do siebie mocniej dzieci, bo narasta we mnie niepokój. Co to za hałas? Nie umiem go zdefiniować. Chciałaby zasnąć snem spokojnym, chciałabym nie tulić dzieci, tylko przykryć je kołderką, posłuchać ich oddechów, zobaczyć uśmiech, który pojawia się na ich buziach. Pewnie śnią o czymś pięknym. Może biegają gdzieś po plaży, chlapią się w kałużach. Może bawią się z kolegami w chowanego i pękają ze śmiechu, kiedy okazuje się, że jeden z nich schowany zasnął za wielkim fotelem ich babci.

A może grają w piłkę. Każdy chce być znanym piłkarzem. Marzy o wielkiej karierze sportowej. Piją wodę śmiejąc się ze swoich żartów. Lubię ich obserwować – takich roześmianych, beztroskich. Chwilę później siedzimy w piwnicy… Tulimy się wszyscy do siebie. A ja żałuję, że nie mam takich wielkich ramion, by ich wszystkich objąć. Zastanawiam się, który z nich zostanie tym razem sierotą, którego rodzeństwo zginie w tym nalocie, który straci dom…

Nie mogę zasnąć. Słyszę samoloty, to źródło tego dźwięku, który wyrwał mnie z ciepłego o bezpiecznego snu. „Ciii” mówię do dzieci, które zaczynają się wiercić niespokojnie.

A mogłyby wstać rano i jak gdyby nigdy nic iść do szkoły. Mogłyby pokłócić się między sobą o to, kto ma więcej płatków w talerzu. Przytuliłyby się, dały buziaka, pomachały na „do widzenia” i poszły… Ale kto mi da pewność, że wrócą? Że to będzie spokojny dzień, kiedy nikt nie zrzuci trującego gazu w pobliżu ich szkoły, nie wybuchnie bomba. Czy jacyś obcy ludzie pragnący rozgłosu nie wezmą dzieci ze szkoły jako zakładników grożąc całemu światu wojną.

Znowu czuję łzy… Miałam nadzieję, że już wypłakałam wszystkie. Ale dopóki moje dzieci żyją, strach zawsze będzie uwalniał we mnie wszystkie te emocje, gdzie szczęście, że nadal są obok, mieszka się z paniką, że za chwilę może ich nie być, że nie uda mi się ich ochronić, że może rano już ich przy mnie nie będzie. Nie umiem przestać się bać. Nie wiem, jaka przyszłość ich czeka, jeśli myślę tylko o kolejnej wspólnie i w miarę bezpiecznie przeżytej godzinie.

Nie mają już kolegów, nie grają w piłkę. Na pogrzebie kilku byliśmy, innych nie udało się odnaleźć… Wybuchy nie dały szans ich matkom utulić swoje dzieci do tego ostatniego, wiecznego snu.

Tak, piszą o nas, mówią o naszych dzieciach, pozbawionych opieki, codziennie narażonych na utratę zdrowia, a przede wszystkim życia. Ktoś się pochyli, kimś wstrząsną fotografie, może kilka osób wieczorem porozmawia, jakie to straszne i dobrze, że nie dociera tam, gdzie te gazety wychodzą. Gdzie panowie w czystych garniturach siedzą za swoimi biurkami, gdzie mamy odbierają swoje dzieci z przedszkola. Takie czyste, najedzone, uśmiechnięte, które biegną do nich z rozłożonymi rączkami.

Nas tylko pokazują. Zdjęcia dzieci leżących w szpitalach na podłodze, gdzie pod nimi w komentarzach większość dyskutuje nad tym, czy to na pewno wcześniaki, kto kogo zaatakował i ile jeszcze tych ostatnich szpitali będzie w naszym mieście. Mało kto widzi tam człowieka, dziecko, które dotyka wojna. Prawie nikt nie dostrzega ogromu cierpienia jakiego każdego dnia doświadcza dziecko, bo ginie jego matka, ojciec, babcia, kolega ze szkolnej ławki, przyjaciel z podwórka, a może brat czy siostra. Nikt nie pochyla się nad ich, nad naszym losem. Zamkniecie gazety, wyłączycie komputery i pójdziecie do swojej codzienności. Wypijecie ciepłą kawę, dzieciom kupicie pączki podczas, gdy ja będę drżeć o kolejny dzień, kiedy dzieci nie widzą, będę wyć z bezsilności, bo co mogę zrobić, jak im pomóc przetrwać, jak je ochronić przed tym wszystkim, czego doświadczają na co dzień. Tu, gdzie trwa wojna, gdzie nie szanuje się żadnego życia. Nawet tego najmniejszego, najbardziej kruchego.

Nikogo o tę wojnę nie prosiłam. Niczym nie zawiniłam, ani ja, ani moje dzieci, by jej doświadczyć…

Pomyślcie o matkach, o ich dzieciach, kiedy kolejny raz zobaczycie nasz zdjęcia, bo wojna nadchodzi nagle, pod przykrywką nocy, dudni samolotami. Wyobraźcie sobie przez chwilę, że to wy, jak ja teraz siedzicie w ciemnym pokoju, wyrwani ze snu tuląc do siebie dzieci…

Ja próbuję sobie czasami wyobrazić…


Marzysz o pracy w domu? Uważaj, niektóre marzenia się spełniają!

Matka Przebiegła
Matka Przebiegła
8 sierpnia 2016
Fot. iStock/Geber86

„Ty to masz super. Praca w domu – marzenie”. Tjaa myślę sobie… marzenie. Marzenie chyba ściętej głowy.

„Masz czas dla dzieci. Jesteś w domu. Nie musisz się martwić, co zjedzą, obiadu wieczorem przygotowywać”. Tjaa. No faktycznie – świetnie, nie ma co. Zwłaszcza, gdy od rana słyszysz kłótnię o parówkę – która jest czyja, kto zje szybciej i czy jeden keczupu sobie zbyt dużo nie nałożył.

„Moje pranie cały dzień w pralce a taka pogoda była, ty to chociaż sobie powiesisz. I przerwy śniadaniowej nie masz na czas”. Tja nie mam. Za to mam trzy przerwy dla każdego osobno, przerwę na wywieszenie prania, przerwę na danie żarcia kotom i sprawdzenie, czy pies ma wodę. Nic na czas. Absolutnie.

Naprawdę marzysz o pracy w domu? Uważaj, bo niektóre marzenia się spełniają…

„Masz tyyyle czasu”

Co ci się wydaje:

Wstajesz rano, przygotowujesz śniadanie dzieciom i mężowi. Siadacie razem, bez poganiania, bo przecież ty masz czas. Z uśmiechem zamkniesz drzwi i pomachasz im jeszcze przez okno, gdy rozchodzą się każde do swojej placówki. Twoja jest w domu. Tylko jeszcze umyjesz naczynia i już siadasz sobie spokojnie.

Jak jest naprawdę:

Wstajesz grubo przed domownikami. Najchętniej o 5:00 rano, ale budzik przestawiasz w tryb drzemki, żeby choć jeszcze chwilę. W efekcie wstajesz wściekła pół godziny później niż planowałaś. Szybko robisz kawę, nogi przykrywasz kocem i bierzesz się do pracy. To wyścig z czasem, nim któryś z domowników wstanie. To rano w tej ciszy najlepiej ci się skupić. Każde skrzypnięcie podłogi czy łóżka przyjmujesz z drżeniem serca. Zerkasz na zegarek – jeszcze 10 minut, osiem, trzy. Dzwoni budzik u dzieci. Znowu nie zdążyłaś… Dobra płatki na śniadanie, co by szybko. Kiedy w pośpiechu żegnasz wszystkich w drzwiach, patrzysz na stos naczyń na stole i myślisz: „pie*dole później”. I znowu siadasz do pracy.

„Nie musisz się stroić i malować”

Co ci się wydaje:

Możesz cały dzień przechodzić w dresach. Żadnych szpilek, wciskania się w spódnice czy sukienki. Nie tracisz czasu na robienie makijażu. Ubierasz się tak, żeby było ci wygodnie. Koszulka, luźne spodnie – luz blues. Ewentualnie na telekonferencję robisz szybki makijaż i zmieniasz koszulkę na bluzkę śmiejąc się w duchu, że jeszcze zębów nie zdążyłaś umyć.

Jak jest naprawdę:

Zapominasz co to sukienka, spódnica. Dresy to twoje drugie imię. Dresy noszone jeden, trzy, a może pięć dni. Właściwie jakie to ma znaczenie, ewentualnie po plamach na koszulce widzisz ile dni minęło, od ostatniego spaghetti na obiad. Kąpiesz się, jak popadnie. Czasami o 13-tej, co by mózg odmóżdżyć, a czasami o 17-tej, kiedy czujesz, że już śmierdzisz, bo zdążyłaś oblać się kawą, wysmarować karmą dla kota i pies jeszcze opluł ci pół nogawki. Wyjście z domu to święta, na które nie wiesz, co na siebie włożyć, bo już nie pamiętasz, co masz w szafie.

„Masz dom na bieżąco ogarnięty”

Co ci się wydaje:

Jesteś w domu, więc wspomniane pranie powieszone i poskładane na bieżąco. Lodówka pełna, obiad nie robiony na szybko, tylko przemyślany i w końcu zdrowy, a wasz domowy jadłospis urozmaicony. Kibel czysty, zmywarka pusta. Żyć nie umierać.

Jak jest naprawdę:

Twoje myśli nieustannie krążą wokół tego, co zrobić na obiad, żeby starczyło na dwa dni. I co zrobić w maksymalnie pół godziny. Jesteś mistrzynią szybkich dań – ryżu, kaszy na zmianę z warzywami mrożonymi i zawsze skitraną w lodówce piersią z kurczaka. Rosół to zawsze zapowiedź pomidorowej i nigdy w twojej lodówce nie brakuje białego sera, który nas bardzo szybko możesz przygotować z makaronem. Aaaa no i szpinak zamrożony. I fasolki po bretońsku robisz wielki gar, żeby móc pomrozić na czarną godzinę, która zdecydowanie wypada zbyt często. A porządek w domu… Może lepiej nie będziemy o tym mówić.

„Jesteś cały czas z dziećmi”

Co ci się wydaje:

Tak, w końcu masz dla nich czas, żeby porozmawiać, pograć w jakąś planszówkę, wyjść na spacer, zabrać na rower. Możesz spokojnie wytłumaczyć zadanie domowe, przepytać przed sprawdzianem, zawieźć na dodatkowe zajęcia i popatrzeć, jak sobie radzą. A wieczorem jeszcze posłuchasz jak czytają książkę, albo położysz się z nimi choćby na chwilę. No i wakacje, nie musisz kombinować, bo przecież jesteś w domu.

Jak jest naprawdę:

Dzieci = wyścig z czasem. Dzieci determinują twój czas pracy. Dopóki są w szkole, pól biedy, zawsze masz kilka godzin na skupienie się tylko i wyłącznie na pracy. Ale jak przychodzi czas wolny… Dla dzieci czas wolny, bo nie dla ciebie. Ty musisz pracować dalej. W dziesiątkach pytań: „Mamo, jest jeszcze mleko”, „Mamo, mogę sobie zrobić kakao”, „Mamo, kiedy skończysz rozmawiać przez telefon”, w setkach informacji: „Mamo, a wiesz, że wczoraj…”, „Mamo, a pamiętasz, jak rok temu…”, „Mamo, a co myślisz o…”, w tysiącu żali, złości, kłótni i awantur, bo im się nudzi, bo on go uderzy, a tamten zjadł ostatniego loda, a właściwie to oni nie chcą pomidorówki na obiad.

I tak, oczywiście, oni rozumieją, że ty pracujesz, że zakładasz słuchawki, żeby się skupić. Ale przecież zawsze mogą klepnąć cię w ramię pytając: „Mamo, a mogę zadzwonić do taty”. Wrrrr, czemu nie ma całodobowych domów opieki dla dzieci rodziców pracujących w domu? Żeby ich tak chociaż na 24 godziny w tygodniu, żeby zaległości nadrobić… Tymczasem to u was śpią wszyscy koledzy twoich dzieci, bo przecież inni rodzice idą do pracy, a ty jesteś w domu… Idealne rozwiązanie na wakacje…

I jeszcze przyjaciółka (ma wolne), która w samo południe pisze: „Idziemy na basen, idziesz?”, i inna, która ma urlop i przecież wpadnie rano na kawę. I matka, która przyjeżdża pomóc, a tymczasem słyszysz: „no wiesz, ty naprawdę  MUSISZ tyle pracować”. Tak ku*rwa. MUSZĘ. I czasami marzę zamknąć się na osiem godzin w jakimś biurze i po godzinie w ciszy dojeżdżać do pracy w jedną i drugą stronę. Czasami… Kiedy sama czekam na urlop. Ale jest jeszcze przyjaciółka, która dzwoni: „Daj mi chłopaków na dwie nocki, mój się nudzi, pobawią się”. Kochana, z nieba mi spadłaś.


дапоксетин 60 мг

www.viagra-on.com

левитра описание препарата