Moja Matka – nie wariatka…

Na szlaku codziennosci
Na szlaku codziennosci
5 lutego 2016
 

„Ameryka, Ameryka – Ty jesteś wariatka, Ty jesteś dzika”- pamięta te słowa doskonale. Razem z dzieciakami z osiedla tak nazywała „pewną” kobietę, która chodziła wokół bloków, kilka godzin dziennie. Obserwowała, patrzyła, przyglądała się. Jakby coś na nowo poznała, odkryła. Często mówiła. Do siebie, pod nosem. Czasem myśleli, że z kimś rozmawia. Robiła też dziwne miny. Pełne zdziwienia, jak dziecko. To dlatego nazywali ją „Ameryka”.

„Ameryka” była chora. Po kilku latach, już jako nastolatka, dowiedziała się, że na schizofrenię. Wtedy, gdy była już starsza, wszyscy mówili otwarcie: Ta wariatka! Ta chora na umyśle! Ta baba od czubków! Czasem „baba od czubków” znikała. Nie chodziła wokół bloków, nie mówiła, nie uśmiechała się nawet…ufnie. Nie było jej, a inni zastanawiali się, gdzie jest, co robi. Chociaż wszyscy wiedzieli, że jest w szpitalu. Systematycznie tam jeździła. Ale oni woleli snuć te swoje przypuszczenia, pełne tajemnicy. Bo przecież i schizofrenia jest tajemnicą. Wielką!

Ona jest w gronie tych „szczęściarzy”, którzy poznali, doświadczyli tej choroby.
Nie, na razie nie jest chora. Ale kiedyś…

U dzieci, gdy jeden rodzic jest chory na schizofrenię, ryzyko choroby wynosi 12%.

Schizofrenię u jej matki zdiagnozowali w wielu 56 lat. Wielu jest zdziwionych, bo przecież zwykło się uważać, że najczęściej na tę chorobę zapadają młodzi mężczyźni. Racja! Ale kobiety w wieku dojrzałym też ta choroba  dotyka.

Na schizofrenię tak samo często chorują mężczyźni i kobiety. Pierwszy epizod u mężczyzn występuje najczęściej pomiędzy 15-25 r.ż., natomiast u kobiet odpowiednio: 25-35 r.ż.

Kiedy pierwszy raz weszła na oddział psychiatryczny, była wystraszona. Bo przecież tam pełno „wariatów”, „czubków”, „szaleńców”. Usiadła nieśmiało w poczekalni i czekała. Czekała na spotkanie z najbliższą jej osobą. Potem razem siedziały przy stole. Nie rozmawiały. I mama, i ona nie mogły uwierzyć w to, że tu są. W tym dziwnym miejscu, którzy często inni nazywają „CZUBOLANDIĄ”.  Mama patrzyła na wszystkich podejrzanie, swoimi wielkimi, uważnymi oczami. Obserwowała, a potem szeptała: Wiesz, o czym tamten facet myśli? Ja wiem, ale ci nie powiem.
Tak zaczęła się ich wędrówka przez nieznany, dziki świat. Pełen urojeń, halucynacji, omamów, ale i poczucia siły, nadprzyrodzonej siły.
– Dziś rozmawiałam z Aniołem. Powiedział, że czuwasz nade mną. Razem z tobą pokonam te Cienie, co mieszkają w mojej głowie. Razem z tobą, bo ty jesteś moim rycerzem dobroci- mówiła podczas kolejnej wizyty, tydzień po diagnozie.

Główne objawy schizofrenii paranoidalnej to urojenia ( najczęściej o treści prześladowczej, wielkościowej, niewierności) i omamy (najczęściej o treści rozkazującej lub grożącej).

Potem było lepiej. Leki zaczęły działać. Nie było już głosów, które mówiły jej, że jest nic nie warta i powinna umrzeć. Najlepiej się zabić, bo Szatan, król świata, lubi samobójców. Apetyt też wrócił i chęć do życia jak dawniej. Spojrzenia innych nie napawały ją lękiem, a głos w radio czy telewizji nie był skierowany tylko do niej. Nie mówił już tych niestworzonych rzeczy, że musi uciekać. Gdzieś daleko, na koniec świata. Wszystko wracało do „normy”. Ona też przywykła do odwiedzin i spotkań z mamą w szpitalu. Już nie widziała w pacjentach „czubków” czy „wariatów”. Był Kazik, który miał wielkie gospodarstwo rolne, ale nawrót choroby wywołała nagła śmierć żony. Była Kasia, młoda studentka, która często dzwoniła do mamy, bo bała się, że ktoś na nią czyha. Byli  tam młodzi mężczyźni, pełni energii,  ale i lęku, których odwiedzały piękne, tylko trochę smutne dziewczyny. Był nawet młody ojciec, którego odwiedził trzymiesięczny syn oraz Maria, która w każdą sobotę czekała na swoje dzieci: dziesięcioletniego syna i ośmioletnią córkę. Często płakała, mówiła, że nie chce żyć. Potem siedziała ze swoimi bliskimi, smutna, nieobecna, ale pytała o szkołę, o kolegów. Czasem siedzieli wszyscy przy stołach, częstowali się czekoladą. Mówili o polityce, planach, które zrealizują po wyjściu z psychiatryka. Starali się zaakceptować chorobę. W swoich bliskich nie widzieli wariatów, ale mamę, tatę, męża, siostrę, brata, dziadka. Starali się…

Podstawową metodą leczenia schizofrenii jest farmakoterapia. Ważna jest także psychoterapia i terapia zajęciowa.

Czasem było trudno. Bo leki nie zawsze działają cuda. Jednego dnia jest dobrze, by drugiego dnia chory obudził się zły, pełen nienawiści do świata. Czasem więc krzyczeli, bardzo głośno. Inni, ci przepełnieni lękiem, siedzieli w swoich salach. Często nakryci po sam czubek głowy. Inni jeszcze chodzili, tam i z powrotem, tam i z powrotem, tam i z powrotem. Po korytarzu. Nie patrzyli na nikogo. Obserwowali tylko drobiny kurzu na wykładzinie. Ale byli też tacy, którzy prosili o bułkę, banana czy kawałek czekolady. Niektóre leki wywołują głód. Chodzili więc od jednego do drugiego stolika, prosili. I czekali na bliskich, którzy czasem nie przyjeżdżali. Bo świat przecież dalej istnieje. Jest praca, są obowiązki, a czasem i strach. Bo niektórzy chorują wiele lat. Bliscy też są czasem zmęczeni. Szczególnie bliscy tych chorych, którzy nie dopuszczają do siebie informacji: Jestem chora/chory na schizofrenię!

Schizofrenia – choroba tabu. Wciąż zbyt mało się o niej mówi, wciąż się jej boimy i nie rozumiemy!

Po 2 miesiącach pobytu nadszedł czas na powrót do domu. Stan był ustabilizowany, leki dobrane.  Wrócił spokój, chęć do działania. Jednak… Wielką rolę w codziennej walce z chorobą odgrywają bliscy. To ich troska, miłość, cierpliwość jest najważniejsza. Schizofrenicy kilkakrotnie mocniej, bardziej odczuwają to, co dzieje się wokół nich. Podniesiony głos mogą odbierać jako agresję i nienawiść…Wtedy często dochodzi do nawrotu. Bo z chorym i z chorobą trzeba nauczyć się żyć. Na nowo!

Wróciła do szpitala po kilku tygodniach. Z wielkimi lękami. Trzęsły jej się dłonie, serce biło jak oszalałe. Nie potrafiła usiedzieć w miejscu. Chodziła, chodziła, a potem leżała nakryta po sam czubek głowy. I patrzyła…spod tego koca tymi swoimi wielkimi oczami. Bała się…Bardzo się bała…

Lęk to jedno z podstawowych przeżyć, jakich doznają osoby chore na schizofrenię. Jego formy i stopień nasilenia mogą być różne, począwszy od stanów wzmożonej czujności aż do ostrych ataków paniki włącznie!

Po tym ataku zapomniała o wszystkim. Nie poznawała bliskich, nie wiedziała, gdzie jest. Chociaż…swoją córkę poznawała. I jak zawsze mówiła, że kocha ją najmocniej na świecie. Myliły jej się miesiące, lata, wydarzenia. Nie chciała rozmawiać, jeść, wychodzić z łóżka. I wciąż się bała. Dobierano jej leki kilka długich tygodni. By wreszcie wróciła do świata, do najbliższych. By znowu zaczęła uśmiechać się, rozmawiać, jeść, wychodzić z łóżka.

Wróciła! Dzięki lekom, dzięki wsparciu najbliższych, którzy zrozumieli, że czas rozpocząć nowy etap w ich życiu. Zmienić siebie, swój światopogląd i wartości. I cieszyć. Każdą rozmową, każdym spotkaniem, każdą chwilą pozbawioną lęku, strachu, Cieni.

Leki, wsparcie najbliższych, spotkania z psychiatrą i psychoterapeutą umożliwiają powrót chorego do zdrowia i społeczeństwa.

Wpis dedykuję mojej Mamie, która na schizofrenię choruje od 3 lat, i wszystkim chorym, którzy potrzebują zrozumienia, wsparcia, a przede wszystkim akceptacji społeczeństwa.


Będzie dobrze…

Na szlaku codziennosci
Na szlaku codziennosci
17 lipca 2016
 

– Za 4 dni masz urodziny – uśmiechałam się nieśmiało i patrzyłam na zmęczoną twarz mojego brata.
– Wiesz, że nawet o tym zapomniałem – powiedział szybko i sięgnął po plastikową nerkę stojącą na szpitalnej szafce. Wymiotował, po raz kolejny w ciągu tych kilkunastu minut.

Odwróciłam głowę. Szybko, instynktownie, a potem energicznie wyjęłam chusteczkę z kartonowego pudełka.
Gdy skończył, wzięłam nerkę i podałam chustkę. Nie patrzyłam w jego oczy. Widziałam, że jest zawstydzony. Zawstydzony swoją słabością i tym, że potrzebuje mojej pomocy.
Położył się na łóżku, przymknął powieki, a ja dopiero wtedy ośmieliłam się na niego patrzeć. Jego szczupła, szara twarz, podkrążone oczy, suche usta. To był mój brat, ale nie przypominał tego tego energicznego, radosnego chłopaka sprzed miesiąca. Chłopaka, który z dumą chwalił się swoją ośmiomiesięczną córką, bawił się z nią, chodził na spacery czy czule głaskał ją po malutkiej główce. To nie był mój brat, który miał tysiąc planów, mnóstwo marzeń,
Leżał zmęczony, senny, obolały.
Nie wiem, kiedy zaczęłam płakać. Myślałam, że on tego nie widzi, nie słyszy. Przecież spał. Jednak po chwili powoli usiadł na łóżku, spojrzał na mnie przenikliwie, a ja w pośpiechu ocierałam łzy, które mimo wszystko nie chciały przestać kapać. Na moje dłonie, na niebieską bluzkę.
– Przepraszam, przepraszam…- szeptałam.
Opuścił głowę, by za chwilę znowu wymiotować.

Tak zaczęła się nasza wspólna droga. Przez ostatni miesiąc jego choroby. Był piękny, słoneczny maj. Przed pracą, po pracy, w każdej wolnej chwili jechałam do szpitala. Nie rozmawialiśmy zbyt dużo. Jeśli już, to ja mówiłam. Często bez sensu, bez składu i ładu, ale mówiłam. On słuchał, czasem uśmiechał się. Często był jednak zamyślony. Nigdy jednak nie skarżył się. Nie…Kilka razy widziałam bezradność i strach w jego oczach. To wtedy złapał mnie za rękę i powiedział, że tak bardzo schudł. Mówił też, że bardzo go boli i boi się nocy. W dzień odpoczywał, a w nocy czuwał. Oglądał telewizję i myślał.
Wciąż wymiotował.
Nigdy nie miałam do czynienia z rakiem. Moja rodzina „specjalizowała się” w chorobach i zaburzeniach psychicznych. Depresja, schizofrenia. Nie rak…
Razem spędziliśmy jego 25 urodziny. Miał być tort, świeczki, ale on przecież nic nie jadł. Trochę kaszy mannej, troszkę soku owocowego. Nie chciał tortu. Były życzenia, uściski. Tak często go przytulałam. Jakby znowu był dzieckiem, tym małym braciszkiem młodszym ode mnie o 8 lat.
Po kilkunastu dniach wyszedł do domu. Jego stan nie poprawił się. Był słaby, zmęczony. Wszyscy już wiedzieli, że nawet na zaplanowaną trzy tygodnie wcześniej chemię nie pojedzie.
Wtedy też dowiedział się o domowym hospicjum. Pamiętam, doskonale pamiętam tamten dzień. Przedostatni dzień w szpitalu. Siedziałam jak zwykle pod oknem. Coś mówiłam, ale tego dnia i ja byłam oszczędna w słowach. Widziałam jego wielki strach w oczach i nagle…
– Będzie do mnie przyjeżdżać hospicjum. Słyszysz, hospicjum- powiedział szybko- Nawet nie wiesz, jaki bezradny się czuję. Bezradny, bezbronny- dodał, a potem wstał.
Nie poddawał się. Wciąż mówił „Będzie dobrze, będzie dobrze”. Cierpiał, ale wierzył. Czasem mu tej wiary zazdrościłam. Tak bardzo zazdrościłam.

W domu był kilka dni. W sobotnie popołudnie moja nadzieja znowu zaczęła umierać.
– Zabrało go pogotowie. Miał duszności. Nie mógł oddychać. Nie zdążył rosołu nawet zjeść- mówiła jego mama.
Zakupy, gotowanie obiadu, a potem kolejny telefon, kolejna rozmowa, która odbiera wiarę, nadzieję, jest jak piorun w słoneczny dzień.
– Jego stan jest krytyczny. Śpi, nie mówi. Nie jedź, on i tak nie zauważy, że jesteś- mówiła jego siostra.
Mimo że zbliżał się wieczór, chwyciłam sweter, torebkę i pojechałam. Wierzyłam, wciąż wierzyłam, że ta nasza droga się jeszcze nie skończyła.

Leżał. Podłączony do tlenu, jakieś aparatury. Wciąż miał duszności. Tak zachłannie łapał powietrze. Usiadłam cichutko na krześle, dotknęłam jego chłodnej dłoni. Łzy znowu kapały. Moja twarz była mokra. I wtedy znowu usłyszałam ciche: Nie płacz, będzie dobrze. Słyszysz, będzie dobrze…
Patrzył to na mnie, to na sufit. Ściskał moją dłoń. Jego ręka była taka chłodna, taka chuda. Siedziałam do późnego wieczora. Wiedziałam, że się boi. Boi się nadchodzącej nocy i tego, że będzie sam.
Pod tlenem i całą skomplikowaną aparaturą leżał kilka dni. Potem wrócił na normalną salę. Z telewizorem, z widokiem na las i jezioro. Coraz bardziej się bał. To wtedy w szpitalu zaczęła nocować jego mama. Przy niej ten lęk był mniejszy, bardziej do oswojenia.
Wciąż go odwiedzałam. Wciąż zachłannie patrzyłam na jego twarz, słuchałam jego głosu. Celebrowałam te chwile, gdy się uśmiechał lub żartował. Tak, wtedy więcej się uśmiechał. I czekał na każde spotkanie z najbliższymi. Często widziałam, jak wpatruje się w ich twarze. Jak dotyka ich czule, jak rozmawia.
Jego stan był ustabilizowany. Morfina, leki przeciwbólowe, wskazówki od personelu, jak opatrywać odleżyny. Nikt już nie dawał nadziei.
– Nic już nie możemy zrobić- mówił lekarz.
W słoneczny, czerwcowy Dzień Dziecka mój brat wrócił do domu. Hospicjum zaopatrzyło go w butlę z tlenem.
Wycałowałam go, przytuliłam najmocniej jak potrafiłam, powiedziałam jeszcze kilka słów…

2 dni później mój brat odszedł.  Po tym jak po raz ostatni zabrało go pogotowie, zmarł sam. W nocy, w jednej z wielu szpitalnych sal.

Rak trzustki. Tak, ten rak, który zabił Anię Przybylską, o której rozpisują się ostatnio wszystkie media. Bo odeszła, zostawiła troje dzieci, a na jej śmierć patrzyli najbliżsi. Miała 36 lat.

Rak trzustki. Tak, ten rak postanowił też zabrać mojego brata. Nikt o nim nie napisze, chociaż miał 25 lat i ośmiomiesięczną córkę. Jego choroba trwała trzy miesiące, a na jego śmierć też patrzyli najbliżsi – jego dwudziestoletnia żona, jego mama, jego tata, jego siostry.
I ja.


Droga Kochanko… mojego Tatusia!

Na szlaku codziennosci
Na szlaku codziennosci
3 lutego 2016

Droga Kochanko… mojego Tatusia!

Mam na imię Klara. Chodzę do drugiej klasy. Za trzy miesiące będę miała Komunię. Razem z mamą byłyśmy już nawet w sklepie. Oglądałyśmy sukienki, wianki. Myślałam, że Tatuś ze mną pójdzie. Ale On wolał włożyć swoje eleganckie spodnie, te jasne, w prążki i spotkać się z Tobą. Chciał nawet poprosić mnie, żebym mu te spodnie wyprasowała. Ale przecież kilka dni wcześniej oparzyłam się właśnie żelazkiem podczas prasowania jego koszuli. Tej w kolorze dojrzałego zboża. Może to Twój ulubiony kolor? Może przypomina Ci wakacje na wsi u babci?

Wyszedł z domu. Elegancki, pachnący. Uśmiechał się tajemniczo. Zawsze tak się uśmiecha, gdy wychodzi z domu. Nie wiem,  jak długo spotykasz się z moim Tatusiem. Wiem, że jego uśmiech jest zawsze taki sam. Od tych kilku lat, gdy zaczęłam baczniej postrzegać ludzi, obserwować ich twarze, miny. A On? On chyba nie jest stały w uczuciach. Zobacz, zostawił żonę w domu,  zostawił córkę. Nie zwracał nawet uwagi na moje prośby, by został w domu. By poszedł ze mną wybrać sukienkę. Kochanki też pewnie zmienia. Przecież dla niego nie liczą się uczucia innych. Nawet tych najbliższych osób.

Mój Tatuś. Wiem, że jest przystojny, dowcipny. Potrafi pięknie mówić. I obiecywać. Wiesz, że obiecał mi wycieczkę nad morze? Nie, nie pojechaliśmy. Powiedział, że musi wyjechać zawodowo, w jakąś delegację. Pewnie pojechał do Ciebie. A może do innej pani, bo to było już dwa lata temu. Wtedy nie nosił spodni w prążki, a jego koszule nie były w kolorze zboża.  Może tamta lubiła dżinsy, które pasowały do szarej marynarki i czarnej koszuli.

Mój Tatuś też smacznie gotuje. Chyba nikt mu w tej sztuce nie dorówa. Często wylewa zupy mojej mamy do zlewu. I krzyczy. Mówi, że  dodaje za mało pieprzu, ziół. Potem wychodzi z domu, a my  jemy kanapki. Razem, z mamą. Siedzimy przy małym stole w kuchni. Nawet próbujemy się uśmiechać. Chociaż w jej oczach widzę łzy. Nawet nie wiesz, jaka Ona jest piękna. Ma kruczoczarne włosy, piwne oczy i usta w kolorze wina. Lubi nosić buty na obcasie. Jest taka malutka i delikatna.

Ty pewnie jesteś wysoka. On lubi wysokie kobiety. Często mi mówi, że to po niej, po mamie, odziedziczyłam niski wzrost, który jest moją wadą. Śmieje się, dokucza mi. A ja lubię być taka… malutka, taka niewidzialna. Wystarczy, że schowam się do szafy, by nie słyszeć, jak On, mój kochany Tatuś, dokucza mamie. Ona wciąż prosi go, żebyśmy razem gdzieś poszli. We troje. Jak rodzina. Na lody, do parku. Cichutko wtedy płacze. On trzaska drzwiami, idzie do łazienki. Bierze kąpiel, a potem ubiera się. W jedną z tych koszul, które ja muszę prasować. Czasem żałuję, że nie mam rodzeństwa. Może w towarzystwie brata lub siostry byłoby łatwiej pocieszyć mamę. Ale Tatuś nie chce więcej dzieci. Ty masz dzieci? Lubisz z nimi czytać bajki, bawić  się w ciuciu-babkę, układać puzzle? Mój  Tatuś nie lubi. Jak proszę, żeby pobawił się w berka  lub udawał starego niedźwiedzia, który śpi i głośno chrapie, wychodzi z domu. Pewnie idzie do Ciebie. Pewnie…

Kiedyś byłam na placu zabaw. Sama. Mama gotowała zupę, która mimo starań, wylądowała w zlewie. Bawiłam się z Olą, tą szczupłą blondyneczką z parteru, na huśtawce. Skakałyśmy. Chciałam chociaż w tym skakaniu być najlepsza. Przecież nie miałam drogich zabawek, nie miałam Tatusia, który obroniłby mnie.  Poszedłby na wywiadówkę do szkoły czy zabrałby  mnie i moje koleżanki do wesołego miasteczka, na lody. Skakałam. Jak najwyżej, jak najdalej. Nie szło mi dobrze, a po powrocie z podwórka zaczęła boleć mnie noga. Pojechałam z mamą na pogotowie. Noga była sina, a Tatuś? Tatuś pewnie był u Ciebie, a może u innej pani. Rano, po powrocie, przytulił mnie.

Dawno tego nie robił. Przecież takie gesty miał zarezerwowane dla innych. Pachniał konwaliami. To pewnie były Twoje perfumy. Mama lubi zapach róż. Takich, które rosną w ogrodzie babci. Znasz moją babcię? Może Tatuś zabrał Cię do niej? Ona bardzo nie lubi mojej mamy. Ale może Ciebie polubi. Ja rzadko ją odwiedzam. Ona nie chce, żebym zbyt często do niej przyjeżdżała. Może dlatego, że jestem podobna do mamy. Lubię czytać baśnie i dobrze się uczę. Tylko jestem brzydka i niska. Mama mówi, że mam piękne włosy. Kasztanowe. I tak pięknie opowiadam. Mój Tatuś jednak nie lubi moich opowieści. Kilka dni temu chciałam wytłumaczyć mu, dlaczego na moim szkolnym obrazku rodzinnym go nie ma. Chciałam powiedzieć, że rzadko jest w domu, że nie wiem, jakiego koloru jest jego ulubiona koszula. Bo tak często zmienia zdanie. I gust. Nie wysłuchał. Pewnie myślał, jaki upominek Ci kupić.

Czasem chodziłam z nim do sklepu. Kupował drogie bomboniery. W dużych, kartonowych opakowaniach ozdobionych kwiatami lub sercami. Czasem odważyłam się poprosić go o czekoladę. Taką zwykłą… Bez orzechów. Nie kupił. Musiał mieć przecież pieniądze. Tak samo było ze szkolną wycieczką do Krakowa. Powiedział, że ma wydatki… Że kiedyś sami tam pojedziemy. Pokaże mi Wawel, sukiennice i legendarnego smoka.  Mama też wtedy nie miała pieniędzy. Musiała utrzymać mnie, siebie, opłacić rachunki. A on rzadko daje jej pieniądze. Nie zarabia przecież wiele. Lubi też ładnie wyglądać.

Droga Kochanko …mojego Tatusia!
Za trzy miesiące jest moja Komunia.  Wybacz mi, że mój Tatuś tego dnia będzie ze mną. Pewnie powie Ci, że musi wyjechać w sprawach zawodowych. Okłamie Cię. Oszuka. Ja przyzwyczaiłam się już do tego. Może będziesz płakać, może będziesz zła. Pójdziesz do przyjaciółki, razem będziecie pić wino. Jednak zrozum, że tego dnia chciałabym mieć Tatusia. Obok siebie.  Tylko dla siebie. Może mi też kupi czekoladki. Chciałabym, żeby był ze mnie dumny. Żeby patrzył na mnie z podziwem. Żeby mnie pochwalił. Tak jak Ciebie. W te wieczory i weekendy, gdy jesteście razem. I …żeby zjadł rosół Mamy, Mamusi…Ona przecież tak dobrze gotuje. Pamiętam, żeby kupić przyprawy i zioła. I dodać cebulę, tak jak babcia dodaje.

Potem. Potem możesz go zabrać. Przecież wiem, że nie zasługuję na takiego Tatusia. Nigdy nie byłam ani ładna, ani lepsza…Od tych Pań, z którymi spędza czas po pracy.

Droga Kochanko…mojego Tatusia!
Wierzę, że go kochasz. Całym sercem. I potrafisz wybaczyć, i czekać. I wierzyć w jego słowa, obietnice. Może kiedyś się spotkamy. Może on wreszcie się zdecyduje. Wybierze Ciebie lub mnie, Mamusię- swoją Rodzinę. Może kiedyś sprawi, że Ktoś (ja, Ty, Mamusia) będzie dzięki niemu szczęśliwy. Może…Kiedyś…
Dziś wiem tylko tyle, że muszę napisać ten list. Nie chcę krzyczeć, nie chcę płakać, bo Mamusia mówi, że jesteśmy silne, mądre i cierpliwe. Ale …pamiętaj! Tam, gdzieś…Jest Ktoś, kto go kocha. Miłością wielką, pełną zrozumienia, oddania…Miłością Dziecka!

Klara – niekochana córka mojego Tatusia!

PS: Tak  naprawdę to często płaczę, jak Mamusia nie widzi. I czekam, aż usłyszę jego kroki na schodach. Czekam, aż otworzy drzwi mojego pokoju i powie: Kocham Cię Córeczko!


medicaments-24.net

Этот интересный блог на тематику купить диплом бакалавра all-diplomer.com
www.ka4alka.com.ua