Z pamiętnika odchudzającej się dziennikarki…

Agnieszka Żukowska
Agnieszka Żukowska
16 kwietnia 2018
Fot. iStock / Milkos
Fot. iStock / Milkos
 

Ile razy można zaczynać od początku? Pewnie tyle, ilekroć natknie się człowiek na nową kolekcję strojów kąpielowych, czy wakacyjnych ofert last minute… Zawsze przypada na ten sam okres. Właśnie teraz.

Motywacji: zero

Kilogramów: 20  za dużo

Powodów do radości: za mało

Samopoczucie: nie najgorsze – patrząc na powyższe.

Każda z nas ma taką parę spodni, która z niebywałą precyzją, namacalnie i bezlitośnie obnaża kondycję naszego ciała po zimie. U mnie to niebieska para chino. Fason, który pasuje na każde grube dupsko, tym bardziej boli świadomość wystających boczków z formy…  Do tego pasek. Dwie dziurki przed zapięciem – spoko. Jedna dziurka – alarm. Tak więc i w tym roku alarm odpalony, decyzja zapadła – odchudzam się. Ale wydarzyło się coś więcej, bo decyzję tę podjęłam z lekkim nerwem, zwyczajnie się wkurzyłam. Na siebie. Rozumiem, że trudniej, bo dawno po czterdziestce, rozumiem, że bez motywacji, bo dla siebie samej o wiele gorzej (tak, jestem szczera ze sobą), wszystko rozumiem… Mam dużo empatii dla siebie. Ale świadomość, że za chwilę zostanę z tymi kilogramami na starość, zamiast fajnego faceta sprawia, że robi mi się słabo.

Przekopałam internet w poszukiwaniu diet, cudów, innych zaklinaczy rzeczywistości i z poczuciem, że to znowu na chwilę – postanowiłam przyjrzeć się pudełkom. Tak, diecie pudełkowej, na którą zawsze wydawało mi się, że szkoda pieniędzy. A potem z kartką w ręku podliczyłam swoje wydatki na zakupy, co to by się zdrowo i lekko zacząć odżywiać, przynajmniej na początek, czyli zgodnie z regułą ŻM, i … policzyłam raz jeszcze. Dużo tego. A jak sobie przypomniałam, że każdą moją dietę szlag trafiał, ponieważ nigdy na czas nie ogarniałam zakupów, przygotowania posiłków, zapominania, w rezultacie – w pełni rozgrzeszona, bo przecież głodna w ciągu dnia – podjadałam wieczorami, o pudełkach pomyślałam po raz drugi. Zamówiłam pudełka z trzech firm, bo co jak co, ale jeśli trzeba wydać kasę i głodować – to smacznie. Wywiesiłam zakupiony dwa lata temu piękny strój kąpielowy w który nie zmieściłam się już dwa razy na przynętę, pożegnałam cukry proste, wybrałam i powitałam JĄ – dietę pudełkową firmy , którą odbieram spod samych drzwi mieszkania. Zacisnęłam zęby i pomyślałam, że jeżeli teraz o siebie nie zawalczę, to ja i moich 20 kilogramów więcej zostaną ze mną już do końca życia. Po tygodniu totalnie wygodnej konsumpcji (to uczucie, kiedy wchodzisz każdego dnia do sklepu i nie musisz kupować dla siebie niczego, poza wodą – bezcenne), z czystym sumieniem mogę napisać o najważniejszych jej zaletach. :)

ZALETY MOJEJ DIETY PUDEŁKOWEJ LIGHTBOX:

– totalnie dopasowana do mnie, moich preferencji smakowych, bo sympatyczna Pani dietetyk dzwoni i pyta nie tylko o moje samopoczucie;

– odkrywam zupełnie nowe potrawy, smaki, których do tej pory nigdy sama nie ugotowałabym sobie, ponieważ moje dzieci lubią zupełnie co innego, a gotowanie na dwa fronty to już mega logistyka i wydatek,

– różnorodność potraw, warzyw,

– nieprawdopodobna wygoda. Pudełka towarzyszą mi dosłownie wszędzie i jedyne czego pilnuję to godzin jedzenia,

– nie spędzam w kuchni wieczorów, bo gotowanie sobie samej na cały kolejny dzień uważam za horror,

– nie chodzę głodna, nie podżeram;

– do śniadania, obiadu i kolacji zawsze mam dołączoną zdrową herbatkę – szczerze? To uwielbiam równie bardzo, bo to ułatwia życie w równym stopniuJ

I co najważniejsze – to nie jest tania opcja na odchudzanie i dlatego prędzej sobie brwi spalę, niż zmarnuję każdy jeden utracony kilogram mojego pudełkowego wysiłku!

 

Fot. Materiały prasowe

Fot. Materiały prasowe

Tak, wiem, że to dopiero wierzchołek góry lodowej, że za chwilę będę musiała dołączyć do diety aktywność fizyczną ale po tygodniu jedzenia z pudełek, czuję się przede wszystkim – lekko. Naprawdę zaczyna działać. Pamiętajcie jednak, żeby przy wyborze firmy dietetycznej sprawdzić, jacy ludzie stoją na warcie naszych kilogramów, jak się nazywa dietetyk, szef kuchni i czy są to kompetentne osoby, co bez trudu da się sprawdzić w necie. Dobrze jest spróbować smaków, ustalić preferencje z dietetykiem. Ja tak zrobiłam. Dietetyczka LightBox ustaliła ze mną moje preferencje, wspólnie omówiłyśmy wszystkie za i przeciw, następnie po tygodniu skonsultowałyśmy raz jeszcze wybraną opcję. Grzechem byłoby nie wspomnieć, że wybrana przeze mnie firma ma rekomendacje Instytutu Żywności i Żywienia. Przypadek? Nie sądzę… – jak mawia Mariolka 😉

Trzymajcie za mnie kciuki, a jeśli zechcenie przyłączyć się do moich zmagań z odchudzaniem, napisać o swoich sprawdzonych pomysłach – będę wdzięczna za każde słowo otuchy!

Tu moje dietetyczne odkrycie: 

Wasza A :)

Fot. Materiały prasowe

Fot. Materiały prasowe


Artykuł powstałe we współpracy z


„Nie chciałem, ale mnie sprowokowałaś”. Kiedy on wmawia ci, że to twoja wina, bo zareagowałaś na jego agresję

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
16 kwietnia 2018
Fot. iStock/Mixmike
Fot. iStock/Mixmike
 

Bardzo częstym aspektem psychicznego znęcania się i manipulacji jest to, że sprawca molestowania twierdzi, że to ofiara jest wobec niego agresywna, że go prowokuje. Najczęściej słyszymy wówczas, że „on przecież nie chciał”, ale „nikt by tego nie wytrzymał” i dał się sprowokować. Jest to szczególnie niebezpieczny mechanizm, bo ofiara zostaje zamknięta w emocjonalnej pułapce. Cokolwiek zrobi, jakkolwiek zareaguje na „zaczepki” swojego oprawcy – jest źle. 

Znacie takie sytuacje? Partner „nakręca się” oczekując, że dasz się wciągnąć w tę grę. Padają coraz cięższe słowa, wyssane z palca oskarżenia, bardzo krzywdzące osądy. To może trwać kilkanaście minut, kilka godzin, a nawet dni i ma na celu psychiczne wykończenie ofiary. Zdenerwowana, zmęczona dajesz się w końcu ponieść emocjom. I o to mu właśnie chodziło.

Popełniłaś taktyczny błąd, bo niestety, jedyną skuteczną radą na takie zachowanie agresora, jest brak reakcji. Dlaczego? Bo każda twoja spontaniczna reakcja na obrażanie cię, krzyk, zastraszanie będzie dla niego „dowodem”, że to ty jesteś sprawcą przemocy oraz że jesteś… niestabilna emocjonalnie.

W tym momencie agresor nie jest zainteresowany dalszą rozmową. Możesz usłyszeć „jesteś chora psychicznie”, „atakujesz mnie”, „zobacz, jak ty się zachowujesz”, „nie panujesz nad sobą”. Kiedy ty z trudem łapiesz oddech, on już się uspokoił – dopiął swego. Udowodnił (jego zdaniem), że to z tobą „coś jest nie tak”.

Zamienił się z tobą na role i przedstawia się jako ofiara całej sytuacji. Co gorsza, może tak zmanipulować całą sytuację, że rzeczywiście uwierzysz, że jesteś winna, że to ty jesteś agresywna i niezrównoważona emocjonalnie. Jeśli taka sytuacja wydarzy się w obecności osób trzecich, poczujesz się jeszcze bardziej zagubiona.

Zawsze pamiętaj, że prawda leży po twojej stronie. Twoja agresywna, spontaniczna reakcja nie jest czymś dobrym, ale jest zrozumiała. Ty wiesz, że źle postąpiłaś reagując agresją i to cię różni od prawdziwego agresora w tym związku – on się do tego nigdy nie przyzna. Póki tkwisz w tej relacji, panuj nad sobą, wtedy wygrasz.


Na podstawie:

 


Shit-test. Metoda sprawdzania faceta, której użyłaś pewnie nie raz

Redakcja
Redakcja
16 kwietnia 2018
Fot. iStock/lechatnoir
Fot. iStock/lechatnoir

Miłość rzadko przychodzi ot tak, na zawołanie. Najczęściej należy jednak zawrzeć niejedną znajomość, poświęcić czas, energię i uwagę, bo móc stwierdzić, czy dany mężczyzna jest akurat tym, który nas rzeczywiście interesuje. Metodą prób i błędów dowiadujemy się, czego chcemy od faceta. Kwestią szczęścia jest natomiast to, czy i jak szybko na niego trafimy.

Niestety nie zawsze to doświadczenie pozwala ominąć  facetów, którzy absolutnie na partnerów się nie nadają. Co prawda kobieca intuicja wielu z nas pomogła odrzucić ziarno od plew, by omijać z daleka potencjalnie fatalnych partnerów. A żeby tych błędów popełniać jeszcze mniej, wiele z nas stosuje tzw. shit-test, który pomaga szybko odkryć, co reprezentuje dany facet.

Shit-test jako metoda sprawdzenia

Nie ma nic gorszego niż spędzenie tygodni na poznawaniu faceta, aby potem dowiedzieć się, że jest on jednak beznadziejnym przypadkiem bez polotu. Kobiety szanują swój czas i nie chcą zaczynać od rozmów o pogodzie, by poznawać się dłuższy czas po trochę. Żeby sobie oszczędzić przykrości, można wysondować za pomocą tzw. shit-testu, czyli osobliwego sposobu sprawdzenia tego, czy facet nie wciska kobiecie czegoś mało wartościowego.  Shit-test to niewinne, zazwyczaj mało ambitne pytania, z których kobieta może wywnioskować kilka rzeczy. Zapewne każda z nas stosowała to wielokrotnie, choć często nieświadomie.

Oto jeden z przykładów:

Jestem pewna, że po prostu mówisz to wszystkim dziewczynom.

Zła odpowiedź : Nie, nie podrywam wszystkich dziewczyn, myślę, że mnie źle zrozumiałeś.

Lepsza odpowiedź : Cóż, ćwiczę ten tekst przez cały dzień, więc miejmy nadzieję, że to wreszcie zadziałało!

Dzięki udzielonym odpowiedziom można zobaczyć, jak mężczyzna radzi sobie z pewnością siebie, czy ma dystans, poczucie humoru, jakie ma podejście do wielu spraw, czy potrafi wywrzeć dobre wrażenie. Część ze stosujących tego typu testy po prostu chce sprawdzić, czy facet potrafi wybrnąć z sytuacji, a część tak już się sparzyła na paru facetach, że działa z premedytacją i dla czujności.

Odpowiedzi lekkomyślne i defensywne, bez polotu sprawiają, że kobiety tracą entuzjazm. Bo sztuką nie jest udzielenie jakiejkolwiek sensownej odpowiedzi, ale sformułowanie myśli, która pokaże, że facet jest wart zainteresowania.


 

źródło: 


Zobacz także

Fot. iStock / miodrag ignjatovic

Wszystko, czego nie wiecie o diecie rocznego dziecka. Obalamy mity!

Fot. iStock/alexalenin

Najmodniejsze torebki w tym sezonie. Są dziewczęce, kolorowe i wygodne

Fot. iStock / SolStock

Opiekuńcza rola położnej i wsparcie przy karmieniu piersią w pierwszych miesiącach po porodzie