Samotność długodystansowca… Matka, Polka, opiekunka swojego mężczyny

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
18 sierpnia 2016
Samotność długodystansowca... Matka, Polka, opiekunka swojego mężczyny
Fot. iStock/PeopleImages
 

W polskich kobietach, niezależnie od ich wykształcenia, czy sytuacji materialnej ciągle jeszcze tkwi przeświadczenie, że są za zachowanie swoich partnerów odpowiedzialne, a nawet, że powinny ich w wielu sytuacjach wyręczać. A polscy mężczyźni to ciągle jeszcze dużo bardziej bezkarni i wolni chłopcy niż mężowie i ojcowie. Wychowywani  i  żyjący w poczuciu, że wolno im więcej i że ONA (matka, partnerka, żona) i tak się wszystkim zajmie, wszystko „ogarnie”, czasem nie dorastają nigdy, ale rzadko kiedy zostają sami. Jakimś cudem zawsze znajdzie się dla nich jakaś „opiekunka”.

Siedzą przy wąskim drewnianym stoliku, w ciemnym kącie knajpki w górskim kurorcie. Są na wakacjach, może nawet pierwszych wspólnych, z dzieckiem. On z miną obojętną, i pustym wyrazem niebieskich oczu w spuchniętej, zaróżowionej twarzy. Niespiesznie sączy piwo z wysokiej szklanki. Ona, drobna, chuda wręcz blondynka, tuli do siebie roczną dziewczynkę. Najlepsze, złote kolczyki i świeżo farbowane włosy zdradzają jak ważny dla niej ten wspólny czas.  – Weź na chwilę małą, ciężko już mi – mówi do niego prosząco. – Nie, bo się będzie darła – odparowuje on. – Lepiej już sama ją trzymaj. Z resztą, ja jestem na urlopie.

Więc chwilę potem ona z pomocą innej, obcej kobiety układa małą w spacerówce, a on gapi się w ekran telefonu.

Może i nawet chciałby pomóc, chciałby coś zrobić. Przez chwilę z wyrazem podobnym do zakłopotania patrzy na żonę i dziecko. Ale nie umie. Przecież nigdy tego nie robił. Nigdy nie został sam na sam ze swoją córką. Tak samo jak nigdy nie był specjalnie czuły, ani wylewny dla swojej żony. Spotkali się, a może znali od zawsze, pobrali, urodziło im się dziecko. Ale emocje i troskę widać dziś tylko na jej twarzy.

Kiedy kelnerka przynosi obiad, on niezdarnie wytrąca jej z tacy półmisek. Blondynka zrywa się natychmiast i zbiera resztki sałatki warzywnej z podłogi i koszuli męża.

– Daj spokój, nie rób cyrku – krzyczy on – oni po to są, płacę za obsługę.

Prosi o kolejne piwo, a chuda blondynka cichnie i blednie. Długo szepce coś mężowi do ucha. – Dopiero jedno wypiłem – odpowiada jej on głośno i bez skrępowania. W oczach blondynki szklą się łzy. Mimo woli posyłam jej współczujące spojrzenie. To błąd – dla niej nie ma chyba nic bardziej upokarzającego niż ludzkie współczucie. Przecież wszystko jest jak trzeba. Jest mąż, są dzieci i wakacje w górskim kurorcie. Jest plastikowa ciupaga przy wózku i opalenizna.

Tylko to poczucie gdzieś w środku, że to wszystko nie tak miało być. I wstyd i zmieszanie, gdy po trzecim piwie mąż zaczyna w końcu interesować się śpiącą córeczką, a po czwartym rozprawia na głos o  rodzinnych problemach.

Kilka godzin później, inna ona i inny on na popularnym deptaku w centrum miasta. Modne, sportowe ubrania, uroda jak z reklamy. Piękni trzydziestoletni, stoją w kolejce na wystawę figur woskowych. Nagle on podnosi głos na innego kolejkowicza, który spokojnie tłumaczy, że „zajął” sobie miejsce, bo nie może  tak długo stać. Trzydziestoletni wydyma usta, jest poirytowany. Nie lubi czekać i nie jest przyzwyczajony do czekania. Obrażony wytrąca z ręki oniemiałemu starszemu panu pamiątkowa kulę ze szkła i odchodzi, rzucając w stronę swojej dziewczyny:  Jeśli nie jesteś po mojej stronie, to nie wracaj do hotelu. Czar pryska, nie pomaga już nawet biel wybielonych zębów na tle opalonej na brąz, przystojnej twarzy. To zdecydowanie jest typ bad boya. I grymas kapryśnego potworka.  „Uciekaj” – chciałoby się krzyknąć towarzyszącej mu brunetce o sarnich, łagodnych oczach. Ale ona nie ucieknie. Ona już wzięła na siebie odpowiedzialność za niego. Tłumaczy, uspokaja, próbuje złapać go za rękę. Na próżno.

– Bardzo pana przepraszam – mówi zaróżowiona od wstydu do starszego pana. – Zwrócę panu pieniądze za tę pamiątkę. Proszę powiedzieć ile. – Niech już pani da spokój – odpowiada starszy pan.  To nie pani wina…

Ale młoda brunetka, tak jak i drobna blondynka z córeczką w wózku, czuje się winna. Bo może za mało się starały, za mało były czujne, nie zauważyły w porę jego zniecierpliwienia, złego nastroju, zmęczenia.  Teraz chcą rodziny jak z obrazka, albo choćby takiej jak w ukochanym serialu. Żeby on, na te dwa tygodnie, albo na kilka dni zamienił się w kogoś kim nigdy nie był, bo nikt nie pokazał mu jak to zrobić. Czy to jest w ogóle możliwe?

Pewnie tak, jeśli on znajdzie w sobie siłę i motywację do zmian, a ona przestanie mu bezkrytycznie matkować. Póki co, taki układ trwa. Bo tak jest (jemu) wygodniej.


Klub hipochondryków, czyli mężczyźni nie chorują, oni walczą o życie

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
28 sierpnia 2016
Fot. iStock/Antonio_Diaz
 

„To” zjawia się w najmniej oczekiwanym momencie. Jeszcze przed chwilą był przecież całkiem zdrowy, jeszcze wczoraj wieczorem grał w piłkę z waszym synem, albo świetnie się z tobą bawił na spotkaniu ze znajomymi. W nocy przychodzą pierwsze objawy. Kręci się niespokojnie w łóżku, pochrząkuje i pokasłuje. Rano umiera. Wiesz już, że nadchodzą ciężkie dni. Twój facet złapał katar.

Wstanie, wejdzie do łazienki, przed lustrem pomaca sobie węzły chłonne, wywali język i sam oceni kolor swojego gardła. Z pewnością poprosi cię o jakąś opinię w kwestii swojego stanu zdrowia, ale nie wiadomo po co. On i tak wie i widzi lepiej. Węzły są powiększone, gardło czerwone (twoim zdaniem czyste, ale ty jesteś złośliwa, albo nieczuła). – Podaj mi termometr – mówi głosem umierającego łabędzia. Chociaż doskonale wie, gdzie jest termometr, od teraz potrzebuje asysty. Po chwili słyszysz okrzyk tryumfu: 36,9. I na pewno rośnie. Urośnie niestety tylko do 37,2. Ale nie szkodzi, „jak na niego, to przecież bardzo wysoka temperatura, bo normalnie to on ma 36,4”. Nie śmiej się. To na poważnie przecież. Czy ty naprawdę nie potrafisz mu współczuć?!

Podczas gdy ty szykujesz się do pracy (odpowiadając co chwila na pytanie „gdzie jest – paczka chusteczek, kropelki do nosa, lepsza poduszka?”), on albo zalega w waszej sypialni wijąc sobie relaksujące gniazdko, albo biegnie do przychodni wydębić zwolnienie z pracy. Tam, grając paskudnie na emocjach czułej pani doktor (zazwyczaj takiej w wieku jego matki, te młodsze mają mniej empatii) uzyska może ze trzy dni wolnego i uczepi się jak rzep słów: Proszę się porządnie wyleżeć, takie przeziębienia biorą się z przemęczenia.

Taki jestem…

Znam jednego takiego, co do perfekcji opracował spektakl: „jestem taki chory, a muszę chodzić do pracy, żeby utrzymać rodzinę, bardzo chciałbym być dla nich zdrowy, proszę dać mi coś co szybko postawi mnie na nogi”. Zawsze działa. A jeszcze można usłyszeć wzruszone: „No wie pan, skąd się biorą tacy odpowiedzialni mężczyźni?”. To bezcenne.

Męska hipochondria szczególnie mocno uderza w kobiety, bo dotknięci tym problemem panowie wymagają od swoich pań pełnego zaangażowania w opiekę i ciągłego zainteresowania ich stanem zdrowia (a raczej choroby).

Kiedy wrócisz z pracy i zapytasz (uważaj na te swoje kpiące miny) go z czułością jak się czuje, słabym głosem odpowie ci „bez zmian”.  Albo „gorzej”. Szybko pozbieraj porozstawiane wszędzie kubki po herbacie z miodem i cytryną. Przyzwyczaj się do myśli, że wasza sypialnia zamieniła się w szpital, aptekę i salon gier jednocześnie (choroba nie przeszkodzi w instalacji nowych aplikacji na telefonie). Idź po dodatkowe paczki chusteczek („tylko kup te miękkie, z balsamem, bo mam delikatna skórę i zaraz się zrobi czerwona”). Nie licz teraz na jakąkolwiek pomoc z jego strony. Tak, jest w domu. Ale przecież CHORUJE! I to legalnie. Dostał najprawdziwsze zwolnienie!

Po trzech dniach tego cyrku (i wizytach lub telefonach zaniepokojonej teściowej, która koniecznie chce przyjechać z rosołkiem) następuje cudowne ozdrowienie. Nawet jeśli jeszcze jakiś lekki katar pozostał, to on sobie już odpoczął i spieszy do pracy. Ty, łącząc obowiązki zawodowe z domowymi i opieką nad przeziębionym facetem jesteś tak wykończona, że potrzebujesz sanatorium.

Krew, krew mi leci!

Nigdy nie zapomnę, kiedy moja najlepsza przyjaciółka wiozła, będąc w ósmym miesiącu ciąży, swojego męża do szpitala. Biedak zaciął się dość niefortunnie w palec, tak, że wymagał profesjonalnego opatrunku. Wesoła, nieco starsza pielęgniarka oznajmiła mu na wstępie : „Pan się tak nie cacka, widziałam gorsze rzeczy.”. Obraził się. Przecież krew mu leciała! Ale ona nieubłaganie kpiła z niego dalej i bandażując palec dopytawała „Będzie pan rodził?”, oceniajac jego predyzypozycje do rodzinnego porodu fachowym okiem. Następnie zaczęła go ze szczegółami instruować, co powinien zrobić w razie gdyby żona nie zdążyła do szpitala i było już widać  główkę.  Zanim skończyła, leżał zemdlony na kozetce. Wykończyly go nerwy, upływ krwi i własna wyobraźnia.  Kiedy przerażona żona próbowała go ocucić, pielęgniarka objęła ją uspokajająco, –  Pani go jeszcze  na chwilę zostawi – powiedziała. – Proszę sobie wykorzytać ten moment i odpocząć. Przecież on z tym palcem to już w niczym pani do samego rozwiązania nie pomoże. Dla niego, to jakby był bez obu rąk.

Oczywiście, miała rację.

Mężczyni nie chorują. Oni walczą o życie. Pamiętajcie o tym, drogie panie, jeśli macie w domu taki oto właśnie, kruchy męski egzemplarz. I zaopatrzcie wasze domowe w apteczki w meliskę. Nie, nie dla niego. Dla siebie.


Świetnie wyglądasz, masz kogoś? Nie, właśnie się rozwodzę

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
22 lipca 2016
Świetnie wyglądasz, masz kogoś? Nie, właśnie się rozwodzę
Fot. iStock / Martin Dimitrov

–  Ty to chyba kogoś masz – powiedziała moja znajoma do naszej wspólnej koleżanki Tosi. Tosia pół roku temu odeszła od męża i czasu wolnego, który mogłaby poświęcić na poszukiwania nowego partnera aktualnie nie posiada. Ochoty raczej też nie. – Hę? – rzuciła więc niezbyt mądrze, bardzo zdziwionym tonem. – No, bo świetnie wyglądasz. Wręcz podejrzanie dobrze. Jakbyś się zakochała – usłyszałyśmy w odpowiedzi. No jasne, samotna kobieta z dwójką dzieci nie ma prawa wyglądać dobrze bez tak ważnego powodu jakim jest nowy mężczyzna w jej życiu. Generalnie odnoszę wrażenie, że podświadomie, dobry wygląd to my zawdzięczamy jedynie facetom. I wcale nie mam tu na myśli różnych wybitnych specjalistów od medycyny estetycznej.

A przecież w przypadku Tosi było zupełnie odwrotnie. Jeszcze kilka miesięcy temu, zanim wyprowadziła się z domu i kiedy nie wiedziałyśmy o jej problemach z mężem, podejrzewałyśmy u niej ciężką anemię, lub inną poważną chorobę. Tosia chudła, bladła w oczach. Do pracy przychodziła z podkrążonymi, zapuchniętymi od płaczu powiekami, aż któregoś dnia powiedziała, że zabiera dzieci i odchodzi od męża, który znalazł sobie bliższą znajomą. A znalazł ją oczywiście z winy Tosi, która „nie zauważyła, że jego potrzeby się zmieniają i że ona – żona mogłaby o siebie zadbać, tu i tam podnieść, bo po karmieniu opadło, byle nie za jego pieniądze”.

Tosia zagrała w otwarte karty stawiając sprawę jasno: ona i rodzina albo kochanka. Żadne „potrzebuję czasu” nie wchodziło w grę. Kiedy jasne stało się, że mąż z kochanki nie zrezygnuje, spakowała siebie i dwuletnie bliźniaczki w trzy walizki i wyprowadziła się do mieszkania po babci. Mieszkania, które delikatnie mówiąc wymagało choćby odświeżenia.

Ważyła wtedy dokładnie 47 kg, a jej skóra miała odcień papieru w kserokopiarce. Gdzieniegdzie przebijały tylko cienkie, niebieskie żyłki. Wszystkie przeżycia odcisnęły piętno na jej delikatnej urodzie. Nawet zmarszczki, te od śmiechu, wokół ust ustąpiły miejsca tym od robienia „podkówki”. Nawet włosy, wcześniej lekko zawinięte na końcach, teraz zwisały smętnie dopełniając tego smutnego obrazu. Żal ściskał od patrzenia na Tosię.

I wydawało się, że dopiero teraz zrobi się naprawdę ciężko. Sama, z dwójką dzieci i olbrzymim mieszkaniem, które trzeba było dostosować do potrzeb energicznych bliźniaczek, mogąca jedynie liczyć na sporadyczną pomoc swojej, ciągle pracującej mamy. Jak tu znaleźć czas, żeby o siebie zadbać? Okazało się jednak, że (w miarę) pusta od smutków głowa i spokój (od awantur i wyrzutów) w domu, to już jakaś gwarancja lepszej organizacji. Z czasem i z pomocą mamy, udało się wygospodarować dwie godziny w tygodniu na fitness, który dodał Tosi energii życiowej i przywrócił jej dawną, spontaniczną radość. Smutek i żal zaczęła wypacać tam, na siłowni, ćwicząc i plotkując w gronie fajnych, roześmianych dziewczyn, z których niejedna miała podobne problemy.

Potem była wizyta u fryzjera i Tosia pożegnała swoje długie, czarne włosy na rzecz rudej, młodzieżowej i zadziornej fryzurki z głęboką grzywką. To był strzał w dziesiątkę. „Odkryłem w pani nowe piękno – powiedział zadowolony pan Grześ, z dumą wręczając Tosi lusterko. To był ten moment. Tosine oczy rozbłysły. Zobaczyły młodą, bardzo ładną kobietę, której nie potrafił już dostrzec w niej jej mąż. A przecież tak naprawdę zawsze taka była: pełna ciepła, łagodności, delikatna, dziewczęca. Piękna.

Tylko, że kiedy myśli zaprząta złość i smutek, kiedy głowa zajęta cierpieniem i krzywdą, kiedy mężczyzna, którego kochasz odchodzi do innej, młodszej i „bardziej atrakcyjnej”, jakoś tak nie wiadomo dlaczego widzisz się brzydszą niż jesteś. I nawet sama obecność tego, który tak zawiódł i zranił, nie motywują do zrobienia czegoś dla siebie.

Mąż Tosi również docenił „nowy wygląd”. Pokalkulował, policzył, wyszło mu, że ze starą, ale dobrze wyglądającą żoną, bez rozwodu i alimentów łatwiej mu będzie niż z wymagającą ciągle pewnych zabiegów finansowych (ma się ten gest) kochanką i wysokimi alimentami. Teraz chce wrócić. A Tosia się zastanawia. I nie dlatego, że kalkuluje, ale dlatego, że ciągle kocha. Nie do końca wierzy jednak w trwałość tego nowego strumienia gorących uczuć.

Wieczorem rozmawiam z Tosią przez telefon.  – Wiesz – mówi ona– dobrze mi ze sobą, taki spokój mam w duszy. I nawet, lubię siebie w lustrze. A przy nim, nie lubiłam. To chyba znaczy, że powinnam zostać tu, gdzie jestem.


https://medicaments-24.net

Наш популярный веб сайт со статьями про Становер https://danabol-in.com
У нашей компании классный блог , он рассказывает про www.ailavita.com.ua.