„Własne brudy pierzesz we własnym domu”. Co ludzie powiedzą, ważniejsze jest niż twoje szczęście, pamiętaj

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
13 marca 2017
Fot. iStock/stock-eye
 

Usiadła na krześle przy moim okrągłym, kuchennym stole. Usiadła i łzy popłynęły jak drobny groszek,wpadając do kubka z herbatą. – Już nie mogę – wyszeptała. – Już dłużej nie dam rady. Bo też ile czasu można nieść w sobie ciężar, którym podzielić się z innymi nie możesz, bo „własne brudy pierzesz we własnym domu”? Ile czasu można udawać, że ma się wspaniałych, wspierających rodziców, cudowny związek, fantastyczne życie? Dulszczyzna zabija nas od środka nie pozwalając żyć naprawdę, odetchnąć głębiej. Ani zaakceptować siebie samego.

Odkąd pamięta, cokolwiek złego działo się w domu (a działo się dużo, bo ojciec najpierw wychowywał ich twardą ręką, a potem wychowanie zupełnie odpuścił, kiedy znalazł sobie kilkanaście lat młodszą kochankę), nie wolno było nic mówić. Poza tym, co to znaczy „złe”? Przecież dach nad głową był, pieniędzy na wakacje i jedzenie nigdy nie brakowało. Powinni być szczęśliwi. Powinni być zadowoleni i pomagać rodzicom tworzyć ten piękny obrazek. Niech wszyscy widzą, jaką są „porządną rodziną”. W niedzielę szli razem do kościoła, potem spacer, obiad u dziadków. Dobrze ubrani, uśmiechnięci. Na zebrania do szkoły chodzili razem, pod rękę, razem zabierali głos w ważnych, klasowych sprawach. Wychowawczyni Kasi ich uwielbiała. Może dlatego, że nie wiedziała jak jest naprawdę.

Jak było w domu? Smutno, cicho. A czasem, kiedy rodzice kłócili się w swojej sypialni głośno i okropnie. Wulgaryzmy i okrucieństwo taty zapadały jej głęboko w umysł, stawały się codziennością. Ale jeszcze bardziej chyba ta przezroczysta mina mamy. Bo po wszystkim mama wychodziła z sypialni do Kasi i uspokajała ją rzeczowym, oschłym tonem. „To nic, wszystko jest w porządku. Rozmawialiśmy. Pamiętaj, nie mów dziadkom”. Więc Kasia nie mówiła, rosnąc w przekonaniu, że nawet jak jest źle i smutno, zostaje w czterech ścianach. Zostawało tez wtedy, gdy próbując się buntować, jako nastolatka dostała od ojca kilka razy w twarz i usłyszała, że jest dziwką, spóźniając się kilkanaście minut do domu.

I jeszcze wtedy, gdy zobaczyła ojca z tą kobietą, w parku. Wracała z koleżanką z kina, a on szedł głośno śmiejąc się i trzymając za rękę koleżankę z pracy. Kasia wbiegła do domu z mocno bijącym sercem, prosto do pokoju, w którym nad słownikami i tłumaczeniem siedziała jej mama.

–  Nie wolno o tym nikomu mówić. – tyle usłyszała. – Mamo, to o tym wiesz? – pytała. – Nie pytaj, za młoda jesteś żeby coś z tego zrozumieć. Z resztą, z tym można żyć. A jak teraz się rozwieść? Rozstać? Co ludzie powiedzą? Dziadkowie? Czy ojciec nie przynosi pieniędzy do domu? Nie masz się w co ubrać, nie masz co jeść?

Patrzyła potem na ojca przy kolacji i na mamę trochę bladą, ale nakładająca mu makaron na talerz. Patrzyła i robiło jej się niedobrze. I wtedy też, gdy całował ją w rękę przy rodzinie i znajomych, a wieczorem krzyczał w sypialni, że jest do niczego. A ona odpowiadała, że go nienawidzi. Ale tylko tam, w czterech ścianach byli naprawdę sobą. Bo gdy przychodziła gwiazdka, przykładnie dzielili się opłatkiem i składali najlepsze życzenia.

Tak Kasia wkroczyła w dorosłość. I bardzo szybko uciekła z tego domu, w związek, w miłość. Mówi, że każdy by uciekł. Paweł, chłopak Kasi dał jej miłość i czułość której nie doświadczyła od rodziców, ani której między nimi nie widziała. Pochłonął ją ten związek. Zakochała się bez pamięci, bezkrytycznie, nieostrożnie. Mama Kasi nie zaakceptowała faktu, że zamieszkali razem. W środowisku jej rodziców wszyscy wszystko o wszystkich wiedzą, a oni tak bez ślubu, bez pierścionka nawet.

Wyjechali razem do Warszawy na studia, kontakt z rodzicami sprowadzał się do jednego telefonu na miesiąc. Że żyje, że w porządku, że studia ciekawe, że praca dobra, że szansa…. O Pawle ani słowa, jakby nie istniał. Od znajomych Kasia wiedziała, że mama opowiada wszystkim, że jej córka zamieszkała z koleżanką w akademiku. Ani tego, że Paweł jest z rozbitej rodziny.

Kiedy uderzył ją pierwszy raz, Kasia spakowała walizki i odruchowo pojechała na dworzec po bilet do domu. Mama otworzyła jej drzwi, ale pół godziny potem już je za nią zamykała. – Po co przyszłaś? Jak już z nim mieszkasz, to pierz swoje brudy u siebie.

Po drugiej awanturze, rozmawiały przez telefon. – Tylko nie mów nikomu – mówiła jej mama. – Bo będzie wstyd. Z resztą, co się dziwisz, skoro jesteś taka szybka, masz za swoje. Widocznie zasłużyłaś. – A ty czym zasłużyłaś na zdrady ojca? – wypaliła Kasia zanim jej mama rzuciła słuchawką.

Po trzecim razie, wysłała tylko SMS: „Mamo, przyjadę, nie oceniaj mnie. Paweł znów podniósł na mnie rękę, mam siniaka. Chcę od niego odejść”. Odpowiedz przyszła po godzinie: „Tylko dziwka odchodzi od męża. Ty nawet nie jesteś żoną. Nie przyjeżdżaj, nie chcę, żeby ludzie gadali”.

Po czwartym, Kasia znalazła się w mojej kuchni. Zmieszana, załamana, zagubiona, spragniona ciepła najbliższych osób. Ciepła, którego nie dostanie, bo dla nich liczy się tylko to, „co ludzie powiedzą”.


Ojcowie, bądźcie rodzicami! Tata to nie opiekunka na godziny, ani pomocnik swojej żony

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
20 marca 2017
Fot. istock/svetikd
 

Ja wiem, czasem (a może często) się tak układa, że to on zarabia więcej, że dłużej zostaje w pracy, że go w domu nie ma tyle, ile „powinno”. Wiem, że stereotypy jeszcze do końca nie umarły i w części z nas ciągle drzemie skandaliczne przekonanie, że do dzieci i garów to matka, a ojciec to ten, co od święta piłkę z młodym pokopie, ale w nocy choremu synowi już syropu nie poda, piżamy nie zmieni i nosa nie podetrze. A jednak, krok po kroku nachodzi „nowe”.

Pewnie trzeba byłoby do tego jeszcze pokolenia, albo nawet dwóch, żeby stało się naturalne, że ojciec, to taki sam rodzic jak matka, a nie żaden pomocnik, czy opiekunka w razie gdyby ona, raczej musiała, niż chciała, na pół godziny wyskoczyć (zostawiwszy uprzednio cały obiad gotowy, żeby tatuś już nic się nie musiał martwić).

Teściowa mojej znajomej regularnie straszy swoje wnuki, kiedy się nimi opiekuje: „nie możemy się spóźnić, bo mama będzie krzyczała”, „nie możemy tego zjeść (no ja bym ci z serca kochany, dała, ale nie mogę), bo mama nie pozwala”, „nie mów mamie, że pozwoliłam ci wchodzić na te drabinki, bo będzie na ciebie zła”. MAMA. Źródło zakazów, przyzwoleń i nakazów, które i tak warto złamać, żeby jej zagrać na nosie. Tata? Tata jest tylko tym, dla którego rysuje się laurki i którego oznacza się w poście na Facebooku popisując zdjęcie „niedziela z tatusiem”. Strasznie mnie to denerwuje. „Pokaż tatusiowi, jakiego cię babcia wierszyka nauczyła, daj mu ten rysunek, który zrobiłeś. Fajnie jest z tatą, co?”… Bezwolny ten tata. Trochę taki „obok wszystkiego”, ale jednak do podziwiania.

Pani w przychodni przeciera ze zdumienia oczy, gdy mój mąż z pamięci recytuje wszystkie choroby które przebył nasz syn, łącznie z datą ostatniego szczepienia. Nieufnie spogląda w moją stronę, jakby szukając potwierdzenia. Odwracam wzrok, podaję książeczkę zdrowia, wszystko się zgadza. Cisza. No bo jak to skomentować?

Lekarka objaśniając nam etapy leczenia anginy, patrzy na mnie i mówi tylko do mnie, jawnie olewając obecność mojego męża. Niech ubierze. Niech usiądzie z dzieckiem i poczeka. Niech siedzi cicho. Przecież i tak nie będzie tych leków podawał. Jeszcze się pomyli. W końcu to facet jest.

W szkole podobnie. Ta mojej córki jest mocno sfeminizowana, nauczycieli jest pięciu – pan od informatyki, dwóch panów od WF-u i dwóch od matematyki. Reszta – same panie. Ale tatuś na zebraniu w szkole to już przecież dawno nie ten, który jedynie „świecił oczami” w sytuacjach kryzysowych, kiedy dziecko nieźle narozrabiało i trzeba było iść przeprosić panią, najlepiej z kwiatkiem. W naszej klasie, tatusiowie udzielają się nawet bardziej niż mamusie, aktywnie walczą o zmianę siejącej postrach katechetki, protestują przeciwko absurdalnym zarządzeniom dyrekcji, a czasem wyjeżdżają na wycieczki jako opiekunowie. Jaka szkoda, że jest ich tylko dwóch. To ciągle za mało.

Ojcowie, dlaczego o wasze prawa rodzicielskie (te w praktyce, nie w teorii) walczycie dopiero po rozwodzie? Dlaczego odpuszczacie, kiedy wasze żony, przekonane, że wszystko robią lepiej niż wy, nie pozwalają wam przewinąć dziecka, albo ułożyć go do snu? Chyba, zresztą, coraz mniej już takich żon, bo kobiety nareszcie zrozumiały, że kluczem do ich osobistego szczęścia, jest dobrze pojęte partnerstwo – również w rodzicielstwie. Idzie nowe, rozejrzyjcie się, bierzcie przykład z kolegów…

Zasada jest prosta  –   chcesz mieć dobry kontakt ze swoim dzieckiem, bądź obecny w jego życiu. Bądź obecny – znaczy bądź pełnoprawnym rodzicem, z przywilejami (tymi przyjemnymi, sprawiającymi, że na sercu cieplej, a duma rozpiera) i z obowiązkami (wstawanie w nocy do katarku i kupki jest jednym z nich). Wiem, że miewacie mało czasu, albo że „tak się umówiliście”, że to wasza partnerka „ogarnia dom”. Ale wtedy, kiedy tylko możecie, przejmujcie inicjatywę, nie bądźcie jedynie bierną opiekunką, czy pomocnikiem własnej żony. Bądźcie rodzicami.


Zostać dla dobra dziecka…? Uczysz go milczeć, kiedy dzieje się wam krzywda, choć dobrze wiesz, co to znaczy

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
28 lutego 2017
Fot. iStock/yuran-78

Na jednym z internetowych forów, przeczytałam kiedyś post, który na długo utkwił mi w pamięci. Dziewczyna, która podpisała się jako „nieszczęśliwa żona i szczęśliwa mama” (wydało mi się wówczas, że to pierwsze powinno raczej wykluczać to drugie) zwierzała się ze swoich wątpliwości. Zostawić ojca swojego dziecka i odejść, czy zostać, dla dobra syna, choć jego tata jest nie tylko „niedzielnym” ojcem, ale bywa w stosunku do obojga – i żony i dziecka – agresywny, zaborczy, okrutny. Pod wpisem, lawina komentarzy. „Dziecko powinno mieć ojca.” .”Lepszy taki, niż żaden”. „Syn ci nigdy nie wybaczy, że zabrałaś mu rodzinę.” Zamarłam.

Nie przypuszczałam wtedy, że kilka lat później, moje serce rozedrze na pół podobny dylemat. Pamiętam siebie z tego okresu, kiedy zastanawiałam się czym tak naprawdę jest dobro mojego dziecka i czy moje pragnienie osobistego szczęścia, dla samej siebie, jest egoizmem, czy czymś naturalnym. Problem rozwiązał się sam.

Kiedy pojawiła się agresja, przestałam mieć wątpliwości, spakowałam się, wzięłam za rękę dziecko i wyszłam. Zostawiłam mojego męża. Potem była terapia, jego, wspólna i powolne odbudowywanie czegoś, co mogłam przecież zamknąć ostatecznie. Nie zamknęłam, bo chciałam nadal TEJ rodziny. Ale nie mogłam się zgodzić, by ciągle najbliższa mi osoba nas krzywdziła. Nie mogłam dłużej pozwalać, by moje dziecko było świadkiem, a jednocześnie ofiarą agresji, za pomocą której, jego ojciec wyładowywał swoją frustrację. On rzeczywiście miał realny, poważny problem, wymagający ciężkiej pracy nas sobą i otwierania ran, o których nigdy wcześniej nie mówił. Ale to nie dawało mu prawa do tego, by się nad nami znęcać.

Problemy dorosłych niech pozostaną problemami dorosłych, dzieciom jesteśmy winni wszystko co najlepsze: spokój, możliwość dorastania w domu pełnym harmonii i miłości. Jeśli nie ma jej między rodzicami, nie oszukujmy się, że dziecko tego nie zauważy. Dom bez miłości między mamą i tatą jest smutny.

Jeśli jest miłość, ale jest i złość i konflikty, dla „dobra dziecka”, trzeba nad sobą i związkiem nieustannie pracować, a nie trwać w gotowości do kolejnej awantury, nie zważając na to, jakie mają one wpływ na uczucia malucha.

Kiedy w grę wchodzi agresja, psychiczne i fizyczne znęcanie się, wyzwiska, czy alkohol, zawsze powiem: „zabierz dziecko i uciekaj”. To jasne, że się boisz, jasne, że ciągle kochasz, ale twoim obowiązkiem jest zadbać o was: o ciebie, o  syna, o córkę. To nie ich wina, że źle wybrałaś partnera życiowego. Twoja pewnie też nie zawsze: ludzie się zmieniają, manipulują, potrafią świetnie ukrywać to, kim są naprawdę. Ale nie wolno ci w tym trwać, bo nie jesteś sama. Twoja bierność, twoje czekanie, twój każdy kolejny dzień nadziei, że „coś się zmieni”, to kolejny dzień cierpienia dla nich.

A co jeśli jest i jego miłość i agresja? To chyba najtrudniejsze połączenie. Ten ciągły rollercoaster. Wczoraj było dobrze, tydzień temu było tak spokojnie, tak wspaniale o nas zadbał. Ale za dwa dni będziesz zakrywać siniaki na ramionach i nakładać grubiej podkład na zapuchniętą od płaczu twarz. A dziecku powiesz: nie trzeba o tym nikomu mówić, tatuś nas kocha. Mały pokiwa głową, już wie.

Uczysz go milczeć, kiedy dzieje się wam krzywda, choć dobrze wiesz, co to znaczy.

Mówisz: „Nie zrozum mnie źle, ja już dawno bym od niego odeszła. Gdybym była sama, wszystko byłoby prostsze, możliwe. Ale nie jestem sama, mam dziecko. Razem je mamy. Dziecko musi mieć ojca”. Nie. Dziecko musi mieć kogoś, kto je kocha i robi wszystko, by było szczęśliwe, a nie smutne, zastraszone, niepewne.

Kiedy odchodziłam od mojego męża, w ostatecznej decyzji pomogło mi jedno, bardzo ważne pytanie. Zapytałam się: Czego właściwie się boję? Lękam się odejść, bo nie jestem pewna czy poradzę sobie jako samotna mama? A może boję się stracić miłość mojego życia? Zrozumiałam wtedy, że moje największe obawy dotyczą dziecka, a nie mojego męża, czy mnie – tego, że ono cierpi, że ma coraz większy smutek w oczach, że prawdopodobnie jest nieszczęśliwe. Nawet jeśli bywa szczęśliwe. Ja też przecież bywałam szczęśliwa.

Odejść, czy zostać kiedy masz dziecko – to jest kwestia tak indywidualna, że trudno o jednoznaczne wskazówki. Ale kiedy mówisz, że zostajesz „dla jego dobra”, zawsze zapytaj się, co tak naprawdę przez to rozumiesz. I czy twoja decyzja coś w tej sprawie zmieni. Na lepsze.


http://cialis-viagra.com.ua

cialis-viagra.com.ua

www.xn----7sbajornvhu8c.com.ua/%D0%BE%D1%85%D1%80%D0%B0%D0%BD%D0%B0-%D1%81%D0%BA%D0%BB%D0%B0%D0%B4%D1%81%D0%BA%D0%B8%D1%85-%D0%BF%D0%BE%D0%BC%D0%B5%D1%89%D0%B5%D0%BD%D0%B8%D0%B9/