Odpowiedz sobie na pytanie, w jakim świecie chcesz żyć. W takim, gdzie z kałasznikowem wprowadzasz pokój?

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
16 listopada 2017
Fot. iStock / Jax71
 

Świat stawia przed nami kolejne wyzwania. O reakcjach na zagrożenie, o tym dlaczego jedyni płaczą, a inni nienawidzą słysząc informacje z Paryża oraz czy istnieje idealny sposób na radzenie sobie z brakiem poczucia bezpieczeństwa rozmawiamy z psychologiem Izabelą Barton-Smoczyńską, która na co dzień pomaga ludziom po traumatycznych wydarzaniach.

Ewa Raczyńska: Jak reagujemy w sytuacji zagrożenia?

Izabela Barton-Smoczyńska: Na to pytanie nie da się odpowiedzieć jednoznacznie. Wyobraźmy sobie sytuację, kiedy np. w czasie pokazów lotniczych czy na lotnisku spada samolot. Obserwujemy ludzi którzy widzą katastrofę. Część z nich zaczyna coś robić – uciekać, dzwonić po pomoc, ci są nastawieni na działanie. Inni zaczynają płakać, przytulać się, rozmawiać z innymi. Są empatyczni, identyfikują się z cierpieniem. Jest też grupa, która, gdyby zrobić zdjęcie, stoi z otwartą buzią, zamiera. Nie wykonuje żadnego ruchu…

Można to przenieść na nasze reakcje wobec tego, co wydarzyło się we Francji?

Tak. Tyle, że na to, w której z wymienionych grup się znajdziemy mają wpływ nasze osobiste kompetencje, czyli umiejętności, które pozwalają nam pracować nad własnym osobistym rozwojem. Możemy tu rozmawiać o dwóch obszarach. Jeden z nich to takie myślenie o sobie i świecie, gdy zakładamy okulary pod tytułem: „Chciałbym, żeby tak było”, okulary przez które patrzymy na świat. Ten nasz „idealny” świat, to taki w którym zaspokajane są nasze i bliskich potrzeby, są realizowane cele i marzenia. Na przykład matka pragnie, by dzieciom żyło się jak najlepiej i bezpiecznie. W momencie, kiedy to nasze wyobrażenie zostaje zaburzone, reagujemy emocjami, które nazywane są depresyjnymi. Jest to przygnębienie i smutek, pewien rodzaj wycofania się w siebie wewnątrz ale i potrzeba zrozumienia sytuacji, w jakiej znaleźli się inni ludzie, współodczuwanie…

Czyli jesteśmy w grupie, która się przytula…

Wtedy identyfikujemy się z tymi, którzy cierpią, którzy stanęli w sytuacji zagrożenia. Mamy wówczas silną potrzebę bliskości, która popycha nas do bycia z innymi, w ten sposób wyrażamy nasze emocje. Takie zachowanie chroni nas przed negatywnymi konsekwencjami stresu. To dobre działania. Zaspokajając chęć przynależenia do jakieś grupy, potrzebę relacji czy głębokiej empatii niwelujemy poczucie zagrożenia. Takie działania, u których podstaw leży potrzeba bliskości i współodczuwania chroni nas przed paniką i strachem a jednocześnie powoduje nasz rozwój. Pozwala później w racjonalny sposób ocenić to, co się dzieje, bez wartościowania i sztywnego i schematycznego oceniania.

Ale są wśród nas i ci, którzy w sytuacji zagrożenia nie współodczuwają…

Informacja taka, jak ta z Paryża, zaburza nam obraz idealnego świata. Świata, w którym możemy pracować w różnych społeczeństwach, jeździć na wakacje, poznawać inne kultury. Wówczas zakładamy okulary pod tytułem: „Jak powinno być”. Przez nie widzimy świat, w którym obowiązują normy i zasady. Jeśli nie są respektowane, świat nie jest taki, jak powinien być, to we mnie powstają inne emocje. Pojawia się lęk, strach, poczucie zagrożenia. I właśnie, by zniwelować te lęki, muszę podjąć jakieś działania, które mi w tym pomogą . Jednak ten rodzaj działań skoncentrowanych na eliminowaniu lęku, nie będą prowadzić do rozwoju, a jedynie będą zaspokajać potrzebę bezpieczeństwa, chęć przywrócenia spokoju, powrotu do miejsca, w którym byliśmy wcześniej. Kiedy ruszam do działania pod wpływem lęku, odzyskuję w najlepszym przypadku tylko spokój. Wracam do punktu, w którym byłam przed jego odczuwaniem.

Czy ten lęk tłumaczy język nienawiści?

Efektem niwelowania lęku jest odzyskanie kontroli, czego produktem ubocznym jest szybki podział świata na dobry i zły, a także potrzeba wyeliminowania źródła zła. I wtedy pojawiają się komentarze: „Won stąd”, „Terroryści to uchodźcy” – wówczas bowiem generalizujemy. Nie ma w nas współodczuwania, idziemy w myślenie normatywne, sięgamy do reguł: „Sami sobie są winni”. Jesteśmy krytyczni, negatywnie oceniający, wartościujący. Podstawą tych emocji jest lęk, za którym stoi silna potrzeba odzyskania bezpieczeństwa. Czyli, jak wyzwę uchodźców od najgorszych, to może nikt ich tu nie wpuści i będzie spokojnie.

Boimy się, bo myślimy o wojnie?

My cały czas żyjemy w narracji powojennej, naszym rodzicom przekazano lęk przed wojną. Dlatego bardzo szybko rezonujemy lękiem na zagrożenie.

Tylko jak poradzić sobie z tym strachem?

Żeby sobie poradzić, trzeba oswoić, poznać, nazwać, wiedzieć co jest jego głównym źródłem. I wtedy szukać rozwiązania. Bo forma odzyskania kontroli przywraca tylko, to co było. Niweluje poziom emocji lękowych, które sprawiają, że wartościujemy, oceniamy i stygmatyzujemy. To jest znak, jak bardzo duży jest poziom niepokoju i lęku, a ludzie w strachu będą zachowywać się w tylko jeden sposób: będą dążyć do odzyskania poczucie bezpieczeństwa. W grupach szkolnych w takich sytuacjach szukany jest kozioł ofiarny, tu dzieje się to na większym obszarze. Chcemy znaleźć i jasno określić, co i kto odbiera nam poczucie bezpieczeństwa i źródło zagrożenia zlikwidować.

Jeśli będziemy patrzeć przez okulary lęku i szukania bezpieczeństwa pod jego wpływem, to nie zbudujemy dialogu, nie będzie porozumienia, nowych rozwiązań. Będzie jedynie chęć powrotu do tego co było, a po taki zdarzeniach jak w Paryżu nie da się już tego zrobić. Jeśli chcemy się otworzyć na świat partnerstwa i dialogu to musimy ze sobą rozmawiać, pogodzić się z tym, że ludzie będą popełniać błędy, podejmować złe decyzje.

Więc mamy tolerować spiralę nienawiści, którą nakręcają ludzie żyjący obok nas, którzy mówią: „Dajcie mi broń, a ja ich powystrzelam” w domyśle uchodźców, muzułmanów?

Jedną rzecz która trzeba robić to: rozmawiać, nazywać, poznawać emocje i mówić: „To jest lęk”. W lęku myślimy inaczej. A gdyby spytać: „Gdyby nie było lęku, jakbyś się zachował?”. Mamy prawo mówić, że nie akceptujemy gdy np. słyszmy głos nienawiści w opiniach znajomych, mogę powiedzieć, że nie zgadzam się na to, jak ze mną rozmawiasz. Pomówmy o tym, co naprawdę chcesz zrobić, jaką masz motywację, intencję. Może też w ten sposób zatrzymamy drugą osobę. Ściągniemy jej okulary pod tytułem: „Boję się”, kiedy dla niej jedynym rozwiązaniem jest wzięcie broni i rozstrzelanie innych. Może pomożemy odpowiedzieć jej na pytanie: „W jakim świecie chcesz żyć. Czy w tym, w którym z kałasznikowem zabijasz ludzi i wprowadzasz pokój?”. To jest trudne, bo rozmawiając o zagrożeniu życia, nie opieramy się jedynie na rozsądnych argumentach, jest w tym dużo emocji, o których nie potrafimy mówić. Tym bardziej, że patrząc na Paryż zdajemy sobie sprawę, że zagrożenie jest zwyczajne, nie ma miejsca w czasie wojny, tylko zdarzyć się może każdemu z nas, bo chodzimy do kawiarni, na koncerty. Ważne jest to, jak się wyrażamy, jak o tym mówimy, czy tylko oceniamy, a nie wyrażamy poglądów?

Pozostaje jeszcze grupa, która wobec zagrożenia zamiera, staje z otwartą buzią…

I to oni są najbardziej narażeni na stres traumatyczny. Chcą zniknąć, jak najszybciej zapomnieć, odzyskać poczucie bezpieczeństwa w sposób zupełnie nie adaptatywny ani dla jednostki, ani dla problemu, ani dla społeczeństwa. Takie zachowania prowadzą jedynie do narastania napięcia i poważnych konsekwencji.

Jest jedna dobra reakcja na to, co się dzieje?

Uświadamiamy sobie, że w człowieku, który posiada wolną wolę może ujawnić się dobro, ale może ujawnić się i zło. Pierwszy krok to dojrzałość. Nie wiemy, jak zachowamy się w trudnej sytuacji, kiedy musielibyśmy dokonać wyborów. Wyobrażamy sobie, jak chcielibyśmy się zachować i wiemy, jak powinniśmy się zachować, ale nie wiemy, jak naprawdę się zachowamy. Przeglądając literaturę wojenną widzimy jakim trudem było dokonywanie wyborów. A na to jak reagujemy może mieć wpływ wiele czynników. Może to być nawet nierozliczona w rodzinie przeszłość wojenna. W naszym społeczeństwie tematyka wojenna jest wciąż bardzo bliska, cały czas rozliczamy się z historią. Filmy pokazują, że to nie tylko Niemcy czy Rosjanie winni byli cierpienia innych. Jeśli tego nie rozwiążemy na poziomie naszej państwowości, nie stworzymy sobie przestrzeni do dialogu ze światem.


Fot. Archiwum prywatne

Fot. Archiwum prywatne

psycholog, certyfikowany psychotraumatolog. Ukończyła specjalistyczne szkolenie w diagnozie zaburzeń oraz wiele szkoleń specjalistycznych w obszarze pracy z zaburzeniami po stresie traumatycznym oraz psychoterapii. Tworzy


„Na miłość nigdy nie jest za późno. Ale nie czekaj, żyj”. O tym, jak kobieta szuka mężczyzny. I gdzie go znajduje…

Katarzyna Troszczyńska
Katarzyna Troszczyńska
16 listopada 2017
Fot. iStock / lolostock
 

Magda jakiś czas temu przeczytała wywiad o samotności. Przeczytała takie zdanie: „Mam wrażenie, że żyjemy w stanie zbiorowej hipnozy, która dotyczy szczęśliwości życia w parze w oderwaniu od rzeczywistej jakości związków– ta przesadna celebracja bycia w parze, budowanie złotej klatki kredytu i wspólne świętowanie wzajemnych kompromisów”.

Magda była wtedy sama. Odeszła od męża. Artykuł jej pomógł, bo terapeutka wyraźnie powiedziała, że samotność nie jest zła. I że to paranoja, że dziś jest synonimem nieszczęścia. Koleżanki i rodzice mówili Magdzie: „Zwariowałaś, jaki rozwód? Nie masz już 20 lat. Kryzysy są po to, żeby je naprawiać. To ojciec twojego dziecka”.   – A ja miałam dość kompromisów– wspomina dzisiaj Magda.

Listopad 2017. Magda spotyka się z przyjaciółkami. „Rany, naprawdę kogoś masz? Super. Wspaniale” – zachwycają się. Jedna z nich: „Martwiłam się, że już nikogo sobie nie znajdziesz”.  – Czuję się jak zwierzę podziwiane w klatce. „O wow, ma młode choć taka stara i myśleliśmy, że już  nigdy nie przygrucha sobie samca” – opowiada Magda. W grudniu kończy 42 lata. Pracuje  w dużej firmie, mama 15– letniej Karoliny i  18-letniej – Ewy. Cztery lata po rozwodzie. Marcina, z którym teraz się spotyka, poznała dwa miesiące temu… w kinie.

Oto – subiektywna – historia samotności Magdy i szukania partnera

Styczeń 2014. Wierzę, że mogę być po prostu szczęśliwa ( bez faceta)

Waga: nad takimi rzeczami w ogóle się nie zastanawiam, stan emocji: w normie. Cel: po prostu być szczęśliwą. Mężczyźni: zero, ale jeszcze mi to nie przeszkadza.

Moje urodziny. Odhaczam rzeczy, które udały mi się w ostatnim roku. Po pierwsze: ostatecznie rozwiązałam sprawę z Arturem, byłym mężem. Nawet po rozwodzie wciąż liczył, że do siebie wrócimy. Sprawę postawiłam jasno: zdradzał mnie, nie zarabiał pieniędzy, nigdy nie mogłam liczyć na jego pomoc. I nie przekonuje mnie, że nagle pracę znalazł. Nie wierzę w zmiany. Poza tym nie chcę. „Spotykasz się z kimś?”, dopytywał. „Spotykam” – ucięłam. Po drugie. Dzieci– to jest sprawa, która mi w życiu wyszła. Praca– niedawno awansowałam, powoli odzyskuję więc niezależność też w życiu zawodowym. Jest dobrze. Cieszę się wolnością.

„Musisz sobie kogoś znaleźć!”, szefowa, a zarazem koleżanka od wielu miesięcy osacza mnie i nagabuje. „Wiesz, że kobieta samotna też może być szczęśliwa?”, pytam. Parska śmiechem. „Oszalałaś. A z kim będziesz spędzać weekendy? A z kim wyjedziesz na wakacje. Ja ci kogoś znajdę” – wyrokuje. I opowiada historię o koleżankach, którym poukładała życie. „Jerzy ma dużo wolnych kolegów, owszem po przejściach, ale trudno. Co prawda głównie stawiają na dwudziestolatki, ale ty wyglądasz nieźle, może jakoś się uda”. Szefowa jest jednak wybitną jednostką. Stoi naprzeciwko i wyraża się o mnie w sposób jednoznacznie wskazujący, że jestem po prostu towarem. Jerzego nie lubię. Biznesmen, ale średnio inteligentny. Nic mnie tak nie poraża, jak brak inteligencji u mężczyzny. Z lekkim niepokojem myślę więc o kolegach Jerzego– też biznesmeni, którzy przeżywają drugą młodość, kupują coraz lepsze samochody, na wakacje jeżdżą na półwysep helski. To nie jest mój świat. Nie potrafię jednak odmówić Weronice

Randka w ciemno numer jeden. Miejsce: mieszkanie Weroniki. Kandydat ma 53 lata, po trzech rozwodach. Rozkręca kolejny biznes. O czym dumnie opowiada mi przez trzy godziny. Umieram z nudów. Randka w ciemno numer dwa. Miejsce: mieszkanie Weroniki. Kandydat ma 56 lat, jest gruby i nalany. Gapi się w mój biust i żali na byłą żonę. Wymykam się do domu pod pretekstem bólu głowy. No i randka w ciemno numer trzy. Miejsce: elegancka knajpa. Kandydat ma  48 lat. Wygląda nieźle. Łapiemy wspólny temat – bo oboje kochamy narty i snowboard. Ale potem kandydat się upija i przez resztę wieczoru opowiada mi o dwudziestolatce, która złamała mu serce. Mam tego dość. Weronika: „Powinnaś znaleźć męża. Za chwilę będzie za późno”. „Nie chcę męża”, krzyczę. „Mąż nie świadczy o wartości kobiety!” „Świadczy” – odpowiada ona. „I nie wiem na co liczysz. Książę na białym koniu może ewentualnie dotrzeć do dwudziestolatki”.

Czerwiec 2014.  No dobra, przestaję czuć się jak dziewica

Stan emocji: lekki niepokój, potrzeba zmian. Mężczyzn: poważnych zero. I dobrze. Liczba randek: wciąż rośnie. Seks: raz. Czuję, że coś się we mnie otworzyło.

Teraz częściej wychodzę z dwójką z przyjaciół z mojego działu. Oboje po trzydzieści lat. Lubię ich radość życia. Nie próbują mnie swatać. Ale na tych imprezach poznaje mnóstwo ludzi. Średnia wieku 30– 40 lat. Nie przypuszczałam, że teraz ludzie w tym wieku spędzają czas na zabawie. Na jednej z imprez poznaję Adama. Pijemy morze alkoholu. Adam ma 50 lat. Nie jest może super przystojny, ale bardzo inteligentny. Profesor polonistyki. Ale w centrum miasta całujemy się jak para nastolatków. „Pojedziemy do mnie”, proponuję i szybko próbuje sobie przypomnieć, czy w domu jest Karolina. Seks jest szalony i spontaniczny. O siódmej rano budzę się z bólem głowy i przerażeniem co to za mężczyzna zalega w moim małżeńskim łóżku. „Musisz wyjść. Moja córka nie może cię zobaczyć”, wyganiam go. Niezbyt mu się to chyba podoba, ale jest miły. Zbiera rzeczy i obiecuje: „Zadzwonię”. Poranek nie jest dla niego łaskawy – widzę jego wory pod oczami, sflaczały brzuch, obwisłe ramiona. Czy jestem okrutna? Oglądam się potem w lustrze. Wciąż mam ładne ciało. To zawsze był mój . Zero cellulitu, z którym walczą kobiety. Ramiona też  w porządku. Nie, nie jestem okrutna. Przez ponad dwadzieścia lat męczyłam się w związku z tzw. „trudnym facetem”. Czuję, że zostało mi niewiele czasu. Chcę wreszcie żyć. Muszę chyba znaleźć na randki młodszego mężczyznę.

Sierpień 2014. Próbuję ( O Boże) poznać mężczyznę w sieci

Stan emocji: ogromna potrzeba flirtu. Liczba randek: właściwie codziennie z kimś się spotykam. Seks: fajny.

„Zmieniłaś się”, zauważa Artur, który wpadł do dziewczyn. „Ale chyba przytyłaś”. Chce mi się śmiać – zawsze próbował wbić mnie w kompleksy. „Tak, może przytyłam. Jedzenie jest fajne” – patrzę na niego wyzywająco. Ciągle coś we mnie chce mu udowodnić, że jestem szczęśliwa. Anka kusi mnie portalami randkowymi. „Spróbuj, co ci szkodzi”. Inna koleżanka opowiada, że tak poznali się jej znajomi. Loguję się na „badoo” i „twoo”. Nie myślę, że to desperacja. Ludzie są zapracowani. Pisze do mnie kilku mężczyzn. Wszyscy młodsi. „Nie interesują mnie kobiety w moim wieku. Są skoncentrowane na dzieciach”, wyznaje jeden trzydziestolatek. Fajnie nam się rozmawia. Po dwóch tygodniach się spotykamy. Czuję różnicę wieku – on w dżinsach, podkoszulku, opowiada, jak jarał poprzedniego dnia jointy z kumplami. Lądujemy w mieszkaniu, które wynajmuje z kolegą. Pijemy wino ze szklanek. Zostaję u niego na noc. Rano, w łazience, staram się niczego nie dotknąć. Zlew i prysznic wyglądają tak, jakby nie widziały środków czystości dobre kilka tygodni. W samochodzie myślę: „Jezu, jestem ryczącą czterdziestką?”. Ale budzi się we mnie bunt: „Dlaczego czterdziestolatka, która chce się bawić, ma być ryczącą czterdziestką, a faceta w tej samej sytuacji każdy rozumie? Poza tym miałam wcześniej jednego kochanka – męża. To paranoja”.

Umawiam się jeszcze na kilka randek – mniej lub bardziej udanych. W końcu poznaję Krzyśka.  Jest w moim wieku. Mieszka 100 kilometrów ode mnie. Interesuje się moją pracą, córkami, tym co robię w ciągu dnia. Piszemy ze sobą SMS-y właściwie non stop. Umawiamy się dwa razy w miesiącu. Najczęściej w połowie drogi – w hotelu. Seks jest fantastyczny, ale niewiele o nim wiem. Oprócz tego, że ma córkę. Przysięga, że jest rozwiedziony. Ale nie jest gotowy na związek – tak mówi. Po kilku miesiącach zaczyna mi to przeszkadzać. Zbliżają się święta. Znajduję jego adres w internecie (jego ojciec ma warsztat samochodowy w niedużym mieście) – wysyłam paczkę z kosmetykami dla jego córki. Kilka dni później telefon: „Oszalałaś?!!!! Osaczasz mnie. Mam tego dość. Mówiłem Ci, że wolność jest dla mnie najważniejsza”. O swojej porażce mówię tylko jednej przyjaciółce, mężatce. „Kochanie, bądź rozsądna. On ma żonę, przecież to jasne”. Czuję się okropnie. Z jednej strony myślę: „Byłam głupia”. Z drugiej przyznaję: nigdy wcześniej nie miałam takiego seksu. Choćby dlatego było warto.

Grudzień  2014.  Zastanawiam się co ze mną nie tak

Stan emocji: różny. Mężczyzn: poważnych zero. Liczba randek: nie za dużo. 

Postanawiam wybrać bardziej tradycyjne metody – może nie chodzi o seks tylko rozmowy? Na początku praca. Jeżdżę na konferencje. Do tej pory wieczorem szłam spać. Teraz szukam. Tylko, że na konferencjach można poderwać kogoś na jedną noc. Większość to są ludzie w związkach. Nie chcę. Ale na jednym z wyjazdów poznaję Pawła. Nie jest w moim typie – niewysoki, trochę łysiejący. Jest lekarzem. I wdowcem. Jego żona umarła trzy lata temu. „Nie za bardzo chcę o tym mówić” stwierdza krótko. To nie mówimy. Za to mówimy o mnie: czego bym jeszcze w życiu chciała, jakie mam ambicje. Po całej nocy rozmowy jestem w szoku: dawno nie spotkałam tak inteligentnego faceta. Ale nie ma chemii – w każdym razie ja jej nie czuję na pewno. „Mężczyzna dobry na przyjaciela. Warto kogoś takiego znać”. Miotam się między dwoma skrajnymi emocjami. Lękiem, że jestem stara i dlatego mi nie wychodzi. I ulgą, że nic z tych relacji nie ma, bo tak naprawdę wciąż nie jestem gotowa na nowy związek. Anka radzi: „Zapisz się na kurs żeglarstwa, nurkowania, wspinaczkowy”– to są miejsca, gdzie można poznać fajnych mężczyzn. Zapisuję się.

Lipiec 2017.  Kiedy naprawdę odpuszczam

Stan emocji: stabilny. Randek: kilka. Plany: żyć

„Jesteś piękna, mamo”. Karolina przytula się do mnie. „Bardzo wyładniałaś”. Wiem – wszyscy mi to mówią. Zapuściłam włosy. Zapisałam się na zumbę – choć do tej pory wstydziłam się tańczyć. Zaczęłam nurkować. Mężczyźni? Fascynujący. Nie zastanawiam się, czy są żonaci czy nie. Gdy przestałam o tym myśleć, nagle wszyscy chcą się ze mną umawiać. Czyli ta zasada działa w każdym wieku: odpuść, a będzie ci dane. Ale wybawiłam się. Bardziej myślę o Pawle. Dużo pisaliśmy. W końcu zamilkł. Wiem, że chciał czegoś więcej. Ale nie chcę letnich emocji. I wiem, że można znaleźć miłość. Jestem zaproszona na ślub mojej przyjaciółki. W lipcu kończy 45 lat. Jej przyszły mąż ma 44. Poznali się u lekarza. A pamiętam, jak tydzień przed jego poznaniem mówiła, że już nigdy i na pewno nikogo nie spotka…

Sierpień 2017. Kiedy pojawia się On

– Południe, środek tygodnia, wzięłam wolne. On, jak się potem okazało, też. Byliśmy jedynymi osobami na seansie. Wpadliśmy na siebie w drzwiach, ja miałam kawę, wylałam sobie na płaszcz. Zaczęliśmy rozmawiać. „Dasz mi swój telefon?” poprosił. Tego samego dnia napisał SMS. Kolejnego zaprosił na kawę. W ciągu kilku godzin opowiedzieliśmy sobie całe życie.

Mija czwarty miesiąc naszych spotkań. Jeśli ktoś powie mi, że taki rzeczy nie zdarzają się po 35 roku życia, to pęknę ze śmiechu. Ja, matka dwóch córek, kobieta po przejściach. On, ojciec 16-latka, mężczyzna po przejściach. 

CDN… (wierzę)

P.S Kilka faktów, na prośbę bohaterki, zostało zmienionych.


Kochasz dywany, ale walczysz z alergią? Czyli jak ważny jest wybór odkurzacza, gdy mamy do czynienia z alergikami

Żaklina Kańczucka
Żaklina Kańczucka
16 listopada 2017
Fot. Materiały prasowe

Idealne mieszkanie dla alergika, nie musi kojarzyć się z laboratoryjną czystością, podłogami bez dywanów i oknami bez firan czy zasłon. Co więcej, niejedna osoba cierpiąca na alergię, posiada w domu psa lub inne zwierzątko futerkowe. Wszystko jest możliwe, trzeba jednak wiedzieć co powoduje niemiłe dolegliwości i jak im zapobiegać.

Alergia objawia się u różnych osób na różne sposoby – może uwidocznić się na skórze w postaci przeróżnych krostek, może powodować łzawienie oczu i męczący kaszel lub katar, w zależności od rodzaju alergenu. Mało kto ma ochotę izolować się od wszystkich czynników powodujących uczulenia, bo nie ma sensu ograniczać codziennej aktywności. Dzięki dostępnym farmaceutykom, oraz mądrej dbałości o czystość w pomieszczeniu, także alergicy mogą cieszyć się życiem bez odczuwania nieprzyjemnych dolegliwości.

W domu alergia nie odpuszcza? Przeciwdziałaj temu!

Dom powinien być naszą ostoją, twierdzą gdzie czas spędzony z rodziną jest przyjemnością. Najczęstszą przyczyną prychania i kichania w pomieszczeniach są maleńkie roztocza. Te stworzenia są mikroskopijnymi pajęczakami, które żywią się ludzkim i zwierzęcym naskórkiem, oraz resztkami jedzenia. Ale nie owe stworzenia są dla alergików zagrożeniem, ale ich odchody, które produkują w ogromnych ilościach. Tak więc osoby zagrożone alergią na odchody roztoczy, muszą szczególna uwagę zwrócić na miejsca w których gromadzi się kurz. Pościel, materace, zasłony, dywany, meble czy zabawki… można stworzyć naprawdę długą listę, dzięki której wytropimy roztocza. Nie ma jednak potrzeby pozbywać się wszystkiego z mieszkań, by żyło się lżej z alergią.

Fot. Materiały prasowe

 

Dobre rady dla alergików

Najwięcej roztoczy znajduje się w łózkach, materacach i w pościeli, z którą mamy kontakt każdego dnia. Aby minimalizować ryzyko kłopotów, pamiętaj o częstej zmianie pościeli, nie rzadziej niż raz w miesiącu. Warto prać ją w temperaturze 60 stopni, a następnie wyprasować, ponieważ wysokie temperatury zabijają roztocza. Wskazane jest także częste wietrzenie i odkurzanie materacy. Tutaj gros pracy zrobi za ciebie . W dodatku jeśli posiada poza standardową szczotką przydatne akcesoria, typu szczotka do zbierania sierści zwierząt, twoja praca będzie jeszcze bardziej efektywna. Pamiętaj także, że świeże powietrze, szczególnie to mroźne, w zimowych miesiącach mają dobroczynne działanie na zachowanie higieny pościeli. Dobrym pomysłem  jest nakładanie na materac specjalnego pokrowca, który ma za zadanie izolować mikroby.

P&F ssawka do mycia tapicerki1

Fot. Materiały prasowe

 

Istotne jest wietrzenie całego mieszkania. Odpowiednia cyrkulacja powietrza i wilgotność na maksymalnie 45% poziomie, a także niezbyt wysokie temperatury w pomieszczeniach do 22 stopni, to doskonały sposób na zachowanie zdrowego mikroklimaty dla człowieka.

Nie musisz mieszkać w sterylnych warunkach. Jednak nie pozwalaj by na półkach panował bałagan, a kurz gromadził się nie tylko na meblach, ale i na dywanach. Jeśli nie chcesz pozbywać się ulubionych bibelotów czy książek, dbaj o regularne usuwanie kurzu. Najlepiej w tym celu korzystaj z mokrych ściereczek, ścieranie na sucho rozproszy jedynie kurz i sprawi że osadzi się on w innych miejscach. Te z ozdób, które nie muszą stać na wierzchu, ułóż do zamykanych pudeł, nie gromadź ciuchów np w kącie pokoju, czy przerzuconych przez poręcz fotela. Jeśli lubisz mieć w domu kwiaty, nie trzymaj ich w sypialni, a liście pozostałych przecieraj mokrą ściereczką. Jeśli w pokoju dziecka znajdują się zaki, pierz je często, a nawet stosuj “terapię wstrząsową”, czyli od czasu do czas włóż misie do zamrażalnika, to najlepszy sposób na bezpieczne przytulanki. Systematyczność w takim działaniu popłaca.

Odkurzanie po dywanie. Ale czym? No właśnie, pozbywanie się kurzu i brudu z dywanu to podstawa przeciwdziałaniu przykrym objawom alergii. Trudno zamrozić dywan w zamrażalniku, nikt go też nie wietrzy raz w tygodniu, należy więc zainwestować w odkurzacz, który poradzi sobie z tym zadaniem. Szukając odkurzacza idealnego dla domowników z alergią, postaw na model, który odkurza na mokro.

PF szczotka do mycia dywanow zdjecie z woda

Fot. Materiały prasowe

 

Doskonałą propozycją jest odkurzacz Zastosowano w nim wyjątkowy filtr wodny AQUA PURE, dzięki któremu zassany kurz, sierść, pyłki, roztocza i inne alergeny są całkowicie wiązane w wodzie, a następnie po prostu wylewane wprost do kanalizacji. Filtr HEPA 13 i filtr przeciwpyłkowy  w połączeniu z modułem filtra AQUA PURE zapewniają czyste, wyczuwalnie odświeżone i pozbawione zapachów wydmuchiwane powietrze. Poczujesz ogromną różnicę względem odkurzaczy starego typu, które poza niemiłym powietrzem z urządzenia, wyrzucają w przestrzeń również alergeny gromadzone w worku.

THOMAS- filtr wodny wylewaniw

Fot. Materiały prasowe

 

Zdecydowanie, wybór odkurzacza Thomas Perfect Air Allegry Pure ma jeszcze więcej zalet. Poza właściwościami pro-zdrowotnymi, model ten jest łatwy w eksploatacji dzięki skrętnym kółkom 360° Easy-Drive. Jest również bardziej ekonomiczny, ponieważ jest odkurzaczem bezworkowym. Niezmiennie wysoka moc ssania gwarantuje skuteczność sprzątania przez cały czas.

THOMAS-PERFECT-AIR-UNTERSEITE-BLAU

Fot. Materiały prasowe

Warto zainwestować w taki odkurzacz, tym bardziej że Thomas Perfect Air Allegry Pure polecany jest Niemieckie Stowarzyszenie Pomocy Osobom z Chorobami Skórnymi i Alergiami. Z taką pomocą lepiej i łatwiej zadbasz o przyjazne otoczenie nie tylko w domu alergika.

 


Artykuł powstał we współpracy z


Zobacz także

Niesamowita historia, opowiedziana światłem

Niech pachnie już wam Świętami. Domowe, sprawdzone przepisy na pierniki

Alimentacyjny absurd goni absurd, a rząd myśli, że dokonuje przełomu. Śmiech na sali, proszę Państwa

Problem dłużników alimentacyjnych wychodzi z podziemi. Są nowe propozycje zmian prawa, by rodzice w końcu zaczęli płacić na swoje dzieci

steroid-pharm.com

https://buysteroids.in.ua

www.buysteroids.in.ua/kupit-antiestrogenyi/dostineks-kabergolin.html