„Jest mi bardzo przykro, że nie nauczę cię kobiecości, nie przytulę”. List matki do nienarodzonego dziecka

Listy do redakcji
Listy do redakcji
6 stycznia 2016
Fot. iStock / Izabelite
 

Kochane moje dziecko…

Nie, to jednak głupi początek. Może: „skarbie” albo: „kochanie”? Nie wiem dlaczego to robię, dlaczego do ciebie piszę. Propozycja terapeutki. Rodzaj pożegnania z życiem, które mogłam mieć, a którego nie będę miała. Uciekam przed tą konfrontacją, jednak powoli zbliżam się do momentu, gdy muszę odpuścić. Właściwie ta decyzja już zapadła, bo twój tata powiedział, że nie będzie się więcej starać. Ma dość seksu na zawołanie, moich łez, frustracji, błagań. I nie chce już więcej przeżywać dramatu. Nie mogę go więcej przekonywać. Mija 14 lat od kiedy walczymy o to, by być rodzicami. Nie wyszło. Poza tą jedną chwilą. Więc może nie powinnam się z tobą żegnać, tylko poprosić, żebyś jednak przyszedł (przyszła) znowu, może powinnam ci powiedzieć, że to ostatni moment? Że świetnie nadajemy się na rodziców, kochamy się, że nie zawiedziemy?

Dziś byłam w parku, mróz zelżał. Widziałam kobietę w ciąży. Serce zabiło mi szybciej. Chciałabym wkraść się w jej życie, przez chwilę poczuć, co czuje kobieta, której marzenia się spełniają.

A może wcale się nie spełniają? Może jej macierzyństwo będzie przypadkiem, może partner nie nadaje się na ojca… Ale, nie, nie wierzę. Nawet jeśli jej kolorowe życie się popsuje, to ona i tak pokocha swoje dziecko. Zrozumie, że nic wcześniej ważniejszego nie było. Że żadne rozstanie jej nie złamie, żaden zawód. Macierzyństwo ją uspokoi. Dzięki niemu będzie walczyć, bo będzie miała dla kogo.

Tak jak ja miałam siłę walczyć o twoje pojawienie. Szprycować się hormonami, znosić bolesne zastrzyki i kolejne rozczarowanie. I nie bardzo widziałam granice tego cierpienia, i tej walki, której podporządkowałam ileś lat.

Najgorsze jest, że nie wiem dlaczego nie mogę cię mieć. Lekarze rozkładają ręce, jesteśmy zdrowi. To jest chyba najgorsze, nie ma przyczyny.

Moje ciało pokazało mi, że ma mnie gdzieś, to już wiem. A zobacz, taka byłam z niego zawsze dumna. Wtedy, gdy trenowałam sporty i wiedziałam, że mogę je pokonać. Wtedy, gdy się odchudzałam i potrafiłam z dnia na dzień rzucić mięso i czekoladę. Staranie się o ciebie pokazało mi, że niczego nie kontroluję, niczego nie mogę mieć na zawołanie. Nawet na zawołanie nie mogę cię zatrzymać.

Przeszłam wszystkie stany. Od złości, niedowierzania, obsesyjnej nadziei, nienawiści, po bezradność i rezygnację. Kiedyś nie potrafiłam sobie wyobrazić starości bez ciebie – dziś już ją widzę. Nie mogę liczyć też na adopcję, twój tata jej nie chce. Mówi, że albo będziemy mieli ciebie, albo nie będziemy mieć w ogóle.

Spokojnie, nie mów, że jest egoistą.

Jest mi bardzo przykro, że nie przyjdziesz. Mówię głośno, że to już za mną, ale każdy seks bez zabezpieczenia to gdzieś głęboko nadzieja, że się pojawisz.

Śnisz mu się często – czasem jako chłopiec, częściej jako dziewczynka, którą zawsze chciałam mieć.

Kochanie, wstawałabym do ciebie w nocy, znosiła kolki, chodziła na długie spacery. Nie byłabym zmęczona, albo udawałabym, że nie jestem. Zmieniałabym się z tobą, akceptowała twoje dorastanie, i odchodzenie chyba też.

Jest mi bardzo przykro, że nigdy cię nie przytulę. Że nie zobaczę dwóch kresek na teście, nie będę tyć i patrzeć, jak zmienia mi się ciało. Przykro, że nie będę miała dylematów: karmić piersią czy butelką, zapisać do żłobka czy nie, jaką wybrać nianię.  Nie kupię ci Dzieci z Bullerbyn, które namiętnie czytam siostrzenicy, Braci Lwie Serce, że nie opowiem ci o Kłopotach Rodu Pożyczalskich. Że nie będę zmęczona twoim nocnym niespaniem, znudzona układaniem klocków, czy za długim pobytem na placu zabaw.

Jest mi cholernie przykro, bo marzyłam o dużej rodzinie. O porannych śniadaniach, przekomarzaniach, wakacjach z czterema rowerami na dachu, dlatego kupiliśmy właściwie dom, psa i prawie urządziliśmy dziecięce pokoje.

Marzyłam, że będę cię uczyć kobiecości albo męskości, opowiem o dziadku i babci i o tym, że ugryzła mnie osa, a doberman dziadków był bardzo łagodny.

Nie pokażę ci zdjęć z młodości, a ty nie powiesz: „Mamo, ale byłaś śliczna, wciąż jesteś”. Nie poczuję tej miłości bezwarunkowej i twojego rozpaczliwego „Mamo…” w gorączce.Wiem, bo moja siostrzenica mnie uwielbia, ale gdy choruje wciąż tylko powtarza: „Mamo” i za nic jej nie zastąpię tej, którą kocha najbardziej.

Jestem zgnębiona, rozgoryczona i smutna.

Będę kochać dzieci przyjaciół, znajdować sobie cele zastępcze, będę pewnie jeszcze szczęśliwym człowiekiem, ale nigdy nie zapomnę, jak bardzo o tobie marzyłam.

Twoja, niedoszła, M.

P.S Nie chciałabym tylko słyszeć od Sam Wiesz Kogo, że mam nie marudzić i jest tyle dzieci do adoptowania i nie każdemu dziecko jest pisane. Szczególnie, że Sam Wiesz Kto dzieci ma. I żyje sobie całkiem szczęśliwy z tą uroczą gromadką. To budzi złość, choć, oczywiście obiecuje sobie, że jeśli miałbyś zmienić zdanie i jednak się pojawić, to nie będę czuła złości do nikogo z rodziny, znajomych i do żadnego polityka.


Zasługujesz na więcej, na to co lepsze. Nawet, jeśli dzisiaj w to nie wierzysz, to tak jest

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
7 stycznia 2016
Fot. Pexels/Demeter Attila / CCO
 

Leżysz pod kocem i myślisz: „I po co ma wstawać? I tak nic się nie zmieni”. Ale wstajesz i brniesz w to co wokół ciebie. Zajmujesz się dziećmi, których nie potrafisz ogarnąć, bo przecież „jestem złą matką”. Wychodzisz do pracy, która frustruje cię od lat „ale przecież innej nie ma”, patrzysz na męża, którego wiesz, że nie kochasz, „ale i tak nie mogę nic z tym zrobić”.

Patrzysz w lustro: „Jestem gruba i brzydka”, nawet zmarszczka na czole to potwierdza. „Po co mi kremy, już nic nie pomogą”. A znajomej mówisz: „I wszędzie te memy o tym, że weź życie w swoje ręce, zmiany są tylko od ciebie zależne. Sraty pierdaty. Jasne. Postaw się w mojej sytuacji. Praca do du**py. Dzieci dają w kość, bo czerpią to co najgorsze ze swojego tatusia, i ja w tym wszystkim – tak bardzo beznadziejna. Nawet schudnąć nie mogę”.

I choć inni będą cię przekonywać, że jest inaczej, że musisz spojrzeć na świat innymi oczami, że potrzebujesz pomocy, Choć będą wyciągać do ciebie rękę, to ty i tak będziesz tkwić w miejscu w którym jesteś. Owszem, może i zdobędziesz się na jakiś zryw. Nawet odwiedzisz terapeutę, wyjedziesz na weekend z dziećmi, zadzwonisz do dawno nie słyszanej przyjaciółki. Ale to chwilowe. Bo przecież i tak nikt nie jest w stanie ci pomóc. Twoje życie JEST beznadziejne, choć w duchu myślisz o nim, że jest tragiczne. „Cokolwiek nie zrobię i tak będę w miejscu w którym jestem” – powtarzasz już jak mantrę od kilku dobrych lat i nawet nie widzisz tego upływającego czasu.

Tak, masz prawo tak mówić, bo w pracy coraz gorzej. Wiesz, że jesteś dobra w tym co robisz, ale szef nigdy cię nie docenił. Wręcz przeciwnie dodaje ci kolejnych obowiązków, obarcza odpowiedzialnością za błędy innych. Nawet twoje zdrowie i zdrowie twoich bliskich pokazuje ci: „Nie wyrywaj się”, bo cierpisz na zaburzenia, masz problem z ciśnieniem, czasami kłuje cię serce. Twoja córka zmaga się z cukrzycą, a mama ostatnio miała zawał. Do tego wszystkiego zastanawiasz się, czy twój mąż nie zaczął popijać zbyt często i zbyt dużo. „Ktoś może mieć gorzej?”.

No fakt, tylko usiąść i płakać. Załamać ręce. Pozbyć się uśmiechu i radości życia. I żyć życiem, którego szczerze nienawidzisz. Nawet jak się korygujesz: „Inni mają gorzej”, to i tak wolałabyś ich „gorzej”, niż swoją beznadziejność. To poczucie niemocy, że na nic kompletnie na nic nie masz wpływu.

I już nikt cię nie pociesza. Kiedy rozglądasz się wokół, nikt nie podaje ci ręki. „No tak, jestem nieudacznikiem” – utwierdzasz się jeszcze bardziej w przekonaniu o sobie, o swoim życiu.

Czego się boisz?

– tego, że prosząc szefa o podwyżkę wyśmieje cię, powie: „Nie zasłużyłaś?”, a ty wiesz, że zasłużyłaś, i że powinnaś zarabiać więcej

– że szukając pracy, ktoś potwierdzi twoją beznadziejność, twoją niewiedzę, a przecież masz mega doświadczenie i wiedzę, i wiesz, że w tym co robisz jesteś naprawdę dobra

– że szukanie pracy może być trudne? Że będzie wymagać od ciebie wysiłku? Że lepiej poddać się po wysłaniu trzech cv „bo i tak nikt się nie odezwał”, niż szukać dalej?

– że postawienie granic dzieciom cię przerośnie, że nie odniesiesz zamierzonego rezultatu, a w efekcie córka ci powie: „bardziej kocham tatusia”

– że zapisanie się na fitness, zumbę sprawi, że spotkasz się z innymi ludźmi, że zaczniesz się uśmiechać (nie daj Boże), że lepiej się poczujesz?

– że postawienie ultimatum mężowi sprawi, że on powie: „jesteś śmieszna, mam w d**pie twoje prośby i warunki”, że odejdzie? Że pokaże, że nie kocha, że mu na tobie nie zależy?

– że wszystko cię przerośnie? Ale co to jest to wszystko?

– że nie ogarniesz rzeczywistości, bo tak naprawdę jesteś sama i nie masz w nikim wsparcia – tak to poczucie osamotnienia, zauważenia swojej własnej samotności cię przeraża, ale czy naprawdę jesteś sama?

– że nie masz prawa innych obarczać swoimi problemami? Bo oni już mają swoje. Bo oni sobie radzą, a ty kim jesteś, by prosić o pomoc, bo boisz się, że nie będą chcieli słuchać, pomóc? A spróbowałaś kiedyś?

Czujesz się jak w klatce, z której nie chcesz wychodzić, bo zawsze, kiedy tylko próbujesz zrobić coś więcej, coś innego, spróbować „wziąć to cholerne życie w swoje ręce”, to po tych rękach obrywasz, bo ktoś pokazuje ci: „O nie, nie kochana. Siedź tam, gdzie twoje miejsce, nie myśl, że zasługujesz na coś innego poza tym, co masz”. I nawet, kiedy otwierają się przed tobą nowe perspektywy, ty już ich nie dostrzegasz, nie chcesz ich widzieć, bo tu choć tak kur**wsko źle, to przynajmniej wiesz, co cię może spotkać – zawsze to, co najgorsze.

A wiesz, że nie jesteś żadnym wyjątkowym wyjątkiem? Że to gdzie dziś jesteś, co dzisiaj myślisz o sobie, o swoim życiu jest tak jak we wszystkich innych przypadkach zależne tylko i wyłącznie od ciebie. „No i widocznie jestem taka beznadziejna, że muszę być tu, gdzie jestem”. Tak to twój wybór, Wybór życia w bezradności, z której trudno ci wyjść, bo wiecznie ktoś podcina ci skrzydła, bo nawet jak próbowałaś coś zmienić, to i tak się nie udawało.

Więc przestałaś, bo łatwiej się nie starać, niż obrywać za swój wysiłek

Bo brak ci motywacji do zmian, bo za każdym razem szef w pracy, mąż w domu pokazywał ci, gdzie jest twoje miejsce. A ty nie chcesz kolejnej awantury, kolejnego poniżenia.

Bo już zwyczajnie nie masz siły wstać z kolan, bo się poddałaś. Bo kredyt, bo mama chora, bo ty nie czujesz się najlepiej, bo nie możesz znaleźć pracy, bo widocznie tak musi być.

Bo nie chcesz się mierzyć z czyjąś niechęcią, złością. Boisz się, że ktoś cię odrzuci, uzna za faktycznie beznadziejną.

Bo za każdą twoją próbę zmiany spotyka cię kara. Idziesz na aerobik – syn spadł z kanapy, Szukasz pracy – ktoś inny zgarnia premię za twoją pracę.

I nawet teraz, kiedy czytasz, że potrzebujesz pomocy, udajesz, że to nie do ciebie. Bo przecież sobie poradzisz sama. Na pewno? Ile czasu już próbujesz wyrwać się z tej bezradności, jak długo czujesz niemoc, brak wpływu na to, co się dzieje?

I tak. Twoje życie zależy od ciebie. Twoja bezradność wyuczona wieloma zdarzeniami codzienności, pokazywaniem przez innych gdzie jest twoje miejsce trzyma cię tu, gdzie jesteś.

I jeśli nie potrafisz sama się z niej wyrwać. Jeśli patrząc w przyszłość nie widzisz dla siebie niczego dobrego, niczego, co sama możesz zmienić, proszę cię o jedno: poproś o pomoc. Bo tylko to będzie dowodem na to, że nie zgadzasz się na takie życie. Bo naprawdę zasługujesz na więcej, na to co lepsze. Nawet jeśli dzisiaj w to nie wierzysz, to tak jest.


„Boże, niech ktoś da mi wolność”. Wyznanie matki, żony, pracoholiczki

Katarzyna Troszczyńska
Katarzyna Troszczyńska
6 stycznia 2016
Fot. Splitshire/ Daniel Nanescu /

Mail: „Zbliżam się do czterdziestki. Czas podsumowań, choć kiedyś myślałam, że to wymysły. Ale nie. Patrzę na wciąż jeszcze delikatne zmarszczki i myślę. Czy wszystko zrobiłam dobrze?”.

Bilans jest średni. Pracuje w korporacji, w której pracować nie chcę, muszę wypełniać polecenia młodszej, bardzo pewnej siebie szefowej. Czuję złość. Nie, nie obwiniam o to nikogo. Tylko siebie. W domu czekają stęsknione dzieci. Syn potrzebuje pomocy w lekcjach, córka czeka, aż przyszykuję jej strój na urodziny. Jest stęskniony mąż, coraz bardziej zirytowane przyjaciółki, rodzice. Gdybym miała jeszcze raz planować swoje życie – zaplanowałabym je jednak inaczej”.

Ma tylko chwilę i to przez telefon. Jutro o świcie wyjazd do Berlina na weekend – organizuje tam imprezę dla współpracujących klientów. Przyszły tydzień też cały zajęty. Mówi: „Mogłabym ostrzegać młodsze kobiety na starcie życiowym. Byłam zakochaną żoną, perfekcyjną panią domu nie stawiającą granic, w końcu zostałam kobietą uzależnioną od pracy. Nie dlatego, że to mój wybór. Po prostu nie mam wyjścia. Czasem myślę: „zaszyję się w łóżku, odwołam wszystkie zajęcia, ludzie przecież tak dziś robią. Poddają się. Ale ja nie potrafię. „Kończ, co zaczęłaś”, „Bądź silna”, „Rób to co robisz dokładnie”. Tak wychowywała mnie mama, też perfekcjonistka”.

Pięć przykazań matki, perfekcjonistki.  Po przejściach:

Nie bądź uzależniona od pieniędzy męża

Nie wierzę w układy, że on pracuje, ona zajmuje się domem. To działa przez chwilę. Po czym on może odejść, może coś mu się stać, może w końcu stracić pracę. Mój mąż: człowiek sukcesu, wysokie stanowisko, kolejne awanse. „Nie pracuj, zajmę się nami” – mówił. Po pierwszej ciąży (11 lat temu) nie wróciłam do firmy. Wtedy nie myślałam, że to może niedobra decyzja, pracowałam od 19-tego roku życia, byłam przyzwyczajona do własnych pieniędzy. I do wolności. Nawet w najlepszym związku dochodzi w końcu do kłótni o finanse. A dlaczego tyle wydałaś, albo dlaczego mamy jechać akurat tam na wakacje, przecież ciężko pracuję – daj mi wybrać. Oboje stają się sfrustrowani. On, bo ciąży na nim odpowiedzialność za całą rodzinę i nie może rzucić pracy ot tak, ona, bo marzy, żeby swoimi pieniędzmi płacić za kosmetyki, przyjemności, czy za zakupy do domu.

Nie dawaj się rolować w pracy

Najpierw byłam szarą myszką. Pracowałam ciężko, ale najczęściej na czyjeś nazwisko i czyjś sukces. To może jest dobre i naturalne na początku, później już nie. Pomogłam coś koleżance, nie podpisałam się pod prezentacją, ona dostała pochwałę i awansowała. Miałam ileś takich sytuacji. Nie, nie obwiniam o to nikogo, siebie. Ale wiem jak ważne, żeby tego pilnować. Potem niepotrzebnie wpada się w spiralę frustracji. Może, gdybym przed urodzeniem dziecka walczyła o swoją pozycję, łatwiej byłoby mi wrócić.

W obowiązki angażuj ojca dziecka

Byłam idealną żoną. Matką chyba też. Śniadanie rano, kanapki do pracy, posprzątane, ugotowane, dzieci zadbane. Mąż nie musiał o nic dbać. Nie wiem czy chociaż raz przewinął syna czy córkę.  Ale to też nie jego wina, moja. Ściągałam z niego domowe obowiązki, bo przecież nie pracowałam. Na początku nawet mówiłam: „usiądź, odpocznij”. Potem on przestał pytać.

Ale byliśmy fajną parą. Problem w tym, że gdy stracił pracę, a ja jej szukałam, kompletnie nie mógł się odnaleźć w domu. Wściekły, sfrustrowany. Wtedy zobaczyłam też, że on nie ma żadnego kontaktu z dziećmi. Jest tylko „mama, mama”. Jego złość, że dzieci się nim nie przejmują, moja, bo wszystko było na mojej głowie. Nie mogłam odpocząć nawet sekundy.

Nie decyduj się na (kolejne) dziecko, jeśli go nie chcesz

Mnie na drugie namówił mąż. Inaczej – bardzo mu zależało. Namawiały mnie też przyjaciółki, obracam się w środowisku rodzin wielodzietnych. Ale ja byłam jedynaczką. I naprawdę po urodzeniu córki miałam już dość. Szczególnie, że była wymagająca. I to nie było proste macierzyństwo – kolki, nieustanne wizyty u lekarzy i ja… coraz bardziej zmęczona. „Milion razy wolałabym spędzić dzień w pracy”, mówiłam ukochanemu, gdy nie rozumiał czym ja właściwie jestem taka zmęczona.

Stawiaj w pracy granice

Wiele jesteśmy w stanie obiecać, gdy szukamy pracy i nie mamy bardzo mocnego CV. Zresztą, nawet jeśli mamy – w większości branż jest kryzys. W mojej też. Pracę dostałam dzięki dobrej znajomości rosyjskiego. Pierwsze spotkanie. Słyszę samą siebie: „Oczywiście, że to ogarnę”, „Pracujące weekendy? Dam radę”. Prawda jest taka, że wcześniej wysłałam chyba ze sto CV. Zaproszono mnie na trzy rozmowy.

Wpadłam po uszy z tą pracą. Wyciągnijcie kobietę z domu, dajcie jej stanowisko, a ona poświęci wszystko. Nie zamykałam laptopa. Wyjeżdżałam. W pokoju hotelowym przespałam swoją pierwszą noc od wielu lat. I ta cisza. Nie musisz gotować, sprzątać, rozmawiać, leżysz  na hotelowym łóżku i przerzucasz kanały. Tak właśnie widzi szczęście zmęczona matka i żona.

Przez ileś miesięcy walczysz o równowagę. To znaczy dajesz z siebie 100 proc i tu, i tu. Tak, żeby wszyscy byli zadowoleni. Również coraz bardziej sfrustrowany mąż i dzieci, które jednak są zbyt małe, by żyć bez matki.

I masz guzik, a nie równowagę.

Nie uciekaj

Po iluś miesiącach robisz szybki bilans. Wasze życie musi się zmienić. Nie jesteś w stanie ciężko pracować, a do tego również sprzątać i gotować. Pierwszy raz jesteś zła. Zaczynają się awantury, pretensje i fochy. A w biurze masz miłych kolegów. Uciekasz od tego, kto cię wciąż ocenia, krytykuje. To instynkt. Wolisz wstać o piątej i pojechać do firmy, niż minąć się z nim w drzwiach łazienki i usłyszeć: „Znowu będziesz nie wiadomo kiedy?”. Zagryzacie się wzajemnie i myślicie: „jakoś to będzie”. Tylko, że jest coraz gorzej. Płaczesz w łazience. A potem zbierasz się do pracy… tam jest chociaż miło.

Odpoczywaj

Nie wierz nikomu kto ci mówi, że kobieta może wszystko. Nie słuchaj teściowej, która patrzy surowo na twoją niedomytą  (jej zdaniem) kuchenkę i mówi: „Ja pracowałam, a w domu lśniło”. Zadaj sobie pytanie, czy chcesz żyć jak twoja teściowa i mama.

Ucz się od przyjaciółek, które znajdują czas na sport i pół godziny z książką. Ja nie nauczyłam swoich bliskich, że też istnieję, że moje potrzeby są ważne. Dziś wstałam o szóstej, żeby synowi (11 lat!!!) zrobić kakao. Myślę sobie: „gdzie ja byłam przez ostatnie lata? Spałam?”.

Tyle się mówi, że to młodsze kobiety powinny uczyć się od starszych. To nie zawsze prawda. Ja od dziś  (od teraz!) będę uczyć się od młodszej siostry. Ma 27 lat, dobrze zarabia, jej praca jest pasją. Stawia granice, potrafi prosić o swoje, mąż pomaga jej w opiece nad córeczką. Jest piękna i szczęśliwa. „Jesteś egoistką” – mówi nasza mama. A ona tylko odpowiada: „I co z tego?”.


Zobacz także

Kluczowa różnica między związkami, które się rozpadną, a tymi, które się rozwiną w trwałą relację

Ignorowanie to przemoc. Ciche dni krzywdzą emocjonalnie i niszczą fizycznie

Być za bardzo i zbyt mocno. 24 cechy wysoko wrażliwych ludzi

steroid-pharm.com/testover-propionat.html

www.danabol-in.com

У нашей фирмы популярный сайт , он рассказывает про Купить данабол https://danabol-in.com