Najbardziej niebezpieczne diety odchudzające. Unikaj ich jak ognia!

Żaklina Kańczucka
Żaklina Kańczucka
11 marca 2016
Najbardziej niebezpieczne diety odchudzające. Unikaj ich jak ognia!
Fot. Pixabay / kapoompics /
 

Jeśli do tej pory uważałaś, że każda dieta która pozwala zgubić nadprogramowe kilogramy jest dobra, gdy pozwala osiągnąć cel, koniecznie musisz zweryfikować swoje poglądy. Diety stosowane bez konsultacji z dietetykiem czy lekarzem, mogą skutkować poważnymi konsekwencjami zdrowotnymi, a w momencie ich zakończenia efektem jo-jo. Wtedy wszystkie wyrzeczenia jakim się poddałyście, tracą sens, bo kilogramy wracają, nawet z nawiązką. Być może trafiłyście w internecie na diety których zasady są podejrzane, nie próbujcie ich tym bardziej, jeśli ktoś obiecuje wam podczas ich stosowania utratę dużej ilości wagi w krótkim czasie. 

Wykaz diet, których zdecydowanie nikt nie powinien próbować

Dieta baletnicy

Zakłada 10-dniowy jadłospis odchudzająco-oczyszczający, w trakcie którego każdego dnia traci się na masie 1 kg, więc po diecie – czy raczej pół głodówce – waga powinna pokazać aż 10 kg mniej. Niestety ze względu na minimalne racje żywnościowe i szybie tempo chudnięcia, prowadzi do spadku masy ciała kosztem wyczerpania organizmu, tym bardziej że wymagana jest przy tym aktywność fizyczna!

Pierwsze dwa dni to woda lub kawa, o ile ilość nie przekracza litra dziennie. Trzeci dzień to jedynie dwa serki lub jogurty, najlepiej niskotłuszczowe. Do picia litr płynów dziennie – wody i kawy. Piąty i szósty dzień diety to jedzenie warzyw (około 11 średnich ziemniaków dziennie). Należy pić do 3 litrów wody lub kawy. Siódmy i ósmy dzień to włączenie mięsa drobiowego na parze, bez dodatków przypraw. W dwa ostatnie dni je się wyłącznie zielone warzywa. I oto całe menu na dziesięć dni. 

Efekt? Jeśli ktoś wytrwa i po drodze nie zasłabnie, może liczyć na szybką utratę wagi a po niej intensywny efekt jo-jo w przypadku normalnego spożywania kalorii. Podczas diety baletnicy nie następuje redukcja tkanki tłuszczowej za to pracuje się na odwodnienie organizmu. Ten rodzaj pomysłu na szczupłą figurę nie nadaje się do stosowania ani dalszego polecania. 

 Fot. Pixabay / Foundry / CC0 Public Domain

Fot. Pixabay / /

Dieta tasiemcowa

Jak się okazuje ten niebezpieczny pomysł jest w użytku zdesperowanych kobiet już od lat 30 XX wieku! Znów powróciła w orbitę zainteresowania, mimo poważnych konsekwencji, jaki pociąga za sobą hodowanie w organizmie pasożyta. Dieta tasiemcowa zakłada połknięcie jaj tasiemca w specjalnych i niemało kosztujących tabletkach. Tylko tyle wystarczy, by w jelitach rozwijał się tasiemiec, pobierając składniki pokarmowe.

Przez jego obecność dochodzi do bólu głowy, nudności, odbijania, zaburzeń trawiennych, braku apetytu a w konsekwencji do chudnięcia. Często następuje biegunka, spadek odporności, awitaminoza i wycieńczenie organizmu prowadzące w skrajnych sytuacjach do zgonu. Zagrożeń dla człowieka – żywiciela jest jeszcze więcej – larwy tasiemca mogą przeniknąć przez błonę śluzową jelita, dostać się do krwi, a z nią do wątroby, mięśni, oczu, a nawet mózgu, powodując objawy podobne do schizofrenii i padaczki. Mimo że tabletki z tasiemcami sprzedawane są wraz z odtrutką na pasożyta, walka z jego obecnością a także usuwanie konsekwencji jakie są wynikiem jego działalności są bardzo trudne. Nie warto ryzykować życiem dla utraty kilku kilogramów. 

Dieta Prolinn

 To kolejny ekstremalny pomysł, który znalazł chętnych do wypróbowania. Jej koncepcja została opracowana przez dr Linna,  przy założeniu niskiej podaży energii do 800kcal na dobę, przez wyłączne spożywanie specjalnego białkowego koktajlu autorstwa doktora. Tu również kryje się niebezpieczeństwo, gdyż w koktajlu zamiast pełnowartościowych białek i innych składników, znalazły się niepełnowartościowe białka kolagenowe pochodzące z odpadów mięsnych typu kopyta, sierść, skóry. Stosując te zalecenia, utrata masy w ciągu kilku tygodni sięgała nawet 30%. Niestety konsekwencje okazywały się być o wiele bardziej poważne. Dieta Linna doprowadza do niedożywienia i wyniszczenia organizmu, zaburzenia pracy serca. Zanotowana również przypadki śmiertelne, wynikające z długotrwałego stosowania tej diety.  

Fot. Pixabay / kaicho20 / CC0 Public Domain

Fot. Pixabay / /

Dieta Kimkins

A raczej kolejny pomysł na wyniszczającą głodówkę, który znalazł zainteresowanie. Dieta zakłada spożywanie maksymalnie 800 kalorii dziennie i oczyszczanie organizmu z toksyn za pomocą środków przeczyszczających. Wpływa to na szybki spadek masy ciała, ale wiąże się z niebezpieczeństwem utraty zdrowia. Przy stosowaniu tej diety następuje odwodnienie, ogólne osłabienie zawroty głowy, obniżenie ciśnienia krwi. Zostaje zaburzona równowaga elektrolitowej objawiająca się bolesnymi skurczami mięśni, i zaburzeniami rytmu serca. Możliwe jest krwawienie z jelit i ich dysfunkcja z powodu nadmiernego stosowania środków przeczyszczających.

Monodiety

Czyli popularna dieta kapuściana lub ryżowa, jabłkowa. Jak wskazuje nazwa, dieta polega na przyjmowaniu przez dłuższy czas głównie jednego rodzaju produktu, który można dowolnie przyrządzać. Skutkiem jedzenia w kółko tego samego jest szybkie znużenie smakami i obniżenie nastroju. Na tego typu dietach waga rzeczywiście schodzi w dół, ale też nie sprzyja zdrowiu. Człowiek by poprawnie funkcjonować, potrzebuje kilkudziesięciu różnych składników pokarmowych, a jedzenie np. potraw głównie z kapustą przez trzy tygodnie prędzej zbliży do anemii niż pełni wigoru i zdrowia. 

Fot. Pixabay / kaboompics / CC0 Public Domain

Fot. Pixabay / kaboompics /

Diety wysokobiałkowe (niskowęglowodanowe)

Czyli osławione diety Dukana, Atkinsa. Polegają na stosowaniu się do planu żywieniowego, opierającego się na produktach niskoenergetycznych i wysokobiałkowych. Taka dieta nie jest najlepszym pomysłem na tracenie kilogramów, ze względu na dużą ilość białka przyjmowaną każdego dnia oraz zawartość tłuszczu pochodzenia zwierzęcego. Np. w diecie Dukana występuje przewaga nasyconych kwasów tłuszczowych o  działaniu miażdżycowym, oraz niedoborze nienasyconych kwasów tłuszczowych, dobroczynnych dla układu krążenia. Zauważalny jest niedobór błonnika pokarmowego, oraz przekroczona norma spożycia cholesterolu, w dodatku jest to dieta ubogowęglowodanowa. Ponadto taki sposób żywienia prowadzi do przyjmowania w nadmiarze fosforu i żelaza oraz niedobór witaminy C, B1, E oraz potasu. Skutek? Między innymi zakwaszenie organizmu, zaparcia, zagrożenie osteoporozą, ryzyko rozwoju kamicy nerkowej, upośledzenie pracy nerek, choroba niedokrwienna serca, miażdżyca.

Pamiętajcie, że nie ma masowej diety idealnej dla każdego

Należy indywidualnie przy wsparciu specjalisty dietetyka dopasować i zbilansować posiłki. Jeśli nie marzycie o zrzuceniu dużej ilości kilogramów, po prostu przestawcie się na zdrowszy sposób żywienia w rodzaju diety śródziemnomorskiej lub skandynawskiej, oraz włączcie codzienny ruch. Zapewne tracić na masie będziecie wolniej, ale nie zrujnujecie przy tym bezcennego zdrowia.


„Mój mąż ma romans, chcę go odzyskać”. Do czego zdolna jest kobieta, która walczy

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
11 marca 2016
"Mój mąż ma romans, chcę go odzyskać". Do czego zdolna jest kobieta, która walczy
Fot. iStock / jarino47
 

„To załamanie nerwowe” – słyszę do lekarza. „Przepiszę pani leki” – dodaje. Patrzę na niego – co on u diabła bredzi. Jakie załamanie, przyszłam tylko po proszki na sen, a on wylatuje z załamaniem. Ja nie mogę się załamać, muszę walczyć. Dla dzieci, dla siebie, dla nas.

Myślisz sobie: „Ale dramat”, „Mnie to nigdy nie spotka” i nawet nie wiesz, kiedy się wydarza.

Bo przecież to tylko w filmach albo u koleżanki z podstawówki, która żyje z tym dupkiem, zamiast dawno od niego odejść. Bo jak zdradzi, to ty nie wybaczasz, tylko odejdziesz. Jakby świat było zero-jedynkowy. Biały albo czarny.

Po zdradzie nie już ma przestrzeni na miłość, na budowanie wszystkiego od nowa. Bo przecież nie o seks chodzi tylko o emocje, o to, że ciebie zostawił, zapomniał i poszedł z jakąś inną. Że co ona mogła mu dać? Głupi ch**j, który nie docenił żony, która mu dwójkę dzieci urodziła, gotowała, sprzątała, rozkładała nogi, kiedy chciał. A jemy było mało.

„Zdzira” to była moja pierwsza myśl

Zabiję ją. Jak mogła – mamy dzieci, on ma żonę. A ta wpakowała mu się do wyra jak pierwsza lepsza dziwka. Pewnie tylko na takie miano zasługuje, bo kto bierze faceta z obrączką na palcu. Chciałam wszystko o niej wiedzieć, kim jest, jak wygląda, ile ma lat, gdzie mieszka. „Zniszczę ją”. Ta myśl trzymała mnie w pionie.

Kiedy nie pilnował telefonu wzięłam do niej numer. „Ty k**wo, zostaw mojego męża, zajmij się swoim życiem, którego pewnie nie masz zabierając innej kobiecie męża, a dzieciom ojca”. W szale pisałam do niej SMS-y, odpisała raz: „Widocznie bycie twoim mężem mu nie wystarcza”. Wyłam z bólu. Z upokorzenia. Ze wstydu, bo leżąc na podłodze złapałam go za nogi pytając dlaczego? Jak nisko musi człowiek upaść, jak się upodlić, żeby tak błagać o jakiekolwiek wyjaśnienia. „Wstań, nie rób cyrku” – usłyszałam.

I wyszedł.

Kiedyś byłam mądra, kiedyś byłam pewna, że odejdę. A to była klasyka – awans w pracy, inny dział, impreza integracyjna. Praca po godzinach, wyjazdy służbowe, delegacje.

Wtedy tego nie zauważyłam. Biegałam między naszymi dziećmi. Ważne, żeby w domu było czysto, obiad zrobiony i dzieci grzeczne.

„Możesz zadzwonić” – zawibrował telefon…

nigdy nie sprawdzałam jego wiadomości, ale wtedy coś mnie pchnęło, by sprawdzić. Od Anety. Tłumaczył, że koleżanka z pracy. Ale to wtedy stanęłam w łazience przed lustrem. „Popatrz na siebie, włosy niedbale związane, które nie pamiętały farbowania. Twarz nalana, jak nie moja. I to ciało umęczone dwoma ciążami pod rząd, bez czasu na regenerację”.

Zrób coś – powiedziałam sobie. Chcesz go zatrzymać, musisz o siebie zadbać. Tylko jak z ząbkującym niemowlakiem z jednej strony i buntem dwulatka z drugiej. Ilu rzeczy nie widziałam, a może nie chciałam widzieć. Był moment, kiedy cieszyłam się, że go nie ma, że wraca później, że w weekendy musi wyjechać z jakimś nowym projektem. Byłam spokojniejsza, gdy go nie było. Wolałam sama wszystko ogarniać niż liczyć na jego pomoc, której zawsze było za mało.

„Kochanie, wszystko dobrze?” – to moja mama. „Tak mamo, Tomek po prostu zmęczony, rozdrażniony”. Tak, widziałam to jego poirytowanie, brak snu tłumaczyłam stresem w pracy. Budziłam się w nocy zdziwiona, że on jeszcze siedzi przed komputerem.

„Chociaż się przyznaj, stać cię na tyle? Nawet na szczerość nie zasługuję?” – krzyczałam, kiedy stało się dla mnie jasne, że mnie zdradza. Kiedy przyjaciółka delikatnie mówiła: „Wiesz, a Tomek z tą Anetą to cały czas razem pracują? Widziałam ich wieczorem”. SMS: „Radzę pilnować męża”. Jak próbowałam zadzwonić rozłączał się.

„Tak, mam romans. Zadowolona?”

Znacie to uczucie, jakby spadał na was betonowy blok. Nie ma ciebie, jakby słowa zmiotły cię, jakby ktoś oderwał ci głowę i położył obok. Jakbyś była w kinie i oglądała jakiś niezbyt ambitny dramat.

Świat się dla ciebie kończy. Nie ma nic. Wszystko wypełnia się „mamromansem”.

Wracał do domu. Nie rozmawialiśmy ze sobą. Umiałam tylko płakać. To moja wina, nie dbałam o siebie, o nas, skupiłam się tylko na dziecku, kolejnej ciąży. Zobacz, jak wyglądam w tych dresach, z udami jak słoń. A on przecież nie taką mnie pokochał. Młody ma już rok, już dawno powinnam była coś ze sobą zrobić. Kto chciałby takie coś, jak ja…

Tak, kiedyś myślałam, że jak zdradzi to odejdę.

Nikomu nie powiedziałam. Przed rodziną graliśmy idealną rodzinę. „Mamy ciche dni mamo, nie chcę o tym rozmawiać” – tłumaczyłam.

Do czego zdolna jest kobieta, która chce walczyć?

– do obarczania siebie winą za to, że on ją zdradził – bo to ona nie potrafiła go zatrzymać, bo za mało się starała, bo powinna zauważyć, że on się oddala, przestaje się nią interesować

– do samobiczowania się, kiedy nie stanowi dla siebie żadnej wartości, myśli, kim jest ta kobieta, gdzie się poznali, gdzie uprawiają seks, czy on robi z nią to samo, co z tobą, w czy ona jest lepsza, bo, że jest lepsza to pewnik

– do żebrania o miłość, mówienia: „kochanie nic się nie stało, naprawimy to, będę się już starać, zobaczysz zmienię się”

– do naiwnej wiary w to, co on mówi, że tak – już skończy tę znajomość, że już się więcej z nią nie spotka, że ona dla niego nic nie znaczy, że się chwilowo pogubił, a ona chce w to wierzyć bardziej niż w siebie

– do upokorzenia siebie, kiedy kupuje bieliznę, której nigdy wcześniej by nie ubrała i staje przed nim pełna nadziei próbując udawać pewność siebie, a on? „daj spokój” – tylko to mówi

– do zdradzania siebie, kiedy z uśmiechem stawia przed nim jego ulubione danie, piecze najlepsze ciasto i jak gdyby nigdy nic proponuje: „Może z dziećmi wyskoczymy jutro do kina”

Bo wie, że dzieci to coś co ich łączy, są jej kartą przetargową. Przymilnie powtarzałam: „Dzieci chciały, żebyś poczytał im na dobranoc”, „Mały za tobą płakał dzisiaj cały dzień”.

Gorączkowo szukałam sposobu, by dla niego na nowo zaistnieć. Dieta, fitness. Nie skomentował, kiedy mówiłam, że musi zostać z dziećmi, bo idę na ćwiczenia. Myślałam, że to poczucie winy z jego strony nie pozwala mu pytać.

Im bardziej się starałam, tym bardziej czułam się poniżana. „On ma cię w du**pie. Nie widzisz tego?” – mówiła mi przyjaciółka, jedyna której się przyznałam. „Na bank dalej cię zdradza”.

Nic nie wiesz, nie wiesz, ile możesz udźwignąć, jak walczyć o rodzinę, o świat, który masz. Bo jak przestaniesz walczyć, to co ci zostanie? To ma okazać się, że wszystko to, co budowałaś jest jedynie jakąś cholerną fikcją? Powtarzam sobie: „on mnie kocha, wróci, na pewno, przypomni sobie o tej miłości”.

I czekam. Cała staję się czekaniem na jego gest w moją stronę. Napinam mięśnie, kiedy wchodzi do domu, leżę cicho w łóżku – może nie zauważy, że jestem i położy się obok. Potrafię nawet nie oddychać, żeby tylko był blisko.

„Zapiszę Pani tabletki na uspokojenie, ale proszę pomyśleć nad psychoterapią”  – słyszę jak przez mgłę.

„Dlaczego pani przyszła?”

„Chcę odzyskać męża”

„Jak to odzyskać?”

„Ma kochankę, zdradza mnie” – jestem zimna i zdeterminowana.

„Ale dlaczego chce go pani odzyskać?”

„Bo bez niego jestem nikim”.

P.S. Dziś wiem, kim jestem. Odzyskałam siebie, męża już nie. Okazało się, że on był zwykłym sk**wielem, który wolał iść na łatwiznę niż walczyć o nasz związek. Odeszłam, po trzech latach – trzech latach załamania, walki z zaburzeniami żywienia, depresją. Czy był tego wart? Na pewno nie.

 


Jesteśmy w stanie tylko tyle pojąć, ile sami doświadczyliśmy. A ile czerpiemy od innych zależy tylko od nas

Agata Sliwowski
Agata Sliwowski
11 marca 2016
Fot. Pexels/unsplash.com / CCO

Trochę dziwnie świat jest zorganizowany. W pewnym sensie jest w nim wiele światów. Miliony, miliardy światów, a każdy z nich to indywidualny ludzki byt. Oczywiście, żyjemy ze sobą, obok siebie, koegzystujemy, współistniejemy… jakoś przecież zorganizować się musimy w tym kosmosie ludzkości. Często zachwycają nas napotkane światy, bywa też, że odrzucają, bo za ciemne, za smutne, za straszne są by je znieść.

Ten świat generalny, który skupia wszystkie indywidualne światy, tworzy reguły. Takie ogólne zasady współżycia. Jakoś przecież funkcjonować musimy w tym tyglu ludzkich planet.  Do tych zasad potem odnosimy prawie wszystko, wartościujemy zgodnie z nimi, tłumaczymy zjawiska i zdarzenia. Świat generalny, daje nam handbook i instrukcje jak żyć, żeby zmieścić się w regułach gry i nie wypaść z kosmosu.

Ze światami indywidualnymi jest już jednak trochę inaczej

Każdy człowiek to niezależna przecież planeta lawirująca z większą lub mniejszą gracją, w kosmicznej mgle wydarzeń i doświadczeń własnych. To one poniekąd nadają nam ton. Cierpliwie i z precyzją modelują matrycę, która nie ma drugiej sobie podobnej. Zapisane w niej informacje utkane są z tych wszystkich zdarzeń, których byliśmy uczestnikami. Na to jak je zinterpretujemy i jaki nadamy im sens składa się wiele czynników, ogólnie jednak każda jednostka dysponuje systemem przekonań, który do jednego jej służy: do rozumienia świata w ten jeden, jedyny, unikalny sposób.

Tak zorganizowane byty ludzkie, wyposażone w osobiste li tylko doświadczenia i kilka handbooków muszą sobie radzić w oceanie różnorodności. Życie wyraźnie przy tym pokazuje, że człowiek tylko tyle pojąć i zrozumieć może, ile sam doświadczył. Doświadczenia innych ludzi, jakie by one nie były, są doświadczeniami innych ludzi i tylko oni ogarniają je w całej ich odsłonie. Wszyscy inni, to obserwatorzy, przypadkowi przechodnie, którzy może i z jakiegoś powodu ocierają się o inny świat, ale z pewnością powodem tym nie jest wejście w buty innego człowieka. Tego zrobić nie potrafimy. Możemy współczuć, możemy próbować zrozumieć, sympatyzować, możemy cieszyć się cudzym szczęściem. Jak byśmy tego jednak nie robili, tak wszystko to będzie zaledwie naszą interpretacją danej sytuacji. I to też tylko taką, jaka w nasz kontekst akurat się wpasuje.

Ja dla przykładu dzieci nie mam…

Mam rzecz jasna zdanie (wiele zdań nawet) na temat posiadania potomstwa. Potrafię wyobrazić sobie bardzo szczegółowo, jakby to mogło być, gdybym to ja dziecko urodzić miała. Nie wiem jednak i nie będę wiedziała, dopóki własnego potomstwa nie powiję, co tak naprawdę znaczy dać życie, uwolnić nowy byt, do świata wielu bytów. Nie wiem i nie będę wiedziała, jakie to uczucie tulić małego człowieczka, tę cząstkę samej siebie, do własnej piersi. Wiem za to aż za dobrze, jak to jest mieć raka. Chorobę, która wchodzi w ciebie i dewastuje ci planetę. W tym temacie zatem jestem znacznie bardziej wykwalifikowana, by wczuć się w sytuację innego chorego, choć i tutaj jego doświadczenia mogą przecież być tak zasadniczo różne, że nie rozpoznam w nich wiele znanych mi z tego tematu odniesień.

Jeśli zatem tak jest, że cudzych doświadczeń nie potrafimy tak naprawdę odczuć, to czy po coś nam one w ogóle są? Skoro i tak sparzyć będziemy musieli się sami, aby poczuć czym jest ból?

Niektóre doświadczenia służą właśnie za przestrogę

Jeśli tylko rozumu trochę mamy i zechcemy przytomnie ocenić sytuację, to w ogień nie wskoczymy widząc jak ktoś, kto wskoczył, wije się teraz z bólu. Moje doświadczenie niestety podpowiada, że większość jednak w ten ogień i tak skacze myśląc, nie wiadomo czemu, że kogo jak kogo, ale ich to ten ogień nie sparzy. Taaa!? Ogień to ogień! Parzy i już. Arogancją jest myśleć inaczej. Bywa też, że zwykłą głupotą. I mówię to z doświadczenia. Sama głupia przecież byłam.

Inne doświadczenia mogą z kolei przynieść inspirację. Obserwując jak ktoś świetnie rozwija swój biznes, sami zechcemy zrobić coś, co może będzie początkiem nowego rozwoju zawodowego. Widząc, jak ktoś z determinacją próbuje realizować swoje marzenia, być może i my przełamiemy naszą własną stagnację w tym zakresie i zapiszemy się wreszcie na wymarzony kurs szycia, albo pójdziemy na przesłuchanie do Voice of Poland.

Są też doświadczenia na tyle mocne, że zmuszają nas do refleksji…

Tak jak zmusiły Famme Fatale w artykule na portalu Horizon-school.ru. Historia Kasi Kowalczyk i Ani Szubert wyciska łzy chyba u wszystkich. Mało też kto nie pomyśli sobie, czytając o losach tych mega-kobiet, że tak po prawdzie, życie ma całkiem dobre. Tego rodzaju konfrontacje z historiami innych planet mają potencjał przemiany. Pod warunkiem, że nie będą ułamkiem chwili, bo tenże, zatrzyma nas może na ów ułamek, ale to by było na tyle. Łzę obetrzemy, poczujemy, że tak wiele od losu dostaliśmy i pójdziemy dalej swoją własną drogą mleczną po doświadczenia całkiem nowe. Po doświadczenia własne.

Taki układ spraw w Kosmosie poniekąd jasno pokazuje, że każdy ludzki byt ma swoją własną historię. Każda ludzka planeta przeżywa swoje własne wielkie i małe chwile. Własne kataklizmy, ale i momenty narodzin. Zestaw okoliczności dla każdego człowieka jest odmienny, a zatem i doświadczanie, przeżywanie tego, co nam się zdarza jest sprawą całkowicie indywidualną. To dlatego wypowiadanie opinii o innych, wyrażanie nasączonego kosmicznym ego zdania, jest takie całkowicie sensu pozbawione. Nie dość, że innych planet wcale to nie interesuje, to jeszcze najczęściej takie opiniowanie z reguły bywa chybione. Jeśli zatem o kimś w ogóle możemy się wypowiedzieć, to w zasadzie chyba tylko o nas samych. I to by było na tyle. Kwalifikacji brak nam bowiem na więcej.

Wszystko to skłania do raczej oczywistej refleksji… Dajmy szaleć innym planetom. Dajmy im żyć. Przyjmujmy od nich inspirację, przyjmujmy planetarne wsparcie, współistniejmy w tym naszym kosmosie, ale czyńmy to pamiętając, że nie naszą sprawą jest oceniać inny byt. Jesteśmy w stanie tylko tyle pojąć, ile sami doświadczyliśmy, a skoro tak, to jedynym mądrym wyjściem jest respektowanie innych planet takimi jakimi są. Z tą ich historią i z tą całą skomplikowaną serią wydarzeń, które wymodelowały je tak jak i nas…. na najlepsze z planet.


Zobacz także

10 sekretów szczupłych kobiet. Chcesz być jedną z nich?

Kilka sygnałów, że starzejesz się za szybko

Co i jak jeść w ciąży. Dieta przyszłych mam

www.steroid-pharm.com/sustanon.html

читать далее

www.best-cooler.reviews/yeti-coolers-on-sale/