Samotność jest fajna, ale na chwilę… 5 konsekwencji bycia samotnym

Agnieszka Sierotnik
Agnieszka Sierotnik
29 sierpnia 2016
fot. iStock/pixdeluxe
fot. iStock/pixdeluxe
 

Samotność jest fajna. Na chwilę i to nie za długą. Nawet najbardziej zagorzały introwertyk po kilku dniach spędzonych w swoim własnym towarzystwie, między książkami, potrzebuje rozmowy z drugim człowiekiem. Bo tak to już z nami ludźmi jest, że jesteśmy istotami społecznymi. Potrzebujemy do życia kontaktu ze światem zewnętrznym. Dla swojego własnego dobra, zdrowia także. Nie chodzi mi tutaj o szybki pomysł, że musisz do kogoś zadzwonić. Chodzi o wyjście z izolacji. Bo samotność to naprawdę toksyczne uczucie.

1. Silniejszy stres

Naukowcy z University of Chicago przeprowadzili badania, których wyniki powinny być dla nas przestrogą. Organizm samotnych potęguje poziom stresu. W naszym organizmie za stres odpowiada kortyzol. Hormon, który reguluje poczucie stresu i niejako za niego odpowiada. U samotników jest on o wiele wyższy. Najlepiej widać to przy badaniu porannego poziomu kortyzolu. Jest on naprawdę wysoki, choć rano powinniśmy budzić się zrelaksowani. Dzielenie stresu z kimś jeszcze dobrze wpływa na nasze zdrowie. Być może właśnie dlatego ludzie w szczęśliwych małżeństwach żyją dłużej. Pozornie stres to tylko uczucie, ale tak naprawdę ma ogromny wpływ na cały nas organizm.

2. Słabsze zdrowie 

Kortyzol nie jest wcale sprzymierzeńcem naszego organizmu. Tak na dobrą sprawę, może powodować wiele chorób. To właśnie dlatego ludzie, którzy ciągle się stresują  mają problemy ze zdrowiem. Jak to działa? Ano bardzo prosto. Kortyzol uderza w system immunologiczny. Ten sam, który jest odpowiedzialny za naszą odporność. A ponieważ hormon stresu nie jest czymś normalnym dla systemu immunologicznego, ten wpada w „szok”, pozostawiając ciało o wiele bardziej podatne na wszelki infekcje i urazy. Niedość, że łatwo zachorować, to proces zdrowienia może się okazać o wiele trudniejszy dla samotnych.

3. Krótsze życie 

No dobra, to może nie jest wcale optymistyczna informacja. Skąd informacje o krótszym życiu samotnych ludzi? Wszystko opiera się na badaniach z 2010 roku. Naukowcy przyjrzeli się 148 przypadkom zgonów, badając czy przez większy okres swojego życia byli w szczęśliwym związku. To był strzał w dziesiątkę, choć tą z serii niezbyt przyjemnych. Bycie samotnym przez długi czas sprowadzało się do złego zdrowia, powodowanego przez palenie papierosów, złe odżywianie i brak bieżących badań. Efekt? Śmierć w młodym wieku 14% częściej niż w przypadku osób w stałych związkach.

4. Zły wpływ na geny 

Nawet jeżeli teraz uważasz, że świat jest zły, mężczyźni do niczego się nie dają, a przyjaciółki powariowały przez swoje związki… Kiedyś możesz jednak wpaść na tego jedynego. A potem się potoczy – ślub (lub nie), dzieci, rodzina. John Cacioppo, psycholog z University of Chicago, znalazł dowód na zmiany w genach spowodowane długą samotnością. Tak jak w przypadku pierwszych punktów, wszystko sprowadza się do kortyzolu i stresu. Według Cacioppo, najpoważniejszą konsekwencją samotności może się okazać zaburzenie tysięcy lat ewolucji. Pomimo tego, że przez lata stawaliśmy się istotami społecznymi, teraz próbujemy zaburzyć ten proces. Stajemy się zbyt odizolowani, by w ogóle myśleć o stworzeniu związku, co ostatecznie zostaje przekazane i spotęgowane w genach.

5. Podwyższone ciśnienie 

Efekt domina  w przypadku samotności jest przerażający. Kolejną kostką jest podwyższone ciśnienie krwi, a jak wiadomo – od niego niedaleko już do zawału i poważnych chorób serca. Wcześniej wspomniane badania z 2010 roku traktują także o podwyższonym ciśnieniu. Badano je u starszych ludzi w odstępach pięciu lat. Jak łatwo się domyślić, zmieniał się wtedy także ich poziom interakcji ze społeczeństwem oraz najbliższymi. Efekt? Im bardziej samotni się czuli, tym bardziej byli podatni na choroby serca.

6. Szybsza i bardziej zauważalna demencja 

To chyba największy koszmar starości. Demencja i samotność łączą się tak bardzo, że czasami może to przerażać. Dlatego właśnie większość badań dotyczących samotności skupia się na ludziach starszych. Mniejsza mobilność, mniejszy kontakt ze społeczeństwem i rodzicami, które ciągle są w biegu sprawia, że uczucie samotności postępuje z dnia na dzień. Według duńskich badań starsi ludzie, którzy nie mają dobrego kontaktu ze swoją rodziną i bliskimi, są o 64% bardziej narażeni na demencję niż ci, którzy utrzymują stały kontakt ze światem zewnętrznym.

Dowodów na to, że samotność wcale nie jest taka fajna chyba wystarczy. Dlatego pora otworzyć się na świat i zaopiekować tymi, którzy stracili swoich najbliższych.

 


Kiedy twój syn się zakocha, czyli jak nie oszaleć na widok wybranki jego serca

Anika Zadylak
Anika Zadylak
29 sierpnia 2016
Fot. iStock/my też kiedyś byliśmy dziećmi swoich rodziców.
Fot. iStock/my też kiedyś byliśmy dziećmi swoich rodziców.
 

O rety, to już?! Dopiero chodził do przedszkola, a teraz przyprowadził dziewczynę ?! Czyli o nieuniknionym syndromie pustego gniazda, jak go przetrwać żeby nie zwariować i… nie stracić przy tym, kontaktu z własnym dzieckiem. Przecież, tylko się zakochał, bez paniki 😉

Dom to przede wszystkim dzieci. Dzieci, które nas motywują, nadają sens życiu, sprawiają, że jesteśmy szczęśliwi i dumni. Dzieci, które rosną, dojrzewają, kończą naście lat i zakochują się. Ale nie tak, jak jeszcze kilka chwil temu, w piaskownicy czy podstawówce. Tamte ich miłostki nas cieszyły, rozczulały i wprawiały w dobry nastrój. Dlaczego więc te, dojrzałe, prawie dorosłe, mają nas przerażać ? Przecież taka kolej rzeczy, my też kiedyś byliśmy dziećmi swoich rodziców. I dorosłość, wcale nie musi tego bardzo zmieniać! Pogadajmy więc, jak to zrobić, żeby nie oszaleć i na widok wybranka serca swojej pociechy, nie zamienić we wściekłą i obłąkaną piranię ;).

Emocje i lęk

Joanna, mama Dawida, który obecnie ma już 26 lat, opowiada o tym, tonąc we łzach. Ze śmiechu i to z samej siebie – No przecież, ja też najpierw byłam mała, potem dorosłam i zakochiwałam się trzysta razy, aż w końcu z domu wyfrunęłam. Nic nadzwyczajnego.  Tak, teraz taka cwana jestem i tak lekko o tym mówię, widzę jakie to logiczne i normalne. Ale gdy mój syn, pod koniec drugiej klasy liceum, przyprowadził do domu dziewczynę i ją nam przedstawił, zamarłam! Wiedziałam, że to już koniec, że go bezpowrotnie tracimy, że on odejdzie a ja pogrążę się w depresji. Ty słyszysz, co ja wygaduję? Jakby przynajmniej miał lecieć w kosmos, i już nie wrócić.  Przerażające, ale tak wtedy myślałam. I knułam, wstyd mi jak cholera, ale tak było. Zastanawiałam się co zrobić, żeby pozbyć się tej dziewczyny i jeszcze choć na chwilę, oddalić to co przecież takie zwyczajne, i nieuniknione.

Cuda wianki odstawiałam, o mało nie doprowadzając do tego, że Dawid by mnie znienawidził. Na szczęście w porę się otrząsnęłam, zrozumiałam, że to co usiłuje zrobić, nijak ma się do logiki czy zdrowego rozsądku. A przede wszystkim, do miłości. I chyba to, mnie przeraziło najbardziej! Bo czego każdy rodzic, pragnie przede wszystkim, dla swoich dzieci? Tego, żeby były szczęśliwe. Więc powinnam robić wszystko, żeby mu to szczęście zapewnić, a nie zabierać. A samotność, to największy dramat. I to nie tak, że masz pchać swoją córkę czy syna, w objęcia kogokolwiek, ale nie popadaj w paranoje, kiedy się zakocha. Nie pozbawiaj swoim egoizmem szansy, na normalne życie.

Do dziś nie wiem, skąd mi do głowy przychodziły tak absurdalne myśli, że pozwalając mu na uczucia, sama się go pozbywam. Przecież o niczym innym, nie marzę tak bardzo jak o tym, żeby się spełniał, zawodowo i prywatnie. Żeby był fajnym mężem i dobrym ojcem. Przecież to kiedyś będzie, mój powód do dumy i taki dowód na to, że niczego gdzieś po drodze nie zawaliłam, w kwestii wychowania. Nie ukrywam też, że super byłoby kiedyś, spełnić się też w roli babci. Ale początek był straszny, to zderzenie z rzeczywistością. Świadomość tego, że komu innemu będzie się zwierzał, z kim innym dzielił troski i radości, kogo innego kochał. I kolejna bzdura, która teraz w głowie mi się nie mieści – tak owszem, pokocha inną kobietę ale to nie znaczy, że mnie przestanie! Zajęło mi to chwile ale w końcu dotarło do mnie, że to niepotrzebna walka, i to z wiatrakami. Bo nawet jeśli nie teraz, nie z tą wybranką, to w końcu i tak pójdzie swoją drogą, szukać własnego pomysłu na życie. I powinno mnie to tylko cieszyć, bo oznacza, że wszystko toczy się takim rytmem, jakim powinno. I to w każdym domu.

Podsumujmy więc i wyciągnijmy kilka wniosków:

To, jaki nasze dzieci będą miały uczuciowy start w życiu, zależy w dużej mierze, właśnie od nas, rodziców

Jeśli zniechęcimy je, nie doceniając tego, jak jesteśmy dla nich ważni, skoro przedstawiają nam swoich wybranków, co dla tak młodego człowieka, jest nie lada wyzwaniem, to pretensje o jego dalsze niepowodzenia, miejmy tylko do siebie.

Dzieci nie są ani naszą, ani niczyją własnością

Naszym zadaniem, jest je jak najlepiej wychować, kochać, nauczyć szacunku do siebie i innych, pomóc dokonać mądrych wyborów. Ale nie planować za nich przyszłości, wymagać żeby myślały tak, jak byśmy sobie tego życzyli. A już na pewno nie sugerować, z kim mają się związać i wybierać im partnerów. Cofnij się na chwilę w czasie i postaw, na ich miejscu. Działa? Na mnie bardzo.

Wymagasz, by twoje dziecko ciebie szanowało? To ty, naucz się je szanować

I uwagi typu – za wcześnie na poważne miłości, najpierw szkoła lub : to nie jest odpowiedni kandydat, poszukamy lepszego – zachowaj dla siebie a najlepiej, w ogóle się ich pozbądź. Ty już masz swoje życie uczuciowe ułożone od lat, pozwól więc ułożyć je najbliższej ci osobie, po swojemu.  To, że się sparzy, pocierpi, zawiedzie, nie oznacza, ze jesteś złym rodzicem, który czegoś nie dopilnował. To lekcje, które pozwolą mu nauczyć się, jak mądrze lokować uczucia.

Dzieci są naszym lustrem, oddają drugiemu człowiekowi tyle, ile dostają właśnie od ciebie, droga mamo i kochany tato

To mądrość stara jak świat, choć bardzo prosta. Jeśli dałeś swoim dzieciom wszystko, co najlepsze, starałeś się z całych sił przekazać i wpoić najważniejsze wartości, kochałeś bezwarunkowo i mądrze, to w zasadzie nie powinieneś mieć, takich rozterek. Więc jeśli przekazałeś im wszystko, co do szczęśliwego życia niezbędne, nie musisz się bać o ich wybory. Wystarczy być, dobrym wzorem.

W życiu każdego człowieka, przychodzi czas na wszystko. Kolejne, naturalne etapy, od porodu aż do śmierci. I jednym z nich jest fakt, że nasze dzieci w końcu stają się dorosłe i same czują pragnienie, zakochania się, związania z kimś innym, niż dom rodzinny. I przede wszystkim wykorzystania w praktyce tego, co z tego domu wyniosły. Chcą dać po prostu innej osobie, to co dostały od najważniejszych dla nich osób. I to nasza zasługa, rodziców. Czy to nie piękne? Dlatego porzućmy pomysł o „wrednej teściowej” , bo jednak zbyt wiele mamy do stracenia. Za to do zyskania, dużo więcej!


Tracę kilogramy. Młodnieję, bo uelastycznia mi się skóra, poprawiają włosy i paznokcie. I mam znów tyle energii! Chce mi się żyć, śmiać!

Gościnnie w Horizon-school.ru
Gościnnie w Horizon-school.ru
29 sierpnia 2016
Fot. Materiały prasowe
Fot. Materiały prasowe

Jezus. Mordęga.

Łyk. Nie idzie. Wszystko jakby zatrzymuje się w gardle. A to dopiero początek, jeszcze muszę wymusić w siebie 0,3 litra!Kolejny łyk. Przełknęłam. Bohaterstwo! Nie chce mi się pić, a muszę. No i nie wchodzi mi, po prostu nie wchodzi. Smakuje… nijak. Zupełnie obojętnie, to najgorsze. Gdyby było słodkie, to pewnie piła bym na potęgę. Z sokiem, cukrem, miodem, czymkolwiek. Ale nie. Nie wolno. Nie wolno też cytryny, mięty, soli, no nic nie wolno. Wstaję więc codziennie rano i przed czymkolwiek, nawet przed kawą moją ukochaną, morduję się i zmuszam, aby wypić te cholerne 0,3 litra.Wody.Tak, tak. Dobrze przeczytałaś. Wody.

Nie mam pojęcia, dlaczego tak strasznie trudno przychodzi picie zwykłej wody.

Na początku tylko, oczywiście, ale to jeden z tych początków, który trwa wieki, ciągnie się w nieskończoność, szklanka zamienia się co najmniej w wiadro i to nie pysznej, świeżej i krystalicznej mineralki, tylko zatęchłej i mulistej osiedlowej smródki. Kiedy trzeba ją pić, woda nagle obrzydliwie zaczyna smakować! Fenomen. Osobliwość naprawdę rzadka. Co najmniej półtora litra dziennie – podli lekarze zalecają picie tej hardcorowej ilości wody. Tylko wtedy będziemy mogli cieszyć się dobrym zdrowiem.

Nie znam ani jednej osoby, która faktycznie by tyle piła. Znam osoby, które zdobywają się na heroiczny wysiłek, piją tyle przez jakiś czas… po czym z ulgą wracają do niezdrowych nawyków picia wszystkich możliwych obrzydlistw, byle tylko nie tykać czystej wody.

Moim nałogiem, któremu sprzedałam duszę, serce i ciało, o podniebieniu nie wspominając, jest kawa. Budziłam się rano i zanim zdążyłam jeszcze na serio otworzyć oczy, już nie mówiąc o wymyciu zębów czy jeszcze bardziej prozaicznym zrobieniu siku, leciałam zrobić kawę. Z uspokajająco parującym kubkiem w dłoni mogłam dopiero zacząć mierzyć się z porannymi obowiązkami. I tak według mnie wyglądał właściwy porządek wszechświata.

Fot. Materiały prasowe

Fot. Materiały prasowe

A potem nagle, znienacka, nieoczekiwanie i w sumie tak, że nikt się o to nie prosił, w sam środek mojego jakże wygodnego i uporządkowanego życia z latte w roli głównej, wparowało Diu Vitam. Z niewielką buteleczką z mlecznego szkła ozdobioną subtelnym napisikiem. Wcielenie niewinności. Prawdziwy Anioł Wód, który z uśmiechem prezesa niczym kota Cheshire w tle – wywrócili moje życie do góry nogami, zdeptali je, wypatroszyli doszczętnie i zbezcześcili wieloletnie nawyki i przyzwyczajenia.

I owszem, potem poukładali je na nowo, ale podstępna butelczyna nie wiedzieć kiedy, wybiła się na plan pierwszy, zdominowała moje życie, wyparła inne nałogi i zaczęła królować, zapewne z niebywałym triumfem. Nie to, że nie walczyłam. Bo walczyłam. Wzbraniałam się, jak mogłam. Zapominałam o butelce. Piłam tylko pół. Krzywiłam się, bo mi nie smakowała albo po prostu, nie chciała przejść przez gardło. Jednak stopniowo, dzień po dniu, butelka wymuszała posłuszeństwo.

Siłą, groźbą i podstępem. Zaczynało się od przenikliwego, nieustępliwego i ponaglającego dzwonka domofonu w każdy wtorek rano. Dzwonek był taki, jaki w horrorach tylko jawi się rodzicom małych dzieci. Stawiał mnie do pionu lepiej niż amfa z kokainą! Biegłam w te pędy do drzwi, aby odebrać od kuriera nową paczkę, zanim obudzi się moja córcia a ja bezpowrotnie stracę szansę wzięcia prysznica przed pracą. Kilka razy się nie udało. Dlatego później, dużo przed wyznaczoną godziną, grzecznie już warowałam pod drzwiami, z drżeniem niewolnika czekając na kuriera.

Wtedy się zaczynało. We wtorki rano, na czczo, bez śniadania, otwierałam pierwszą butelkę. Pierwszy łyk… zimna woda. Aż wzdragało mnie z tęsknoty za Latte. Jednak, łyk po łyku, przyzwyczajałam się do smaku wody. Czasem niebiańskim. Czasem takim, jaki wydobyć się może ze starej rury albo trzewi zdechłego kota. Czasem uwodził mnie jej zapach lepiej, niż śpiew Syreny. Częściej jednak chłostał odór siarki, grożąc co będzie, gdy będę wyrywać się z nowej niewoli.

Za gardło trzymali mnie, szantażując zdrowiem. Otyłość, tarczyca, cukrzyca – odpłynęły w dal, gdy tylko poddałam się mojemu nowemu bóstwu – Diu Vitam. Łyk po łyku, butelka po butelce, i tak dzień po dniu już przez wiele miesięcy, zaprzedałam kubki smakowe. Rano z tęsknotą patrzę na słoik z kawą… i potulnie sięgam po butelkę. Boję się, co będzie, gdy tego nie zrobię. Czy jak ja odstawię, znów utyję trzydzieści kilo…? Czy wrócą skoki hormonalne i wahania nastrojów…? Będę śmiać się bez powodu, aby po sekundzie płakać z nieznanej przyczyny…?

 

ANT_5188

Fot. Materiały prasowe

A może dopadnie mnie depresja, brak energii i zniechęcenie…? Nie wiem. Prawda jest taka, że boję się sprawdzać i ryzykować. Jak ofiara, uzależniona od swojego kata, już bez sprzeciwu morduję się z nieodkręcalnymi nakrętkami, kalecząc dłonie, nadgarstki i paznokcie. Spóźniam się do pracy, ale nie mam odwagi mierzyć się z problemami zewnętrznego świata, zanim nie napiję się swojej porcji wody. Dziś już nawet nie wyobrażam sobie, jak bez niej można zacząć dzień? Ani nawet, jak skończyć…? Piję rano. Piję wieczorem. Popijam, w miarę możliwości, nawet w ciągu dnia. Znajomi, jak nawet zauważą, nic nie mówią. Tymczasem ja pięknieję.

Tracę kilogramy. Młodnieję, bo uelastycznia mi się skóra, poprawiają włosy i paznokcie. I mam znów tyle energii! Chce mi się żyć, śmiać! Nawet zaczęłam biegać!

Nie wiem, co będzie z moim życiem, gdy zabraknie mi Diu Vitam, nawet boję się o tym myśleć. Prawdopodobnie, wszystko się skończy. Nie zastanawiam się nad tym zbyt długo, a gdy myśli na ten temat stają się zbyt uporczywe, po prostu sięgam po butelkę. Wtedy wszystko przechodzi.

Tak, być może powinnam zgłosić się z tym problemem do terapeuty. Ale jeszcze nie teraz, nie dziś.

Jeszcze wypiję tę jedną butelkę, chociaż łyka…

Anna Powierza


Zobacz także

Naucz się doceniać cudze sukcesy bo...

Naucz się doceniać cudze sukcesy bo…

Fot. iStock/pixelfit

9 znaków, które mówią, że ktoś myśli o tobie

Fot. Twoja Sesja / iStock

Czy można pogodzić pracę z macierzyństwem. Są kobiety, które nie mają co do tego wątpliwości