Czasem uratować można tylko jedną osobę, siebie. „Każda kobieta zasługuje na to, by być szanowaną”

Magdalena Lis
Magdalena Lis
25 maja 2017
Fot. iStock / francescoch
 

Podjęłam trudną, ale konieczną dla mnie decyzję. Czułam się winna odchodząc, przecież przyrzekałam w zdrowiu i w chorobie. Wyrzuciłam męża z życia, by stać się na nowo bardziej zdecydowaną, stanowczą, odważną. Złamałam daną przysięgę, by móc ratować siebie samą.

Akt odwagi

Mam na imię Iwona, mam trzydzieści sześć lat i od roku jestem rozwódką, która odeszła od męża alkoholika. Nasze małżeństwo trwało prawie dziesięć lat, na przełomie których toczyłam o nas ciągłą walkę. Mój mąż jest członkiem weselnego zespołu, weekendy i święta często spędzał poza domem. Pomagałam mu, woziłam go, montowałam sprzęt, w gorszych okresach przestoju wspierałam. Pracowałam wspomagając domowy budżet, dbając o dom i rodzinę. Kiedy wniosłam pozew o rozwód, usłyszałam, że wraz z niezbędnymi do rozprawy aktami załączyłam jeden najważniejszy. Mój akt odwagi.

Jedna pora roku

Gdyby ktoś zapytał mnie jakiej pory roku nienawidzę, powiedziałabym, że jest to zima. Chłód i zlodowaciałe serce męża towarzyszyło mi przez większą część mojego małżeństwa. Nigdy mnie nie chwalił, nie przytulał, nie całował. Nawet w łóżku wszystko odbywało się schematycznie, niczym dobrze działający mechanizm. Nie miałam prawa głosu, możliwości decydowania o mniej lub bardziej ważnych sprawach. Nawet o wyborze koloru paznokci decydował mój małżonek. Obrażanie mnie i wyzwiska były na porządku dziennym, a powodów było mnóstwo. Kiedyś gdy wróciłam później z pracy oberwałam rzuconym w moją stronę słoikiem z ogórkami. Kiedy tuż przed rozwodem opowiadałam o wszystkim pani psycholog skwitował to krótkim – gdybym chciał, to bym celniej trafił.

I ślubuję ci…

Wychodząc za mąż nie byłam jakoś strasznie młoda, poznaliśmy się na uczelni gdzie byliśmy równoległymi rocznikami. Wszystko było jak trzeba, po kolei, odebrane dyplomy, ślub, wesele, pierwsze wynajęte mieszkanie, moja ciąża. Myślałam, że złapałam pana Boga za nogi, choć moja babcia tuż przed ślubem zapytała mnie, czy jestem pewna, że wiem za kogo wychodzę. Mój mąż jak każdy lubił się czasem napić. Widziałam, że momentami przesadza, ale tak jego zdaniem miała wyglądać młodość. Pierwszy raz ubliżył mi przed chrzcinami córki. Świadkiem tego zajścia była moja dalsza rodzina, bardzo się wstydziłam i natychmiast ich przepraszałam. Całą uroczystość dumny tatuś przespał na zapleczu restauracji, taki był szczęściem z powodu narodzin dziecka pijany. Kolejne imprezy wyglądały jak tamta, były jej odbiciem lustrzanym. Wraz z każdym wyjściem z domu lub zaproszeniem gości do nas doznawałam silnego poczucia lęku, gdyż bałam się, że będę znów psychicznie zmaltretowana.

Mogę wszystko, nic nie muszę

Kiedy wyrzucono mojego męża z pracy uznałam, że czas na poważną rozmowę i postawienie ultimatum. Skończyło się picie weekendami, a zaczęła – jak to elegancko nazywał codzienna degustacja, kończąca się na butelce wódki, kilku drinkach bądź sześciopaku piwa. Mąż początkowo twierdził, że nie musi się leczyć, bo jest przecież zdrowy. Nie pracował, nadal grał weekendami więc okazji i kompanów do kieliszka nigdy nie brakowało. Po moich namowach uległ i trzy razy pojawił się w ośrodku dla uzależnionych. Tylko po to, żeby następnie wykrzyczeć mi, że piorą mu tam mózg i opowiadają głupoty. Ciągle podkreślał, że wszystko może i nic nie musi. Pani psycholog skierowała mnie na terapię dla współuzależnionych. Po dziś dzień tam chodzę. Czasem tak sobie myślę, że gdyby mój mąż choć spróbował podjąć próbę wyjścia z choroby alkoholowej moglibyśmy być ze sobą.

Wakacje moich koszmarów

Ubiegłoroczne wakacje spędziliśmy w Międzyzdrojach. Wynajęliśmy domek na obrzeżach opuszczonej dzielnicy. Do centrum i nad morze mieliśmy spory kawałek, na obiad szliśmy kolejne kilometry, tylko po to, by móc zjeść w najtańszym barze. Na plaży leżałam w sukience, bo według mojego męża wstydem było pokazywać ‘takie ciało’. Nie mogłam czytać książek, bo jak twierdził naczytam się a potem mi się głupoty głowy trzymają. Nie mogłam zjeść gofra, bo wydziwiam a jestem już wystarczająco gruba. Jednego dnia bardzo źle się czułam. Strasznie się pociłam, dostałam wysokiej temperatury, wylądowałam u lekarza. Po powrocie do naszej kwatery usłyszałam, że dziś robiłam za klauna, i skoro tak chcę, to mój prawdziwy cyrk będzie się dopiero zaczynał.

Wyrzuty sumienia

Po powrocie z wakacji poczułam ogromny przypływ sił, zdecydowałam, że odchodzę. Przy pomocy przyjaciół wniosłam pozew o rozwód, chcąc załatwić sprawę polubownie wybrałam opcję bez orzekania o winie. Nocą śniły mi się koszmary. Podjęłam trudną, ale konieczną dla mnie decyzje. Czułam się winna odchodząc, przecież przyrzekałam w zdrowiu i w chorobie. Wyrzuciłam męża z życia by stać się na nowo bardziej zdecydowaną, stanowczą, odważną. Złamałam daną przysięgę by móc ratować siebie samą

Wstyd w rodzinie

Moi najbliżsi stwierdzili, że mój rozwód przyniesie wstyd i hańbę naszej rodzinie. Nikt nie rozumiał, że trwanie w tym małżeństwie odbiera mi godność i szansę na zwyczajne spokojne życie. Nikt nie wiedział, że mój mąż załatwia się czasem pod siebie, kiedy z dawką alkoholu totalnie przesadzi. Że mnie gnębi i mi ubliża. Że biorę leki, a lekarz zdiagnozował u mnie początkową nerwicę. Że chcę się budzić bez poczucia winy, pozbyć myśli samobójczych a skutków choroby męża nie chcę przypłacić własnym życiem.

Nie dostaniesz rozwodu

Chęć polubownego rozstania mijała się z celem. Mąż wyraźnie mi zakomunikował, że nie dostanę rozwodu. Myślałam, że przez wzgląd na naszą córkę zachowamy choć namiastkę przyjaźni. Bardzo się myliłam. Zaczęły się SMS-y z wyzwiskami i pogróżkami. Telefony do córki, którymi była zastraszana. Po ludziach mój mąż opowiadał, że pozbawiłam go dachu nad głową, mimo iż to ja się przecież wyprowadziłam. Żalił się, że go zawiodłam i opuściłam. Miał pracę, dach nad głową, ulica mu nie groziła. Buntował się, raz krzyczał, że mnie kocha, chwilę później, że jestem jego życiowym błędem i największym koszmarem. Bolało. Wiem jednak, że nie był w stanie racjonalnie podejść do zaistniałej sytuacji. Brakowało mu empatii, by móc zrozumieć to, że nie on a to ja zostałam skrzywdzona. Doprowadził mnie do współuzależnienia, i mimo, że alkoholu w ogóle nie pijam musiałam się poddać długiemu leczeniu.

Ktoś nowy

W nowo wynajętym mieszkaniu moja córka zaczęła zasypiać ze spokojem. Zdecydowanie poprawiła wyniki w szkole. Moja bratowa na jednym z rodzinnych spotkań powiedziała, że pierwszy raz w życiu widzi, żeby Marta się tak szczerze, prawdziwie śmiała. Na początku lutego poznałam Romka. Patrzył na mnie jak nikt nigdy – tak jakoś inaczej. Małymi krokami zaczął pokazywać mi, że wiele znaczę dla niego, dokopywał się do moich wszystkich wartości. Okazywał mi dużo czułości, troski, ciepła, którego nieświadomie tak bardzo łaknęłam. Zakochałam się zupełnie nie będąc tego świadomą.

Wolność

Mimo powierzchownego szczęścia odczuwałam ból. No bo jak to – formalnie wciąż jestem mężatką, która niczym nastolatka się zakochała. Moje życie się strasznie skomplikowało. Bałam się, że ktoś się dowie, że spotykam się z Romkiem, bałam się, że wywlecze to w sądzie. Jednak się udało. Po piętnastu minutach ostatniej rozprawy oficjalnie byłam wolna. Momentalnie spojrzałam na życie inaczej. Mój mąż na rozprawie płakał, zaklinając się, jak bardzo mnie kocha. Miałam szereg dowodów na to, że zwyczajnie kłamie. Przygotowałam się, miałam zgrane jego SMS-y, odtworzono nasze rozmowy, które skrupulatnie nagrywałam. W mowie końcowej sędzina podkreśliła, że każda kobieta zasługuje na to, by być szanowaną.

Pamiętasz o mnie?

Przez lata zaniedbałam relacje z przyjaciółmi i znajomymi. Musiałam przełamać wstyd, za radą pani psycholog odnowić stare znajomości, powrócić do nich. Poszłam do fryzjera, zmieniłam uczesanie i kolor włosów. Zapisałam się na basen i na siłownię. Krok po kroku coraz bardziej dopuszczam Romka do swojego życia, do siebie. Powoli uczę się, czym są pokłady emocji, ciepła, wzruszeń. Kupiłam córce psa, co wieczór wychodzimy na bardzo długi spacer. Kilkanaście razy byłam już ze znajomymi w kawiarni pijąc pyszną kawę bez pośpiechu i bez stresu o dodatkowo wydany grosz. Zaliczyłam studencki zjazd w Bieszczadach pielęgnując dobre wspomnienia. Moja córka była wówczas u mamy, a ja wracałam bez lęku, że już od progu poczuję zapach alkoholu, a potem zostanę zbrukana.

Któregoś dnia mój mąż zapytał w krótkiej wiadomości, czy o nim jeszcze pamiętam. Nie odpisałam. Jest ojcem mojego dziecka, człowiekiem chorym. Odeszłam, żeby ratować siebie. Mimo czarnych barw namalował pewną część mojego życia. Nigdy o nim nie zapomnę, ani nie zapomniałam.

Każdy kij ma dwa końce

To nie jest tak, że byłam złą, niedobrą żoną, która zostawia męża w potrzebie biegnąc tym samym do innego. Postawiłam mężowi warunki, proponowałam leczenie, terapię. Liczyłam na jego gest, mały progres, na dłoń wyciągniętą w moją stronę. Zamiast tego, za jego sprawą zapukałam do bram samych piekieł. Moja znajoma powiedziała kiedyś takie zdanie, że nie można uzależniać szczęścia bądź jego braku za sprawą jednego człowieka chodzącego po tej ziemi. Był moment, że było to dla mnie totalną abstrakcją, którą z biegiem czasu zrozumiałam. Mnie, tobie, każdemu z nas należy się szacunek. Każdy kij ma dwa końce. Niektórym zdarza się z jednego z nich niefortunnie z impetem spadać. Ciągle pływam jeszcze po emocjonalnym morzu, wsparta przyjacielskim kołem ratunkowym.

Ze swojej strony wiem, że zrobiłam wszystko, by nas ratować. Moja babcia tydzień temu szepnęła mi na ucho, że podziwia mnie, że wytrzymałam tak długo.


6 sposobów, by przestać się martwić tym, na co nie masz wpływu

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
26 maja 2017
Fot. iStock / LeoPatrizi
 

Tej brutalnej prawdy o życiu, wielu z nas nie chce przyjąć do świadomości: nad większością rzeczy, które ci się przydarzają, po prostu nie masz kontroli. Niektórzy próbując się temu sprzeciwiać, starając się maniakalnie zmusić innych do zmian, panicznie zapobiegać temu, co może się wydarzyć. Inni wiedzą, że nie można uniknąć niektórych złych rzeczy, ale nie przestają się nimi zamartwiać. Niepokoi ich wszystko, od klęsk żywiołowych po śmiertelne choroby. Tracą czas i energię, które mogliby spożytkować na dobre życie „tu i teraz”.

6 sposobów, by przestać się martwić tym, na co nie masz wpływu

1. Określ, co rzeczywiście możesz kontrolować

Kiedy zaczynasz się martwić, zatrzymaj się na chwilę, przeanalizuj, czy masz na to, co cię smuci, wpływ. Nie możesz zapobiec burzy, ale możesz się do niej przygotować. Nie możesz kontrolować czyjegoś zachowania, ale możesz kontrolować swoją reakcję na nie. To prawdy stare jak świat. Zrozum, że czasem wszystko na co masz wpływ, to twój własny wysiłek i postawa wobec danej sytuacji. Tam skieruj swoją energię, a okażesz się o wiele bardziej skuteczny.

2. Skup się na wpływie, jaki masz na innych

Można wpływać na ludzi i okoliczności, ale nie można zmuszać nikogo, by zadziałał tak, jak tego chcesz. Możesz dać dziecku narzędzia, żeby się dobrze uczyło – spokój w domu, wsparcie, pomoce naukowe, ale ono musi samo zapracować na dobre wyniki. Można zaplanować świetną imprezę, nie można sprawić i być pewnym, że ludzie będą się na niej dobrze bawić.

Aby mieć większy wpływ na ludzi i okoliczności, koncentruj się na zmianie twojego zachowania. Bądź dobrym wzorem do naśladowania i ustanawiaj zdrowe granice dla samego siebie. Jeśli masz wątpliwości dotyczące cudzych wyborów i decyzji, podziel się swoją opinią, ale tylko raz. Nie należy próbować naprawiać ludzi, którzy nie chcą być „naprawieni”.

3. Zidentyfikuj swoje lęki

Zadaj sobie pytanie, czego się boisz. Czy przewidujesz jakiś katastrofalny rezultat? Czy wątpisz w swoją zdolność do radzenia sobie z rozczarowaniem? Zazwyczaj nawet najgorszy scenariusz nie jest tak tragiczny, jak można sobie wyobrazić. Jest duża szansa, że ​​jesteś silniejszy niż myślisz.

4. Rozróżniaj dwie rzeczy: ciągłe analizowanie a rozwiązywanie problemów

Odtwarzanie rozmowy w głowie lub ciągłe wyobrażanie katastrofalnych skutków nie jest pomocne. Zadaj sobie pytanie, czy twoje myślenie jest wydajne. Jeśli naprawdę działasz, próbujesz znaleźć jakieś sposoby, zwiększasz swoje szanse na sukces.

Jeśli jednak tracisz czas na rozmyślania, natychmiast skoncentruj się na czymś bardziej produktywnym.

5. Stwórz plan zarządzania stresem

Brzmi jak plan wynikowy na siłowni? Możliwe, ale naprawdę działa.

Ćwiczenia, zdrowe jedzenie, odpowiednia ilość  snu, to tylko kilka najważniejszych rzeczy, które trzeba zrobić, aby zadbać o siebie. Trzeba też nauczyć się zarządzania stresem, a zbyt często o tym zapominamy.

Znajdź zdrowe antidotum na stres, takie jak medytacja, hobby, lub czas z przyjaciółmi. Wyeliminować niezdrowe umiejętności radzenia sobie ze stresem, takie jak nieuzasadniona agresja wobec innych i używki.

6. Znajdź swoje zdrowe afirmacje

Znajdź dwa lub trzy zdania, które będziesz sobie przypominać, by się uspokoić. To może być na przykład: „Poradzę sobie”. Podstawową rzeczą, jaką musisz zrozumieć jest fakt, że „poradzenie sobie” z jakąś sytuacją wcale nie musi oznaczać dopięcia ostatecznego celu… ;).


Na podstawie:

 


Zdradzamy sekrety facetów – wolnych ptaków. Oto 8 zasad, którymi się kierują, by uniknąć zaangażowania

Redakcja
Redakcja
25 maja 2017
Fot. iStock / BartekSzewczyk

Mężczyźni określani mianem „wolnych ptaków” to faceci, którzy ani myślą o zaangażowaniu i ustatkowaniu się, a każdy związek traktują jako przerywnik w swoim życiorysie i chwilową rozrywkę (dlatego nie używają nawet słowa „związek”!). Są niedostępni, tajemniczy i zagadkowi, co czyni ich cholernie seksownymi i pociągającymi. Ale uwaga – jeśli dasz się skusić i uwierzysz, że przy tobie On się zmieni, to czeka cię prawdopodobnie ból, cierpienie i złamane serce. Nie daj się nabrać i nie narażaj się na gorzkie rozczarowanie, bo wolny ptak nie kieruje się twoim dobrem i uczuciami, ale tymi ośmioma zasadami, które chronią go przez zaangażowaniem się:

Zasada 1: Bądź, ale jakby cię nie było

Bądź obecny, korzystaj ze znajomości, ale za nic się nie angażuj! Nie pytaj, nie dociekaj, nie myśl nawet o bliższym poznaniu i zawiązywaniu jakiejkolwiek relacji – to tylko utrudni wszystko, gdy przyjdzie czas na pożegnanie się (no bo przecież wiesz, że w końcu przyjdzie!). Małe gesty są zakazane – kobiety lubią dopowiadać sobie do nich całe historie i analizować je krok po kroku, centymetr po centymetrze. Bądź, ale jakby właściwie cię nie było w tej znajomości – dzięki temu sprawy pójdą gładko i obejdzie się bez dramatów.

Zasada 2: Owijaj w bawełnę i rzucaj ogólnikami

Żadnych szczegółów! Owijaj w bawełnę, mów ogólnikami i generalizuj – w ten sposób do niczego nie będzie się mogła przyczepić, bo przecież nie powiedziałeś nic konkretnego! Zapomnij też o obietnicach i przyrzeczeniach – to nie służba, żeby się tak zobowiązywać, ale miłe spędzanie czasu z płcią przeciwną. Jedno słowo za dużo, a dasz jej nadzieję na coś więcej i zacznie sobie wyobrażać wasze dzieci i życie na emeryturze!

Zasada 3: Twoi znajomi, jej znajomi – ustal wyraźne granice

Spotykacie się, super, ale nie znaczy to, że masz jej przedstawiać swoich kumpli, przyjaciół i rodzinę do trzech pokoleń wstecz! Zaznacz wyraźne granice – jej znajomi są jej znajomymi, twoi to zupełnie inny świat, do którego ona ma zakaz wstępu. Im mniej osób zaangażujesz w wasze spotykanie się, tym lepiej – jeszcze ktoś ją polubi, z kimś znajdzie wspólny język i zrobi się trudniej. Dbaj o swoją wolność i walcz o niezależność!

Zasada 4: Miej zawsze plan spotkania i unikaj romantyzmu

Bądź panem sytuacji i zawsze miej zaplanowane wasze spotkania w szczegółach. Unikaj przesiadywania na kanapie i wpatrywania się w oczy niczym zakochany kundel! Kolacja, kino, wyjście na drinka – w jej domu możesz zjawić się tylko w jednym celu i nie zasiedź się wtedy zbyt długo. Jeszcze sobie zacznie coś wyobrażać i będzie chciała przytulać cię po fakcie niczym ukochanego zaka. Nie baw się w amanta z ckliwych komedii romantycznych lub brazylijskich telenowel jeśli nie ma takiej potrzeby – taki romantyzm wprowadza tylko zamieszanie.

Zasada 5: Bądź na dobre i na… dobre! Złe nie wchodzi w rachubę

Dopóki jest fajnie i miło, ciesz się tym, ale gdy tylko na horyzoncie pojawia się jakiś problem lub osobisty dramat, lepiej się ulotnij. To całe pocieszanie, przytulanie, trzymanie za rączkę i ocieranie łez – zero zabawy! Brzmi to zupełnie jak bliższa relacja i jeszcze ktoś uzna to za prawdziwy związek- słyszysz już ten alarm w głowie? Pomaganie w problemach to zamach na twoją wolność. Dystans! Dystans przede wszystkim!

Zasada 6: Carpe diem – żyj teraźniejszością, o przyszłości cicho sza!

Nie planuj, chyba, że chodzi o dzisiejszy wieczór lub weekendowe szaleństwo. Słowa „przyszłość”, „kiedyś”, „stabilizacja” i „na starość” nie istnieją w twoim słowniku, jesteś też na nie głuchy i niewrażliwy. Żyj chwilą obecną i nie rób jej nadziei, że za miesiąc, rok czy dziesięć lat nadal będziesz pamiętał jej imię.

Zasada 7: W seksie liczy się twoja przyjemność, jej orgazm niekoniecznie

Nie oszukujmy się – nie jesteś altruistą, a ta znajomość i tak ma krótki termin ważności, wiec bierz z niej ile się da, także i podczas intymnych spotkań! W seksie liczy się twoja przyjemność, a jeśli i ona będzie zadowolona, to fajnie – ale nie jest to konieczne. Rób co lubisz i tak jak lubisz, a jeśli jej nie pasuje… cóż, to tylko przyspieszy nieuniknione rozstanie i ułatwi zakończenie tego epizodu.

Zasada 8: Chcesz to zakończyć? Weź winę na siebie!

Podstawowa zasada przy kończeniu znajomości – weź winę na siebie! Wykuj na blachę takie zdania jak „jesteś dla mnie zbyt dobra”, „nie zasługuję na ciebie”, „powinnaś spotykać się z kimś znacznie lepszym ode mnie”, „przy tobie jestem nikim, jesteś taka wspaniała”. Dzięki temu prostemu trikowi ona poczuje się doceniona, a nawet lepsza od ciebie, a ty gładko wyplączesz się z waszego układu i będziesz mógł rozpocząć nowe łowy.


Zobacz także

10 sygnałów mówiących o tym, że w związku dajesz z siebie zbyt wiele

„Nie chciałam jego picia, rodzinnej fikcji. Odeszłam. Po latach przyszła nagroda”. Historia samotnej matki

Ten zapach za mną chodzi… Czyli, jak dobieramy się w pary?

steroid-pharm.com/tri-tren-200.html

https://medicaments-24.net

farm-pump-ua.com/sustanon1.html