„Matki. Pozwólcie dzieciom tworzyć baranki z żonkilami w dupie, kurczaczki w osranych skorupkach”

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
23 marca 2018
Fot. iStock / mgorthand
 

Moją największą traumą były zawsze prace techniczne i plastyczne. Serio. Dwie lewe ręce to mało powiedziane, chyba w tym jedna bez trzech palców, bo nigdy nic mi nie wychodziło, a rodzice gratulowali mi dobrych ocen w szkole tylko z tych przedmiotów. Wiedzieli, że przychodzą mi najtrudniej. Talent po matce. Bo jak mi kiedyś Jezuska pod choinką w zeszycie do religii narysowała, to nawet ksiądz się przestraszył. 

Ale skończyła się szkoła, a wraz z nią odeszły moje największe koszmary. Ku*wa zapomniałam tylko, że później to ma się dzieci. Cóż, te talent odziedziczyły – a jakże – po babci. Na szczęście na wszystkich dniach matek w przedszkolu bez problemu rozpoznawałam siebie na portretach, bo jako jedyna byłam naga i miałam… pępek. Nie wiem, co oni z tym pępkiem, ale to był znak rozpoznawczy, zakręcony jak ogon świnki. Taka karma.

A później się zaczęły – wspólne malowanie jaj, robienie kartek świątecznych, plakaty z okazji czegoś tam, makiety jakieś. Ja pie*dole, szkolny koszmar wrócił. Zwłaszcza, jak później oglądasz te wszystkie wymuskane prace, gdzie ręki dziecka nie widać, za to spełnienie ambicji rodzica jak najbardziej. Ja miałam w dupie. Serio. Dzieciaki robiły jak chciały. Ostatnio jak starszy karmnik dla ptaków zrobił, to taka dumna z niego byłam, jak oglądam go pośród wyheblowanych deseczek i pomalowanych daszków. U mojego widać było, że to jego praca. A jak młodszemu ucho od maski psa odpadło, czy to nie cudowne? I nigdy żaden z rodziców się nie zająknął, jak wychowawczyni na wywiadówce trąbiła: „Proszę pozwolić dzieciom się sprawdzić, nie robić prac za nich”. Ch*j. Jak grochem o ścianę. Matki uwalone od klejów, wełenek, szpilek i innych, później zapałkami w pracy powieki podtrzymywały, bo do piątej rano dziergały smacznie śpiącemu dziecku pracę do szkoły czy przedszkola.

No więc jak trafiłam na wpis jednej z matek, który tak blisko okazał się mojemu sercu, to nie mogłam go wam nie pokazać. Podpisuję się pod tym apelem dwoma lewymi rękami bez trzech palców i rękami moich dzieci, które utwierdzam w przekonaniu, że ich prace są piękne, bo zrobione przez nie samodzielnie!

 

„To matki matkom zgotowały ten los.

Kiedy na drzwiach przedszkola zawisł kawałek bristolu z wypisaną nań informacją, że do 16.03 dzieci mogą składać kartki wielkanocne na KONKURS, któren to rozstrzygnięty będzie w poniedziałkowy poranek, przyjęłam to ze spokojem. Jestem wszak matką- weteranką, przeżyłam przygotowania moich latorośli do niezliczonych odmian współzawodnictwa w świecie krasnali. Najbardziej hardkorowy był konkurs piosenki dziecięcej, gdy nagle okazało się, że tylko Małgośka śpiewała puszka-okruszka, reszta rodziców uznała bowiem, że „miłość miłość w Zakopanem, polewamy się szampanem, nanana” jest równie niewinna, jak dziewica Orleańska i opowiada o wyjeździe na ferie z rodziną, a „ja uwielbiam ją, ona tu jest i tańczy dla mnie” to współczesna historia miłości Dziadka do Orzechów i baletnicy. Także ten. Kartka świąteczna.
W sobotę wyjęłam z tajnej skrytki, jaką posiada każdy rodzic dzieci w wieku 5 wzwyż ( w której to skrytce jest zazwyczaj wszystko, tylko, klasycznie, nie to, co o 22 dziecko przekazuje, że potrzebne jest na jutro) wszelkiej maści arkusze pianek, filców, tekturek, piórek, rurek i innych przydasiów, posadziłam młodzież przy stole i zakrzyknęłam- róbta co chceta, byle zawierało jajko, kurczaka bądź inny element skojarzeniowy.
Radosna TFUrczość pięciolatki wyewoluowała w baranka, któremu z dupy wystają żonkile w fazie kwitnięcia. Podpisałyśmy dzieło inicjałem i zaniosłyśmy do przedszkola, gdzie powitały nas między innymi:
– naturalnej wielkości baranek zrobiony metodą quilingu, podpisany: Jaś, 4 lata, grupa Gwiazdek,
– ręcznie pleciony kosz wiklinowy 2 d z pełnym wyposażeniem wyszytym włóczką Zuzia, 5 lat, Słoneczka,
– wydzierganą szydełkiem białą serwetkę z zadziornie różowym napisem „Alleluja”- Kasia, Planetki, lat 3.
No kurfa.

Ja, oczywiście, nie odmawiam dzieciom talentu. Może rodzice powyższych progenitur zamiast gryzaków oswajali dziecięcia swe ze sztuką, rękodzielnictwem, eko-modą. Może zamiast wierszy Tuwima czytano takim brzdącom do poduszki dzieła klasyków greckich w oryginale. PRZYPUSZCZAM, ŻE WĄTPIĘ. Tym bardziej, że w szatni kiblujemy koło wspomnianej Zuzi, stąd wiem, że blondwłosy ten aniołek ma problem z założeniem kapci na prawidłową stopę i mimo że ma tylko dwie opcje, jest w stanie pomylić się pięć razy.

Matki. Pozwólcie dzieciom tworzyć baranki z żonkilami w dupie, kurczaczki w osranych skorupkach, zające z jednym oczkiem bardziej. Nie bądźcie jak mama Jasia, Zuzi, Kasi. Nie twórzcie klik Matek Współzawodniczących, Matek Cierpiętniczych, Matek Odpięciulatniewypiłamciepłejkawy. Matki, dajcie Matkom żyć!”

Amen!

 

Autorem wpisu jest: Nadmorscy.pl


A może do mnie w tym roku Wielkanoc nie przyjdzie? Wam też brakuje na nią czasu?

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
28 marca 2018
Fot. iStock/RgStudio
 

Jestem jakaś dziwna. No nijak w tym roku nie czuję Świąt. Przecież to już za pasem, a mnie zaskakują rozmowy o tym, jaką szynkę kupić, kto już umył okna i kto do kogo na obiad się wprasza lub zaprasza.

Jest środa, a ja marzę o weekendzie, który przecież nie będzie taki zwykły. Wpadła siora ustalić co i jak. „Stara, ja nawet nie czuję, że to już Wielkanoc”. Ona też nie. No to świetnie. Dzieciaki wpadły po szkole do domu krzycząc od progu: „Koniec tortur” i dotarło do mnie tym samym, że one już jutro do szkoły nie idą i będą snuć się po domu, zaglądać co chwilę do lodówki i co chwilę wyrzucać z siebie: „Mamoooo mogę coś obejrzeć”, „Mamooo, nudzę się”, „Mamoooo, co mam robić”, „Mamooo, a on mnie wkurza, bo mówi do mnie lama (sic!)”, a ja przecież w domu chciałam popracować. Na dwór ich nie wygonię, bo zimno jak piorun, komu by się chciało wychodzić dobrowolnie. No chyba, że przymuszę.

W sumie dobrze, że te dzieci jeszcze nieduże. Dyskusje o wielkanocnym zajączku zaraz jutro zaczną, po bazie i brzózki skoczą i w jajka ubiorą. Właśnie – ja pierdzielę – rozejrzałam się po domu. Na trzy dni wyciągać te wszystkie ozdoby świąteczne? Jajka, zające i baranki? A później zastanawiać się, kiedy przyjdzie czas, żeby je posprzątać. No nie chce mi się jak cholera.

O oknach już dawno nie myślę, bo i tak w sobotę ma lać, w niedzielę spaść śnieg (przynajmniej u mnie), więc słońce nawet leniwie nie zajrzy przez szyby. Bez znaczenia czy czyste. Umyję, jak w końcu zrobi się ciepło. Może.

No dziwnie mi jak cholera. Szynki piec mi się nie chce, nie mam jakiś wielkich wymagań jedzeniowych. Standard – żurek, sałatka, jajka, babka, pewnie sernik, chłopaki coś przebąkują o makowcu. To w końcu tylko dwa dni, dwa obiady, dwa śniadania. A zapomniałam, jeden obiad robi mama, więc tym bardziej nie ma co się spinać. Jak pogoda uniemożliwi spacer, to będziemy leżeć na podłodze i grać w planszówki. Nikt nie zmusi mnie do siedzenia ośmiu godzin przy stole. Za duża dziewczynka już na to jestem.

Patrzę na te kolejki w sklepach i się zastanawiam, jak wielkie rodziny mają ci ludzie, że zdążą zjeść wszystko, co kupują. To jest niesamowite. Narzekamy, że kasa, że znowu wydamy majątek i tak wydajemy w myśl polskiej zasady: postaw się a zastaw się. Nawet jak nie postawisz w domu, to wyjedziesz na jakiś wypas weekend, który kosztuje tyle, ile normalnie dziesięć dni wakacji.

Może to oznaka starości, że nie chce mi się Świąt? Że ich nie czuję, że irytują mnie te wszechobecne barany w sklepach, nachalne reklamy słodkości w kształcie jajek, które i tak są z kiepskiej jakości czekolady.

Chcę spokojnego weekendu. Chcę móc pobyć z dziećmi, polenić się, może trochę ponudzić, nie musieć nic robić, a tym bardziej stać pół dnia po garach, a drugie pół zastanawiać się, co zrobić z jedzeniem, które zostało. Bo każdy żołądek ma swoją pojemność. Posiedzieć, pośmiać się, pogadać. Spotkać się z przyjaciółmi. O właśnie, przyjaciółka przyjeżdża, umówiłyśmy się na drinka, dzieci pewnie piłkę pokopią. No chyba, że jednak sanki… (ironia!).

Myślę, że pędzimy na złamanie karku. Dopiero co Boże Narodzenie, ferie, narty, a ja już mam nastrajać się do kolejnych Świąt, kiedy już myślę o długim weekendzie maja i wakacjach? Nie nadążam. Mam poczucie, że świat zwariował, że nie mam kiedy się zatrzymać. Choćby na weekend. Jeden. Wolny. Leniwy. A jak już się zbliża, to się okazuje, że to właśnie wielkanocny czas. Eh. I w sobotę jajka będziemy malować.

Może to faktycznie kwestia pogody. Przedłużającego się zimna. Rok temu rozpoczynaliśmy czas grillowo – rolkowy, a teraz z tęsknotą zerkam na rower, na którym marznę jak diabli, ale jeżdżę. Takie moje prywatne zaklinanie wiosny.

Nic to, zostały jeszcze dwa dni. Może atmosfera nagle dopadnie mnie i poczuję (tak to oklepane) tę osławioną radość w sercu na myśl o Świętach. A może tym razem nie? Może dopiero polewając się w poniedziałek po całym domu wodą pomyślę, że Wielkanoc jest jednak w tym roku fajna. Lepiej późno niż później. Czego życzę wszystkim tym, co jakoś też nie potrafią się świątecznie nastroić i nadal gdzieś pędzą.


„Botoks. W końcu się zdecydowałam. Na to moje czoło już patrzeć nie mogłam”. Jęknęłam z zazdrości. A może lepiej mieć w dupie starzenie się z godnością?

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
19 marca 2018
Fot. iStock/skynesher

Dzwoni do mnie przyjaciółka: „Ja pie*dole, co ja sobie zrobiłam!”. Myślę, jaki czort, co jej się znowu mogło przydarzyć, bo już chyba było wszystko. „Botoks. W końcu się zdecydowałam. Na to moje czoło już patrzeć nie mogłam”. Kiedy gadamy przez telefon, ona wysyła mi swoje najnowsze zdjęcia. K*rwa efekt powalający. Aż jęknęłam z zazdrości. Wygląda zajebiście, z osiem lat młodziej i to tym razem nie jest zasługa filtrów nałożonych na fotkę.

„Przyjeżdżaj” – mówię, bo to cudo muszę zobaczyć na żywo, inaczej nie uwierzę. Bardzo długo miałam kompletnie obojętny stan do wszystkich wstrzykiwanych w skórę nowości, co to miały zrobić kobiety pięknymi, młodymi i jaśniejącymi. No tak, miałam to w dupie, bo sorry, ale mnie to nie dotyczyło. Kto by się martwił swoją cerą, jak się ma nawet te 35 lat. Myślisz sobie – przyjdzie lato, trochę słońca twarz złapie i znowu będzie pięknie. No tak. Tylko w życiu 90% kobiet przychodzi w końcu taki dzień, kiedy stajesz przed lustrem i z lekkim zaskoczeniem zaczynasz przyglądać się swojej twarzy. Najpierw z daleka dotykasz delikatnie palcami. Później zaczynasz przybliżać twarz do lustra, naciągasz kąciki oczu i ust, marszczysz czoło, nos. No k*rwa są! No są jak byk te cholerne zmarszczki. Oczywiście, możemy sobie wmawiać, że te od śmiania się są cudowne, dodają nam uroku, świeżości, wyróżniają nas na tle innych posępnych twarzy. W końcu jak ktoś śmieje się całym sobą, radością i zachwytem potrafi zarażać innych, no nie?

Ale co, jak się ogólnie marszczy? Zmarchy takie takie wielkie wokół oczu, pal sześć. Ale to, co dzieje się z czołem?!? To jest dopiero masakra. Nigdy nie myślałaś o grzwce, a teraz właśnie zaczynasz o niej marzyć! Grzywka zakryje wszystko! Już nikt na zdjęciach ze służbowych czy towarzyskich kolacji, spotkań czy wyjazdów nie będzie skupiał uwagi na tym morzu zmarszczek, które bezkarnie wypłynęło na twoje czoło!

I można sobie smarować twarz czym wlezie, rzucać się na wszelkie nowości. Wklepywać co i rusz inne mazidła, ba – samemu nawet robić kosmetyki. Na nic cały ten wysiłek, bo zmarszczki jak są, tak nie znikną. Choćby nie wiem co. To znaczy – wiem co. Botoks.

Brrr botoks. I już widzę te wszystkie napompowane policzki, przerysowane twarze. To wrażenie, gdy podchodzisz blisko i z przerażeniem stwierdzasz, że to kiepska podróbka Michaela Jackson, o którego zawsze się bałam, że odpadnie tu nos, a tu się boję, że nos to pikuś, bo na bank za nim polecą policzki i usta, a oczy wpadną do środka, bo nic ich nie będzie w stanie trzymać. Masakra. Zgadzam się. Kiedyś rozmawiałam z fajnym gościem od tych wszystkich ostrzykiwań. Nie ukrywał, że my, kobiety robimy sobie krzywdę zmieniając się w karykatury samych siebie. „Ale tak wcale nie musi być” – dodał na koniec i kurde tym jednym zdaniem mnie zatrzymał. Bo odkąd odkrywam kolejne i kolejne zmarszczki na mojej twarzy, zaczęłam się uważniej przyglądać innym. I jakież było moje zdziwienie (zdziwienie u mnie równa się coraz głębsze zmarszczki, f*ck), gdy zaczęłam dostrzegać wyprasowane czoła. Serio! Słuchajcie, to jest nieprawdopodobne, ile kobiet korzysta z botoksu, nie przyznaje się do tego, bo wiadomo, nie chce być posądzaną o plastik, ale kurde. Nikt mi nie powie, że to zasługa peelingów i medycyny naturalnej. No, co to to nie. Jasne, że znam kobity, których skóra grubo po 40-tce wygląda fantastyczne, cóż – pozazdrościć genów, a ty się bujaj z tymi zmarchami i myśl, co by tu zrobić, żeby jakoś wyglądać. I żeby za kilka lat grawitacja nie pociągnęła tych zmarszczek w dół do tego stopnia, że zakryją mi pół twarzy.

Wiecie, uczestniczyłam w niejednej babskiej rozmowie, kiedy to część zarzekała się, że będzie starzeć się z godnością i przyjmie na klatę, tfu – na twarz wszystko, co przychodzi do nas z wiekiem. Kurde, ale ja mam zgrzyt – bo niby naturalnie, a jednak kremiki z kolagenikiem w ruch idą. Nikt nie każe się przecież nikomu ostrzykiwać, ale z drugiej strony, jeśli ma to komuś poprawić samopoczucie? Dla ludzi to wymyślili, tylko, że zapomnieli dodać, że myślących. Ja tam nie widzę przeszkód, żadnych. Zresztą nie mnie w ogóle to oceniać, bo i po co i na co.

Dobra, przyjechała G. z tym swoim botoksem. I wiecie, niby nic się nie zmieniło, niby ta sama buzia, a jednak… inaczej. Nikt z jej bliskich nawet nie zauważył, że jakby lepiej wygląda. „Daj spokój, u mnie w chacie mówią, że w końcu się wysypiam i wyglądam jak człowiek”. Zaczęłam rechotać, ale ona jakoś taka nienaturalnie poważna, uśmiecha się półgębkiem. „Ząb cię boli?” – pytam, a ona mierzy mnie morderczym wzrokiem. „K*rwa albo chcesz być młoda albo spontaniczna” – wyrzuca z siebie w końcu. Płaczę ze śmiechu, kiedy ona zaczyna się też śmiać, a nos jej się marszczy w jakiś taki nienaturalny sposób. „No widzisz. I wszystko by było pięknie, gdyby nie to, że przecież ja śmieję się całą twarzą, nie umiem inaczej, przecież wiesz”. Ocierając łzy dyskutujemy o wyższości młodości nad spontanicznością. Czemu nie można mieć wszystkiego? „Umówię cię na wizytę, zrób sobie też, dlaczego tylko ja mam się męczyć” – mówi. Kurde, w sumie przez kilka tygodni poczuć się młodszą i piękniejszą… Kusząca propozycja. A ten nos? Ee nos może jakoś przeżyję. Dam znać, czy się zdecydowałam. I którą z wartości wybieram. I czy fajnie się nie starzeć z godnością.