Matka w Bloku Startowym. Jak zamieniłam stanowisko menedżerskie na etat kierowcy

Małgorzata Horizon-school.ru
Małgorzata Horizon-school.ru
10 października 2017
Fot. iStock
 

Złapałam się ostatnio na tym, że wchodząc do domu nie zdejmuję butów. Nie dlatego, że jest brudno, nie z powodu lenistwa, ale zwyczajnie nie opłaca mi się to, gdyż co wejdę, to zaraz muszę gdzieś jechać. Na zajęcia. Z zajęć. Bo ktoś coś zapomniał. bo brakuje czegoś w lodówce. Bo gardło boli i nie ma pastylek do ssania (cytrynowych, bo inne nie mogą być). Bo koledzy zadzwonili, że jest trening, bo koleżanka ma szczeniaczka i ona musi go zobaczyć. Już. Teraz. Natychmiast. Jestem Matką W Blokach Startowych. Mam wrażenie, że moje życie zamieniło się w etat kierowcy (raczej bezpłatny staż).

Ale od początku. Wielki entuzjazm, że uwalniam się od korporacji. Wreszcie sama będę zarządzać swoim czasem i przestrzenią. Będę pracować zdalnie i wyskakiwać raz na jakiś czas na spotkania w Warszawie. Życie marzenie. Oczami wyobraźni widzę te leniwe poranki zmącone tylko odwózką dzieci do szkoły. Potem pisanie, jakiś obiad, drzemka i zajęcia pozalekcyjne. Biegam, chodzę na fitness, odżywiam się zdrowo i mam czas na kosmetyczkę – to nadal wyobrażenia.

Mam także ten spokój swoich koleżanek, które o niczym nie zapominają, zgłaszają się ochoczo do bycia opiekunem na szkolnych wycieczkach, ich dzieci zawsze mają wszystko w piórniku, a one zawsze czekają uśmiechnięte i wypoczęte pod salą, mimo iż dzieci kończą czasami około 12-tej! Będę taka! Będę matką, która jest oazą spokoju, symbolem zorganizowania i będę rozsiewać energię zen.

Poranki zaczynają się jednak wcześniej niż zakładałam. Pies ma chory pęcherz, więc nie wypuszczenie go o 6-tej powoduje poranek z mopem. Wstaję więc, słysząc popiskiwanie, otwieram drzwi i kładę się jeszcze na 15 minut na kanapę. Potem kanapki do szkoły, budzenie, awanturka o strój, szukanie zagubionego podręcznika, dyskusja o tym, czym się różni lato od jesieni i jak to wiedzę zastosować odnośnie nakryć wierzchnich, kolejna awanturka o to, kto gdzie siedzi w aucie, komentarz na temat stanu auta („Mamo, a Ty go kiedyś umyjesz”), znów dyskusja o tym, że nie muszą mnie prosić o puszczanie muzyki, gdy wycofuję auto z garażu, jednocześnie zamykając pilotem bramy. Przypominam sobie, że negatywne emocje w domu mogą spowodować rozładowanie w szkole, puszczam coś wesołego i rzucam jakieś teksty, aby rozładować atmosferę. – Jesteś wstrętny! (Klara). – Wyglądasz, jakby Cię sąsiad podrzucił! (Jurek). Podkręcam muzykę głośniej i odliczam minuty do wysiadki. – Pa pa, miłego dnia DZIECI!

Wracam więc, ogarniam szybko poranny rozgardiasz, zamierzając wsunąć za chwilę kapcie i siąść przy kompie, gdy…telefon….od syna…który…..zapomniał…podręcznika….od angielskiego. Shit!Matka egoistka odzywa się we mnie, tłumacząc mu przez telefon, że przecież może mieć jednego minusa, że taka teraz zajęta jestem (robię sobie kawkę!), że nic się takiego nie stanie. Cisza. A potem zdanie „To będzie mój kolejny minus”. Cisza. „Który?”. Cisza. „Czwarty”. Jak to?! Przecież dopiero wrzesień się skończył!!! Szukam podręcznika, lecę do auta i podwożę mu książkę. Godzinę później telefon. „Mamo, jak będziesz po Klarę, nie że tak specjalnie masz jechać, to weź hulajnogę”.

Odbieram Klarę i zahaczamy o sklep z konikami ulubionej firmy na „s” , odmawiam prośbie o hot-doga (przecież gotowałam pół dnia!), nie reaguję, gdy nie smakuje („w tym sosie jest cebula!”), jadę odebrać Jurka. Stoję w aucie, a go nie ma. Dzwonię, nie odbiera. Idę zaniepokojona do szkoły, gdzie miła Ciocia, która wie wszystko, informuje mnie, że odjechał z grupą na hulajnogach. Dzwoni. „No przecież przywiozłaś mi hulajnogę, to chyba jasne, że poszedłem na skatepark!”. Powinnam się domyśleć?!

Wracam wściekła do domu. I teraz już wersja „fast forward”. Odbieram z kolejki WKD Panią od chińskiego (sic!), odwożę do nas, zawracam po Jerzego z hulajnogą na skatepark, zaliczam sklep, bo nie ma wody, masła i mleka, Klara kończy lekcje, zawożę do domu, potem na konie, Jurek kończy chiński, odwożę Panią na kolejkę WKD, odbieram Klarę z koni, zawożąc jednocześnie syna na tenisa. Obie z Klarą odbieramy go ok. 20-tej. Jest po wiadomościach, dobranocce i 8 godzinach, które poświęciłam na przebywanie w aucie, które jest brudne!!! Powiedzcie mi, jak to się wszystko układało przed wakacjami?! Przecież ja chodziłam do pracy i działało!!!

Dziś jest niedziela, gdy to piszę i również mam buty na nogach. Rano zaliczyłam wizytę w sklepie, bo Jurkowi śniła się jajecznica ze szczypiorkiem (szczypiorek się skończył), a Klarze występ w programie Aplauz, w którym to odpadła z Tatą na castingu (hihi), odwiozłam dziecko komunijne do Kościoła, a drugie na skatepark (wraz z rowerem, dla którego musiałam złożyć siedzenia i ułamałam paznokcia i zaklęłam „k…”). Czekam więc na telefon od syna, żeby go odebrać. Jego i rower, a potem córka ma konie o 15.00, no i przychodzą goście, więc trzeba by coś upiec.

Dobrze, że mam buty wygodne. sprowadzone z USA. Wybaczcie, że się chwalę, ale dla Matki w Bloku Startowym każdy szczegół,  który ułatwia jej mobilność jest bardzo ważny. Muszę kończyć, bo Jurek dzwoni. Pewnie trzeba go odebrać. Albo przywieźć mu coś, bo zapomniał. Albo zabrać rower.

PS: Nie, nie jestem zen, zajadam ze stresu śledzie po kaszubsku. Palcami. W hipermarkecie.

PS2: Nie, nie jestem zorganizowana. Zapominam, że Klara ma we wtorek wycieczkę i musi być godzinę wcześniej w szkole. „Na sygnale” dowożę ją do kina.

PS3: Nie, nie jestem społecznicą. Nie zgłosiłam się do Trójki Klasowej. I nie wyglądam na wypoczętą, bo Pani nie poznała mnie pod salą, „jakoś inaczej Pani wygląda”. Inaczej znaczy bez makijażu.

PS4: Uwaga! Szukam pracy. Na etacie. W biurze. Jakiejkolwiek. Byle nie kierowcy. 🙂


„Wyrzucali mnie, a ja wracałam”. Kocha Polskę za wszystkie wady i krzywdy, za deportację i herbatę

Łukasz Pilip
Łukasz Pilip
11 października 2017
Fot. Fotomontaż / iStock / Maciej Bledowski / RonTech2000
 

Mariam Pirveli zaplanowała studia tak:

Najpierw wybierze dyplomację na uniwersytecie w Tbilisi. Później nauczy się języków obcych – perskiego i angielskiego. Na uczelni spotka dziekana, który nie ulegnie propagandzie Związku Radzieckiego. Zacznie pisać pracę magisterską o Iranie. Pojedzie do niego zbierać materiał. A na koniec obroni się.  

W rzeczywistości studia Mariam wyglądały tak: Dostała się na dyplomację. Nauczyła się perskiego i angielskiego. Poznała nieustraszonego dziekana. Ten jednak zmarł, zanim zaczęła pisać magisterkę. Iran wymieniła na Polskę Ludową. No i pojechała tam.

Za wady i krzywdy

Mariam urodziła się w 1957 roku. Żyła w piętrowym domu w Tbilisi z dziadkami, rodzicami i bratem Zurą. Mieszkanie nigdy nie pustoszało. Przewijali się przez nie krewni i sąsiedzi.

– Zapach frytek, tańce, śpiewy i dźwięk fortepianu z salonu – mówi Mariam – to pierwsze rzeczy, które pamiętam z dzieciństwa. Potem byłam zajęta odkrywaniem tego, jak Związek Radziecki kontrolował Gruzinów.

– Dotknęła panią ta kontrola?

– A jakże! Nie mogłam malować paznokci. Musiałam nosić mundurek i kokardę we włosach. Zabroniono mi nawet palenia papierosów. Związek poczułam najbardziej, gdy musiałam wyjechać z Gruzji.  

Ale jest jedna rzecz, którą zawdzięczam ZSRR. To miłość do Polski.

– Ale pani była zmuszona do tej miłości.

– Więc powiem panu jeszcze przewrotniej: pokochałam Polskę za wady i krzywdy, które mi zrobiła.

– Czyli za co konkretnie?

Za deportację

Uczelnia z Gruzji wysłała Mariam na uniwersytet w Łodzi.

– Wylądowałam w akademiku numer dziesięć, na piętrze dla obcokrajowców. Nie mogłam dogadać się z Polakami, bo ci nie chcieli używać rosyjskiego. Dziwiło mnie, że tak bali się Związku. Bo ja w Gruzji wychodziłam  z kolegami na ulicę i krzyczałam: „Odwalcie się od mojego kraju”.

– Zaczęła pani pisać magisterkę?

– Tak, bo bardzo szybko znalazłam jej promotora, profesora Ludwika Straszewicza. Umówiłam się z nim, że najpierw napiszę pracę w brudnopisie i tak oddam ją do sprawdzenia.  

Plany Mariam musiały się zmienić. W 1979 roku Gruzinka zapomniała o wyborach w Rosji. Tego dnia miała głosować w ambasadzie w Warszawie, a pojechała do Lwowa na zaproszenie tamtejszego profesora. Gdy Mariam wróciła od niego do hotelu, usłyszała na recepcji: – Wydzwaniali za panią z Warszawy.

Gruzinka spakowała się i natychmiast pojechała pociągiem do stolicy. W ambasadzie dowiedziała się, że:

– zawiodła ZSRR, bo nie była na wyborach wraz ze swoimi rodakami Rosjanami;

– ambasador zamyka jej wizę;

– ma 4 dni na wyjazd z Polski;

– jeśli nie przekroczy granicy w tym czasie, konsekwencje będą gorsze niż sama deportacja.

Mariam załamała się. Nie miała pieniędzy na powrót do Gruzji. Gdy wróciła z ambasady, jej promotor z innymi wykładowcami zrzucili się na bilet do Tbilisi. Ludwik Straszewicz nalegał też, aby Mariam obroniła się przed wyjazdem.

Więc dzień przed deportacją Gruzinka została magistrem. Dostała piątkę za pracę w brudnopisie. Ale uczelnia nie zdążyła wydać jej dyplomu o ukończeniu studiów.

– Gdy wyjeżdżałam, promotor zapewnił jeszcze, że wyśle mi zaproszenie na doktorat. Wtedy będę mogła wrócić do Polski. Liczyłam, że pismo od profesora przyjdzie lada moment – wzdycha.

Fot. iStock / RonTech2000

Fot. iStock / RonTech2000

Za herbatę

Mariam o Polakach: – Dawali mi znać, że są gospodarzami swojego kraju. Że to ja, Gruzinka, powinnam nauczyć się ich języka. Zrobiłam to. Ale nie z potrzeby lizusostwa, wkupienia się. Tylko z szczerej chęci dołączenia do polskiego społeczeństwa.

Wie pan, że nie rozumiem osób, które przyjeżdżają do Polski, a potem odrzucają jej język?

Mnie Polacy brali pod skrzydła. Jak słyszeli, że nie jestem stąd, od razu tłumaczyli, co jedzą, jak się zachowują. Bardzo mi to pomagało.  

A co w was uwielbiam? Mickiewicza. No i herbatę! Bo Gruzini, którzy do was przyjeżdżają zawsze się dziwią, że chyba wody w kranach nie macie.  Tylko tę herbatę ciągle proponujecie. Przejęłam to i sama wciskam ją swoim gościom.

Z kolei rozśmieszają mnie Polacy, którzy podróżują do Gruzji. Oni dziwią się, że Gruzini to chyba nie słyszeli o takim wynalazku, jakim jest herbata. Bo do picia podają tylko wodę.

Czy coś mi doskwiera tutaj? Tak, banki. Gdy biorę kredyt, jestem kategorią podobywatelki. Bo mam wrażenie, że jakość klienta banku zależy od jego pochodzenia. Czyli Polka jest najwyżej. Potem obywatelka Unii Europejskiej. Dalej znajduje się ktoś, kto pochodzi z kraju wysokorozwiniętego. A na koniec – ja, Gruzinka, człowiek spoza tych trzech grup.

Ale wie pan, co jest dla mnie ważne? Że nigdy w Polsce nie czułam się kimś obcym.

Za osiem lat

W Gruzji Mariam broniła się ponownie. Jej uczelnia nie wierzyła w zaświadczenie o ukończeniu studiów w Polsce. I tak po raz drugi została magistrem. Dzięki nowemu tytułowi mogła wykładać na uczelni w Tbilisi. Między innymi uczyła Gruzinów języka polskiego.

Gdy Mariam dowiedziała się o stanie wojennym, zaczęła wysyłać przyjaciołom z Łodzi paczki z jedzeniem.

– Były w nich suszone owoce, wędliny, kabanosy, wędzone sery. Bo te rzeczy długo trzymały i się nie psuły. Nie mogłam pozwolić, aby Polacy mieli w domu tylko ocet i buty o numerze 45, prawda? – mówi. – Ale proszę nie zapominać, że nadal czekałam na oryginał zaproszenia od profesora Straszewicza. Bo ciągle przychodziły kopie, których nikt nie chciał honorować. A mi tak zależało, żeby wrócić do Polski!

– To ile czekała pani na oryginalne zaproszenie?

– No, tylko osiem lat – śmieje się Mariam Pirveli.

Fot. Flickr /  Kuba Bożanowski  / CC BY

Fot. Flickr / / CC BY

Za donosy

Dzięki uporowi profesora Straszewicza Mariam wraca do Łodzi i tam zaczyna doktorat. Broni go pięć lat później. Znajomi Gruzinki nie mogą uwierzyć, że można kochać Polskę tak, aby do niej wracać w trakcie stanu wojennego. Śmieją się też, że jest łodzianką spod Kaukazu.

Kilka lat po powrocie do Polski Mariam otrzymuje propozycje od kolegi z Bydgoszczy. Ten otwiera katedrę na Uniwersytecie Kazimierza Wielkiego i potrzebuje kogoś, kto ma na koncie sporo publikacji naukowych. A Mariam pisze wtedy bardzo dużo.

Poza Gruzinką uczony zatrudnia jeszcze jedną kobietę, która okazuje się wtyczką. Ta przekręca fakty, pisze donosy na kolegów i koleżanki z uczelni. Tak doprowadza do zamknięcia katedry.

– Nie zagrzałam w Bydgoszczy miejsca. Nic tam po mnie nie zostało – smuci się Mariam. – Mój gabinet przerobiono na toaletę, a pokój szefa na szatnię.

Fot. Archiwum prywatne

Fot. Archiwum prywatne

Za mylenie mnie z facetem

Po aferze w Bydgoszczy Mariam znalazła pracę na uniwersytecie w Szczecinie. Do dzisiaj wykłada tam na wydziale Nauk o Ziemi.

– Tutaj nie dosięgnęły mnie już żadne ekscesy. Dziwne, prawda? – śmieje się Gruzinka.  

– Nie wierzę. Coś musiało być. Może ludzie czepiali się, skąd pani pochodzi?

– Nigdy z tym nie miałam problemów. Tylko czasami Polacy mylili mnie z facetem. Bo, wie pan, używałam czasami dwóch imion – Mariam i Mariki. To odpowiedniki polskiej Marii.

Po raz pierwszy problem z imionami pojawił się w Bydgoszczy. Poszłam tam kiedyś do sklepu i wzięłam ze sobą kartę płatniczą. Płaciłam nią, a kasjerka zapytała mnie, czy to na pewno moja karta. I zaraz potem pojawiła się policja. Ta kobieta mówiła mundurowym, że Mariam to nie jest żeńskie imię. Bo te przecież kończą się na literę „a”!

Stwierdzili, że musiałam ukraść tę kartę. Siedziałam w sklepie do północy. W końcu udało mi się dodzwonić do rektora uniwersytetu i on potwierdził, że nazywam się Mariam.

– A w Szczecinie?

– Tutaj też miałam incydent w sklepie. I znowu z kasjerką. Gdy jej dałam kartę, zaczęła oglądać ją ze wszystkich stron. Zauważyłam to i od razu chciałam się tłumaczyć. Ale ona oddała kartę, uśmiechnęła się i powiedziała: „Proszę pani, teraz to każdy może wybierać sobie płeć, no nie?”.  

Fot. iStock / Maciej Bledowski

Fot. iStock / Maciej Bledowski

Za kapelusz

Mariam Pirveli wyjaśnia jeszcze, jak zaczęła się jej przygoda z Polską: – Przed magisterką dziekan powiedział studentom, że pojadą do tego kraju, o którym będą chcieli pisać. I wybrałam wtedy Iran. Niestety, dziekan zmarł, zanim ktokolwiek zdążył wyjechać. Władzę na uczelni przejęli po nim partyjni. Ci dogadali się z uniwersytetami w Polsce, Wschodnich Niemczech i Czechosłowacji. I postawili ultimatum: albo jedziemy do któregoś z tych państw, albo zostajemy w Gruzji.

Część z nas wykruszyła się. Nie wyjechała. Ale reszta, tak jak ja, wolała ryzyko.

Stanęło na tym, że nie wiedzieliśmy, jak podzielić się tymi krajami. Postanowiliśmy losować. Napisaliśmy na karteczkach nazwy tych trzech państw i wrzuciliśmy je do kapelusza. Skrawek z napisem „Polska” wylosowałam właśnie ja.


 

Fot. Archiwum prywatne

Fot. Archiwum prywatne

Mariam Pirveli: Gruzinka urodzona w 1957 r. Doktor nauk geograficznych, nauczyciel akademicki na Uniwersytecie Szczecińskim. Od kiedy miała w Polsce transfuzję, śmieje się, że jest Polską z krwi i kości. Razem z bratem Zurą założyła TeatrNieAktorów w Szczecienie. Uwielbia palić papierosy i chętnie się z nimi fotografuje.


„Powiedziała, że od lat jej nie pociągam. Te słowa są we mnie do dziś”. O tym, co czuje zdradzany mężczyzna

Katarzyna Troszczyńska
Katarzyna Troszczyńska
10 października 2017
Fot. iStock

Zdradzający mężowie, skrzywdzone kobiety, niewierne żony mówiące: „Ja też mam prawo”.  Listy, artykuły, wywiady. Ale dlaczego nigdzie nie ma mężczyzn, którzy zostali zdradzeni?

– Jesteśmy mniej ekshibicjonistyczni – mówi Jakub. 37 lat, ojciec dwóch synów (4, 7 lat).

Katarzyna Troszczyńska: Ale zgodziłeś się na rozmowę.

Jakub: Bo chciałbym przełamać stereotypy. Nie każdy mężczyzna marzy o innych kobietach, oddziela seks od miłości. Są wśród nas faceci z zasadami. Ja mam zasady, nie miała ich moja żona.

Może po prostu się zakochała?

Tak. I nie o to mam żal. Mam żal o formę. Zadzwoniła z wyjazdu służbowego i powiedziała: „to koniec, wyprowadzam się”. Żadnego „nie wiem, co się dzieje”, „chodźmy na terapię”. A przecież nie byliśmy tylko parą, ale rodziną. Dzieci, mieszkanie, sprawy. Dziesięć lat małżeństwa do kosza.

Nie spodziewałeś się?

Nie. Choć potem, oczywiście, po nitce do kłębka zacząłem dochodzić prawdy. Jej nagłe wyjazdy, wieczory na mieście, obsesyjne dbanie o siebie, pilnowanie telefonu.

Najśmieszniejsze jest to, jak ludzie udają, że o niczym nie wiedzą. Nie chcą się wtrącać. Dopiero, gdy zacząłem pytać znajomych wprost, ktoś powiedział: „Tak, widziałem ją z innym w markecie”, „Tak, słyszałem, jak rozmawia przez telefon i mówi: musimy teraz trochę uważać, on czegoś się domyśla”.

Wtedy, gdy zadzwoniła, że się wyprowadza, powiedziała, że ma romans?

Nie. Na początku zaprzeczała. Winę zwalała na mnie: „Jesteś beznadziejny, zmarnowałeś mi życie, od dawna czuję do ciebie wstręt”. Dla mnie to był szok. Kilka dni przed tym przyszła do pokoju, w którym pracowałem: „Masz ochotę na seks?”. Dziś myślę, że może to był pożegnalny seks. A potem myślę: kochała się i ze mną, i z nim. Masakra.

Wasze małżeństwo twoim zdaniem było dobre?

Nie wiem. Na pewno byliśmy ładną rodziną. Choć było chłodno między nami. Bardzo rzadko się kochaliśmy. Kiedyś powiedziała: „Zrób to szybko, nie lubię gry wstępnej”. Potem tłumaczyła: „To przez pracę, jestem zmęczona, przepraszam”. Czasami zdarzał się  fajny seks. Dopiero potem pomyślałem: „Ona zawsze robiła to ze mną po alkoholu”. Faceci nie analizują, jest zmęczona, okej, tyle. Napiła się wina, bo kolacja sobotnia – też normalne. Pewnie nie przytulała mnie tak często, jakbym chciał. Ale potem przychodzili do nas znajomi, oglądaliśmy filmy, rozmawialiśmy. Myślałem: „Mam super rodzinę”

Tłumaczyłem sobie, że kryzysy to przez dzieci, że to naturalny etap. Że i tak mam dużo. Mijamy się, każdy to przerabia. Do tego jeszcze praca, ja w dużej firmie, ona w dużej firmie.

Pracoholicy?

Ona nie. Miałem nawet pretensje, że tak lekko podchodzi do spraw zawodowych. Jej nie zależało na rozwoju. Najważniejsze były zakupy, przyjaciółki, relaks.

Nie przemawia przez ciebie teraz żal?

Pewnie trochę tak. Była bardzo dobrą matką, świetnie gotowała, zajmowała się domem. Ale naprawdę to ja ogarniałem nasze życie. Zarabiałem więcej, ona prawie wcale. Nie chciała przenieść się do innego działu, poszukać lepszej pracy. Byłem też odpowiedzialny za jej finansowe wpadki. Tu od kogoś pożyczyła, tu zadłużyła kartę kredytową, kochała wydawać, ale nie zarabiać. I nawet bym się nie czepiał, gdybyśmy mieli bardzo dużo pieniędzy. Ale nie mieliśmy.

Słyszysz, co mówisz: „Była dobrą matką, świetnie gotowała, zajmowała się domem”, a ty miałeś pretensje, że nie zarabia?

To nie tak. Przeszkadzało mi to, że jest lekkoduchem. Nie rozumiałem tego.

Może więc problem w tym, że potrzebowałem innej kobiety? Ale nie sądzę, bardzo ją kochałem. Jestem tylko odpowiedzialny i nie rozumiem, jak można się zadłużać na sukienki, czy nowe buty.

A wasze początki?

Namiętne. Poznaliśmy się na studiach, na imprezie u znajomych. Przez pierwsze parę lat byliśmy nierozłączni. Szybko razem zamieszkaliśmy, wzięliśmy ślub. Ona była wtedy otwarta, ciepła, czuła. Miała w sobie magnes, bardzo przyciągała ludzi. To zresztą spodobało mi się w niej na początku. Wtedy wydawało mi się, że jesteśmy tacy sami. Klasyka.

 Fot. Unsplash/ Joshua Earle / CC0 Public Domain


Fot. Unsplash/ /

Co zrobiłeś, gdy powiedziała, że odchodzi?

Myślałem, że zwariowała. „Ale jak to? Co się stało?” – pytałem. Byłem w szoku. Wtedy ona spokojnym tonem mówiła: „Nic już do ciebie nie czuję, to się działo od dawna”. To był marzec. Jeszcze w lutym byliśmy na weekend w Mediolanie. Cały dzień zakupy, zwiedzanie, wieczorami kolacje, wino i seks. To były jej urodziny, kupiłem jej chwilę wcześniej auto, o którym marzyła. Gdy w takiej sytuacji słyszysz: „Brzydzę się tobą”, nie wierzysz, że to w ogóle możliwe. A ona mówiła, że bardzo próbowała to ratować, ale nie wyszło. I że właśnie wtedy, w lutym, ratowała nasze małżeństwo.

A on?

Znali się z pracy. Romans zaczął się chyba od imprezy gwiazdkowej w firmie. Wiem, bo potem dostałem obsesji. Zacząłem ją śledzić, podglądać Facebook’a. Najgorsze było to, że ona całą winę zwaliła na mnie. Zniszczyłem jej życie, jestem potworem. Doprowadziła mnie do takiego stanu, że pomyślałem: „W porządku, znajdę mieszkanie, wyprowadzę się, zostawię jej wszystko. Niech ma dobrze, to moja wina”. Przez kilka dni nic nie jadłem, nie spałem, butelkami piłem nervosol. Tak mnie zastał przyjaciel z pracy. „Jezu, jak ty wyglądasz? Anka cię nakryła z inną?”. To są te stereotypy, zawsze się uważa, że to facet zdradza. A przecież związki rozpadają się z różnych przyczyn. Ten mój kumpel,  gdy usłyszał, o co chodzi, powiedział: „Dlaczego ty masz się wyprowadzać, przecież to rozpad małżeństwa z jej winy”. Wzmocnił mnie. Wróciłem do domu i powiedziałem, że się nie wyprowadzę, że jak chce, niech odchodzi sama. Że mam to gdzieś, ale musi się dzielić ze mną opieką nad chłopcami „pół na pół”.

Poszła na to?

Powiedziała: „Ale mnie urządziłeś!”. Wtedy wciąż zaprzeczała, że kogoś ma. Dopiero, kiedy rzuciłem jej wydrukami wiadomości z FB, powiedziała: „A, chodzi ci o Piotrka?”. To było chyba najgorsze. Totalne zobojętnienie. Czułem jej luz, jej energię, radość. Wyprowadziła się pod koniec kwietnia. Pamiętam, tuż przed weekendem majowym zabrała wieczorem dzieci. Chodziłem po pustym mieszkaniu, a potem całą noc jeździłem autem po mieście. Kolejne dni to był koszmar, jakby ktoś wypalał wnętrzności gorącym żelazem. Nigdy wcześniej nie czułem takiego cierpienia. To trwało ponad miesiąc. Zmieniło się, gdy wyjechałem służbowo do Toronto.

Tylko?

A ile, twoim zdaniem, powinno trwać? Ten miesiąc też był różny, bo gdy byli u mnie Antek z Frankiem, im w 100 procentach poświęcałem czas, ale gdy byłem sam – masakra. Byłem na służbowym wyjeździe, gdy  mój kumpel wrzucił mi link do tindera, zalogowałem się, zacząłem rozmawiać z jakimiś dziewczynami. To nie było nic poważnego, ale wtedy pomyślałem: „Dość”, nie przeżyję tak więcej ani jednej minuty mojego życia.

Twardy jesteś?

Myślę, że mężczyźni przeżywają rozstania inaczej niż kobiety. Bardzo cierpią na początku, ale potem odcinają to. Przez miesiąc fantazjowałem o zemście, wyobrażałem sobie, że zniszczę temu kolesiowi życie. A potem po prostu odpuściłem. Zrozumiałem, że nie cofnę czasu i muszę zacząć żyć innym, nowym życiem. Skupiłem się na zadaniach, na wypełnianiu czasu. Miałem kilka dziewczyn na chwilę, podreperowały moje poczucie własnej wartości, ale szybko uciekałem. Nie byłem gotowy na poważniejsze relacje. Taka sytuacja trwała mniej więcej rok.

A co z Anką?

Kilka kaw, spotkań, pretekstem były dzieci. Na którymś spotkaniu mnie przeprosiła, na kolejnym zapytała, czy jest szansa, żebyśmy zaczęli od początku. Że ten koleś okazał się pomyłką, a ona tęskni. Że dopiero teraz zrozumiała, co czuje.

A Ty?

A ja nic. Nie to, że chciałem się zemścić. Naprawdę nie. Tego dnia, gdy powiedziała, że odchodzi, potem przez kolejne dni – błagałem ją, żebyśmy spróbowali. Nie chciała. Myślę, że po prostu któregoś dnia wszystko pęka i już nie ma znaczenia, że tyle lat, dzieci, marzeń, planów. Tego już po prostu nie ma. Ona już jest tylko matką moich dzieci, byłą żoną. Dziś jestem sobie wdzięczny, że nie wygrała potrzeba, żeby ją zniszczyć. Że nie walczyłem w sądzie o prawa do wyłącznej opieki nad dziećmi, nie manipulowałem nimi.

Nie myślisz, że gdzieś mogłeś sam popełnić jakiś błąd?

Na pewno popełniłem. Największy, że nie stawiałem granic, że nie myślałem o własnych potrzebach i że chciałem być z nią za wszelką cenę. Im dalej odsuwała się ode mnie, tym bardziej się starałem. Nawet, jak chciała nie chciała być ze mną blisko, nawet, gdy mówiła, że się mną brzydzi. Ale to tylko przynosiło odwroty efekt.

Ludzie nie powinni godzić się na żadne upokorzenia w imię tak zwanej miłości. I powinni pamiętać, by przede wszystkim kochać siebie. Straszne jest, co przeżywa człowiek, któremu zależy na drugim. I naprawdę skończmy z tymi stereotypami. Ofiarami wielkich miłości są i mężczyźni, i kobiety. Kobieta też potrafi się odwrócić i zacząć nowe życie.  Nie myśląc o rodzinie. Ja zawsze zastanawiam się, czy naprawdę dużo ważniejsze jest życie zabawne niż odpowiedzialne? Czy ludzie porzucający nie widzą, że zostawiają zgliszcza?

 


Zobacz także

"Jak byłam młodsza często wołałam mamę przez sen. Teraz się budzę i myślę: Alka, sama jesteś, ogarnij się. Musisz z tym żyć". Eurosieroty też mają serca

„Jak byłam młodsza często wołałam mamę przez sen. Teraz się budzę i myślę: Alka, sama jesteś, ogarnij się. Musisz z tym żyć”. Eurosieroty też mają serca

Aż 70% kobiet z rakiem piersi może uniknąć chemioterapii! Wszystko dzięki nowym badaniom

Znalazł niezwykły sposób na walkę z Alzheimerem ojca

steroid.in.ua/products/sustanon-250-organon

Был найден мной популярный портал про направление insta forex http://profvest.com/
13.ua/izgotovlenie-naruzhnoj-i-vnutrennej-reklamy