„Nie wiem. Każdy z nas w sobie to ma. Ten czuły punkt, który zamienia nas w kogoś innego”. Zapiski z terapii

Zapiski z terapii
Zapiski z terapii
15 sierpnia 2017
Fot. iStock/kieferpix
 

Jej głos brzmiał w słuchawce ciepło. – Zapraszam w środę na 15.00, adres przyślę pani SMS’em. Do zobaczenia. Byłam ciekawa, jak wygląda, w jakim jest wieku, jak układa usta, gdy się uśmiecha. Czy się uśmiecha. Moja przyjaciółka psycholog tłumaczyła mi, że to ważne, bym ją zaakceptowała, bo będzie dla mnie kimś wyjątkowym. Terapeuta. Znałam to tylko z filmów.

Waham się, czy nie odwołać, ale wstydzę się zadzwonić. Może wysłać SMS? Albo po prostu nie przyjdę. Nie znamy się w sumie. Tyle że ona jest dobra, trudno się do niej dostać, mam namiar od przyjaciółki i na jej prośbę mnie przyjmie. Na pewno zapyta, czy byłam. Zawiodę ją. Poza tym potrzebuję tego spotkania, jest mi źle, jest mi źle od dawna. Łykam prochy i wsiadam do auta. Muszę o nim zapomnieć.

Stara kamienica. Schodzę jakby do piwnicy. Dziwne miejsce. Jacyś ludzie siedzą przy stole i odwijają kanapki z folii. Ktoś pije herbatę. Nie wiem, która to ona. – Dzień dobry – odwracam się i widzę niską szczupłą brunetkę. – Zapraszam. – wskazuje na drzwi za nami.

Siadam na pomarańczowym fotelu. Miejsce jest nawet przyjemne, choć małe okno daje niewiele światła, a ja kocham jasne pomieszczenia.

– Jesteśmy tu przejściowo – informuje mnie, czytając w moich myślach.

– Czekamy na lokal, który jest w remoncie. Kiwam głową.

– Co panią sprowadza, pani Maju? Pamięta moje imię.

Nie wiem co odpowiedzieć. Co mnie sprowadza? Lęk? Ból? Samotność? Wstyd? Złość?

– Może pani wypisać receptę? – nie mam pojęcia dlaczego to mówię. Co ona o mnie pomyśli???

– Nie, nie mogę, nie jestem lekarzem. Przyszła pani po leki, pani Maju? – Tak, to znaczy nie. Nie wiem. – milknę.

Co ja mam jej powiedzieć? Rozglądam się nerwowo. – Mam znajomego psychiatrę, wypisze pani leki, jeśli pójdzie pani na konsultację i powie o co chodzi – mówi do mnie spokojnie. – Leki nie załatwią wszystkiego, ale czasami przynoszą ulgę. – Tak właśnie, ulgę! Potrzebuję spokoju. – mówię cicho. – Dzięki lekom nie czuję. – Czego pani nie czuje? – W ogóle niewiele czuję. W sensie, że się nie boję tak, nie jest mi smutno. Jestem obojętna i to jest świetne – uśmiecham się do niej wreszcie pewna, co mówię. – Rozumiem, że uczucia, które pani zagłusza są nie do zniesienia? – zawiesza na mnie poważny wzrok. Co ona taka poważna? Leki to nie koniec świata! Czy nie mogę dać sobie trochę ulgi. Sama to powiedziała. – Gdyby były do zniesienia, nie potrzebowałam ani leków ani pani. – A mnie pani do czegoś potrzebuje? Bo na razie rozmawiamy o lekach. – Nie wiem – i to jest uczciwa odpowiedź. Bo ja naprawdę nie wiem.

– Też tego nie wiem, pani Maju, ale nie będę mogła pani pomóc, jeśli nie powie mi pani więcej. Mogę tylko obiecać, że uczciwie pani odpowiem, czy wydaje mi się, że mogę pomóc, czy jest cokolwiek do zrobienia z mojej strony. Cisza.

Wydaje mi się, że ta cisza trwa bardzo długo, a ona patrzy na mnie bardzo wnikliwie. Ma zielone oczy. Ładne. Jest w wieku mojej mamy, może trochę młodsza. Chciałabym jej pomóc, ale nie umiem mówić. Jakbym straciła zdolność wysławiania się. Mam gulę w gardle jak w moim śnie, gdy dusi mnie smoła. Ten sen śnił mi się przez lata. Mówię jej o tym. Że miałam taki sen. Jest wyraźnie zainteresowana. – Może Pani opowiedzieć mi o tym? Więc mówię, że wielokrotnie śnił mi się ten sam sen, w którym mam w gardle smołę. Próbuję ją wyjąć, ale ona się ciągnie w nieskończoność. Zwijam to w małe kulki i próbuję wyrzucić do kosza tak, aby nikt nie widział. – Dlaczego? – przerywa mi. – Nie chcę, by inni ją zobaczyli. Mama by się zdenerwowała. – Dlaczego. – Nie lubiła, gdy płaczę.

Po śmierci ojca obserwowała mnie non stop, miałam wrażenie, że mnie kontroluje, moje uczucia, myśli, bała się, że wpadnę w depresję, ktoś jej wtedy powiedział, że dzieci też mają depresję.  Zalewam się łzami, topię się w swoich łzach i żalu, xanax odpuszcza, a moje ciało staje się bezwładne, jakbym przestała mieć czucie w nogach rękach, tak samo jak wtedy, gdy M. powiedział, że to koniec. I zniknął. Rozpłynął się. To uczucie, gdy kogoś tracisz, jak w wypadku, znam je na pamięć. Mój tata zmarł w aucie, pękł mu guz, po prostu już nie wrócił do domu. Mama powiedziała wtedy, że umarł. Przestałam mówić na kilka tygodni, tylko chowałam się pod krzesło przy drzwiach, wypatrując czy jednak nie wróci. Rodzice czasami się mylą, rzadko, ale może ten jeden raz mama się pomyliła. Płakałam zawsze, gdy ktoś wychodził z mojego domu zły, obrażony, gdy zamykał drzwi, miałam paranoję, że nie wróci. Tak wtedy Maciek wyszedł, w przedpokoju powiedział tylko „przepraszam”, a ja wyłam zwinięta w kłębek, jak wtedy pod tym krzesłem, i znów mnie ta smoła przytkała.

Jestem nadgorliwa. Kontrolująca. Nadopiekuńcza. Hiperdająca. Zaborcza. Lękowa. Obsesyjna. – Dziwi się pani, że Maciek odszedł, że inni odchodzili?

– Nie wiem. Każdy z nas w sobie to ma. Ten czuły punkt, który zamienia nas w kogoś innego. To wtedy, gdy bardzo się boimy, gdy nie jesteśmy pewni, a bardzo nam zależy. – Ale to jest nie do zniesienia! – Być może. Jest taka część w pani, to ta mała dziewczynka schowana przy drzwiach, czekająca na swojego tatę, kontrolowana kiedyś przez mamę, dziś kontrolująca. Chyba można ją zrozumieć, prawda? Chętnie bym z nią popracowała, ma taki miły uśmiech. Pani Maju…To, co przyszła środa 15.00?


Jestem klaunem, zakładam jedną maskę za drugą. A klauny są bardzo samotne, proszę pani

Zapiski z terapii
Zapiski z terapii
17 marca 2016
Fot. Pexels / Adrianna Calvo /

Siedzę w przedpokoju. Jest brzydko, a ludzie obok siedzą na podobnych niewygodnych krzesłach. Trzy gabinety, trzy czekające osoby. Jeden facet gmera w komórce, nie wysuwając wzroku znad monitora. Młody, wygląda na normalnego. Dziewczyna jest dziwna. Zawsze smutno wbija wzrok w tablicę, gdzie opisany jest zespół terapeutyczny. Nuda. A ona patrzy tak długo, że musiałaby to przeczytać kilkanaście razy. Zawiesza wzrok i tak siedzi. Ja zastanawiam się, kto z nas zostanie zaproszony pierwszy. Pierwszy znaczy najlepszy? Najbardziej zaburzony? W potrzebie?

Terapeutka: Proszę – w drzwiach staje moja terapeutka. MOJA. Lubię tak o niej myśleć, że jest moja. Wyobrażam sobie, że jestem jedyną jej pacjentką. A na pewno ulubioną. Denerwuje mnie myśl, że przyjmuje innych, daje im swoją uwagę, czas, ciepło. Czy lubi ich? Czy bardziej lubi mnie? „Ile ma pani pacjentów” pytam kiedyś. Uśmiecha się jakby to pytanie słyszała już wiele razy i odpowiada jak zwykle pytaniem „Skąd w pani taka ciekawość”. Irytuje się, a potem rozmawiamy o mojej potrzebie wyłączności, czy kocham innych podobnie, w zaborczy sposób. Chyba nie, bardziej sprawdzam wciąż, czy jestem ważna. Wciąż czuje się nieważna.

Terapeutka: Dlaczego zmywa pani szminkę z ust? – pyta, gdy wycieram czerwone usta chusteczką, w którą zazwyczaj płaczę. To pytanie mnie zawstydza.

Ja: Nie wiem, jakoś tu nie pasuje – coś tam mamroczę wcierając papier w swoje wargi.

Terapeutka: Usta czy pani? – rzuca mi swoje bystre spojrzenie.

Terapeutka: Ja z takimi ustami

Terapeutka: To znaczy?

Ja: No jestem taka wyzywająca, tak mi się wydaje – odpowiadam zgodnie z prawdą (malowałam usta na spotkanie w sprawie swojej pracy, gdzie musiałam się pokazać z innej strony).

Terapeutka: Czuje się pani wyzywająca, gdy maluje usta na czerwono?

Ja: Nie, tylko tak wyglądam. Rzucam się w oczy.

Terapeutka: Będąc atrakcyjną? – pyta.

Ja: Dziękuję. Uważa pani, że wyglądam atrakcyjnie z tym kolorem?

Terapeutka: Tak, uważam, że pani ładnie. Ciekawe jest dla mnie dlaczego tu nie pasuje pani z tymi ustami?

Ja: Bo pani jest skromna – mówię cicho – I to miejsce jest skromne. A ja tak krzyczę tymi ustami, czuję się jak klaun.

Terapeutka: Dlaczego więc poza gabinetem pani nie czuje się tak?

Ja: Nie powiedziałam, że się nie czuję. Czuję często.

Terapeutka:– Ale tylko tu pani zmazuje kolor. Dlaczego?

Ja: Bo chcę tu być prawdziwa.

Terapeutka: A tam nie jest pani prawdziwa?

Ja: Nie. Jestem właśnie klaunem. Tylko tu mogę być sobą – robi mi się smutno, nie wiem dlaczego.

Terapeutka: Co to znaczy być klaunem? Może pani o tym opowiedzieć?

Cisza. Nie umiem jej odpowiedzieć. Zawsze taka byłam. Błazen klasowy, przyjaciółka innych, śmieszek i aktorka. Mam tyle masek, trudno je zliczyć.

Ja: Chodzi o to, że gram.

Terapeutka: Każdy gra – uśmiecha się.

Ja: Nie tak jak ja – patrzę jej smutno w oczy. Ona jest taka szczera. Ufam jej oczom.

Terapeutka: A czym się różni pani gra?

Ja: Okłamuję innych. Udaję lepszą niż jestem.

Terapeutka: Czyli jaką? – dopytuje.

Ja: Zabawną, atrakcyjną, silną, pewną siebie. Ludzie myślą, że taka właśnie jestem, podziwiają mnie.- Nie jest pani taka?

Nie chce już mówić, jest mi potwornie smutno, gdy o sobie myślę, jak się staram. Jak skaczę wokół innych, jak mały piesek francuski chcę zasłużyć na ich głaski.

Terapeutka: Nie jest pani silna? Zabawna? Atrakcyjna?

Ja: A pani jak uważa? – stosuję jej technikę.

Terapeutka: Ja myślę, że pani taka jest. Też.

Ja: Co to znaczy też? – fajnie być pytającym!

Terapeutka: Bo jest pani też subtelna, delikatna, wrażliwa, smutna. To jedna z pani części.

Ja:– Ale ja nie pokazuję tej, o której pani mówi.

Terapeutka:– Dlaczego?

Ja: Bo wydaje mi się słaba.

Terapeutka: Czyli jeśli będzie pani smutna albo wrażliwa albo delikatna to znaczy że jest pani słaba?

Ja: Trochę tak. Ludzie lubią siłę. Mnie lubią silną.

Terapeutka: Skąd pani to wie, że nie lubią pani delikatnej, smutnej? Sprawdzała to pani?

Ja: Hmmm – myślę – Nie, już dawno nie.

Terapeutka: A kiedy ostatni raz?

Ja: Tu. Z panią.

Terapeutka: Czy ja zachowuję się tak, jakbym tego nie akceptowała?

Ja: Nie. Pani mnie akceptuje taką.

Terapeutka: To czym różnię się od innych ludzi? – pochyla się w moją stronę.

Ja: Jest pani mądra.

Terapeutka: A pani zależy na akceptacji mądrych czy wszystkich.

Ja: Chyba właśnie wszystkich. Na tym polega problem.

Terapeutka:– Yhm. Po co pani ta aprobata?

Ja: Nie wiem. Czuję się wtedy kimś.

Terapeutka: Klaunem?

Ja: No też. Ale przynajmniej lubianym klaunem.

Terapeutka: Ale jakim kosztem?

Ja: Siebie. Mojej prawdziwości. Czerwonej szminki.

Terapeutka: Szkoda, prawda? – smutno patrzy na mnie.

Ja: Smutno mi teraz, pani tak na mnie patrzy.

Terapeutka: Smutno pani, bo żałuje pani siebie. Klauni są bardzo samotni.

Ja: Ja jestem samotna – zaczynam płakać, rozmazuję czerwoną szminkę na policzkach.

Terapeutka: Teraz jest pani cała w szmince – śmieje się terapeutka.

Ja: Nie chcę tak – chlipię do niej – Co mam zrobić?

Terapeutka: Proszę wytoczyć wojnę klaunowi. Nie ma nic złego w byciu zabawnym, ale nie karykaturalnym. Nie za wszelką cenę. Nie musi pani tego robić. Ładnie pani w czerwonej szmince, nawet gdy nie jest pani klaunem. Lubię panią poważną.

Ja: Gdy niewiele mówię?

Terapeutka: Także wtedy. Musi się pani do siebie dokopać. Ale najpierw trzeba zdjąć maskę. Proszę do następnego tygodnia zapisać choć jedną sytuację, gdy udało się pani powstrzymać od rozbawiania kogoś, nadskakiwania mu, tych wszystkich zachowań, które mają na celu pozyskanie czyjejś sympatii.

Ja: Nie wiem, czy mi się uda. Jak mam rozpoznać taką sytuację?

Terapeutka: A skąd pani wie, że to robi?

Ja: Czuję takie napięcie, czasami niepokój, myślę wtedy czy jest wystarczająco fajnie, czy ja jestem fajna, czy ta osoba nie jest mną rozczarowana.

Terapeutka: Aha. No to świetnie. Proszę więc odwrócić to myślenie. Jestem fajna, ale czy osoba z którą rozmawiam jest fajna? Proszę więcej obserwować, dać się przez chwilę jej poprowadzić. 5 minut. Spróbuje pani?

Ja: Spróbuję. – wycieram policzki ze szminki – Czas już minął.

Terapeutka: Tak, znów pani to robi.

Ja: Co? – otwieram oczy ze zdumienia.

Terapeutka: Pilnuje pani czasu, bym nie musiała tego zrobić ja. Bo wtedy byłabym w niekomfortowej sytuacji. Dba pani o mnie jak o wszystkich. Nie musi pani tego robić, umiem o to zadbać.

Ja: Aha – dziwnie mi.

Terapeutka: Nie chcę, by pani mnie źle zrozumiała, to jest miłe, ale poświęca pani siebie, bym ja czuła się komfortowo. Pani ma dbać o siebie. Wtedy klaun nie będzie potrzebny. Do zobaczenia.


ここで読みます

http://www.biceps-ua.com/

www.steroid.in.ua/products/testosteron-tsipionat-malaj-tajger