Romans jest jak alkohol: czasami po prostu chcesz wyjść i upić się bez względu na konsekwencje

Sziti Mąż
Sziti Mąż
24 kwietnia 2018
Fot. iStock/Pekic
 

Romans. Na samo słowo przyjemny dreszcz przebiega po skórze. Myślę sobie, że romans jest jak alkohol – wymyśla emocje z powietrza. Potrafi stworzyć miraż miłości, może nas odurzyć wyimaginowanym szczęściem. Może dać nam złość i zazdrość tam, gdzie nie powinno w ogóle jej być i poczucie smutku i złamanego serca, kiedy nie ma na to logicznego wytłumaczenia.

Romans jak alkohol – tworzy przerysowany świat emocji i doznań, wyolbrzymia doświadczenia. Sprawia, że jest ci naprawdę dobrze przez większość czasu. Ale później, gdy wytrzeźwiejesz, czujesz się fatalnie – to ceną jaką należy zapłacić.

Romans jest jak alkohol, bo odurza nas i przekonuje, że to, co przeżywamy, jest jedynym prawdziwym uczuciem, jest jedyną rzeczą, która ma dla nas znaczenie. Tak się dzieje zwłaszcza, gdy jesteśmy młodzi. Jednak z upływem lat zdobywamy więcej doświadczenia, uczymy się, że należy coraz mniej ufać tym uczuciom, bo one przychodzą i odchodzą tak jak wszystko inne. Zachowujemy trochę dystansu, jesteśmy ostrożniejsi, bo świadomi, że wszystko, co ma swój początek, ma także i koniec.

Romans jak alkohol – może stać się uzależnieniem. Gdy nie potrafimy zapanować nad emocjami, pochłania nas, niszczy dotychczasowe życie, psuje relacje z tymi, którzy są nam najbliżsi. Mimo to są wśród nas ci, którzy nie mają go dość, mimo ceny, którą przychodzi im zapłacić. Szukają romansu w najmniej odpowiednich miejscach – spotykają się z byłymi, flirtują z dużo młodszą koleżanką z pracy, żoną przyjaciela. Będą kłamać, oszukiwać, kraść i krzywdzić innych tylko po to, żeby jeszcze raz doświadczyć uczuć, które niesie romans. Oni zawsze znajdą usprawiedliwienie dla swojego zachowania.

Romans jest jak alkohol, więc jeśli już się na niego decydujesz, upewnij się, że to ty go używasz, a nie że on używa ciebie. Tutaj umiar jest kluczem. Czasami trzeba wstrzyknąć sobie małą dawkę, aby dodać trochę radości do swojego miłosnego życia, czasami po to, by naoliwić koła starego i przesiąkniętego rutyną związku. Czasami potrzebujesz go, by intensywniej odczuwać ważne momenty życia. Ale pamiętaj, by nigdy się w nim nie zatracić.

Romans jest jak alkohol. Żaden nie jest zdrowy, gdy używa się go w nadmiarze. Z drugiej strony „trochę” jest lepsze niż nic.

Romans jest jak alkohol, bo jeśli odmówisz wzięcia w nim udziału, prawdopodobnie będziesz się nudzić na imprezach.

Romans jest jak alkohol, ponieważ zniekształca czas. Kilka sekund może wydawać się wiecznością, podczas gdy cały weekend może minąć w mgnieniu oka, a ty nie będziesz potrafił ogarnąć, co się tak naprawdę stało.

Romans jest jak alkohol: sprawia, że masz ogromną ochotę na seks. Czasami tak wielką, że idziesz do łóżka z kimś, z kim prawdopodobnie nigdy nie powinieneś się tam znaleźć.

Romans odurza jak alkohol. Czasami cały ten drobny dramat z nim związany – kłótnie, trzaskanie drzwiami, nieodebrane telefony, rozłączone połączenia, nieobecność zachwycają nas jak najpiękniejsze widoki.

Romans jest jak alkohol, ponieważ czasami potrzebujemy go, by wydostać się na zewnątrz nas samych, poczuć, żyć, oddychać i pozwolić być z innymi. To chemiczne narzędzie do pokonania naszej własnej błędnej psychologii. Ewolucyjna sztuczka do wiązania kultur i społeczeństw, które nas tworzą.

Kiedy byłem młody, nie wierzyłem w romans. Traktowałem go jak wiarę w Świętego Mikołaja lub wróżkę Zębuszkę – słodki sentymentalizm, który trochę mamił nasze umysły bajkowymi opowieściami.

Kiedy brałem ślub moja ignorancja na temat romansu była tak wielka, że dawała mi pewność, że romans się nie przytrafia, kiedy jesteś w w stałym związku z kochającą cię kobietą. Nigdy nie pochyliłem się nad nim próbując go zrozumieć, więc stałem się zupełnie bezbronny, gdy się pojawił. To mnie w żaden sposób nie usprawiedliwia, tylko pokazuje brak pokory wobec tego, co może się nam przytrafić. Jak z alkoholem – z czasem poznajesz swoje granice upojenia. Jednego dnia decydujesz się na jazdę bez trzymanki i imprezę, podczas której brak ograniczeń. Innym razem zachowujesz umiar, dawkujesz sobie emocje mając „pod wpływem” większą wyrazistość tego, co się dzieje.

Teraz, kiedy trochę dorosłem i dojrzałem, kiedy życie mnie doświadczyło, nauczyłem się trzymać alkohol i swoje emocje w ryzach. Nauczyłem się, że to, co jest dobre, nie zawsze jest takim naprawdę i to, że czegoś chcę, nie oznacza, że powinienem to mieć. To, że mówimy, że się kochamy, wcale nie świadczy o tym, że wiemy, czym jest miłość. Emocje mogą nas zranić i mogą nam pomóc. Mogą uczynić nas lepszymi, ale mogą też sprawić, że będziemy gorsi. Mogą być używane dla dobra i dla zła. Są naszym uzupełnieniem, nie definiują tego, kim jesteśmy.

Zrozumiałem, że ode mnie zależy, czy będę panował nad swoimi emocjami. Dzisiaj wiem, że z romansem jest jak alkoholem – możemy z niego korzystać, ale zawsze odpowiedzialnie. On może sprawić, że moje życie będzie dla mnie lepsze, ale muszę liczyć się z konsekwencjami.

Cóż, ale romans jest jak alkohol: czasami po prostu chcesz wyjść i upić się.


Moja żona odeszła, bo nic nie byłem wart w naszym małżeństwie. Zrozumiałem to po latach, kiedy było już za późno…

Sziti Mąż
Sziti Mąż
19 czerwca 2018
Fot. iStock/PeopleImages
 

– Stary, mogę wpaść? – Zadzwonił.

– Jasne, dawaj.

Po kilkunastu minutach rozległo się pukanie do drzwi. Wyglądał jak zbity pies. Mój przyjaciel, który zawsze tryskał energią, tym razem mruknął tylko zdawkowe „Mogę?” i wszedł. Postawił flaszkę na stole i raczej tępym wzrokiem gapił się w ścianę. Nie wiedziałem, czy pytać, co się stało, czy poczekać, aż sam zacznie mówić.

– Odeszła – wydukał.

– Co odeszła?

– Nie co, tylko kto! – ożywił się na chwilę. – Beata, spakowała się, wyprowadziła, zabrała dzieci.

Zatkało mnie na chwilę. W głowie przesunęły się obrazy, kiedy widywałem ich razem – ona zawsze zajęta dzieciakami, on pijący z nami i dobrze się bawiący. Taki porządek. Ale nigdy nie słyszałem, żeby któreś narzekało. Jesteśmy kumplami od lat, ale nie mówił, że coś między nimi jest nie tak.

A później zaczął opowiadać tę ich historię, którą słyszałem już zdecydowanie zbyt wiele razy. Że on nie wiedział, że coś jest nie tak, że ona nie dawała mu żadnych sygnałów, że jak mogła tak po prostu odejść, że na bank kogoś ma, że on nie ma pojęcia, co się stało.

No dobra, jestem po rozwodzie już dobrych kilka lat. Kiedy moja żona oznajmiła mi, że odchodzi, byłem dokładnie w tym samym stanie. Siedziałem, gapiłem się w ścianę, a w głowie rozbrzmiewały te same myśli. Za chwilę zacznie się wściekać, krzyczeć, że to pie*doli, że zmarnowała mu najlepsze lata życia, że przecież on harował na tę rodzinę, wszystko z siebie dawał, że ona niewdzięczna, że w dupie się jej poprzewracało. Miałem dokładnie tak samo. Tyle w sobie złości, żalu, że przez długi czas nie chciałem widzieć winy w sobie. Ona – moja żona była wszystkiemu winna, tak uważałem. Bo przecież jak mogła mnie zostawić? Mnie? Który ją kochał, który był w stanie wszystko dla niej zrobić, który się poświęcał dla tej rodziny? Nie dawało mi to spokoju, chciałem wiedzieć, co ze mną było nie tak, że ona jednak odeszła. O nie – na początku chciałem znaleźć wszystkie najdrobniejsze szczegóły, żeby to ją obarczyć winą za rozpad naszego małżeństwa. Zacząłem rozmawiać z kobietami – przyjaciółkami, koleżankami z pracy, znajomymi, panią z warzywniaka, obcymi poznanymi na różnych imprezach. Mówiłem: „Żona mnie zostawiła. Nie rozumiem dlaczego. Miała wszystko – dom, samochód, wakacje, dzieci, moją miłość, a jednak mnie zostawiła mówiąc, że to moja wina. Rozumiesz? Moja wina, kiedy to ja dawałem tej rodzinie wszystko, co mogłem!”. I wiecie, co usłyszałem?

Kiedy ostatni raz powiedziałeś, że ją kochasz?

Kiedy zabrałeś dzieci z domu mówiąc: „Odpocznij, kochanie”.

Kiedy ugotowałeś dla niej i dzieci obiad nie oczekując podziękowań i zachwytów?

Kiedy zabrałeś ją na kolację?

Kiedy wyszedłeś z nią do kina?

Kiedy kupiłeś jej kwiaty, książkę, biżuterię – ot tak, bez okazji?

Kiedy ostatni raz zaskoczyłeś ją prezentem tylko dla niej, a nie czymś praktycznym do domu?

Kiedy powiedziałeś jej, że cudownie wygląda?

Kiedy powiedziałeś jej, że pożądasz jej tak, jak pierwszego dnia, gdy się poznaliście?

Kiedy powiedziałeś jej, że jest piękna?

Kiedy zabrałeś ją na wspólny weekend, zorganizowałeś wszystko, łącznie z opieką nad dziećmi?

Kiedy zaplanowałeś wspólne wakacje?

Kiedy powiedziałeś, że jesteś z niej dumny?

Kiedy złapałeś ją za rękę podczas wspólnego spaceru?

Kiedy wysprzątałeś całe mieszkanie robiąc jej niespodziankę?

Kiedy podziękowałeś jej za to, że jest?

Kiedy powiedziałeś, że cieszysz się, że masz z nią dzieci i że jesteś dumny, że są do niej podobne?

Kiedy wymasowałeś jej stopy?

Kiedy pozwoliłeś wybrać jej wieczorem film i choć to był łzawy dramat obejrzałeś go razem z nią?

Kiedy przykryłeś ją kocem, gdy popołudniu zasnęła na kanapie i zabrałeś dzieci, żeby jej nie przeszkadzały?

Wiesz, jakie ciasto lubi najbardziej?

Wymienisz jej ulubione kolory?

Co ostatnio czytała/oglądała?

Jaki ma kolor płaszcza?

Jak wygląda jej ulubiona sukienka?

O co pokłóciła się ostatnio z koleżanką z pracy?

Jak się nazywa jej ulubiony aktor?

O czym marzyła?

Dzisiaj te pytania nieustannie rozbrzmiewają mi w głowie. Na początku się obrażałem, wściekałem, pytałem: „A co to? Przesłuchanie? Jakie to ma znaczenie?”. Ale z czasem zaczął do mnie docierać sens tych słów. Zacząłem rozumieć, że to ja nawaliłem. Miałem żonę. Byłem przekonany, że będzie ze mną do końca, bo mnie kocha. Bo ja kocham ją. Jednak im dłużej byliśmy razem, tym bardziej się do niej przyzwyczajałem, jak do nieodłącznej części naszego mieszkania. Była. I miała być zawsze. Bez moich starań, bez moich o nią zabiegań. Dawałem jej to, co materialne, sam będąc nieobecny w jej życiu.

Rozpłakałem się jak dziecko, kiedy po kilku latach, podczas jednej z naszych rozmów a propos dzieci spytałem ją: „Wiesz, jakie ciasto lubię najbardziej?”, a ona odpowiedziała bez zawahania, jak na to, jaki jest mój ulubiony kolor, wymieniła też moje trzy ulubione filmy. Śmiejąc się pytała, czy to jakiś quiz. Byliśmy małżeństwem przez 14 lat, przez cholerne 14 lat nie zauważyłem, co lubi jeść moja żona, w jakim kolorze ma sukienki, czy woli długie czy krótkie kolczyki. A ona – cztery lata po naszym rozwodzie nadal tak wiele o mnie wiedziała… To wtedy zrozumiałem… To wtedy do mnie dotarło, że nic nie byłem wart w tym małżeństwie, że sam doprowadziłem do tego, że ona odeszła, choć mnie kochała, ale nie była w stanie trwać w samotności przy mnie. Bo była samotna, nawet gdy ja siedziałem obok niej nie zauważając jej smutnych oczy, nie słysząc jak mówi, że jej mnie brakuje… że nas już nie ma…, że nie ma siły nieustannie się starać.

Spojrzałem na swojego przyjaciela. Nie wiem, czy ma szansę odzyskać swoją żone, ale jeśli kocha, niech spróbuje. Jeśli ona nadal kocha jego. Tylko najpierw on musi zobaczyć winę także po swojej stronie, a nie tylko po jej.


Rusz dupę i przestań się zastanawiać, jak twoja żona czy mąż cię unieszczęśliwia i ogranicza. Zrób coś w końcu dla siebie

Sziti Mąż
Sziti Mąż
9 kwietnia 2018
Fot. istock/skynesher

Niedaleko mnie mieszkała para staruszków. Co niedzielę szli do kościoła na tę samą godzinę. On w płaszczu, ona w kapelusiku, eleganccy, trzymali się zawsze za ręce. Widziałem, jak kiedyś on zrywał jej kwiaty z miejskiego klombu, a ona się śmiała i mówiła, że wariat. Piękni byli. Piękna musiała być ich miłość, skoro zaprowadziła ich aż tutaj.

A później ona umarła. Jego znaleziono w dniu pogrzebu, przy stole, na którym stały dwie filiżanki zaparzonej kawy. Nie żył. Odszedł zaraz za nią.

Człowiek rzadko kiedy może żyć bez drugiego człowieka. Zwłaszcza, gdy tak bardzo kochał.

Ale przecież dla niektórych po stracie życie toczy się dalej. Choć już nigdy nic nie będzie takie same.

Kiedy wymawiasz słowa przysięgi małżeńskiej, zakładasz obrączkę, twoja dusza łączy się z drugą osobą. Każda sekunda życia przestaje być już tylko twoją własnością. Część ciebie odciska swoją obecność w jej życiu, a ona w twoim. Tak to się dzieje.

Twoje życie nagle staje się nieskończenie ważniejsze niż wcześniej, bo teraz ty stajesz się odpowiedzialny nie tylko za swoje, ale też za czyjeś życie.

Pamiętaj – nie próbuj naprawiać swojego małżeństwa. Zobacz, przed każdym lotem dostajesz instrukcję bezpieczeństwa. Gdyby coś się działo, rodzice, którzy lecą z dziećmi, mają najpierw sobie założyć maskę tlenową, dopiero później dziecku, prawda?

Jest to sprzeczne z naszym instynktem, zawsze w pierwszej kolejności chcemy chronić dzieci. Im zapewni bezpieczeństwo. Ich dobro będzie dla nas zawsze najważniejsze.

Tak właściwie to przez całe życie uczymy się stawiać potrzeby innych ponad nasze. Rodzice, przyjaciele, koledzy z pracy – zawsze ktoś jest ważniejszy od nas samych.

Fakt, że z czasem niektórzy uczą się zdrowego egoizmu, mają odwagę zrobić coś w końcu dla siebie i w zgodzie ze sobą.

Prawda jest jednak taka, że jeśli nie potrafisz być dobry dla siebie i sam o siebie zadbać, to nie możesz być dobry dla kogoś innego. Jeśli nie masz na twarzy maski tlenowej, to jak uratujesz swoje dziecko, o które najpierw się zatroszczyłeś?

Zdradzę ci pewną tajemnicę. Jeśli nie potrafisz być prawdziwy, autentyczny, najlepszy w swoim małżeństwie, to ten związek na pewno się nie uda. Z góry jest skazany na porażkę.

Znacie tę śpiewkę: „To nie ja, to ty”, „To nie ja, to ona”. Zawsze ktoś musi być winny, zwłaszcza, gdy nieciekawie zaczyna się dziać w małżeństwie. „Ona była zupełnie inną kobietą kiedyś” – stary, wiesz ile razy ja to mówiłem? Ty też powtarzasz tę bzdurę? I pewnie ona tak myśli o tobie – że to nie ten sam chłopak, że obcy człowiek, że nie da się z tobą wytrzymać. Zdziwiony? Spytaj żony, może odważy się powiedzieć ci prawdę, która dla nikogo nie jest łatwa.

Dwoje smutnych, sfrustrowanych ludzi. Siedziałem z moją żoną na kanapie głupio gapiąc się w telewizor. Nie zamieniliśmy ze sobą słowa. Każde naburmuszone wykrzykując niemo setki pretensji i żalów, nigdy niewypowiedzianych głośno.

I jak ci dwoje, którzy czują się niekochani, niepotrzebni, wykorzystani, mają ze sobą współpracować naprawiając swoje małżeństwo?

Ja tak próbowałem z moją żoną. Nie było szans, żeby się udało, dlatego uważam, że ratowanie małżeństwa nie zaczyna się od próby współpracy, tylko od zadbania w końcu o siebie, o to co ja chcę.

Widziałem pary w trakcie terapii. To było straszne – nieustanne skakanie sobie do gardła i z jednej strony udowodnienie, kto jest lepszy, a z drugiej kto winny temu, że znaleźli się w gabinecie na kozetce.

Ona: „To wszystko przez niego, nic go nie obchodzę, przez niego czuję się beznadziejnie!”.

On: „Co jeszcze muszę zrobić, żeby ona w końcu była zadowolona?!?”.

Znacie ten schemat. Jedno chce zadowolić drugie, drugie próbuje to pierwsze i nikt nie myśli o sobie. Nikt nie pomyśli: „Co ja mogę zrobić dla siebie, żeby poczuć się lepiej”. Moja żona była wszystkiemu winna. Nawet temu, że po praniu ginęły mi skarpetki. Myślę, że o mnie myślała podobnie.

Więc może rusz dupę i przestań się zastanawiać, jak twoja żona czy mąż cię unieszczęśliwia i ogranicza. Jak sprawia, że twoje życie jest nieszczęśliwe.

Weź pomyśl, co możesz zmienić w sobie, żeby pokonać tę przepaść, która dzisiaj was dzieli. Jakby każde z was skupiło się w końcu na sobie, pobyło samolubnym starając się być jak najlepszym, to może łatwiej by było dawać i kochać bezinteresownie.

Jakiś czas temu przeczytałem, że może miłość to przepaść między dwojgiem ludzi, która jest nie do pokonania, choć my cały czas próbujemy ją przeskoczyć.


https://medicaments-24.com

камагра для потенции лекарство

militarycenter.com.ua