Nauka handlu z dzieckiem

Kamil Wiśniewski
Kamil Wiśniewski
6 czerwca 2016
 

Od urodzin minęły dwa tygodnie. Dokładne liczenie czasu jest trudne, bo jak pisałem wcześniej nasza 9-latka ma to szczęście, że tak ważny dzień świętuje nie raz i nie dwa. Dostała całą masę prezentów i… o dziwo nadal cieszą się wzięciem. Pod tym względem ten rok jest absolutnie rekordowy. Nie dość, że otwarte zostały wszystkie paczki, to jeszcze żaden z prezentów nie wylądował w jednej ze stref niebytu w przepastnych zakamarkach różowawego pokoju. Wcześniej bywało z tym różnie.

Do tej pory zdarzało się tak, że niektóre podarunki, których nabycie wymagało finansowego udziału kilku osób – i to nie przez skąpstwo – mogło być inspiracją do wprowadzenia na stałe określenia słomiane prezenty. Im większa była chęć jej pojawienia się, tym szybciej zapał wynikający z zabawy nimi gasł. Myślę, że są dwie główne przyczyny takiego, a nie innego stanu rzeczy. Po pierwsze przedmiot nie spełnia pokładanych w nim nadziei. Przykład? Kot Textra ma kilka funkcji – wydaje bliżej nieokreślone dźwięki, porusza się do przodu, skacze niezdarnie na mechaniczną myszkę. Jak długo to może być interesujące? Generalnie ten typ prezentu po kilku minutach zmienia status na „to on nie…?”. Za wielokropek można wstawić: lata, śpiewa, pływa, …, jest taki fajny jak na reklamie. Itp. Itd.

Powód drugi tworzę sam. To znaczy nie bezpośrednio, ale czuję się współodpowiedzialny, bo pracuję w branży, która jest winna szybkiemu znudzeniu się dzieci. Marketingu. Bo to pracownicy tego działu (bez względu na nazwę, są Goliatem, a rodzice Dawidem. To pracownicy marketingu tworzą wszystko to, co nowe. Wracając do biblijnej metafory… Różnica jest taka, że dzisiaj celne trafienie kamieniem wykonane przez Dawida jedynie spowalnia Goliata. Przykład z życia? W weekend wybraliśmy się poprzebijać piłkę na korcie. To znaczy moim celem w takich konfrontacjach jest przebijanie piłki, a Marii kończenie każdej wymiany. Zostawmy to. Wyszliśmy z domu niedługo po tym jak wspólnie tańczyliśmy przy Dance Central – prezencie urodzinowym. Dla niewtajemniczonych to gra, która polega na powtarzaniu kroków wyświetlanych przez konsolę na ekranie telewizora. Wyszła podekscytowana, powtarzając co chwilę, jakie „specjalne ruchy mocy” musi wykonać, żeby przejść do „następnego świata, żeby uratować planetę” swoim tańcem. Tego zapału wystarczyło na kilkadziesiąt kroków. Do czasu, aż nie minął nas chłopiec szusujący na… No właśnie nie wiem, co to było. Jedno koło, platformy na stopy po obu jego stronach. Bliżej było temu do latającej deski z „Powrotu do przyszłości”, niż czemukolwiek innemu. Błysk i Maria niemal wpada na słupek wypowiadając „Jakie fajne, ja…”.

Nie będę jak stary tetryk mówił, że kiedyś było inaczej, a nowymi zabawkami były raczej te, które zrobiłem ja, bądź z pomocą rodziców z desek, patyków, gwoździ i taśmy. Tak było i już. Nie ma potrzeby, żeby drążyć temat. Takie były czasy. Rzecz w czymś innym – w uleganiu presji dziecka. Z tym jest zresztą tak, jak z percepcją reklam. Kiedy ktoś Cię pyta, czy reklamy mają na Ciebie wpływ odpowiesz pewnie, że „nie” lub „raczej nie”. To samo pytanie o innych skomentujesz „tak” lub „raczej tak”. Nikt z nas nie chce przyznać, że nasza odporność na komunikaty marketingowe, generalnie, jest dość niska. Jeśli nadal uważasz, że nie – idź do jakiegokolwiek supermarketu i przejdź do sekcji, gdzie pośród kilku marek własnych lub nieznanych (np. mydeł) jest jedna, którą kojarzysz – Palmolive. Nawet nie używasz, ale kojarzysz. Uczciwie. Sięgniesz po coś innego, niż produkt znany Ci z telewizji? Dziecko, ze swoim upartym namawianiem nas do zakupu raz tego a raz innego produktu jest taką reklamą. Jeżeli uznałeś reklamy Media Expert z nieśmiertelnym „Codziennie niskie ceny…” za nadmiernie występujące, to dziecko dostarcza Ci tego samego z kilkukrotnym wzmocnieniem. I to zgodnie z takim media planem, o jakim domy mediowe mogą tylko marzyć.

To jest jeszcze trudniejsze, bo do samej prezentacji produktu czy usługi dodaje cały kanon argumentów przełamujących opór. Do najczęstszych należą:

  • Wszyscy w szkole to mają
  • Tylko ja tego nie mam
  • To jest mi bardzo potrzebne
  • Bez tego nie mam, o czym rozmawiać z koleżankami
  • Nie lubicie mnie
  • Niszczycie mi życie
  • Kupujecie wszystko tylko sobie

Tę listę można ciągnąć jeszcze dłużej. Może nawet w nieskończoność. Tak długo zresztą będziesz poddawany silnej perswazji. Jeśli jakimś cudem uda Ci się wytrzymać, zawsze zostaje drugie z rodziców / opiekunów. Nie. Nakłanianie w parze nie wyklucza sprzedaży idei pojedynczym osobom. Krąg można zresztą rozszerzyć na dziadków, rodziców partnera/partnerki w patchworku. Dochodzą też chrzestni i bliscy wujkowie oraz ciocie. Ktoś się złamie. I jest sukces!

Kupujesz w sobotę pstrokatą koronę wyłożoną dziesiątkami tandetnych „kryształków”, która tego samego dnia zyskuje kilkanaście zastosowań, przez następne kilka wypełnia je. Wychodzi też z dzieckiem na dwór. W okolicach środy jest poszukiwana, bo „ktoś ją wyniósł z kuchni i nie powiedział, gdzie jest”. Znajduje się w czwartek na biurku, tuż pod kupionymi dzień wcześniej kartami Star Wars. W piątek na chwilę wpada do koszyka. Od kolejnej soboty jest symbolem niezwykłej elastyczności wikliny, plastiku, drewna. Każdego materiału, który tworzy pudełko. W sobotę jest zastępowana przez inteligentną plastelinę lub cokolwiek, na czym jest Yoda lub Luke Skywalker.

Mówi się, że dzieci mają talent do tych lub innych zawodów, ale każde jest od urodzenia idealnym materiałem na skutecznego handlowca z marketingowym zacięciem. Wystarczy tylko szlifować jego talent.


Patchwork ma same y

Kamil Wiśniewski
Kamil Wiśniewski
13 czerwca 2016
 

Zdaję sobie sprawę, że ten tytuł może wyglądać na taki, którego zadaniem jest jedynie generowanie dużej liczby wejść, ale na swoją obronę napiszę tylko tyle, że… naprawdę tak uważam. Jasne. Mogę wymienić zjawiska, bez których mógłbym się obyć, ale parafrazując klasyka: najważniejsze, że minusy nie przysłoniły ów. Przy dobrej organizacji rodziny, to bardziej, niż możliwe.

Zawsze, kiedy zabieram się do pisania artykułów, w których mam przekazywać swoje spostrzeżenia, żeby nie powiedzieć rady, dotyczące funkcjonowania w związku patchworkowym czuję lekki dyskomfort. Z dwóch powodów. Po pierwsze nie mam do tego żadnego przygotowania. Nie jestem ani psychologiem, ani seryjnie nie angażuję się w takie związki. To byłoby chore… Ten, w którym jestem teraz jest pierwszym tego typu i nie wyobrażam sobie, żebym kiedykolwiek zaangażował się w jakikolwiek inny. Bez bicia przyznaję się też, że niewiele na ten temat czytałem. Co akurat nie jest złym rozwiązaniem, bo wśród pierwszych wyników wyszukiwania znajdują się takie kwiatki… Po drugie, w naszej rodzinie największy ciężar organizacji i układania wszystkich klocków nie spoczywa ani na mnie (może szczęśliwie), ani na naszej 9-latce. Trudno, żebym nagle pozycjonował się na niesamowitego specjalistę.

Z drugiej strony – dlaczego miałbym tego nie robić? Zwłaszcza, że (może to przeceniam, ale nie sądzę) nasz patchwork może świecić przykładem dla wielu osób zmagających się z taką formą rodziny. Nie dość, że nie jest polem walk, bitew, czy przepychanek, to jest dobrze funkcjonującym mechanizmem. Nie mówię, że to absolutna sielanka i pewnie niektóre elementy można w nim poprawić, ale wszystko przyjdzie z czasem. Wracając jednak do zalet…

Nie korzystaj z Google’a

Wspomniałem o tym, że poszukiwanie informacji na temat niestandardowych rodzin w Internecie powoduje, że Twoim oczom ukażą się tak niesamowite rzeczy… Na jednej z popularnych stron, na której można znaleźć rady na temat wychowania dzieci, jedna z autorek chciała się podzielić swoimi spostrzeżeniami na temat zalet rodziny patchworkowej. Wśród kilku jak najbardziej sensownych punktów znalazło się tez kilka kwiatków. Między innymi taki, że „rodzina patchworkowa jest większa – na rodzinnych uroczystościach bywa wesoło i gwarno”… Co kto lubi, ale nie wydaje mi się, że to jedna z czterech najważniejszych zalet takiego układu. Żeby nie wyjść na krytyka, przedstawiam moje spojrzenie na ten temat. Zapraszam do czytania, krytyki, pohukiwania i wyśmiewania J

Komunikacja

Umiejętność komunikowania się z otoczeniem, bliskimi, współpracownikami jest moim zdaniem jedną z umiejętności, która zanika makabrycznie szybko. Podobnie jak np. bycie szarmanckim, tak często mylone z podrywem. Widzę to na każdym poziomie. Nie wiem, czy to wynika z niecierpliwości, nadmiaru agresji, braku empatii, egoizmu – niech specjaliści to ocenią. Może dlatego coraz na rynku pojawia się coraz więcej szkoleń, kursów z komunikacji interpersonalnej. Nie mam jeszcze pomysłu na sensowne przeniesienie tego pomysłu na grunt komercyjny, ale pół roku życia w rodzinie patchworkowej jest pewnie odpowiednikiem kilku semestrów takich kursów.

Tu nie ma miejsca na zgłoszenie nieprzygotowania, podejście do poprawki, zlecenie napisania pracy komuś innemu. To, co robisz jest od razu weryfikowane. Zamykanie się, unikanie kontaktu i komunikacji z wszystkimi uczestnikami układu wyrzuca Cię na pobocze. Rodzi masę frustracji. Jest wsypywaniem worku piasku w tryby. Jeśli to do Was nie przemawia, pomyślcie o patchworku jeszcze inaczej. Błędy popełniane w takim układzie powodują konsekwencje dużo dalej idące, niż w jakichkolwiek innych. W tzw. normalnych rodzinach, to oczywiście moje wrażenie, margines błędu jest jednak szerszy. Patchwork = komunikacja.

Miłość

Tego uczucia nie da się zważyć, zmierzyć, ocenić, bo jaką miarą i skalą? „Kocham Cię na 70%”, „Oceniam naszą miłość na 8 punktów w skali 1-10. A jak Ty dzisiaj oceniasz swoje uczucie?”. Wiem o tym wszystkim, dlatego nie będę wartościował tego, o czym zamierzam napisać. Przypominam, że cały czas mówię o dobrze zorganizowanym patchworku. Weźmy na przykład mój 🙂 Nasza 9-latka ma wokół siebie kochających ją rodziców, dwie pary dziadków, którzy są w stanie zrobić dla niej absolutnie wszystko. W tę samą rolę weszli także moi rodzice, zwłaszcza mój tata. Aha. I jeszcze moja skromna osoba. Traktuję ją jak moją córkę i tyle w tym temacie. Całkiem pokaźna grupa osób.

Wracam do tego, o czym pisałem wyżej – nie będę liczył miłości w żaden sposób, w tym liczbą osób. Trudno jednak nie zwrócić uwagi, że w życiu naszej 9-latki jest teraz więcej ludzi, które ją najzwyczajniej w życiu kochają. Nikt też nie rywalizuje o to, kto kocha mocniej. To byłoby dopiero tragiczne… Nie byłoby to możliwe gdyby nie komunikacja,  której pisałem wyżej. Patchwork = miłość.

Satysfakcja

Na koniec trochę egoizmu, dlatego będzie najkrócej. Satysfakcję, podobnie jak miłość, trudno mierzyć. Nie wiem, czy to w ogóle jest możliwe, ale spróbujmy ubrać ją w „jakąś” wartość. Przypomnijcie sobie satysfakcję ze zdania bardzo trudnego egzaminu, ale nie takiego, do którego się nie uczyliście, ale takiego, dla którego zarywaliście noce ślęcząc nad książkami. A pamiętacie satysfakcję z dostania się do upragnionej pracy, szkoły, uczelni? To uczucie, kiedy dziecko dostaje pierwszą ocenę, osiąga jakikolwiek sukces… To teraz dodajcie to wszystko do siebie. Przemnóżcie przez liczbę dwucyfrową. Jesteście blisko połowy uczucia, jakie daje świetnie funkcjonujący patchwork. Patchwork = satysfakcja.

Czekam na Wasze opinie.


Patchwork ma urodziny

Kamil Wiśniewski
Kamil Wiśniewski
30 maja 2016

Jakiś czas temu miałem przyjemność rozmawiać z Martą Niedźwiecką. O bardzo wielu rzeczach. Jednym z poruszanych tematów było układanie sobie relacji w rodzinach patchworkowych i to, że mistrzami w tego typu operacjach są Niemcy. Tam widokiem wcale nie takim rzadkim jest wspólny wyjazd rodziców, wujków i cioć na wakacje. Podziwiam, ale sami jesteśmy na etapie wykonywania pierwszych kroków w budowaniu komunikacji między wszystkimi uczestnikami tego układu. Albo inaczej. Ja jestem na tym etapie.

W czasie długiego weekendu Maria świętowała swoje 9. urodziny. Robiła to w czasie kilku imprez. Zaczęła od spotkania z dziadkami (rodzicami mamy) na działce, żeby tuż po powrocie do domu spotkać się z moimi rodzicami. Dzień później miała do obskoczenia aż dwie imprezy – dla koleżanek w parku zabaw oraz dla całej rodziny u nas w domu. Kończy dzisiaj rozdając cukierki w szkole. Żyć nie umierać. I o ile dla niej wszystkie pięć spotkań było radosne, ekscytujące i pożądane, o tyle dla mnie drugie z niedzielnych spotkań już nieco mniej.

Odkąd jestem z moimi dziewczynami, to drugie tego typu spotkanie. Rok temu nie brałem w nim udziału. Nie będę szukał wymówek – na tamtym etapie było to dla mnie po prostu zbyt trudne. No, ale minął rok, a ja zamierzam z nimi żyć tak długo, jak to tylko możliwe, więc przyszedł czas, żeby stanąć na wysokości zadania. Jak powiedzieliby niektórzy zachować się po męsku.

Nie wiem, nie pamiętam, jakie miałem oczekiwania wobec tego spotkania, ale jakiekolwiek by nie były, dość szybko zderzyłem się z szorstką rzeczywistością. Jednak z perspektywy kilku godzin od tego wydarzenia, mogę spokojnie stwierdzić, że wbrew pierwszym przemyśleniom tragedii nie było. Najprzyjemniej też nie, ale trudno, żeby było inaczej, ponieważ…

Musisz mieć świadomość, że jesteś nowy

Pamiętasz, jak czułeś się po przyjściu do nowej pracy? Tylko nie takiej, w której swoje obowiązki wykonujesz bez kontaktu z ludźmi, w jakiejś zgrzybiałej piwnicy. Mówię o pracy, w której pracuje ktoś więcej, niż śpiący w recepcji ochroniarz-rencista. Znam tylko jedną osobę, która w takiej sytuacji czuje się jak ryba w wodzie (lub dobrze udaje) i wchodzi z przytupem do nowej organizacji tak, jakby była tam od lat. Zwykle jest trochę inaczej. Pierwsze słowa zamieniasz z siedzącą obok osobą, kiedy pytasz jak wydrukować tabelę z Excela. Kolejne w kuchni pytając, czy maszyna stojąca na stole to ekspres do kawy, czy element satelity. To naturalne i w sytuacji, o której piszę, jest podobnie.

Musisz mieć świadomość, że niewiele wiesz

Powinieneś być przygotowany, że dziadkowie będą wspominali sytuacje, kiedy się wspólnie spotykali. Także w całym gronie. Wzajemne zapraszanie się na działki, do domów, rodzinne uroczystości też nie powinny Cię zaskakiwać. Jeżeli relacje rodzinne zostały ułożone tak, że ludzie nie mają do siebie pretensji, nie patrzą na siebie jak na największych wrogów, a funkcjonują normalnie (tak jest u nas), takie sytuacje będą naturalne. Na to byłem akurat przygotowany J

Musisz mieć świadomość, że wychowujesz dziecko

I to jest myśl, która w najcięższych chwilach takiego spotkania powinna pojawić się automatycznie. Zamiast przejmować się tym, że jesteś średnio angażowany w rozmowę, czy zajmujesz się obsługą kelnerską, myśl o tym, że kilka dni temu dostałeś własnoręcznie przygotowany prezent ze słowami „Kocham Cię wujek”. O tym, że spędzasz ze swoją patchworkową (strasznie to brzmi) córką każdą wolną chwilę. O tym, że to Ty następnego ranka, i każdego innego, będziesz robił jej śniadania i odprowadzał do szkoły, robiąc po drodze z siebie pajaca. Musiałbym wymieniać na kolejnych dziesiątkach stron.

A rodzina i sztywne spotkania? Wierzę, że analogia do pojawienia się w nowej pracy. Na razie szefowa przedstawiła mnie załodze. Następnym razem trochę o sobie opowiem. Potem jeszcze rozmowa w kuchni, szukanie punktów wspólnych. Kilka lat i wyjdziemy razem na piwo.


виагра 100

pills24.com.ua/viagra-sildenafil/viagra-25-mg/

таблетки сиалис цена