O uwięzieniu

OnaPoLeonie
OnaPoLeonie
25 listopada 2017
pozytywnaperspektywa.pl
pozytywnaperspektywa.pl
 

Chciałabym wysupełkować frywolitkową gwiazdkę. Wykonać kartki świąteczne. Albo zaszaleć na maszynie do szycia. Może zrobić kalendarz adwentowy (chyba raczej trzy). Lub też ze spokojem poczytać książkę, tak rozdział albo dwa, a nie pół strony z wyszarpywaniem kartek w trakcie.

Chciałabym coś napisać, gdy słowa z głowy wylatują niczym gołębie z klatek wypuszczane, a nie gdy książę zaśnie. Ewentualnie poćwiczyć jogę i bezpiecznie schodzić z pozycji psa z głową w dół na kolana, bez raczkującego syna pod brzuchem, zaglądającego pod swobodnie zwisającą bluzkę.

Tymczasem książę nie sypia dobami całymi (i całe szczęście), a gdy już to robi, to strawę trzeba przygotować i obejście ogarnąć, pranie wstawić, pranie przerzucić do suszarki, pranie z suszarki wyjąć (oż cholera, właśnie czeka od rana!), pranie złożyć i wynieść (nie prasuję, wystarczy mi atrakcji z praniem). I zazwyczaj gdy opadam lekuchno na oparcie kanapy z gorącym kubkiem słabej kawy – syn otwiera brązowe oczęta i rozdziera ust korale. I z rękodzieła nici (dosłownie).

Czas sprzyja, ręce świerzbią, a syn woli burzyć wieże z klocków albo spierniczać ku schodom i mozolnie się na nie gramolić.

Nauczyć się przekuwać chęci twórcze w zabawy odtwórcze – zadanie na nachodzący adwent. Poziom master.


O zmianach

OnaPoLeonie
OnaPoLeonie
2 marca 2016
pozytywnaperspektywa.pl
pozytywnaperspektywa.pl
 

Jak możecie przeczytać w notce biograficznej, jestem zwolenniczką wiosny i lata. Jakże chętnie przytulałabym się do niedźwiedzia koło listopada i korzystała z jego gawry do marca, co roku w ciszy i spokoju przesypiając ten paskudnie mroczny, zimny i zainfekowany czas…

Żaden jednakowoż niedźwiedź nie udziela mi schronienia, pacholęta jakoś spadków energii nie odnotowują ani u siebie, ani u zziębniętej matki (nie chcą odnotować oczywistości, to pewne) i trzeba żyć, odśnieżać, rozgrzewać i osuszać.

Jak bardzo zmienia się życie z dziećmi odnotowałam któregoś śnieżnego, styczniowego poranka. Zadzwonili bowiem znajomi z propozycją kuligu i piętnaście minut później opatuleni, wyposażeni w koce i herbatę w termosie wsiadaliśmy do auta, by udać się do puszczy, gdzie czekały konie. Razem ze spalinami zimnego diesla, ulatywały moje plany spędzenia tego dnia pod kocem, z książką i kubkiem herbaty u wezgłowia. W piżamie. I jestem przekonana, że tak wyglądałby mój dzień w innym, bezdzietnym życiu. Mając jednak ten przychówek, zgodziliśmy się na wtłoczenie w ich głowy wspomnień beztroski na śniegu, sanny (której konie mogą nam nie wybaczyć, płozy żałośnie zgrzytały o piach, śniegu było bowiem zbyt mało, dlatego dorośli całą trasę pokonali bieżąc w radosnych podskokach za woźnicą i matkami z niemowlętami), bitwy na śnieżki („nie dotykaj żółtego śniegu, na Boga!!!”), nawet kosztem wysunięcia się z własnej strefy komfortu.

Kolejnym dowodem na zmianę trybu życia dzięki dzieciom były narciarskie ferie (Malina wymiata na snowboardzie, Arbuz świetnie radzi sobie na deskach, mąż to istny wirtuoz sportów zimowych), które ja zwykle spędzałam w domowym zaciszu ciocinej kuchni, względnie w rozgardiaszu przystokowych knajp, sącząc grzańca. W tym roku uległam namowom przyjaciół i wpięłam narty, modląc się przy każdym zjeździe i wjeździe (wyciągi też są poza strefą komfortu, szczególnie gdy przystają w środku podjazdu, a czubki drzew majaczą gdzieś w dole), walcząc o życie i ciesząc jak dziecko z każdego postępu. Podziw w oczach córki był autentyczny i dodawał mi sił przy każdym zjeździe, którego na pewno nie byłoby w innym, bezdzietnym życiu.

Inny przykład działań dzietnych to fleczki zdarte i ścieżka wydeptana do pediatry, w celu wyeliminowania licznych infekcji wirusowych i bakteryjnych w organizmach nieletnich. Myślę, że na jednym z krzeseł w poczekalni powinnam mieć wygrawerowane własne nazwisko, z przyzwoitości, i tak pół jesieniozimy tam wysiaduję.

W tym całym zamieszaniu okołodziecięcopielęgnacyjnym staram się nie zapomnieć o sobie, w tym roku przeczytałam już dwanaście książek, zapisałam się na kurs asertywności, kupiłam maszynę i uszyłam dzieciom czapki i kominy i rozważam naukę szydełkowania bobbingowego, ale żonglowanie czasem nie idzie w parze ze skutecznością i złapanie w efekcie wszystkich piłeczek wymyka się spod kontroli. A stąd droga do frustracji jest krótka niczym dzień grudniowy.

Szczęśliwie jednak dobrnęłam do marca, przeżyłam w miłych okolicznościach osiemnaste (na oko, jedno oko) urodziny, zamierzam zabrać się za wiosenne odkurzanie i wietrzenie i z nową energią cieszyć się wiosną. Tak mi dopomóż.

 


O wielozadoniowości

OnaPoLeonie
OnaPoLeonie
16 listopada 2017
pozytywnaperspektywa.pl
pozytywnaperspektywa.pl

Jak przeciętny człowiek posiadam dwie łapy. Na szczęście zdrowe. Najczęściej używam ich obu jednocześnie, nierzadko w różnych celach.

Ot na przykład jedną mieszam zupę, drugą trzymam Melona. Jedną wskazuję Malinie ważny fragment książki, drugą ustawiam wieżę z klocków. Jedną nalewam wody do kubka, by sparzyć upragnioną kawę, drugą zamiatam powłóczystym ruchem podłogę. Sprzątam łazienkę i jednocześnie gotuję obiad. Odkurzam i jednocześnie tańczę, by rozbawić towarzystwo. Chowam do pudeł zabawki i tłumaczę zawiłości gramatyki brytyjskiej. Myję zęby i przeczesuję włosy. Podkreślam rzęsy i kopię gumową piłkę. Kąpię się i lecę z pamięci rymowanki. Prowadzę samochód i planuję jadłospis na kolejne dni. Niosę Melona, wiolonczelę i skrzypce i wysłuchuję ryku zniecierpliwionego malca i dwóch relacji z całego dnia, jednej szczegółowej, drugiej zdecydowanie bardziej zdawkowej. Po cichu zsuwam jeansy i padam na łóżko, uwalniając pierś, by ukoić niepokój syna. Nawet książkę czytam, jednocześnie karmiąc. Poranną owsiankę przygotowuję, przewijając Melona i szykując odpowiedni przyodziewek. Korzystam z toalety, przygniatając nogą łazienkową szafkę pełną skarbów dla niemal połtoraroczniaka. Rozmawiam przez telefon, łapiąc syna lecącego z/do schodów. Nic, absolutnie nic nie robię pojedynczo. Mam wrażenie posiadania ośmiu odnóg, trzech mózgów z doskonałymi superszybkimi procesorami i motorka w dupie.

W minioną sobotę postanowiłam się zalogować w wannie pełnej aromatycznej piany. Zamknęłam drzwi, odesłałam rodzinę piętro niżej, zapaliłam świeczki, nalałam sobie kieliszek wina i włączyłam radio, a następnie otworzyłam książkę.

Bo odpoczywać też należy wielozadaniowo.

Edit.

Zapomniałam (ach, jakże mogłam o tym zapomnieć!?). Niemal zawsze trzecią, niewidzialną ręką rozdzielam skonfliktowane (cóż za eufemizm) rodzeństwo. No taka karma.

(fotografia: )


link best-cooler.reviews

Нашел в интернете важный веб портал со статьями про купить диплом о высшем образовании www.all-diplomer.com
www.pillsbank.net