Kiedyś tak bardzo chciałam być mamą, dziś patrzę wstecz z tęsknotą. Kiedy bycie mamą mnie przerasta…

Matka Przebiegła
Matka Przebiegła
5 lutego 2016
Fot. iStock / Geber86
 

Dzisiaj mam dość bycia mamą. Chciałabym wrócić do czasów, kiedy moje dzieci pachniały jeszcze niemowlakiem. Kiedy nieporadnie stawiały pierwsze kroki. Łapały się mojej nogi, żeby nie przewrócić się po raz kolejny. Patrzyły za zachwytem na wszystkie moje wygłupy. To był czas, kiedy bycie mamą spotykało się z małymi trudnościami: „Czy dać już ziemniaka, a może jednak lepiej marchewkę”. Myślałam, że serce mi pęknie, kiedy wracałam do pracy, a później – podczas pierwszego dnia w przedszkolu. Wtedy tak bardzo mamą chciałam być. Chciałam wiedzieć, że tak bardzo kocham, że tęsknię, że ten bezbronny zupełnie mały człowiek jest kompletnie ode mnie zależny. To taki czas, kiedy czasami brakuje ci tchu, kiedy patrzysz jak śpi. To czas, w którym wiesz, że jesteś fantastyczną mamą – ten uśmiech, te małe rączki obejmujące twoją szyją, to pierwsze „Kocham cię, mamo”. Tak, gdyby macierzyństwo kończyło się, kiedy nasze dzieci mają pięć lat… Dzisiaj myślę, że byłoby to wspaniałe.

Bo dzisiaj jestem mamą dorastających dzieci. Ze zgrozą myślę – za chwilę nastolatków. Rozglądam się wokół i wiem już, że czeka  mnie najtrudniejszy moment moje macierzyństwa. Bo bywam:

matką zrzędliwą

która do znudzenia powtarza – skarpetki do prania, ułóż rzeczy, wyjdź z psem, ręcznik – wróć o powieś ręcznik

matką stawiającą granice

bezlitośnie trzymam się ustalonych reguł. „Kochanie pół godziny na komputerze, to pól godziny”, a jednocześnie coraz trudniej te granice stawiać, wytyczać, bo opór coraz większy „Mamo, ale dlaczego”… a kiedyś myślałaś, że padające po stokroć dziennie dwulatka „Co to?” jest twoją największą nauką cierpliwości

matką walczącą

która staje w środku konfliktu, niczym negocjator próbuje załagodzić awantury, rozdzielić dwóch kogutów skaczących sobie do gardeł. „Wy się kłócicie – rozwiążcie problem między sobą” – a chciałoby się wziąć stronę jednego, tego, który bardziej się krzywi i rozpacza, żeby przez chwilę poczuć to dawne „kocham cię mamo” – ale tym razem warunkowe „bo stajesz po mojej stronie” – wiesz, że nie możesz, więc walczysz o ich przestrzeń, o umiejętność rozmowy, by potrafili konflikty rozwiązywać, a nie je podsycać

matką – tarczą

do której strzelają twoje dzieci, coraz częściej bywasz przyczyną całego zła, to do ciebie kierowane są fochy, to na ciebie się obrażają, kiedy stawiane przez ciebie granice uwierają ich bardziej niż zwykle, odwracają się plecami, a ty wiesz, że nie możesz zrobić tego samego – trzasnąć drzwiami i wyjść – zatęskniliby… tyle że ze strachu, że możesz następnym razem nie wrócić, a przecież nie o ich strach chodzi

matką tak bardzo bojącą się

że się odsuną – pytanie: „Coś się stało?” wywołuje w tobie milion emocji, bo widzisz, że coś się jednak stało, i wiesz, że nie jest to zabrany przez kolegę w przedszkolu samochód, że wystarczy przytulić. I czekasz z nadzieją, że powie, że ufa, że nie ucieknie, czekasz cierpliwie, bo wiesz, że teraz już potrzebuje czasu, by oswoić emocje, by je nazwać. A kiedy siada i zaczyna: „Bo wiesz, mamo…” oddychasz z ulgą, że jeszcze jest obok i wie, że jesteś dla niego wsparciem

matką wątpiącą

że może to nie tak, że mogłabyś odpuścić, pogłaskać po głowie – posprzątać pokój, odpuścić szkołę, skoro nie zdążył się nauczyć, może zbyt ostro, zbyt mocno – ale za chwilę przypominasz sobie, że dziecko nie jest twoją własnością, że jest człowiekiem, który musi ponosić konsekwencje, bo ty nie zawsze będziesz obok, że musisz je wypuścić, musisz pozwalać mu popełniać błędy – bo przecież na twoich się nie nauczy…. niestety

matką zmęczoną

kiedy nie chce ci się tłumaczyć po raz setny tego samego, powtarzać w kółko: „Lekcje”, „Spakuj tornister”, „Myłeś zęby?”, kiedy nie chce ci się stawiać granic, kiedy marzysz, żeby machnąć ręką – niech mają bałagan w pokoju, niech spędzą cały dzień przed telewizorem, niech wypiją po litrze pepsi i zjedzą po trzy paczki chipsów. Nie masz siły mówić: „Kochanie, wiesz dlaczego nie można”, nie chcesz dyskutować z kolejnym: „Mamo, ale przecież tylko raz, tylko dzisiaj”, które nigdy nie jest tylko jednym razem, wiesz o tym i oni też o tym wiedzą, choć pewnie w tym momencie nie pamiętają

matką „ja też mam swoje życie”

bo marzysz o weekendzie bez dzieci, szukasz obozu, na który wyślesz dzieci na wakacje. I nie masz nawet cienia wyrzutów sumienia, że z cichą radością przyjmujesz: „Śpimy u kolegi, zgadzasz się?”. Chcesz przestrzeni dla siebie, dla swojego oddechu, nie chcesz być tylko mamą, ale też kobietą, kochanką, sobą – ze swoimi emocjami i nastrojami

matką ocenianą

„Bo ty tylko: gadasz/sprzątasz/gotujesz/pracujesz” – słyszysz i wiesz, jakie to niesprawiedliwe, jak krzywdzące. Czasami przechodzisz obok tych słów niewzruszona, a czasami zamykasz twarz w dłoniach, bo oni celują, by cię ustrzelić, sprawdzają twoje granice, obserwują reakcje, czekają, czy ich manipulacja osiągnie zamierzony efekt. A ty nie możesz się poddać, wywiesić białej flagi

matką niesprawiedliwą

bo nie pozwalasz, bo ganisz, bo wymagasz, bo inna mama jest inna i inni mogą, a oni nie

Bywam taką mamą. Coraz częściej i pewnie za chwilę stanę się tylko tą zrzędliwą, wyznaczającą zakazy i nakazy. Taką będą mnie widzieć, tak o mnie będą myśleć, a ja nie będę mogła ugiąć. Będę musiała brnąć w to, stać twardo, choć oni taranem będą chcieli usunąć mnie ze swojej drogi. Wiecie co się nie zmienia – ten brak tchu, kiedy patrzę jak śpią, kiedy dławi mnie wzruszenie, bo są coraz mądrzejsi, coraz bardziej świadomi siebie, coraz bardziej odpowiedzialni, bo w niedzielę rano po ciuchu robią nam śniadanie niespodziankę. Kiedy przychodzą i mówią: „Mamo, położysz się, bo nie mogę zasnąć”. Wtulają się i oddychają spokojnie. Wtedy wiem, że bycie mamą to rola wymagająca, to lekcja pokory, cierpliwości, to odpowiedzialność za to jakiego człowieka za chwilę spotka – być może twoje dziecko.


Obiecuję, dzisiaj już na pewno. Nic tak nie boli, jak złamane słowo

Matka Przebiegła
Matka Przebiegła
15 lutego 2016
Fot. i Stock / shapecharge
 

„Tak, tak kochanie, za chwilę się z tobą pobawię”.

„To znaczy za ile”.

„Daj mi 15 minut”.

Obiecujemy na odczepnego, dla świętego spokoju, bo zależy nam na czasie i nie mamy siły negocjować, bo mamy wyrzuty sumienia za inną niedotrzymaną obietnicę. Tej też pewnie nie dotrzymamy.

„Bo to dziecko, zaraz zapomni” – usprawiedliwiamy się w myślach. „Położysz się mamo?”, „Poczytasz?”, „Pobawisz się”. Ile razy powiedziałyśmy – tak, za momencik, za pół godziny – tylko powiedziałyśmy.

Banał. Śmieszna obietnica. „Tak, pojedziemy do kina w sobotę, na pewno, obiecuję”. Co to znaczy w naszym dorosłym i tak cholernie poważnym świecie, gdzie dajemy o wiele poważniejsze obietnice. Że nie spóźnimy się na spotkanie, że wywiążemy się z obowiązków, że oddzwonimy, że zrobimy zakupy, że nie zapomnimy o czymś niezwykle ważnym.

Powtarzamy naszym dzieciom: „Tak, jesteś dla mnie najważniejszy. Jesteś moim największym skarbem” – jakby te słowa miały przynieść nam rozgrzeszenie, tłumaczyć nas z każdej niedotrzymanej obietnicy.

Stań po drugiej stronie. Spójrz przez chwilę oczami swojego dziecka, które słyszy, że tak, że obiecujesz, że teraz to już naprawdę dotrzymasz słowa. Dla niego jesteś całym światem, a najszczęśliwszym momentem jest ten spędzony z tobą.

Dziecko nie zapomina. Tak wiem, dla nas rodziców to okrutne. Bo jak to nie zapomina, a co ma pamiętać, że na lody zabraliśmy je dwa tygodnie później, a nie wtedy, gdy obiecaliśmy? Że przecież w końcu poszliśmy na basen, pojechaliśmy do zoo. A że nie wtedy, kiedy mówiliśmy: Tak dzisiaj na pewno, jutro kochanie, już jutro na 100% – jakie to ma znaczenie.

Jakie ma znaczenie? Niedotrzymane słowo to dla dziecka sygnał:

Że nie jest ważne

– bo ważniejszy od niego okazuje się telefon, sprzątanie, bo nie umiesz powiedzieć: „Kochanie nie mam siły dzisiaj, możemy to przełożyć?”.

Że nie jest kochane

– bo o miłości jedynie mówisz, ale jej nie pokazujesz. Mówisz „Kocham cię najbardziej na świecie”, ale łamiesz dane słowo – jak to świadczy o twojej miłości?

Że nie jest traktowane poważnie

– tak bardzo byśmy chcieli, by było pewne siebie, znało swoją wartość. Pamiętaj – jesteś ważny – mówimy, a za chwilę umniejszamy jego wartość uważając dawane mu obietnice za banalne: „Ale co się takiego stało? Przecież na lody możemy pójść każdego dnia”.

Że może tak samo się zachowywać

– jako dorosły też nie będzie dotrzymywać słowa, będzie kłamać, bo takiego mu siebie pokazałeś. A jemu nie wystarczy jedynie: „Nie kłam”, aby ono nie kłamało – my nie możemy kłamać.

Że nie może na ciebie liczyć

– bo skoro zawodzimy w najprostszych sprawach, jak zrobienie ulubionego ciasta, to jak może liczyć na nas w poważniejszych?

Że nie może nam zaufać

– bo jak ufać komuś, kto nie dotrzymuje słowa? Jak możesz liczyć na to, że dziecko podzieli się z tobą swoją tajemnicą, zwierzy się ze swoich uczuć, skoro tyle razy zawodziłaś?

Że słowa są mało ważne

– bo skoro dla ciebie niewiele znaczą, to ile tak naprawdę są warte. Dziecko uczy się od nas. „O co ci chodzi, przecież to tylko słowa” – powie kiedyś komuś bliskiemu.

Tak, ja też nigdy nie chciałabym tego usłyszeć, nie chciałabym wiedzieć. Wolałabym żyć w błogiej nieświadomości i przekonaniu, że złamane słowo nic nie znaczy, że dziecko zapomina. Że to wszystko przesada i gadanie na wyrost. Że niedotrzymane obietnice tu i teraz niewiele znaczą, bo kiedyś w końcu je spełnisz, wynagrodzisz, wytłumaczysz za jakiś czas, że tak po prostu się zdarza.

A może od dziś obiecajmy naszym dzieciom, że:

Nie będziemy obiecywać niemożliwego – choćby to była najbardziej błaha sprawa. Jeśli wiesz, że nie możesz dzisiaj dotrzymać danego słowa, to go po prostu nie dawaj, nie mów: „Jak się pospieszysz, to wspólnie coś pooglądamy”, kiedy wiesz, akurat dzisiaj to będzie niemożliwe bardzo jak złamane słowo.

Będziemy przepraszać za każdą niedotrzymaną obietnicę, za każdą spóźnioną realizację danego słowa, a nie mówić: „Nie płacz, przecież nic takiego się nie stało”.

Będziemy odmawiać – „Kochanie, nie dzisiaj, nie mogę, nie dam rady” – nie boli tak jak złamane słowo – naprawdę.


Życie dotyka ich szybciej, niż byśmy chcieli. Nauczmy ich świata, ze wszystkim co ze sobą niesie. Bez wyjątków

Matka Przebiegła
Matka Przebiegła
27 stycznia 2016
Fot. iStock / IvanJekic

Ten moment, kiedy pochylasz się nad śpiącym dzieckiem, by pocałować je na dobranoc. Pachnie spokojem. Wzruszasz się, bo jest takie bezbronne. Bez znaczenia czy ma rok czy dziesięć lat. Chronisz, by jego życie było beztroskie, wypełnione uśmiechem. By porażki rzadko je dotykały. Przecież ma jeszcze czas na życie. Na to prawdziwe życie.

Siedzą przy stole. Śniadanie. Bułki, jajecznica, któreś woła o kakao. – Jak mój tata mógł jeszcze chodzić, to pojechaliśmy… Zamieram. Tak wiem, że ich tata umiera. Przepraszam – że jest ciężko chory, ale umiera – to już rzadko kto mówi. Koleżanki moich Dzików, przyjechały na weekend. W końcu ferie. A oni polubili się „od pierwszego spojrzenia”. Dziewczyny są bez rodziców, bo ich tata nie może zostać bez opieki.

– A jest jakiś dziadek od waszej babci – pyta jedna z nich. – Był, zmarł. Właśnie zaraz minie pięć lat – odpowiada jeden z Dzików. Siedzę obok. I znowu zamieram. – Moja babcia też zmarła… Łączy ich niewidzialna nić tych samych emocji.

– Dzieci są silne – mówi znajoma. Chciałabym dodać: – I mądrzejsze bardziej niż nam się wydaje. Nie wymagają wielkich wyjaśnień, przyjmują życie ze wszystkim co im niesie. – Mamo, a co właściwie jest tacie dziewczyn? – Jest ciężko chory, nie może już chodzić, trudno mu oddychać. – Umrze? – Tak.

Zasypiają spokojnie. Jakby to wszystko dzieje się wokół ich nie dotykało. Życie tylko dotyka ich szybciej, niż byśmy chcieli.

Patrzę na nich, jak się bawią, jak śmieją. Rozmawiają. O miłości, małżeństwie: „Najpierw będę mieć bogatego męża, a później wyjdę za mąż z miłości”. Śmieję się. Mówią o tym, że chłopcom łatwiej się załatwić na dworze i że mogą razem do jeden toalety w tym samym czasie…. Choć dziewczyny twierdzą, że im się też udaje, jak jest taka potrzeba.

I myślę o tym, że zbyt szybko dorosną. Że zbyt szybko dowiedzieli się, że życie się kończy, każde życie. Że można chorować. Umierać. – To łamie na całe życie – mówi przyjaciółka. A ja zastanawiam się, dlaczego ma załamać? Złamie, jeśli im na to pozwolimy. Jeśli nie oswoimy, jeśli będziemy udawać, że nic złego się nie stanie, zapewniać, że tym razem będzie inaczej. Kiedy będziemy chronić, chować pod kloszem, gdzie nie dotyka konsekwencja, odpowiedzialność, smutek, tęsknota i cierpienie.

Nie składamy się z tylko z radości, miłości i szczęścia. To kim jestem tu i teraz to złożona naszych doświadczeń i pokusiłabym się o stwierdzenie, że w większości tych trudnych doświadczeń Bo to one nas rozwijają, pchają do przodu. To one odkrywają to, co głęboko w nas. Jasne, możemy tego nie przepracować, udawać, że nic się nie stało i próbować iść do przodu.

Tak bardzo chcemy chronić nasze dzieci. Tak bardzo chcemy, by nie doświadczały tego, co okrutne i złe. Bo śmierć, bo choroba, bo odejście i rozstanie są okrutne. W końcu coś o tym wiemy. To, gdy ktoś nas zostawia. Porzuca. Zostawia z niczym. Kiedy odchodzi najbliższa nam osoba. A my tak bardzo tęsknimy. Pielęgnujemy wspomnienia, które wbijają się czasami cierniem.

Nie, tych cierni nie chcemy. Chcemy by nasze dzieci spały spokojnie, oddychały miarowo. By nic złego im się nie śniło, bo przecież skąd złe sny, skoro ich życie tak dalekie jest do tego, które czeka je za chwilę.

Ale ten świat ze wszystkim, co w sobie zwiera, jest już tu zaraz, za kolejnym zakrętem, one już łapią za klamkę by wyjść. Widzą więcej, niż sądzimy. Mają wrócić przerażone? Schować się za naszymi plecami? Mówić: „Mamo, tak bardzo się boję”. Mają cierpieć tak, aż będzie im brakować tchu?

Co je złamie? To, co je spotka? Czy to, jakie życie my im oferowaliśmy. Z miłością, z troską, z tym „jeszcze za wcześnie”, „nie teraz”, „nie musisz, masz czas”. Bądź tu szczęśliwy, spokojny, w swoim łóżku. A ja przeniosę cię lekko nad każdą przeciwnością. Poprowadzę za rękę omijając każdą przeszkodę. Zasłonię ci oczy, gdy ktoś będzie odchodził. Widzisz, moje plecy są takie ogromne, schowaj się za nimi. Nie, nie wychylaj się. Nie warto, nie chcesz tego widzieć. Zobacz – tam masz klocki, lalkę, książkę – tam masz swój idealny świat, bezpieczny. Trochę w nim złości, ciut buntu, odrobinę mojego zniecierpliwienia, żeby nie było zawsze pięknie. Żeby nikt nie zarzucił mi, że chronię cię za wszelką cenę.

A gdy to ty będziesz umierać? Gdy ono przerażone i pełne lęku, choć być może już dorosłe, usiądzie przy twoim łóżku mówiąc: „Mamo, tak bardzo się boję. Co ja zrobię bez ciebie. Kim będę?”, co odpowiesz? „Znasz swój strach. Wiesz, gdzie iść. Ja już ci wszystko pokazałam. Byłam wsparciem w tych wszystkich trudnych momentach twojego życia. Nie pozwalałam ci się chować. Wszystkiemu stawiłeś czoła. Teraz po prostu mnie nie będzie. Ale poradzisz sobie. Bo byłam obok przy wszystkim, czego spróbowałeś, czego doświadczyłaś. Twoje życie jest prawdziwe”. Powiesz tak? Czy zapłaczesz? Bo twoje dziecko zostanie samo, bo już nigdy go nie ochronisz, nie zamkniesz w ramionach. Bo dopiero teraz zasmakuje życia. Prawdziwego.


у нас

www.cialis-viagra.com.ua/levitra-vardenafil/

http://medicaments-24.net