Misja ciąża… Houston, mamy problem

Hanna Szczygieł
Hanna Szczygieł
7 października 2016
Misja ciąża... Houston, mamy problem
Fot. iStock / AleksandarNakic
 

Wszystko było zaplanowane. Ona – zgrabna szatynka po marketingu, 28 lat, On – wysoki i nawet przystojny, jak mawiała jej mama, biały kołnierzyk, o rok starszy. Klasa średnia z dobrze znanej Warszawki. Od rana do wieczora w Mordorze, z przerwą na lunch. Wieczorny fitness i wspólne oglądanie seriali. Wynajęte mieszkanie na szóstym piętrze nowego budownictwa na Ursynowie. Parę złotych na koncie i zaplanowany ślub.

A potem? No cóż, tak ze dwa lata na dotarcie się, jakiś awnas, kredyt pod hipotekę. Trochę imprez, a potem dziecko. Tak dokładnie miało być. Miłość? Czy była w tej historii? Oczywiście, wielka rozbuchana i pędząca dla każdego z nich w tę samą stronę – a o to naprawdę ciężko, nawet w bajkach z happy endem. I co było dalej? Jak to co, wszystko szło po kolei zgodnie z planem, aż do ostatniego punktu tej listy. Dziecko. Tu okazało się, że… ale po kolei.

Chcemy mieć dziecko

ONI: Ten moment. Dotarliśmy tam razem, w tym samym momencie. I od dziś postanawiamy, że dalej też idziemy razem, bo chcemy mieć rodzinę. Jesteśmy silni naszą bliskością, jesteśmy sobie wsparciem. Zaczynamy.

Trochę podekscytowani, a trochę przerażeni. Podczas pewnego niedzielnego obiadu obwieszczają, że to już, że zadecydowali, starają się o dziecko. Oklaski, wiwaty i w końcu westchnienia ulgi – części członków rodziny. A wraz z nimi trochę niewidzialna presja,  którą za jakiś czas zaczną budować niezręczne pytania i telefony – czy już się udało.

Gdy mija pierwszy miesiąc – pojawia się rozczarowanie, ale z uśmiechem na ustach mówimy, że przecież wiedzieliśmy, że tak może być. Niestety mimo tej wiedzy, mimo całej siły woli jaką chcemy skupić na logicznym myśleniu, na faktach – wcale nie jest łatwo. Społeczna presja, poczucie porażki, wątpliwości – to wszystko zaczyna po cichutku wkradać się najpierw do waszego domu, potem do łóżka. Często moment decyzji o rozpoczęciu starań o dziecko jest dla wielu związków kluczowy – wtedy rozdają sobie karty i bardzo często determinują, jak dalej ich relacja będzie się rozwijać. Warto w takim momencie naprawdę skupić się na sobie, na związku, na waszych marzeniach – zamiast na rodzinie i odległym planowaniu. Bo oczekiwania, które sobie sami narzucamy – potrafią mocno „strzelić nas w twarz” i poróżnić.

Jeszcze bardziej chcemy mieć dziecko

ONI: Minęło trochę czasu, okrzepliśmy. Wiemy teraz, na czym powinniśmy się skupić. Staramy się już od 4 miesięcy – na razie bezskutecznie, ale przecież nie ma powodów do niepokoju, prawda? Gdyby się nadal nie udawało – opracowaliśmy już plan działania, listę najlepszych specjalistów, badania, które po kolei musimy wykonać, w jakim czasie. Wszystko mamy poukładane, teraz tylko do celu!

Trzy lub cztery cykle później, następuje zwrot. Zazwyczaj po kilku „nieudanych cyklach”, pary zaczynają działać w trybie sztabu kryzysowego, choć jeszcze nie ma powodów do niepokoju. W trakcie każdego cyklu ich szansa na udany „strzał” to 25 procent (pod warunkiem współżycia w dni płodne). Zaczynają rodzić się pierwsze konflikty, odreagowywanie stresu – jednak jeszcze nikt nie wiąże ich (lub nie chce tego głośno powiedzieć) ze staraniami o dziecko.

Jeśli poinformowali o swoich planach otoczenie – zaczyna wzrastać zewnętrzna presja, ludzie coraz częściej „przyjaźnie” pytają, radzą i znów pytają. Para traci coraz mocniej swoją intymność, a ich życie łóżkowe staje się tematem debaty przy niedzielnym rosole…

Właśnie tutaj zaczynają się kształtować pierwsze związkowe problemy – gdy para lub jeden z partnerów wkracza w tryb zadaniowy. Wtedy przestają traktować się jak ludzi, przestają szanować swoje własne emocje. Rodzi się „projekt ciąża”, zadania, które trzeba wypełnić, choćby nie wiem co.

Ona chce mieć dziecko

ONA: Zaczynam się niepokoić, nie spodziewałam się, że tyle to potrwa. Może naprawdę coś jest nie tak. Nie możemy pozwolić sobie na jakieś przeoczenie, czas ciągle nam ucieka. Staramy się od 7 miesięcy. Bardzo zaczęłam się angażować, śledzę fora i strony na temat niepłodności. Spróbujemy z pierwszymi badaniami, dietą, ruchem. Musimy zmienić całkowicie nasze życie, przeorganizować się, coś najwyraźniej robimy źle.

Gdy zaczyna się panika – często dobrze  maskowana, nienazwana i nieoswojona, zaczynamy działać w popłochu. Na wielu płaszczyznach równocześnie. Inne rzeczy, uczucia, ludzie – stają się czymś w rodzaju „niższego priorytetu”. Zaniedbujemy związek, seks staje się narzędziem. I niestety z czasem przestaje zbliżać, a jedynie oddala od siebie partnerów.

ON: Nie wiem, czy w tym szaleństwie jest metoda. Czuję, że tracę kontrolę nad moim życiem, że nie mam do niego już prawa. Jest tylko dziecko. Ale nie mogę jej odmówić, widzę jak tego pragnie, jak cierpi. Ja mógłbym jeszcze zaczekać, ale nie chcę, dla niej.

Cykl owulacyjny kobiety zaczyna oplatać każda dziedzinę życia, seks na telefon czy pretensje o nieobecność w dniu owulacji – zmieniają status z „absurdalne” na „oczywiste”. A racjonalne podejście i ułatwianie sobie tego trudnego w życiu partnerów momentu, stają się odległe. Wiele par dopiero na tym etapie sięga np. po testy owulacyjne czy też zaczyna odwiedzać ginekologa.

Tatiana Ostaszewska-Mosak
„(Mężczyźni – przyp. red.) bardzo rzadko pozwalają sobie na okazywanie słabości. To, z czym sobie najczęściej nie radzą, to emocje kobiety. Dla niego to, czy ona jest szczęśliwa, czy nieszczęśliwa, jest wyznacznikiem tego, czy on jest dla niej dobrym mężem, czy się sprawdza jako mężczyzna”.**
[WO]

Nie jestem maszyną

ON: Nie mogę tak. Nawet już nie mam ochoty na seks. Czuje się jak w fabryce, albo na obdukcji – a nie w sypialni z żoną. Może nie jestem jeszcze na to gotowy?

Niestety wszystkie działania zaczynają nabierać bardzo negatywnego dla związku dwojga ludzi wydźwięku – każda czynność, z natury dobra, jak zdrowszy tryb życia, ruch, nie jest wartością samą w sobie. Jest koniecznością, pojawia się wojskowy dryl. Często to właśnie mężczyźni nie wytrzymują presji wywieranej przez kobiety. Zupełnie inaczej podchodzą do emocji, jakie towarzyszą trudnościom w zajściu w ciążę. Szczególnie w momencie, gdy stają się reproduktorem, niezbędnym instrumentem do zajścia w ciążę.

I choć zazwyczaj partnerki wcale ich tak  nie chcą traktować, wcale nie myślą o swoich ukochanych przedmiotowo – są oni bez wątpienia „odstawieni”, emocjonalnie porzuceni. Bez prawa do równego przeżywania z nimi stresu czy smutku.

Paulina Gdańska, psycholog, terapeuta w Centrum Wspierania Płodności
„Badania i szereg procedur medycznych niszczy spontaniczność co może odbić się na sferze życia seksualnego. Warto dopilnować, żeby nie było ono obowiązkiem podporządkowanym całkowicie owulacji, ponieważ w skrajnych przypadkach może to powodować zmniejszenie satysfakcji oraz pojawienie się zaburzeń seksualnych, co z kolei może przynieść odwrotny skutek”.*
[ovufriend]

Fot. iStock / AleksandarNakic

Fot. iStock / AleksandarNakic

To jego/jej wina. To nie ma sensu, jesteśmy pomyłką

ONI: Gdybyśmy w pewnym momencie oboje nie powiedzieli: „dosyć, tak nie można żyć”, nie byłoby nas tutaj, nie razem. Musieliśmy się zmierzyć z tym, że życie nijak się ma do planów na kartce papieru. Najtrudniejsze było oddanie kontroli w ręce Pawła – dodaje Ona. – Gdy zaczynam wpadać w panikę, że zegar biologiczny tyka, On przypomina mi o tym, co ustaliśmy. Byliśmy u lekarza, na razie po pierwszych badaniach, nie ma powodu do niepokoju. Teraz skupiamy się na tym, żeby wrócić do sypialni nie stojąc na baczność. Następna wizyta za pięć miesięcy. Ale może uda się wcześniej, już we trójkę.

Kryzys. Potężny kryzys, który uwalnia duszone miesiącami lecz niewypowiedziane myśli. Kiedy pęka ta bańka, wcale nie musi oznaczać końca związku. To właśnie konfrontacja, pierwsza odważna, bez udawania, z całą maskowaną w sobie złością, rozczarowaniem, smutkiem – pozwala się na chwilę zatrzymać, zapytać: „co my właściwie robimy?”. I zacząć szukać siebie na nowo, gdzieś pogubionych między pikiem LH, a nieodgadnionymi oczekiwaniami drugiej strony. Coraz więcej par decyduje się na terapię. Zaczynają od nowa tę podróż, z zupełnie innym nastawieniem i bagażem. Ale też i ze wsparciem i własnymi niedoskonałościami, na które wcześniej nie było miejsca.

Tatiana Ostaszewska-Mosak
„(…) To są zwykle dobre związki, kochający się ludzie, tylko czasami nie znają swoich różnic. Nie wiedzą, jak na siebie reagować. Czasami facet chce pomóc swojej partnerce, ale nie wie jak, a kobieta chciałaby pomocy, ale nie wie, jak o nią poprosić. I w takim momencie zaczynają uważać, że związek im się wali, że są niedopasowani, a to zwykle nie o to chodzi, tylko o umiejętność komunikowania swoich potrzeb”.**
[WO]

 Staranie o dziecko bez stresu – wspiera Domowe Laboratorium

Pozwól sobie pomóc. Zestaw „Chcę być mamą”, zawiera:

Fot. Materiały prasoweTest LH – czyli test owulacyjny, pomagający ustalić dni płodne kobiety

LH Test jest szybkim testem paskowym służącym do wykrywania ludzkiego hormonu LH o stężeniu równym lub wyższym niż 30 mIU/ml. Wykorzystuje zjawisko nagłego wzrostu poziomu hormonu LH w moczu kobiety. W opakowaniu LH Testu znajduje się aż 7 testów pasków, przy pomocy których można wyznaczyć najbardziej płodne dni w cyklu miesięcznym.

Pink Test Super Czuły — test ciążowy o podwyższonej czułości

Pink Test Super Czuły to Nowość w ofercie Domowego Laboratorium. Dzięki podwyższonej czułość 10 mlU/ml test wykrywa nawet niewielkie ilości hormonu ciążowego hCG w moczu. Test wykrywa wczesną ciążę i można go stosować nawet na kilka dni przed spodziewanym terminem  miesiączki.

Pink Test Express — klasyczny test ciążowy, potwierdzający z ciążę po terminie spodziewanej miesiączki.

Strumieniowy test ciążowy jest najwygodniejszym i najprostszym testem w użyciu. Sama możesz wybrać sposób jego aplikacji – końcówkę testu można skierować bezpośrednio pod strumień moczu albo też, jak w przypadku testu paskowego, zanurzyć ją na około 10 sekund w moczu zebranym uprzednio do suchego i czystego naczynia.

Dzięki domowemu laboratorium i dostępności  zestawu „Chcę być mamą” umożliwisz dobre rozpoznanie dni płodnych, a dzięki temu zwiększysz szanse na szczęśliwe zajście w ciążę. Warto oszczędzić sobie niepotrzebnego stresu i działać świadomie, przygotowując się do najważniejszej roli w życiu — bycia mamą. 

Tylko teraz w drogeriach Rossmann kupisz zestaw w super cenie! Promocja trwa do 16.10.2016 lub do wyczerpania zapasów.


***


Wszyscy kłamią… Dlaczego?!

Agnieszka Sierotnik
Agnieszka Sierotnik
7 października 2016
Wszyscy kłamią
fot. iStock/Mixmike
 

Każdy kto choć raz zetknął się z kultowym serialem Dr House, doskonale pamięta ulubione hasło sarkastycznego lekarza – „Wszyscy kłamią.” Bohaterowie oszukiwali w sprawie zdrad, chorób, przeżytych katastrof w swoim życiu. Wszystko w bardzo naturalny, ludzki sposób. Przyznajmy szczerze – każdy choć raz musiał przyznać ‚okej, ja też bym ukrył/a taką informację’.

Naukowcy uważają, że dla człowieka kłamstwo jest tak normalne jak oddychanie. Większość z nas kłamie każdego dnia. Mniej lub bardziej, dla dobra swojego lub kogoś na kim nam zależy. Dlaczego?

Kłamstwo dla własnego dobra

Unikanie kary

Kłamstwo bardzo często zaczyna się od niewłaściwego zachowania. Robimy coś, co skazane jest na krytykę. Jednak aby jej uniknąć, zaczynamy brnąć w coraz bardziej zawiłe historie. Zwykle dzieje się tak, gdy ocenić może nas ktoś o większej władzy. Nawet jeżeli nas nie ukaże, to jego dezaprobata może być wystarczająco bolesna.

Unikanie zażenowania

Są ludzie, których spojrzenie wystarczy byśmy poczuli się bardzo niekomfortowo. To zazwyczaj ci, na których opinii bardzo nam zależy. Aby uniknąć zażenowania i ogromnej dawki samokrytyki, która może w nas wstąpić, pojawia się tłumaczenie. Kłamstwa, które są w nim zawarte zazwyczaj nie są wyjątkowo groźne. Pomagają za to utrzymać wygodną pozycję w społeczeństwie.

Korzyści materialne

Kiedy małe kłamstewko może zafundować ci rabat na wymarzoną kieckę czy wyczekiwany od wieków nowy samochód, mówienie prawdy nie wydaje się być opłacalne. Koloryzujemy rzeczywistość szczególnie w czasie rozmów o pracę czy pierwszych randek. To takie kłamanie dla własnego zysku.

Przykłady? Nie trzeba szukać daleko.

Na randce: Mężczyzna opowiada o swoich sportowych zdolnościach, dla podniesienia atrakcyjności w oczach pięknej partnerki.

W komisie samochodowym: Sprzedawca wychwala piękne, bezwypadkowe samochody, podczas gdy tak na prawdę są po prostu złomem.

W domu: Dziecko mówi, że skończyło zadanie domowe, żeby zobaczyć swoją ulubioną bajkę.

Której z nas nie przydarzyło się to choć raz?

Budowanie uznania

Zupełnym przeciwieństwem zażenowania, jest uznanie w oczach innych. Niezależnie od tego, czy znajomy czy nie – ważne, żeby ludzie dobrze o nas myśleli. Kierowanie nad tym, jakie inni mają o nas zdanie, przydaje się zarówno w pracy, pobieżnych kontaktach, ale także w sytuacjach bardziej romantycznych. Tak samo jak w poprzednim przypadku, kolorujemy nasze życie bardziej lub mniej. Jednak wszystko, o co chodzi to budowanie wizerunku kobiety sukcesu, która jest zawsze uśmiechnięta i gotowa na wszystko!

Kłamstwo dla dobra innych

Bardziej akceptowalne przez społeczeństwo jest kłamstwo dla dobra drugiego człowieka. Bardzo często kłamiemy, by ochronić kogoś przed cierpieniem. Czasem jednak okazuje się, że zamiast chronić kogoś, chronimy samych siebie.

Niewinne kłamstwo

Weźmy na przykład moment, w którym nie czujesz się dobrze. Wiesz, że twoi najbliżsi zaczęliby się martwić, wysyłać cię do lekarza, a siebie samych zmuszać do szukania rozwiązania. A jeśli by tak powiedzieć, że wszystko w porządku? Wszyscy będą spokojni. Niewinne kłamstwo, a tyle spokoju!

Zachowanie twarzy

Z szacunku do innych, czasem musimy zataić prawdę. „Zachowanie twarzy” w momencie, gdy dzieje się coś złego w naszym życiu lub gdy popełniliśmy błąd, staje się największym wyzwaniem dla nas samych, ale także dla naszych przyjaciół. No bo jak reagować, gdy ktoś tobie bardzo bliski, może stracić szacunek wśród innych ludzi, ba! Kiedy może być przez innych wyśmiewany? Ponoć szczerość to bardzo dobra cecha, ale czasami trzeba ugryźć się w język i nie mówić całej prawdy.

Wspieranie przyjaciół

Kłamstwa i przyjaciele raczej nie powinni zdarzyć się w jednym zdaniu. Są jednak momenty, w których nie ma innego wyjścia. Sytuacja różni się jednak od tej z niewinnymi kłamstwami. Czasem trzeba przecież dać alibi, gdy przyjaciółka potrzebuje chwili spokoju albo powiedzieć jej, że jej obiekt westchnień wcale nie jest tak idealny, bo od kina woli piwo, chipsy i mecz przed telewizorem, podczas gdy tak naprawdę ma dwie narzeczone naraz. To, kiedy kłamiemy dla ważnej nam osoby jest bardzo mocno zakorzenione w kulturze. Na przykład w Stanach Zjednoczonych i Europie Północnej, prawda zawsze będzie najważniejsza. Nawet w sądzie.


 


Przekleństwo bycia idealną. Byłam tam. Naprawdę nie warto dążyć do perfekcyjności

Listy do redakcji
Listy do redakcji
7 października 2016
Fot. iStock/Antonuk

Myślisz sobie: „wcale nie chcę być idealna” i sama nie wiesz, kiedy wpadasz w pułapkę perfekcyjności.

Ja wpadłam. Choć zarzekałam się, że nigdy, że ideały nie istnieją, że przecież bycie perfekcyjnym nikomu nie wychodzi na dobre. Słuchałam mądrzejszych ode mnie, przytakiwałam im, a sama pogrążałam się coraz bardziej… Gdzie mnie to doprowadziło?

Jestem taka jak ty. Z mniejszymi i większymi problemami. Ze zwykłym dzieciństwem, zwykłymi rodzicami. Rodzeństwem. Starszą siostrą, młodszym bratem. I z wiecznym poczuciem, że to oni są lepsi ode mnie. Bo siostra studiowała, brat mega zdolny, tylko ja jakaś taka – nijaka, na mnie nikt nie zwracał uwagi, nikt nie mówił o mnie z dumą, nie chwalił się mną…

A ja? Ja chciałam być najlepsza. Najlepsza we wszystkim, żeby choć raz ktoś popatrzył na mnie z podziwem, powiedział: „Wow, jestem pod wrażeniem”.

Presja jaką zaczęłam sobie sama narzucać omal mnie nie zabiła. Na studiach budziłam się z bólem brzucha, że za mało się uczyłam, karałam się brakiem śniadania, za to, że zasnęłam i nie zdążyłam czegoś przeczytać. Każdą najmniejszą porażkę, każde: „Nie wiem Pani tego?” przyjmowałam jak policzek, jak potwierdzenie tego, że nic nie jestem warta.

Towarzyszył mi nieustanny strach. Obawa, że ktoś mnie zdemaskuje, że zauważy, że nie jestem taka świetna, jakby się wydawało na pierwszy rzut oka. Uśmiechałam się, byłam towarzyska, w nocy uczyłam się, żeby innym pomóc na egzaminach i cały czas czekałam na to, aż ktoś powie: „Jesteś ideałem”. Ale nawet jak ktoś mówił, że podziwia, że kocha, że uwielbia, to było dla mnie za mało. Musiałam jeszcze i bardziej, być coraz lepsza. Nie mogłam mieć słabości. A w środku byłam przestraszoną dziewczynką, która bała się wsiąść do pociągu, autobusu, która dygotała przed najmniejszym sprawdzianem jej jakichkolwiek umiejętności, żeby się nie upokorzyć, żeby nie polec na najbardziej błahych sprawach. Kiedy obiecywałam koleżance ciasto na imprezę – robiłam je pięć razy, aż było takie, jakie moim zdaniem być powinno, choć cztery poprzednie były równie smaczne. Gdy mówiono: „Jeny jakie pyszne”, odpowiadałam z uśmiechem: „Daj spokój, prościzna, to nic takiego”, bo jak miałam się przyznać, że zamierałam, gdy oni do buzi wkładali pierwszy kęs… Nigdy nie byłam dość dobra. Powtarzałam jak mantrę: „Pierś do przodu, plecy proste, uśmiech na twarz, 10 oddechów. Nie maż się, kim jesteś, żeby się nad sobą użalać”.

Nikomu nie mówiłam, że źle sypiam, że budzę się w nocy z napadami paniki, że w głowie ciągle odtwarzam, co muszę zrobić, o czym nie zapomnieć. Nie mówiłam, bo nie mogłam okazywać słabości. Hej, przecież jestem tą świetną dziewczyną z imprezy, tą koleżanką, która zawsze pomoże, tą córką, która nie stwarza żadnych problemów – byłam przezroczysta.

Biegałam. Chodziłam na fitness. Zapisałam się na francuski. Miałam nieustanną potrzebę udowadniania sobie, że mogę więcej. Udowadniania innym, że można być idealnym. Wymiotowałam całą noc przed rozmową w sprawie mojej wymarzonej pracy.  Bałam się mężczyzn, bałam się ludzi. Miałam wielu znajomych, ale nigdy żadnych bliskich relacji. Nie mogłam pozwolić nikomu się do siebie zbliżyć, bo co jakby odkryli prawdę na mój temat. Gdyby zobaczyli, że mój uśmiech jest okupiony ogromną pracą, że wcale nie przychodzi mi wszystko łatwo. Ktoś mówił: „Jak ty to robisz, jak to ogarniasz”, a ja chciałam uciec, bo co ogarniałam? Co takiego robiłam? Zamykałam się w nocy w sypialni i z przerażeniem myślałam o kolejnym dniu? Ile jeszcze tak dam radę, kiedy to się skończy? Gdzie jest granica, której nie umiałam sobie postawić, gdzie czas na błędy, na które sobie nie pozwalałam. Nawet wyjazd na wakacje był kontrolowany, wyjazd na narty rozłożony na czynniki pierwsze. Byłam przewodnikiem, organizatorem życia znajomych. Gdy ktoś pytał: „A miłość?”, na miłość przyjdzie czas, kiedyś…

Było coraz gorzej. Paraliżował mnie nieustanny strach. Pewnego wieczoru siedziałam z garścią tabletek uspokajających. Jedyne o czym marzyłam, to żeby zakończyć to wszystko. Tę farsę. Że wolę umrzeć, niż przyznać się, że już nie umiem, nie potrafię, że jestem nikim, a wszystko to, co wokół siebie buduję jest kłamstwem. Nie wiem, czemu wtedy tego nie zrobiłam. Choć inni mnie podziwiali dla siebie byłam nadal mało wartym człowiekiem. Bo dlaczego nie wpadłam szybciej niż koleżanka z pracy na oryginalny pomysł rozwoju naszego działu. Dlaczego nie wspinam się na skałkach, jak Beata, dlaczego nie mam dzieci jak Asia – to dopiero sprawdzian.

Znikałam na kilka dni, na tydzień. W pracy dawałam zwolnienie. Leżałam cały dzień w dresach. Nie sprzątałam. Nie odbierałam telefonów mówiąc, że wyjeżdżam gdzieś daleko, że boli mnie gardło, że mam gorączkę. Nigdy nikomu nie sprawiałam problemów, więc nikt nie pomyślał, żeby zacząć się martwić. W końcu zawsze dawałam sobie radę. Tyle, że po takim tygodniu trudno było mi wrócić. Ubrać się, wymalować, wyjść z domu. Nienawidziłam ludzi. Nienawidziłam, że dla nich musiałam być idealna…

„Coś się dzieje?” – spytała znajoma… Tak bardzo chciałam jej powiedzieć, że dzieje się wszystko, że boję się wyjść z domu, że boję się odebrać telefon, wsiąść do samochodu, boję się z nią rozmawiać, bo mogę pęknąć lada moment. „Nie, wszystko w porządku” – uśmiechnęłam się. Po południu położyła mi na biurku wizytówkę. „Martwię się, zadzwoń do niego”. Po policzkach płynęły mi łzy, nie mogłam ich zatrzymać. „Moja mama zasłabła. Muszę wyjść” i uciekłam z pracy. Zadzwoniłam do terapeuty….

Widziałam siebie, jak siadam w tym fotelu. Jak boli mnie od napięcia każdy mięsień karku, jak ze stresu nie umiem opanować uśmiechu, który wszyscy odczytywali jako niezwykłą swobodę.

„Dlaczego pani do mnie przyszła” – usłyszałam i nie mogłam nic powiedzieć, nie byłam w stanie wykrztusić z siebie słowa. „Potrzebuje pani pomocy?”. Płakałam. Płakałam przez godzinę, a ten płacz przynosił mi ulgę coraz bardziej. Płakałam przed obcym człowiekiem, który mnie nie zna, miałam gdzieś, jak mnie oceni, ten jeden raz chciałam być słaba, chciałam, by ktoś zobaczył, że nie mam siły, że jestem zmęczona, że nie daję sobie z niczym rady.

Bycie idealnym to przekleństwo. Ja wiem, zarzekacie się, że wy nie, a jednak nie umiecie odpuścić. Położyć się na kanapie i nic nie robić. Nie potraficie powiedzieć: „Mam dość, nie dam rady”. Nie, my – idealne zawsze damy radę, kosztem siebie, kosztem najbliższych, ale po to, żeby innym udowodnić, że możemy. W imię czego? Po co?

Moi rodzice nie wiedzą, że idealna chciałam być dla nich, nikt o tym nie wie. Nadal nie umiem o tym rozmawiać, ale umiem powiedzieć: „Nie dzisiaj, nie chcę, muszę odpocząć”. I wiecie? Świat się nie zwalił? Ludzie się ode mnie nie odsunęli. Nikt nie powiedział: „Ty? Ty nie dasz rady? Jesteś słaba?”. Nie dowierzałam, czekałam, aż ktoś wytknie mi moje słabości, ale nic takiego się nie stało.

Muszę jeszcze pozwolić sobie na miłość, miłość do siebie tak, by pokochał mnie ktoś inny taką, jaką jestem naprawdę. Szukam siebie. Patrzę w lustro i zaczynam się uśmiechać do swoich piegów, do krzywo położonej kreski na oku, zaczynam śmiać się z siebie. Kocham ten śmiech. Bycie idealnym to przekleństwo, to piekło, które same sobie tworzymy. Odpuść. Naucz się odpuszczać sobie i powiedz głośno: „Nie jestem idealna” i uwierz, że nie ma w tym nic złego.


Zobacz także

Przeczytaj, zanim pomyślisz, jak bardzo beznadziejną jesteś matką

Co nie jest miłością, choć tak wygląda? Nie kochasz go, ale nie możesz odejść

Mąż wydziela ci pieniądze i rozlicza z każdej złotówki? Nie lekceważ przemocy ekonomicznej

buysteroids.in.ua

https://surrogacycmc.com

У нашей фирмы популярный портал на тематику https://plasticsurgery.com.ua.