Wyjść, zamknąć za sobą drzwi i zniknąć. Dlaczego każda matka potrzebuje czasem powiedzieć „dosyć, nie ma mnie”

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
26 lutego 2018
Następny

Poniedziałek. Wybiegam z dziećmi do szkoły. Mróz szczypie policzki, łzy same napływają do oczu. Nie tylko im, mnie również. Trochę z zimna, trochę ze szczęścia, że to już, że oni zdrowi, że nikt nie dostał w nocy gorączki, kataru ani niepokojącego kaszlu. Że nikt nie obudził się z wysypką. Biegnę do tej szkoły jak po upragnioną wolność. I nie oceniajcie mnie źle, ale po weekendzie z córką i synem (tak, wychowuję ich sama) potrzebuję kilku godzin samotności. Po prostu potrzebuję!

Choć chyba najtrudniejsze są te tygodnie, kiedy zostają ze mną chorzy, oboje. Siedem dni spędzone w domu z dwójką dzieci w różnym wieku, a więc o różnych potrzebach rozrywkowych, opiekuńczych z różnym zestawem leków i z postawą „teraz zajmij się mną”… Ten kto przeżył – wie. Oni nabierają sił, zdrowieją, krzepną, na koniec są już oczywiście całkowicie zdrowi. Ty nadajesz się do sanatorium. Ostatecznie w domu rodzinnym, z głową na kolanach własnej matki. Żeby choć przez chwilę ktoś się tobą zajął…

Marzę o tym, żeby móc rzucić to wszystko i wyjechać choć na kilka dni. Fantazjuję o dziadkach, którzy sami proponują, że zabiorą wnuki na przedłużony weekend. Choćby nawet przedłużony do tygodnia. W wyobraźni roztaczam wizje nocy przespanej od samego początku do samiutkiego końca, samotnych spacerów po plaży w nadmorskich miasteczku albo wycieczkach górskich, tych które odbyłam sto lat temu, czyli „przed dziećmi”.

Moja psychika potrzebuje odpoczynku, bo zaczynam wariować, być złą matką, smutną i zdenerwowaną osobą, kimś, na kogo nie chce mi się patrzeć. Czy ktoś ma podobnie?

Kocham moje dzieci, uwielbiam je. Oprócz tego, że czuję się za nie odpowiedzialna, uważam je za cudowne osoby, z którymi można bardzo fajnie pogadać, dobrze spędzić czas, za kogoś, dzięki komu mogę się wiele o sobie nauczyć. Ale nie oszukujmy się, samotne wychowywanie dzieci wymaga podwójnej dawki energii i emocji. I czasem każdy z nas potrzebuje na chwilę zniknąć, każdy potrzebuje być sam na sam ze sobą, żeby przypomnieć sobie o swoich potrzebach, o tym, co lubi robić. Po to, żeby w spokoju poczytać książkę. Po to, żeby usłyszeć swoje myśli, spotkać się z przyjaciółmi i porozmawiać z nimi tak, jak dawno nie miałaś okazji rozmawiać – nie ściszając głosu mówiąc o nowym chłopaku waszej znajomej.

strona 1 z 2
druga część artykułu na następnej stronie

„Tego się nie robi”. Jak pewna pani „ukradła” drugiej męża i chciała go oddać

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
28 lutego 2018
Fot. iStock/N
Następny

Historia, jak wiele innych. Ona i on, którzy od kilku lat tworzą parę zakochanych. Nie wyróżnia ich nic szczególnego. No może tylko to, że nigdy wcześniej nie mieszkali razem. Spotykają się, jeżdżą na urlopy, ale nigdy razem nic nie wynajęli. Dobrze im się układa, więc decydują się na ślub. To znaczy, decydują się na dziecko, ale jak ma być dziecko, to musi być ślub – mówi on i się oświadcza. A ona go ze łzami w oczach przyjmuje, bo kocha bardzo i myśli, że to „ten jedyny” na całe życie.

Rodzice się cieszą, krewni składają na prezenty, a przyszły pan młody rozgląda się za kredytem na mieszkanie. Bo przecież rodzina się powiększy. Ale wszystko po kolei. Więc jest przysięga złożona po bożemu, przed ołtarzem, jest wesele na 100 osób z elegancką muzyką, a nie tam jakimś byle czymś i jest mieszkanie, przez którego próg on przenosi ją w noc poślubną. Sielanka jak w jej ulubionym serialu.

Jest i podróż poślubna, czyli wymarzone dwa tygodnie urlopu w Tunezji, bo ona zawsze marzyła, żeby pojechać do Tunezji. On w sumie też, choć trochę jest mu już wszystko jedno. Jakoś ten ślub na niego źle podziałał. Jest pierwsza małżeńska kłótnia, kiedy po powrocie okazuje się, że większość domowych obowiązków spada na jej głowę. Jest rozczarowanie, że słodkie słówka zastępuje jego milczący chłód. I są ciągłe nieporozumienia. To znaczy, różnic w tak zwanych „podstawach” nie ma. Oboje chcieli rodziny, oboje chcieli domu i dziecka. Nie zdążyli tylko ustalić, co będzie, gdy to wszystko się pojawi naprawdę, jak to wszystko zorganizować, kto się tym wszystkim zajmie. Wszystkim zajmuje się wiec Ewa.

Zatem póki co, podział dokonuje się „naturalnie”. Kiedy ona zachodzi w ciążę, pracuje prawie do samego porodu, żeby nie nadużywać zaufania nowego szefa, za wieczorami szoruje kafelki w łazience, bo mąż „nie lubi syfu”. Dba też zawsze o jego zbilansowaną dietę, bo on po pracy uprawia sport, nowe hobby, które odkrył całkiem niedawno. I jeszcze, żeby w święta na stole było wszystkie dwanaście potraw. Bo on kocha polską tradycję.

Wkrótce rodzi się ich syn i Ewa zostaje już na stałe w domu. Mąż jest szczęśliwy, przez chwilę. Ma w końcu dokładnie to, czego chciał. Ale zaraz potem staje oko w oko ze smutną prawdą: kończą się szalone wyjazdy na weekendy, wieczorne spotkania ze znajomymi do późna, spokój i cisza w sypialni. Strasznie głośne to dziecko, kłopotliwe.

Poza tym Ewa ma jakieś nowe oczekiwania. I on naprawdę nie rozumie, jak ona mogła się tak zmienić. To chyba synek ją tak zmienił.

Złodziejka mężów

W domu z wiecznie zmęczoną żoną i bardzo absorbującym małym dzieckiem jest jednak nudno i trudno. W tym kluczowym momencie pojawia się  więc „ta druga”, koleżanka z biura. Nieco młodsza, wolna, tak jak on kochająca podróże i nie bardzo kochająca dzieci. Ciekawa świata, ludzi, jego, a to chyba najważniejsze. Po trzech miesiącach romansu „na boku”, „nowa” przekonała męża Ewy, żeby spakował walizki i wprowadził się do niej. Tam będzie miał spokój, seks i miłość i czerwone wino, a nie odciągnięte mleko. Będzie cudownie. Łaskawie się zgodził. Ile można rezygnować z siebie dla rodziny? Poza tym, nie wiedział przecież, że Ewa nie nadaje się na żonę. To nie jego wina.

Ewa załamuje ręce, błaga, płacze. Wygląda już jak patyczek, taka drobna i szara ze zmęczenia, ze smutku. Ale on już postanowił. No trudno Ewcia, popełniliśmy błąd. Już nie histeryzuj. Ewa zaciska zęby i zamyka za nim drzwi. Usiądzie przy łóżeczku synka i posiedzi tak osłupiała, milcząca. A więc tak wygląda koniec miłości. Przejrzy jeszcze tylko jej zdjęcia na Facebooku i poczuje się z tym najgorzej. Musi szybko się czymś zająć, szybko…

strona 1 z 2
druga część artykułu na następnej stronie

„Nie mogę spać, nie mogę jeść, myślę o tym, że mógłby teraz być z kimś innym”. Wykańcza ją obsesyjna zazdrość

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
9 lutego 2018
Następny

Zadzwoniła do mnie przyjaciółka. „Pomóż mi – mówiła łamiącym się głosem – „Dzieje się coś niedobrego. Nie mogę spać, nie mogę jeść, kiedy wiem, że on ma jakieś spotkanie, że tam będą inne kobiety. Boję się, że wariuję”. Marta zawsze była zazdrosna, ale przy K. ześwirowała kompletnie. Co najgorsze, dusi to w sobie, dławi, bo obawia się jego reakcji. Już jeden związek rozpadł się przez jej ciągłe podejrzenia i wybuchy. Ale K., miłość jej życia, tego nie wiedział. Nie może się dowiedzieć, bo na pewno ucieknie. Zostawi ją, znajdzie sobie kogoś. O ile już nie znalazł.

Martą targają wątpliwości i zjada ją niepewność co do siebie samej. Przecież, jeśli on przypadkiem teraz na swojej drodze spotka kogoś wyjątkowego (a każdy jest jej zdaniem bardziej interesujący niż ona), to nie będzie się zastanawiał. Może trochę poudaje miłość, z litości, bo będzie mu jej żal.

Tymczasem K. to naprawdę fajny człowiek, kocha Martę i potrafi to uczucie pięknie okazać swoją troską, opieką, miłością. Każdy poza nią to widzi. A poza tym jest mądry i to ją w nim chyba najbardziej pociąga. Jasne, że może się podobać innym kobietom, ale wydaje się być szczęśliwy w związku z tą jedną. I planuje z nią wspólną przyszłość. Dwa miesiące temu zaproponował, by ze sobą zamieszkali, poznał też rodzinę Marty i przedstawił ją swojemu ojcu. Jest kimś, kto budzi zaufanie. Kto poważnie traktuje relacje i związki.

Jednak Marta nie może uwierzyć, jak to się stało, że ktoś taki, jak on wybrał właśnie ją. Ona nie widzi ich relacji jako historii dwójki wspaniałych osób, które się poznały i pokochały, dwójki wartych siebie ludzi, ale jako jakiś niesamowity bonus od losu, kredyt zaufania od opatrzności, który teraz ona musi z procentem oddawać. Musi udowodnić, że na niego zasłużyła. Żyje w strachu, że on zniknie, że bańka pryśnie. Albo że to był tylko sen.

Co takiego się dzieje? Wszystko. Bo K. ma pracę „z ludźmi” , taką, gdzie trzeba się dużo spotykać, dużo rozmawiać. Jego kalendarz zapełniony jest spotkaniami, szkoleniami, lunchami w modnych miejscach. A czasem i służbowymi kolacjami z partnerami finansowymi. Taka praca.

Czy K. daje Marcie jakieś powody do zazdrości? Nie. Bo też nie jest typem flirciarza. Nie uśmiecha się do kobiet z którymi rozmawia „w ten” sposób, nie mruga do nich porozumiewawczo, nie utrzymuje kontaktów „pozasłużbowych” ani żadnych innych poza godzinami pracy. Jest w porządku wobec osoby, którą kocha.

strona 1 z 2
czytaj dalej

https://diploms-home.com

link best-cooler.reviews

https://ivf-lab.com