Ciężkie grzechy macierzyństwa. Czyli czego nie wolno, a jest bardzo skuteczne

Zrozum Matkę
Zrozum Matkę
17 października 2016
Ciężkie grzechy macierzyństwa. Czyli czego nie wolno, a jest bardzo skuteczne
Fot. iStock / Tempura
 

Gdy urodziłam córkę co chwilę słyszałam, tego nie rób, tamtego też nie,  bo „dziecko się przyzwyczai”, „bo dziecko się uzależni” itd. Jakby dziecko od chwili narodzin było nałogowcem na głodzie, któremu wystarczy minimalny kontakt z obiektem uzależnienia, żeby wrócić do ciężkiego nałogu. Trąbią o tym nasze matki, babki, ciotki i koleżanki. Do tego wystarczy tylko wspomnieć o tym na jakimś forum internetowym lub grupie na Facebooku, żeby inne matki zjadły Cię żywcem i zakrzyczały, że jesteś wyrodną matką i „NIE WIESZ, ŻE TAK NIE WOLNO ROBIĆ?”. Zobaczcie sami i oceńcie o co tyle krzyku:

Ciężkie grzechy macierzyństwa.  Czyli czego nie wolno, a jest bardzo skuteczne

1. Usypianie na rękach

Grzech ciężki. Dzieci szczególnie te mniejsze lubią kołysanie, do tego ciche szumienie do uszka, kojący zapach mamy i ciepło skóry. Jednak jest to czyn zabroniony, bo dziecko się przyzwyczai. I tu popadamy w skrajności, bo słysząc to boimy się chociaż na chwilę wziąć dziecko na ręce przed uśnięciem, a to paradoksalnie może wydłużać i utrudniać usypianie. Ja czasami pozwalam córce usnąć na rękach. Zwłaszcza gdy ma kiepski humor i potrzebuje bliskości. Zwłaszcza w ciągu dnia gdy trudniej jej usnąć niż wieczorem. Czasami bujam ją tylko, żeby przysnęła i się wyciszyła. Nie boję się obolałych i zdrętwiałych rąk. Nie po to spędziłam kilka lat na siłowni, żeby nie utrzymać swojego dziecka. Nawet przez godzinę. Zlinczujcie mnie!

2. Spanie z dzieckiem w jednym łóżku

Kolejne przestępstwo, które spowoduje ciężkie uzależnienie u dziecka. Nasza córka śpi z nami. Znam wielu rodziców, którzy spali ze swoimi dziećmi i większość z nich nie miało problemu, żeby później nauczyć dziecko spać samodzielnie. Przychodzi moment, że dziecko jest na to gotowe i rodzic musi na ten moment wyczekać, ale też odpowiednio wcześniej dziecko do tego przygotować. Dzieci wrażliwe, które częściej potrzebują bliskości mogą potrzebować więcej czasu na naukę samodzielnego spania. Jeśli dziecko nie chce przestać spać z rodzicami mimo upływu lat, nie znaczy że się uzależniło, tylko może czegoś mu brakuje? Jakaś potrzeba nie została zaspokojona? Może za mało ma przytulania w ciągu dnia albo rodzice nie mają dla niego czasu i tak sobie rekompensuje te braki? Jedyny argument, który kupuję, żeby nie spać z dzieckiem to kwestie bezpieczeństwa (możemy dziecko przygnieść, przydusić, może spaść z łóżka itd). Natomiast jeśli zadbamy o wszelkie kwestie bezpieczeństwa, moim zdaniem spanie z dzieckiem ma więcej korzyści niż wad.

3. Noszenie na rękach

Ogólnie z dużą falą krytyki spotyka się częste noszenie na rękach. Jednak co innego jest wygodnictwo, kiedy dziecko jest niesione na rękach, żeby nie szło samo, bo jest szybciej (chociaż czasem tak trzeba jak np. ucieka autobus) a co innego noszenie żeby pobyć blisko i poprzytulać. Nie wspomnę już o dzieciach nie-chodzących, które warto jak najczęściej nosić i tulić.

4. Karmienie na żądanie / Karmienie co 3 godziny

Karmienie na żądanie jest najczęściej polecane wśród położnych i pediatrów, ale spotkałam się też ze szkołą, która mówi, że nie wolno karmić na żądanie, bo pozwalamy dziecku nami rządzić 🙂 . Niektóre położne od razu każą karmić co trzy godziny i podawać wodę od pierwszych dni życia (sick!). Co z tego, że dziecko płacze z głodu… W końcu jeszcze dwie godziny do kolejnego karmienia! Natomiast matki, które z jakiś powodów karmią co 3-godziny też popełniają przestępstwo, bo przecież trzeba karmić na żądanie! 🙂 I bądź tu mądry… p.s. Ja pozwalam sobą rządzić i karmię na żądanie. Robię to z ogromną satysfakcją.

5. Uspokajanie i usypianie na cycku

Znowu czyn zabroniony. Przecież dziecko uzależni się i uwięzi mamę! Od początku pozwalałam córce usypiać i uspokajać się na piersi. Nie czułam się uwięziona. Wręcz przeciwnie. To był mój czas z córką. Pełen bliskości i przytulania. Minęły 3,5 miesiąca a Oliwka już bardzo rzadko usypia na cycku i jeszcze rzadziej uspokaja się przy jego pomocy. Dodam, że smoczka nigdy nie widziała na oczy.

6. Kangurowanie

Nie wolno usypiać dziecka kładąc je na swoim brzuchu, bo się uzależni i tylko tak będzie usypiać. A przecież rośnie i robi się coraz cięższe! Hmm piszę ten post z ponad 7-kilogramowym dzieckiem śpiącym na moim brzuchu 🙂 . Córka woli zdecydowanie spać na brzuchu mojego męża, ale u mnie też czasami tak usypia. Pozwalam jej na to tylko w ciągu dnia i tylko wtedy gdy nie może z jakiś powodów usnąć inaczej. Wieczorne usypianie to u nas zupełnie inna bajka, chociaż gdy jest naprawdę ciężko, mąż bierze ją na swój brzuch, żeby się uspokoiła i przysnęła, ale finalnie usypia leżąc na pleckach.

7. Nie przytulaj i nie bierz płaczącego dziecka na ręce – bo wymusza!

O wymuszaniu płaczem polecam poczytać  jeśli chodzi o małe dzieci i niemowlaki. Dodam, że niemowlęta NIE wymuszają! Starsze dzieci mogą płaczem wymuszać, np. że chcą zabawkę, ale młodsze dzieci tego NIE robią. Natomiast jeśli jakiekolwiek dziecko starsze czy młodsze płacze, to przytulenie go nie jest niczym złym. Wręcz przeciwnie! Są dowody naukowe, że dzieci, które są przytulane podczas płaczu lepiej funkcjonują w przyszłości. Są bardziej pewne siebie i radzą sobie z emocjami. Dlatego zostawianie dziecka, żeby się wypłakało to trauma dla dziecka! Niestety mimo to, możemy spotkać się z komentarzami babć i sąsiadek: „Mamuśko, dajesz sobą manipulować! Zostaw tego dzieciaka! Taki duży i płacze! Nonono….”.

8. Dieta matki karmiącej

Nie wolno kapusty, mleka, jajek, ryb, mięsa, przypraw, soli, coli, wiórków kokosowych” itd. Niestety wiele położnych i lekarzy cały czas trzyma się tych przestażałych zasad. Jednak według najaktualniejszych danych NIE MA czegoś takiego jak dieta matki karmiącej. Mleko produkowane jest z krwi, a nie przechodzi prosto z żołądka. Nie ma żadnego połączenia między żołądkiem a piersią. Nie ma też maszyny, która mieli to co zjemy i przetworzy w mleko, które potem wydoi nasze dziecko. Kolki nie biorą się z diety matki, tylko z niedojrzałego przewodu pokarmowego, ulewanie też nie, a alergie pokarmowe to zupełnie inna bajka. Matka karmiąca może jeść co tylko zechce. Dziecko nie będzie miało wzdęć od ciecierzycy, a łuszcząca się skóra w pierwszym miesiącu nie jest od masła orzechowego. To normalne, że dziecko „zmienia skórę”. Krostki na buzi noworodka, to też nie jest wina łososia w sosie szpinakowym, tylko w ten sposób organizm malucha przeważnie wydala z siebie hormony matki po porodzie. Eliminowanie tysiąca produktów z diety, może wywołać jedynie poważnie niedobory u matki.

No dobra, nieposłuszne Mamuśki, co byście jeszcze dodały do tej listy? 😉


Dlaczego nie powinniśmy chodzić z małymi dziećmi do centrów handlowych?

Zrozum Matkę
Zrozum Matkę
21 października 2016
Fot. iStock / Brian Jackson
 

Obraz spacerującej szczęśliwej rodzinki z małym kilkutygodniowym brzdącem w rozkosznej kondoli w centrum handlowym jest już codziennością. I to nie są przeważnie matki, które wpadły na szybko coś kupić, bo nie mają z kim zostawić dziecka, tylko szczęśliwe małżeństwo, spoglądające w witryny sklepowe, rozsiadające się w kawiarni czy ogródku jedzeniowym… ogólnie: sielankowy weekend z dzieckiem w centrum handlowym. 

Ja jestem zdania, że centrum handlowe to nie jest miejsce dla dziecka. Niestety ostatnio sama wybrałam się na dosłownie 15 minut z 3,5 miesięczną córeczką do CH Posnania na otwarcie (tak, wieczorem, tak w ten dziki tłum), ale zrobiłam to tylko dlatego, że mój mąż razem ze wspólnikami otworzyli wyspę z kosmetykami Paese Cosmetics (szybka reklama: zapraszamy do Paese w Posnani i na  😉), więc nie mogło nas tam nie być, choćby na te kilka minut. Jednak na razie na dłuuuugi czas już starczy.

Dlaczego nie powinniśmy zabierać małego dziecka do centrum handlowego? 

  1. ZARAZKI, BAKTERIE
    Przede wszystkim jest to ogromne skupisko ludzi. Wszyscy kichają, prychają, szczególnie w sezonie grypowym. Do tego wszystkie poręcze, barierki, klamki, wieszaki na ubrania, produkty sklepowe, które wszyscy biorą do rąk i macają – to są największe skupiska zarazków i bakterii. Dlatego tak ważne jest MYCIE RĄK. Niezależnie czy jesteśmy w sklepie sami czy z dzieckiem, zawsze po powrocie do domu, zawsze przed kontaktem z dzieckiem – myjemy ręce. Myślę, że nawet nie mając dziecka, mycie rąk jest ważną kwestią z przyczyn czysto higienicznych. W centrach handlowych przeważnie nie ma otwartych okien, są tylko wywietrzniki i klimatyzacja, więc to powietrze krąży, ale się nie „wywietrza” i stąd większe ryzyko zarażenia się czymś niż na świeżym powietrzu.
  2. GRZYBY I PLEŚŃ W KLIMATYZACJI
    Z racji, że zarówno na grzyby jak i pleśń mam alergie od razu czuję gdzie nie jest czyszczona klimatyzacja: w większości centrów handlowych. Piekące oczy, napływające gluty w nosie i glut w gardle od razu mi mówi: TU JEST GRZYB I PLEŚŃ. Dlatego nie jestem miłośniczką takich miejsc, a tym bardziej uważam, że takie maluchy nie powinny tych grzybów i pleśni wdychać swoimi wrażliwymi noskami. 
  3. NADMIAR BODŹCÓW
    Dużo świateł, muzyka, hałasy, kolory itd… małe dzieci mają bardzo wrażliwy układ nerwowy, więc zabieranie je w takie miejsca sprawia, że później są „przebodźcowane”. Po prostu sobie z tym nie radzą i przez to gorzej śpią, częściej płaczą, są rozkojarzone i marudne. Więc nie zawsze to „dziecko jest PO PROSTU takie płaczące”. Czasami ono jest PO PROSTU przebodźcowane! Miałam okazję zobaczyć to po naszej córce. Po 15 minutach w CH Posnani wróciliśmy do domu a ona była jak po kokainie. Nakręcona, pobudzona, raz się śmieje po chwili płacze, w nocy się wierciła, kręciła, jadła niedojadając, do tego w ciągu jednej nocy miała sześć odruchów , które już od dłuższego czasu w ogóle się nie pojawiały, co potwierdziło, że jej układ nerwowy rozszalał się fest!

Nie będę dodawać argumentów typu „w centrach handlowych porywa się dzieci”, „ktoś może je zrzucić ze schodów” czy „pobrudzi jakieś ubranie sklepowe i będzie trzeba za to zapłacić”. To są zagrożenia, które mogą mieć miejsce gdziekolwiek i też nie zdażają się tak często jak złapanie kataru przez niemowlę w galerii handlowej.

Jeśli zatem nie masz z kim zostawić dziecka a musisz zrobić zakupy:
1. Wybierz raczej mniejsze sklepy a nie wielkie molochy,
2. Nie rób sobie spacerów po witrynkach sklepowych. Kup co masz kupić i wracaj do domu,
3. Możesz korzystać z zakupów online (ja korzystam z tego tak często jak tylko mogę – Tesco, Piotr i Paweł, Allegro, ciuchy, wszystko co się da kupuję online. Oszczędzam czas, swoje zdrowie (alergia), zdrowie dziecka (kichacze i bodżce) oraz pieniądze (kupuję to co potrzebuje, a nie co jeszcze wpadnie mi w oko w sklepie).

I Wam również to polecam! A z dzieciaczkami lepiej wybrać się na spacer po świeżym powietrzu niż po długich korytarzach galerii handlowych 🙂


„Nie kocham mojego dziecka” – czyli trochę o depresji poporodowej

Zrozum Matkę
Zrozum Matkę
14 października 2016

Tym razem to nie będzie mój wpis, tylko list Ani, która opisała mi co czuła gdy urodziła córkę i kilka miesięcy później. Problem depresji poporodowej jest bardzo powszechny, dlatego każda mama po porodzie powinna być objęta szczególną ochroną i wsparciem ze strony najbliższych. Dokładanie niepotrzebnych stresów, nerwów i problemów tylko zwiększa ryzyko wystąpienia baby bluesa. A pamiętajmy, że depresja poporodowa może wystąpić nie tylko zaraz po porodzie (w połogu). Również kilka miesięcy później. 

„Moja córka Matylda w połowie listopada skończy roczek. Gdy czytam wypowiedzi mam na temat cudowności tego okresu to siedzę cicho, bo ja bym tego tak nie nazwała. To był najgorszy etap w moim życiu. 

Tuż przed porodem czekałam w dużym napięciu. Czekałam na cc [cesarskie cięcie], bo córka układała się pupą do dołu i nie chciała się odwrócić. Mąż wtedy musiał wyjechać w delegacje i miał wrócić na sam poród. Oczywiście zakładając, że termin nie uległby zmianie. Miesiąc wcześniej zmarł mój teść na raka wątroby, więc atmosfera w domu nie była zbyt optyministyczna mimo tego, że zaraz miała pojawić się na świecie nasza córeczka. 

Udało się. Urodziłam. Poród odbył się bez problemu. Szybko i sprawnie. Mąż był przy mnie w szpitalu. Stwierdziłam, że jak już ujrzę Matyldę to poczuję ulgę i napięcie odejdzie. Gdy pierwszy raz ją zobaczyłam, poczułam jedno wielkie… NIC. „Czy to moje dziecko?” – pomyslałam. „Gratuluję! Urodziła pani córeczkę. 10/10 w skali Apgar. 3430g i 56 cm”. Słychać było jedynie płacz dziecka. Zamarłam. Gdzie te ochy i achy o których opowiadały inne matki gdy zobaczyły pierwszy raz swoje dziecko? Gdzie te łzy radości i wzuszenia? Ok. Miałam cesarkę. Może zaraz te wszystkie emocje się pojawią. Przystawili mi ją do piersi, z pierwszym bólem, ale jakiś pokarm się pojawił. Zjadła. Trzymałam ją na rękach i nie wiedziałam co się dzieje. Czułam się jakbym się solidnie naćpała i nic nie ogarniała. Po chwili zasnęłam.

Obudziłam się po kilku godzinach a obok mnie siedział mój mąż i karmił małą butelką. Powiedział, że nie chciałam się obudzić i nakrzyczałam na niego, żeby dał mi spokój. NIE PAMIĘTAM TEGO. Znowu spojrzałam na tą małą, pomarszczoną istotę i NIC się we mnie nie pojawiło. Zero emocji. Po trzech dobach wypuścili nas do domu. Uznałam, że teraz NA PEWNO będzie wybuch emocji! Nigdy nie lubiłam szpitali więc, może to mnie jakoś blokowało.

Wróciliśmy do domu. Zobaczyłam łóżeczko, wózeczek, zabawki, pieluszki i inne dziecięce akcesoria. Moja córka była o dziwo spokojna. Trochę płakała, ale ogólnie więcej spała niż robiła cokolwiek innego. Przyznałam się wtedy mężowi, że… chyba nie kocham naszej córki, że to chyba obce dziecko. Przytulił mnie, powiedział, że to minie, że to pewnie szok poporodowy, że jestem zmęczona i będzie dobrze. Uspokoiło mnie to.

Mijały dni, tygodnie. Nie mijało. Byłam coraz bardziej rozdrażniona i zmęczona. Wstawanie w nocy, ciągłe telefony od znajomych i rodziny, co chwile ktoś chciał do nas przychodzić i nas wyciągać na jakieś spacery i inne atrakcje. Matylda zaczęła częściej płakać i domagać się karmienia co godzinę. Potrafiła wisieć mi na cycu przez 3 godziny bez przerwy a potem płakać z głodu. Nie pomagały smoczki, butelki, chciała cyca i płakała. Chyba miałam za mało pokarmu. Chociaż gdzieś w środku chyba chciałam po prostu przestać karmić piersią… Blokowałam się. Wkurzało mnie to, czułam się przywiązana do łóżka i do dziecka, które było dla mnie obce. Ona chyba to czuła, bo z każdym dniem stawała się coraz bardziej płaczliwa, rozdrażniona, aż przyszedł ten „cudowny” moment – KOLKI. Kolejne dwa miesiące męki… Mąż starał się mnie wspierać, ale odtrącałam go. Nie chciałam z nim rozmawiać, miałam wszystkiego dość. Płakałam każdego dnia. Nie chciałam zajmować się dzieckiem, więc coraz częściej przychodziła mi pomagać moja mama, teściowa i siostra. Z drugiej strony wkurzała mnie ich obecność i mądre rady. Jak wychodziły to wybuchałam i wyładowywałam się na mężu, który zaczął coraz więcej czasu spędzać w pracy. Błędne koło.

Któregoś dnia przyszedł i powiedział, że tak już nie może być. Minęły 3 miesiące i jest horror. I z dzieckiem i z nami. Zaproponował, żebyśmy porozmawiali z psychologiem. Wydarłam się na niego za kretyński pomysł, ale potem się rozryczałam i zgodziłam. Wiedziałam, że dłużej tak nie dam rady. Gdy pojawiły się pierwsze myśli, żeby brutalnie mówiąc… pozbyć się dziecka… sama chciałam wyskoczyć przez okno. Wstyd mi się do tego przyznać, ale tak było. Nigdy bym nie skrzywdziła Matyldy, chociaż miałam takie myśli, że lepiej mi było gdy jej nie było. 

Pierwsze sesje z psychologiem odbyły się z ogromnymi bólami, ale potem już jakoś poszło. Spotykaliśmy się u nas w domu najpierw dwa razy w tygodniu, później raz. Dostawałam zadania do wykonania. Takie trochę prace domowe jak w szkole, które miały na celu pomóc mi zrozumieć naszą sytuacje. Miałam wypisać np. 10 marzeń związanych z moją córką, jak widzę naszą rodzinę za 10 lat, co lubię w sobie, czemu jestem dobrą lub złą matką itd. Takie psychologiczne pierdoły, ale z czasem zauważyłam, że pozytywnie na mnie wpływają. Miałam też zadania np. obejrzeć z mężem film, poczytać książkę, obowiązkowo wychodzić na spacery (była wtedy zima, więc łatwe to nie było, ale próbowałam), ćwiczyć w domu pilates albo jogę itd. Duperele. Ale znowu pomogły. Dostałam też łagodne leki na depresje poporodową. Wtedy pierwszy raz ktoś to tak nazwał. 

Po dwóch kolejnych miesiącach, gdy Matylka miała już 5 miesięcy coś się we mnie obudziło. Patrzyła na mnie tymi swoimi maślanymi oczkami, kolki już minęły, ale za to zaczęły się pierwsze ząbkowania. Bawiła się jakąś kolorową grzechotką, uśmiechnęła się do mnie i wyciągnęła do mnie rączkę. Wcześniej nie bawiłam się z córką. Robił to mąż. Ja ją tylko karmiłam, przewijałam i w sumie tyle. Tego dnia coś we mnie pękło. Poczułam jakąś więź z córką. Nić porozumienia. Miałam wrażenie, że mówi do mnie: „Nie martw się mamo. Będzie dobrze”. Łzy napłynęły mi do oczu, wzięłam ją na ręce i przytuliłam. Pierwszy raz tak od serca. Nosiłam ją wcześniej na rękach, ale wyglądało to jakbym przenosiła karton z ubraniami. A tu po prostu stanęłam i ją przytuliłam. Popłakałam się. Mówiłam, że ją przepraszam, że jestem złą matką i, że…. ją bardzo kocham. Pierwszy raz od jej urodzenia powiedziałam te dwa słowa: KOCHAM CIĘ. 

Mój mąż stanął w drzwiach i zamarł. Patrzył na nas i niedowierzał. Po chwili wybuchł płaczem. Przytulił nas obie i powiedział, że czekał na ten moment pięć miesięcy.

Oczywiście to nie był koniec tego koszmaru. Kolejne dni były coraz lepsze. Spędzałam więcej czasu z córką, bawiłam się z nią i zaczęłam się cieszyć z tego, że mam rodzinę. Dalej korzystaliśmy z pomocy psychologa. Kolejne 3 miesiące były cudowne. Moja relacja z mężem zaczęła się poprawiać. Dużo czasu spędzaliśmy we troje, a gdy Matylda szła spać, cieszyliśmy się sobą. Wszystko zaczęło być jak dawniej, dopóki Matylda nie skończyła 8 miesięcy. 

Bardzo boleśnie przechodziła ząbkowanie. Gorączkowała i płakała całe noce. Znowu przestałam spać, znowu ciotki dobre rady wydzwaniały, znowu straciłam siły i wiarę w siebie. Wtedy miałam nawrót depresji. Bardzo silny. Wzięłam garść leków przeciwbólowych. Na szczęście mąż wtedy wrócił wcześniej z pracy i zobaczył mnie z opakowaniem leków. Zabrał mnie do szpitala, gdzie zrobili płukanie żołądka. Zostałam w szpitalu na kilka dni. Nic mi się nie stało, ale zalecili konsultacje psychiatryczną. Dostałam silniejsze leki antydepresyjne. Wtedy definitywnie przestałam karmić piersią. 

To był jak do tej pory ostatni epizod depresji poporodowej. Minęły 4 miesiące i znowu jest w porządku. Nie wiem co wywołało tamten atak, ale od 4 miesięcy cieszę się, że mam córkę i męża. Bardzo ich kocham i nigdy nie chciałabym, żeby komukolwiek z nas coś się stało. 

Słyszałam o baby bluesie, ale nigdy nie sądziłam, że sama przez to przejdę i to w tak masakryczny sposób. Ten rok był ciężki. To było kotłowanie się złych myśli, których się bardzo wstydzę, to była ogromna nienawiść do samej siebie, poczucie, że jestem złą matką i nigdy nie dam szczęścia Matyldzie, to poczucie, że nie nadaję się na żonę, a przede wszystkim, że nie powinnam żyć na tym świecie. 

Wszystkim mamom, które walczą z depresją poporodową życzę dużo siły. Mam nadzieję, że macie wsparcie w najbliższych. Co mogę Wam poradzić? Nie bójcie się sięgnąć po pomoc specjalisty. Ja gdybym nie zgodziła się na terapie z psychologiem, pewnie bym już dawno się wykończyła. Nie bójcie się też przyznać, że macie problem, że nie kochacie swojego dziecka. Wy je tak naprawdę kochacie, ale ta miłość jest przykryta chorobą jaką jest depresja poporodowa. Mam nadzieję, że żadna matka po porodzie nie zostanie zostawiona samej sobie. Powodzenia dziewuchy!” 

Ja ze swojej strony życzę dużo siły bliskim osób chorujących na depresje, bo to bardzo trudny okres dla rodziny i przyjaciół. Ania, dziękuję za ten list!

 


medicaments-24.com

https://buysteroids.in.ua

https://xn--e1agzba9f.com