Portret Jadowitej Baby

Poli Ann
Poli Ann
16 marca 2019
portret jadowitej baby
Fot. iStock ;/ Instants – portret jadowitej baby
 

Siedzę u fryzjera. Zarezerwowane późne popołudnie na co najmniej dwie godziny, bo farba, ścięcie i modelowanie. I przy okazji pani Marzenka mi hybrydę na dłoniach zrobi, toteż poświęcam sporo minut, by poczuć się dopieszczona, i połechtać moją kobiecą próżność. A co, raz się żyje! No raz na miesiąc, półtora chyba mogę bez skrupułów opuścić gniazdo i zostawić gromadkę moich dzieci (mąż też się w to wlicza). Jak i bez skrupułów mogę się przysłuchiwać rozmowom, prowadzonym w salonie. Ileż można czytać, że celebrytka A schudła 50 gramów, celebrytka B przytyła za to całe 88, celebryta C bierze czwarty rozwód w ciągu roku, a gwiazdka X wrzuciła milionowe zdjęcie na insta. Książki ambitnej żadnej nie wzięłam. Żałuję bardzo. Mea culpa. Przynajmniej bym się zatopiła w czyjejś biografii albo próbowała rozwiązać zagadkę kryminalną. A tak pozostało słuchanie. Chcąc nie chcąc.

Zaczęło się niewinnie. Do salonu wpada młoda kobieta, bardzo ładna, długie włosy, burza loków. Rzuca się w oczy. Jest przy tym cholernie szczupła. Aż sama mimowolnie wciągam brzuch jak ją widzę. Umawia się na wizytę u pani Marzenki i wychodzi. A baby w salonie, klientki dla jasności, aż się trzęsą komentując.

Ta to chuda. Pewnie anorektyczka. 
No jasne, że anoreksja. Normalnie taki chudy nikt nie jest.

A pani Marzenka mówi, że ta kobieta wygląda tak od zawsze. W ciąży też tak wyglądała. Tylko piłeczkę z przodu miała zamiast brzucha. Taki typ.

W ciąży? To ona dziecko ma???

Tak, dziewięcioletnie.

Na pewno jedno. Po drugiej ciąży by taka chuda już nie była. 

No musiała to dodać. Jad z siebie cały wyrzucić, inaczej by eksplodowała. Przecież to oczywiste, że normalne kobiety nie są szczupłe i w ciąży tyją po 30 kg, i już nigdy nie wracają do starej wagi. Tylko jak cierpiętnice dźwigają pociążową nadwagę dumnie obwieszczając światu, że oto i one powiły na świat dziecię płacąc za to najwyższym poświęceniem, utratą talii! Bezpowrotnie!!!!

A te włosy ciekawe gdzie zrobiła i jaki to numer farby. 

Włosy to ona też ma naturalne.

Kolor też??? Doczepów nie ma? Ani trwałej?

Ano nie. Taką fryzurę ma od liceum. Kiedyś mi zdjęcie pokazywała. Nic się dziewczyna nie zmieniła. Śliczna jest, prawda??

Uhm.

Jad podpłynął do gardła i nie mogła więcej z siebie wydusić bidulka. Ale przełknęła dzielnie i drąży dalej.

Ale pazury u pani robi? Sama nie umie?

Tego to ja nie wiem moja droga.

Jadem by się zakrztusiła, gdyby nie wypluła tego ostatniego pytania. No musiała. Żeby było na jej. Nie przeżyłaby, gdyby jeszcze tamta hybrydę umiała robić.
Owszem rzeczona kobieta ładna, włosów i figury pozazdrościć, bo się babka w trendy aktualne wpisuje, ale żeby tak dociekać, co ma zrobione, a co nie? Święta nie jestem. Ciekawska bywam, ale widzę, że do tego levelu jeszcze nie doszłam. A ta Jadowita, nomen omen, niegruba, niebrzydka, w wieku mniej więcej tamtej, zadbana, ale borykająca się najwyraźniej z podwyższonym poziomem jadu. Jak nic. Tabletek cholera na to nie ma?!
Siedzę sobie z gazetą jednak dalej. Farba mi się wgryza we włosy, a ja słucham, o czym to klientki z Jadowitą dalej prawić będą.

A słyszałyście dziewczynki, że Agnieszkę mąż kopnął w d… albo inaczej puknął jakąś młodą d…? Agnieszka załamana, ale nie ma się co dziwić. Zero fryzjera, makijażu. No po ciąży to już by mogła coś ze sobą zrobić. 

A jednak, po ciąży można? Eureka!!!

Jakaś studentka. Pokażę Wam na fejsie, Dorota mi ją pokazała. 

I leci biegiem po smartfona w różowej oprawie z brokatem i komentuje dalej.

No Aga szans przy niej nie ma. Ale studentka pusta. Zobaczcie rzęsy zrobione, doczepy, pazury, usta napompowane, w cyckach silikon, nogi rozkładać szeroko umie to chłop poleciał. 

I pokazuje zdjęcie młodej atrakcyjnej dziewczyny (mi także, choć słowem się nie odzywam), która pręży młode ciało na zdjęciu, chyba na siłowni. Owszem makijaż mocny, ale buzia śliczna i te cycki to raczej naturalne. Ma dziewczyna kawał biustu. Zdarza się, nawet w młodym wieku. Naprawdę!!! W ciągu dwóch minut dowiaduję się jak owa Agnieszka się nazywa, gdzie pracuje i jak to się dziewczyna o zdradzie męża dowiedziała. Jadowita i jej koleżanki perorują beztrosko, żonglując faktami. No cyrk!!! Dosłownie. Pani Marzenka i fryzjerka pani Ewa klasa sama w sobie. Coś przytakną, rzucą zdanie typu: no chłopu do utraty rozumu niewiele trzeba. Nie ciągną za język, nie rzucają nazwiskami, a podejrzewam, że o owej sprawie wiedzą więcej, jednak jako że królowa jest tylko jedna, to oddają jej scenę (a raczej salon).
Siadam w końcu na fotel. Pani Ewa czaruje mi na głowie coś nowego. Gadamy o pracy, pogodzie, ja nieśmiało o blogu. Świta Jadowitej się kurczy o jedną i zaczyna się show. Finał normalnie.

Jezu, dobrze, że ta Gośka już poszła. Patrzeć na nią nie mogę. Wyprostowała se te zęby i się szczerzy wszędzie. Jeszcze niech wybieli, to nas oślepi. 

Pani Ewa nic nie mówi. Pani Marzenka szykuje się na mnie i podpytuje o preferowane kolory. Mnie też zatkało. A jad jak płynął, tak płynie.

Prawie czterdziestka na karku, a ona myśli, że zębami świat zawojuje. By się za ćwiczenia wzięła, bo ledwo w fotelu fryzjerskim się mieści. By jeszcze pani Ewa szkody w salonie miała. 

Jadowita chichocze. Świta przebiera nóżkami (dokładnie rzecz ujmując są to dwie pary nóg). Ja odmieniona, może nie jakoś diametralnie, ale z trochę innym odcieniem i krótszą fryzurką, oddaje moje dłonie w ręce pani Marzenki. Wybieramy kolor. Biorę mocny fiolet. Tak mnie naszło. Rozmawiamy o mojej fryzurze, o salonie, bo po remoncie i jakoś nie czuję, by zarówno pani Marzenka jak i pani Ewa miały ochotę każdego oplotkować. Wręcz przeciwnie. Wolą chyba luźniejsze tematy.
Zza drzwi słyszymy głos Jadowitej:

No błagam dziewczyny, Gośka wyglądała jak potwór z tamtym zgryzem. Teraz jest po prostu potworem z ładniejszym zgryzem. Mam rację?

Krew mnie zalewa. Nie znam kobity, a już jej nie lubię. No nie cierpię baby, choć nic mi nie zrobiła. Pani Marzenka szybko uwinęła się z moją hybrydą. Żegnam się z nią serdecznie. Wracam do części fryzjerskiej po płaszcz i mówię głośno dobranoc uśmiechając się najszerzej jak umiem, oślepiając Jadowitą (zanim słodko mi powie jak Gosi, papa kochana moja) swoimi srebrnymi klamerkami na zębach. Na obu szczękach. I jestem niemal pewna, jak to Jadowita komentuje:

No następną pogrzało se zęby robić. 

Będzie miała dziewczyna pretekst, by sobie jadem popluć, bo widać, że jak nie pluje, to nie istnieje. To co jej będę żałować, nie?


„Bądź twardy i ambitny. Miej klasę. Bierz się z życiem za bary. Tego mnie nauczyłeś, teraz rozumiesz, prawda?”. Toksyczna Kochanka

Poli Ann
Poli Ann
17 marca 2019
Fot. iStock
 

Wstała od stołu gwałtownie. Z oczu biły grzmoty. Gdyby mogła to by nimi go ugodziła. Boleśnie. Na wskroś. No oczywiście, że jest wyrozumiała, że rozumie, że jego rodzina i małe dziecko, że jego kariera nieskazitelna, że żona nerwowa, że zobowiązania i wpływowy teść. Ale ileż można znosić to ukrywanie, do cholery? Pięć lat to nie tydzień! Niby nic jej nie obiecywał, ale to już tyle trwa, że w końcu ma prawo czegoś oczekiwać. Przecież była i jest na jego każde skinienie.

Podróż służbowa na drugim końcu Polski? To Malwina się pakuje, rzuca wszystko i jedzie za nim. Będzie go miała tylko dla siebie. Przez dwie, trzy noce.

Lot do Londynu? Żaden problem. Leci z nim jednym samolotem, ale osobną klasą. Taksówki różne. Hotel ten sam. Namiętny seks w pokoju i on znika na konferencji, a ona w ciemnych okularach opuszcza hotel.

Konferencja w Warszawie? Malwina już wie w jakim hotelu bukować pokój i że po północy ma czekać na niego, w koronkowej koszulce i z czerwonymi ustami. Nieważne, że Malwina ma imieniny ciotki, osiemdziesiątkę babci Stasi, osiemnastkę siostry, komunię chrześniaka, rocznicę rodziców. Swoje życie odkłada, a gdzie tam, rzuca na bok i jedzie za ukochanym tam, dokąd on wskaże. Bo tylko w ten sposób może z nim być i pławić się w ułudnym szczęściu.

Koleżanki już dawno odpuściły i nie zapraszają na plotki, imprezy. Powychodziły za mąż, porodziły dzieci. Ona tkwi w związku bez przyszłości i obietnic, który miał się skończyć po pierwszym wypadzie do hotelu, ale jakoś się nie kończył. Była mu przecież potrzebna. Zawsze gdy dzwonił, to była. Pocieszała, doradzała, znosiła humory i frustracje, by zapaść się w jego ramionach i na chwilę udawać, że jest jej.

Tyle mu poświęciła czasu, uwagi wciąż mając nadzieję, że zostawi żonę, że się odważy i wykrzyczy o nich całemu światu. A on się odważył. Skończyć tyle, że z nią. Sorry kotku, ale przecież nic ci nie obiecywałem. Było miło, cudownie wręcz, ale moja żona jest chora i potrzebuje mnie całego. Nie mogę ciągle tkwić w dwóch światach. Zasługujesz na faceta na pełen etat, a nie na bzykanie w hotelu. Bądź ambitna i twarda. Mniej klasę kotku. Romans był. Romansu nie ma. Przecież rozumiesz?

Tak kończył każdą rozmowę, gdy chciała go trochę więcej, gdy prosiła o weekend, gdy miała chandrę i chciała pogadać, gdy była przeziębiona. Przecież rozumiesz?

Była twarda i ambitna. Bzykanie w hotelu? Tyle to znaczyło, kiedy zasypywał ją kwiatami, kupował bieliznę i biżuterię, mówiąc, że w innym życiu dałby jej pierścionek, a przecież nie może. Prawda kotku, że rozumiesz?

Żona, żona, żona. Miała pięć lat. Pięć cholernie długich lat, by przywyknąć i przestać się przejmować kobietą, wobec której on czuł tylko obowiązek. Z żoną musi, powinien, trzeba. To z nią chciał, pragnął i marzył. Kto go motywował jak miał trudne negocjacje? Kto na stole, tylko w szpilkach jęczał mu do ucha, że jest samcem alfa i świat leży u jego stóp? Kto ją błagał, by wróciła, kiedy po 3 latach powiedziała dość?

Kto w hotelu na Krecie, dokąd wyrwał się cudem, chodził z nią za rękę i udawał związek? I kochał się namiętnie kilka razy dziennie, a kelnerowi mówił, że jest kobietą idealną i na całe życie?
Ma mieć klasę? On jej będzie teraz pieprzył o klasie? Cholera, zawsze dumnie, w ciemnych okularach znikała z jego życia, zacierała ślady, wiozła ze sobą jego koszule i marynarki na zmianę, by żona nie wyczuła jej perfum. Z pokorą znosiła samotne urodziny, rocznice, sukcesy i wigilie.

Miarka się przebrała. Wpakowała w ten związek 5 lat. Czekała na niego. A on przypomniał sobie, że powinien zająć się żoną. Malwina więc wstaje od stołu. Wściekła i rzuca mu tylko, że jest nas dwie do opieki, a w sumie troje, bo jest z nim w ciąży.

Na poczekaniu wymyśla kłamstwo, by go zatrzymać albo choć utrudnić trochę życie, które do tej pory sprytnie sobie ułożył. W mig pojęła, że była tylko klockiem w tej układance. Pięknym i pociągającym, mającym w pewnym sensie jakąś władzę nad nim, ale tylko narzędziem. Był spełniony. Ciepły dom, letnia żona i gorąca kochanka.

W jego oczach ujrzała strach. Pierwszy raz i poczuła dziką satysfakcję. No kotku przecież rozumiesz? Byłam chora, antybiotyk, pigułki chyba nie zadziałały, a my wtedy…No pamiętasz, trzy razy…
Złapał ją za rękę. Od razu wyciągnął telefon i zapytał, ile potrzeba na zabieg. Mimo że był ojcem, poza córeczką świata nie widział, kolejne dziecko było problemem do usunięcia. Nieważne jakim kosztem, byle szybkim.

Parsknęła śmiechem i zapytała, czy też ją wyceni, żeby zniknęła. Przecież wszystko załatwiał pieniędzmi. Był dobry w kalkulacjach. Tylko tego sobie kotku nie policzyłeś. Dziecko będzie. Żona najwyżej się dowie. Bądź twardy i ambitny. Weź to na klatę. Romans był. Romansu nie ma, ale ja jestem i dziecko twoje też, przecież rozumiesz.

Wstała tym razem spokojnie, pewna zwycięstwa. Jemu palił się grunt pod nogami. Ona nie miała nic do stracenia. Straciła 5 lat, przyjaciół i swoje życie. Więc trzeba wyrównać rachunki. Nie interesowała jej jego żona ani jej choroba, choć błagał, żeby ją oszczędzić. Proponował duże kwoty, by Malwinę uciszyć, obiecał płacić na dziecko. Ale od razu zapowiedział, że wychowywać to go nie będzie. Potem wycofywał się, obiecywał pomoc i spotkania, byleby tylko żona miała spokój.

Malwina, która do tej pory kolorowała jego nudne i poukładane życie, zaczęła go oplatać niczym bluszcz. Zacieśniała pętlę na jego szyi, dusił się, a ona bez skrupułów wchodziła w jego przestrzeń. Pojawiała się w pracy, na siłowni. Przestała kryć się z mailami, SMS-ami. Kupiła zdjęcia usg, by być wiarygodna. Była jak słodka trucizna, którą skonsumował z wielką przyjemnością, a która zaczęła go niszczyć.

Z ich miłości pozostały zgliszcza, zaczęły się groźby. Bronił się przed Malwiną każdą bronią. Potem przepraszał, wysyłał pieniądze i prezenty dla złagodzenia sprawy.

Nie był jednak świadomy, że Malwina podjęła decyzję. Zatopiona w swojej zemście skupiła się tylko na nim, jakby wierzyła, że kara wróci jej stracone lata.

Żonie powiedziała sama. Zimno, bezwzględnie pokazała zdjęcia, prezenty, przelewy, rozmowy. Osiągnęła swój cel. Żona cierpiała jak i ona, może nawet bardziej nieświadoma tego, czym i kim jej mąż zajmował się przez ostatnie 5 lat. Widząc rozpacz w jej oczach uznała, że misję wykonała. W tydzień zniknęła z ich życia, pozostawiając w nim bałagan już nie do posprzątania. Żona odeszła, rozwód z jego winy, zmiażdżył go ponoć finansowo alimenty, jakich zażądała jako osoba przewlekle chora. On stracił dom, w firmie szacunek i sporo kontaktów, o co Malwina zadbała już osobiście. Wtedy dopiero poczuła spokój. Wyrównała rachunki. Na koniec wysłała mu maila, że ciąży nie było. To był kotku taki test, ja zdałam wszystkie, byłam zawsze obok, ty oblałeś. Nie spodziewałeś się chyba, że zniknę bez wyjaśnień? Oszukałeś mnie, więc w grę wchodził tylko remis kotku 1:1. Bądź twardy i ambitny. Miej klasę. Bierz się z życiem za bary. Tego mnie nauczyłeś, teraz rozumiesz prawda?


Oddycham pełną piersią, chwytam chwile i coraz bardziej lubię siebie. Gdzie tam lubię, kocham! Jestem kobietą

Poli Ann
Poli Ann
8 marca 2019
Fot. iStock / fcscafeine

Jestem kobietą, tak niegdyś śpiewała polska diwa. Oj hicior to był niesamowity! Przyznam bez bicia, że bardzo lubię ten kawałek głównie ze względu na słowa, choć głos Edytki też wymiata.
I tak sobie myślę w związku z naszym kobiecym marcowym świętem, że pan Cygan, który to popełnił tekst owej piosenki, miał do cholewki dużo racji. W głowę zachodzę, skąd facet tak doskonale rozłożył naturę kobiecą na czynniki pierwsze? No chylę czoła. Ba, klękam i biję tym czołem o podłogę, parkiet, panele czy nawet o beton, lub obojętnie o to, co tam mam pod sobą. I to nie jeden raz, a kilka, bo chłopina rację ma! Szacun!

Nie wiem czy to z autopsji czy może miał on tak dobre oko, ucho, intuicję, cokolwiek, ale przyznać mu trzeba, że istotę kobiecości ujął w tym tekście pierwszorzędnie!

No bo Kobitki Kochane spójrzmy na siebie w lusterku i jak już usłyszymy, żeśmy najpiękniejsze w świecie, to zastanówmy się, czy jakiś epitet tej piosenki do nas nie pasuje? Interpretacji tekstu to ja nie chcę tu Moje Drogie uskuteczniać, bom niekompetentna raczej w tej dziedzinie, ale patrzę sobie na lico moje i wszystkich babek dookoła, i widzę wyraźnie, że wypisz wymaluj każda z nas, absolutnie każda, to:
– wulkan, czynny, nieczynny tudzież uśpiony,
– albo burza lub cisza przed nią,
– a czasem rzeka, rwąca, kręta, innym razem leniwa, prosta, łagodna,
– bądź też lodem skuta, chłodem otulona, z błyskawicą w oczach lub ogniem ziejąca istota.

A istota owa może przejawiać jedną z tychże cech, albo ich mieszankę. Nie bójmy się użyć tego słowa, iście wybuchową. No czyż nie mam racji?

Zanim podniesiecie larum to ja Wam powiem w sekrecie Dziewczynki Kochane, żem czasem łagodna i spokojna niczym wiosenny wietrzyk, by po chwili przeobrazić się w porywisty wiatr, tornado, huragan czy tsunami ze łzami. Czy to ważne, że z jakiegoś powodu? A musi być powód? Logiczny na dodatek? Ja się pytam poważnie. Kobietą jestem do cholery, to wszystko tłumaczy!!! Mam ochotę to się śmieję, tańczę, wrzeszczę, warczę, łkam, wybucham lub milknę. Nikt mi nie zabroni.

A jak słyszę, że to hormony to dopiero szlag mnie trafia. No owszem, hormony sobie tam działają, ale ja to ja, a nie mieszanina substancji chemicznych na litość boską!!!

A wiecie co mnie najbardziej wkurza? Jak humor faktycznie do bani, a wybranek mego serca nie odrywając wzroku od telefonu, uroczyście oświadcza, że pewnie okres mam albo mi się zbliża. No Amerykę odkrył Kolumb od siedmiu boleści. Eureka! Owacje na stojąco normalnie!!!

Okres? Ratunku!!! A co to tylko przed lub w trakcie humoru mieć nie mogę, a tydzień po to już mam ćwierkać i piórka prezentować? Ja cię kręcę. No okres to ja mam, określony. Z nim, bo jak mi tak gada i do szewskiej pasji doprowadza, to w cztery litery mam ochotę niezmierną jegomościa kopnąć z tej szpilki mojej czerwonej. A co!!! Bo ja niczego bardziej nie znoszę niż tego jak mi się wmawia, jak ja się czuję. No do jasnej Anielki, same przecież doskonale wiemy, jak się miewamy, prawda kochane moje? A nawet jak nie wiemy, to się za nic w świecie nie przyznamy, skąd nagła chandra albo banan na buzi taki, że gdyby nie uszy, to byśmy się śmiały dookoła głowy. A co, zabronione szczerzyć zęby lub ciskać grzmotami??

Kobieca natura jak widać jest wielce skomplikowana, szalenie barwna i zmienna. Ale zobaczcie, jakże interesująca! Nudzić z babą to się nie da, co to to nie!!!

Jestem kobietą!!!! Śpiewam sobie dzisiaj z turbanem na głowie, maseczką błotną na twarzy, goląc kończyny. I wiecie co? Dobrze mi z tym. Trochę już wiosen mam na karku, chłopa mam, matką zostałam, jakiś bagaż doświadczeń targam ze sobą i dopiero od niedawna czuję się świetnie z tą moją kobiecością. Jestem babką w kwiecie wieku i widzę teraz, jaka ja głupia byłam, że wcześniej tej kobiecości nie doceniałam. Wstydziłam się nawet, kompleksy miałam, prawie w deprechę wpadałam, bo wszystko mi się we mnie nie podobało. No wszystko. A dziś patrzę na siebie, widzę się w lustrze, owszem nie pieję każdego dnia z zachwytu, ale staram się dostrzegać i podkreślać swoje mocne strony. I myślę sobie, no cholera, nie jest ze mną tak źle. Wiedzę jakąś mam i pojęcie o życiu też, i generalnie rzecz ujmując czuję się ze sobą świetnie, choć osiemnastkę obchodziłam lata temu. I uwielbiam w sobie tę złożoną naturę, bawię się nią, mam do niej dystans ogromny. I zaliczam zjazdy nastrojów, by za chwilę wspiąć się na wyżyny z tym bananem na buzi. Rzucam mięsem i prowadzę także filozoficzne dysputy. Latam w dresach, by za chwilę wbić się w kieckę i 10-centymetrowe szpilki, i szaleć na parkiecie do rana. Śmieję się i płaczę, złoszczę i uspokajam.

Faktycznie jestem wulkanem, cichym strumykiem, gwałtowną burzą z piorunami i kolorową tęczą. Jestem ogniem i wodą, aniołem i diabłem wcielonym, kłębkiem nerwów i oazą spokoju. Wszystkim na raz i osobno. I co? I powtórzę się, DOBRZE MI Z TYM !!

Oddycham pełną piersią, chwytam chwile i coraz bardziej lubię siebie. Gdzie tam lubię, kocham! I wcale nie mam zamiaru się zmieniać. Będę sobie taka, jaka jestem. Prawda Dziewczynki? Bądźmy sobie takie, jakie jesteśmy. Czemu mamy na siłę być grzeczniejsze lub bardziej pyskate, spokojniejsze albo przebojowe, chudsze czy grubsze. A po kiego grzyba? A niech sobie rozkwita ta nasza kobiecość jak chce i trwa. Nikomu nic do tego. Na tym polega nasze piękno przecież. Na wyjątkowości, urozmaiceniu, niepowtarzalności i nieprzewidywalności, o jakiej śpiewa nasza diwa.

I co Kobitki Moje Kochane może być coś piękniejszego niż bycie kobietą przez duże K????