Co najlepszego zrobiliście naszym dzieciom? Oskarżam was

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
27 lutego 2019
Fot. istock/martin-dm
 

Zaczęło się niewinnie, klasycznie właściwie. „Mamo, jestem zmęczona i zła”. Potem doszły do tego dziwne wahania nastroju, od wybuchów gniewu po przygnębiający smutek. „Dojrzewanie” – pomyślałam. Moja córka skończy wkrótce 11 lat, więc to z pewnością to. Ale z czasem zaczęło się coś niepokojąco nieuchwytnego. Jakiś smutek w spojrzeniu, ogólne osłabienie, przygnębienie. Kartki zostawiane na blacie w kuchni „Mamo, jestem beznadziejna, przepraszam”. Trzeba było działać, natychmiast.

Więc rozmowy – długie, do nocy. Pal licho, że nie nauczyłyśmy się (tak razem!) do kartkówki z historii. Problemem jest szkoła. Notoryczne zmęczenie, natłok wiadomości, projektów, prac domowych. Zbyt duża liczba uczniów w budynku, kontakt z tymi najstarszymi. Stres pomieszany z lękiem, presją, brakiem energii.

Żeby zdążyć chwilę odpocząć przed snem, do lekcji trzeba usiąść prawie natychmiast po powrocie ze szkoły. Ale zmęczenie sprawia, że czas nauki, przyswojenia wiedzy się wydłuża. Zadania z podręcznika sformułowane są skomplikowany sposób, należy przeczytać kilka razy, by zrozumieć. Kiedy kończymy z polskim, siadamy do matematyki. Znów problem – ćwiczenia z pracy domowej nie pokrywają się z treścią przekazaną na lekcji. Pani nie starczyło czasu, by wytłumaczyć polecenie. Robię to ja – jeszcze umiem, to „dopiero” piąta klasa. Ale co będzie dalej? Chwila przerwy, podwieczorek i zabieramy się za historię. Mierzę się z kompletnym (a właściwie niekompletnym) misz-maszem, papką, zlepkiem informacji trudnych dla dziecka z w tym wieku z informacjami banalnymi, „ukierunkowującymi” ideowo.

Orientuję się, że temat „średniowieczne duchowieństwo” jest w głowie mojego dziecka zawieszony bez kontekstu w jakieś absurdalnej próżni. Krucjaty to według nauczycielki „poszukiwanie drogi do zbawienia”, a średniowiecze to wiek „zacofania”. Ale czego oczekiwać po pani, która oznajmia swoim uczniom już we wrześniu, że historia jest nudna i ona sama jej nie lubi? Walczę ze stereotypem nudnej historii. Wyciągam albumy ze sztuką gotyku, pokazuję strony internetowe z mnóstwem ciekawych informacji – pięknie, kolorowo przedstawionych. „Mamo, historia jest fajna, ale nie w szkole” – słyszę. Szybka kolacja, bo już po ósmej. Trzeba jeszcze pomyśleć o projekcie z informatyki. Omawiamy go w piżamach. Idziemy spać. W końcu. Znów nie zrobiłam swojego tłumaczenia.

Walka o punkty, które gwarantują ocenę „wzorowy” z zachowania, to chyba największy absurd szkolnego systemu oceniania. Możesz ćpać, uderzyć kolegę – odejmują ci najwyżej kilkadziesiąt punktów. Ale jeśli weźmiesz udział w kilku konkursach, z łatwością te punkty nadrobisz. Nieważne, czy to konkurs plastyczny ku czci Lecha Kaczyńskiego, czy międzyszkolne zawody matematyczne. Jeśli często chorujesz, musisz nadrabiać zaległości z lekcji, w konkursach nie weźmiesz udziału – nie masz kiedy. Wtedy o wymarzonej nagrodzie na koniec roku możesz zapomnieć. Zabraknie ci punktów do oceny z zachowania.

Zaczyna przytłaczać cię presja. Jak to, nie masz „czerwonego paska”? Przecież jesteś zdolna, stać cię. Musisz się postarać. Jakby „pasek” był wyznacznikiem wartości ucznia…

Przeglądam podręczniki, regularnie sprawdzam treść zeszytów córki. Nadmiar niepotrzebnych informacji, brak tych naprawdę podstawowych, które pomogłyby usystematyzować wiedzę w głowie piątokolasistów – to rzuca mi się w oczy w pierwszej kolejności, zarówno w książce do historii, jak i w książce do polskiego, która przypomina chwilami podręcznik do religii. Program nauczania jest bardzo zły.

Wyciągam swoje stare zeszyty, porównuję, dopowiadam, „dotłumaczam” to, co zostało źle zrozumiane. Jak to możliwe, że po 25 latach wciąż jeszcze pamiętam to, czego moja córka nie jest w stanie przyswoić na dłużej niż kilka dni?

Córka znajomej wkrótce skończy 18 lat. Chodzi do prestiżowego liceum, radzi sobie dobrze. Z nauką, bo nie z życiem. Z życiem nie radzi sobie wcale, bo właściwie go nie ma. Nie jest piątkową uczennicą, ale bez problemów przechodzi do następnej klasy. Ma lekcje w języku angielskim, bo będzie zdawała międzynarodową maturę. Zaplanowała to jeszcze w podstawówce. Właśnie. Ona, czy jej rodzice? Ostatnio powiedziała mi, że nie wie, czego tak naprawdę chce. Że chciałaby to, tamto. Ale nie ma kiedy. I że jest zmęczona, okrutnie. A szkoły nienawidzi.

Na przerwie nie rozmawia się tam o niczym innym niż o zagranicznych uczelniach. Medycyna na Harvardzie, biologia molekularna na Oksfordzie. Kto da więcej? Skończyłaś już projekt? Nie? Słaba jesteś. Ja sobie ze wszystkim świetnie radzę. Sama. Twardym trzeba być.

W weekendy zbiera się oczywiście punkty, jakże cenne i potrzebne do „kartoteki”. Więc na przykład można asystować nauczycielom podczas warsztatów dla młodszych uczniów, co jest pracochłonne i czasochłonne. A czas jest bardzo drogocenny. Jednak teraz zlepia się, skleja się w jedną całość. Wskazówki zegara przesuwają się niemiłosiernie szybko. Projekt z chemii, zadania z matematyki, kilka stron eseju z niemieckiego. Projekt z WF-u. Tak, dobrze przeczytaliście. Z WF-u również są projekty pisemne. Wszystko po angielsku. A tu jeszcze na polski recenzja niszowego filmu, którego się nie ma nawet czasu zobaczyć. Więc szybko, jakieś urywki, jakieś artykuły dostępne w Internecie. Coś tam się napisze, byle co. Byle oddać. Tylko rodzice nie będą zadowoleni, bo znowu wpadnie ledwie trójczyna. Ale jakoś tak coraz bardziej wszystko jedno.

Czy jest jakieś wyjście? Chyba nie, skoro od małego słyszy się, że trzeba szybko skończyć dobrą szkołę, z jak najlepszy wynikiem i uciekać z kraju za granicę. Że tu nie ma perspektyw, zwłaszcza po zmianach jakie zaszły w naszym kraju po dojściu do władzy obecnej ekipy rządzącej. Tylko jak to wszystko przetrwać skoro na nic nie ma już siły?

Ja nie uważam, że tu nie ma perspektyw. Myślę, że wciąż jeszcze mamy dobre uczelnie, dobre szkoły, a przede wszystkim wspaniałych nauczycieli i wykładowców, którym na uczniach zależy. To staram się powtarzać moim dzieciom. W Polsce są wciąż warunki do zdobywania wiedzy, jest wciąż droga ku dobrej przyszłości.

Ale wszystkich odpowiedzialnych za ostatnie zmiany w systemie edukacji oskarżam. Oskarżam was o to, co zrobiliście naszym dzieciom. Oskarżam was o eksperymenty na młodych ludziach, o ich coraz gorszy stan psychiczny. O źle przeprowadzone i bezsensowne reformy, które zrobiły z nich chodzące Zombie. Oskarżam was o to, że produkujecie pokolenie zmęczonych życiem osób, którym właściwie coraz bardziej „wszystko jedno”, co się dzieje wokół.  Może taki był wasz plan. Bezkrytycznym tłumem kieruje się prościej. Ci, których rodziców na to stać, skończą „lepsze”, społeczne szkoły, wyjadą na zagraniczne studia. I pewnie tu nie wrócą. Przynajmniej dopóki coś się nie zmieni.


Dobrze mu tak. Przecież to facet!

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
6 marca 2019
Fot. iStock/CSA Images/Printstock Collection
 

Pewien znany polityk rozwiódł się z żoną (z którą łączyło go nie tylko wspólne kilkanaście lat życia, ale również kilkoro wspólnych dzieci), bo zakochał się w młodszej i nowszej znajomej. Zdarza się. Sprawa była na tyle poważna, że para postanowiła się pobrać. Miłość, czy fascynacja okazała się jednak toksycznym – jak się zdaje dla obojga – związkiem, który rozpadł się po kilku sezonach, jednej wspólnej okładce i kilku kompromitujących zdjęciach na Instagramie. Pani opublikowała nawet filmik, na którym jej prawie już były partner siedzi na sedesie i sugeruje, żeby jego prawie była partnerka „wzięła się do jakiejś roboty”. Trochę jak w bardzo kiepskim romansie – od miłości do nienawiści. Przepychanki o alimenty trwają do dziś, a każda nowa informacja dotycząca konfliktów tych dwojga wzbudza lawinę komentarzy. Głównie w jednym tonie : „dobrze mu tak, jak się matołowi zachciało skoków w bok, to niech teraz ponosi konsekwencje”. Wiadomo – karma wraca.

Oczywiście nie brak też głosów poparcia dla pierwszej pani M. Od czasu odejścia niewiernego męża od żony numer jeden upłynęło już jednak tyle czasu, że szczerze wierzę, że pani ta poukładała sobie na nowo swoją rzeczywistość oraz, że daleka jest od uczucia owej dzikiej satysfakcji, że losy nielojalnego partnera tak właśnie się potoczyły. Ufam, że ona po prostu ma to wszystko w nosie. I że jest szczęśliwa – tego jej z całego serca życzę.

Kiedy moja znajoma wdała się w romans z kolegą z pracy, obwiniła za to swojego męża. Tak, dobrze zrozumieliście. „Przecież to jasne – mówiła – gdyby nie był taki, jaki jest, nie szukałabym miłości i czułości gdzie indziej. Nigdy nie miałam w tym związku takich emocji, jak mam teraz.” Emocje okazały się nietrwałe, romans skończył się po kilku miesiącach, bo ona zaangażowała się za mocno, a on stwierdził, że od żony nie odejdzie, bo jednak nie jest taka najgorsza. No i są przecież dzieci, a dzieciom się tego nie robi.

Znajoma cierpiała w sekrecie kilka tygodni, a potem stanęła na nogi. Romansu, o którym mąż nadal nic nie wie broni zaciekle, bo jak sama stwierdziła, w końcu powiało świeżością w jej związku i generalnie, dobrze zrobiła wiążąc się w relację z kimś trzecim. A krzywdy przecież nikomu nie wyrządziła, bo mąż się nie dowiedział. I się nie dowie, ona mu nie powie, nie widzi takiej potrzeby. Może zresztą nawet sam podświadomie coś poczuł, bo zaczął się starać, wiec suma summarum i tak wyszło na dobre. To nie była zdrada. To była „odskocznia” od rutyny i pierdołowatości jej męża.

Sprawa skomplikowała się, gdy moja znajoma rok później odkryła, że małżonek zbyt często SMS-uje z dawną znajomą ze studiów. Tą, która wygląda niepokojąco dobrze, jak na swój wiek. Wyrzutom, awanturom, wylewaniu łez nie było końca. No bo, jak on mógł jej to zrobić?! Jak on mógł tamtej odpisać? Dlaczego odpisał? Co się za tym kryje i dlaczego na pewno zdrada?  Mimo, że naprawdę do niczego nie doszło, mąż nocował przez miesiąc na kanapie i musiał obiecywać kilka razy, że nigdy więcej nie napisze do żadnej koleżanki. A że to człowiek spokojny i kochający swoją żonę, na wszystko się zgodził.

Do czego zmierzam? Chyba do tego, że wciąż jesteśmy skłonni do stosowania podwójnych standardów. Jeśli mężczyzna zdradzi swoją partnerkę, wydaje nam się to obrzydliwe, ale jednocześnie oczywiste. Wiadomo, facet to świnia. Niech teraz ma, niech cierpi, niech go ta kochanka zrobi „na szaro”. Niech zostanie z niczym i niech cierpi w piekielnych czeluściach. I tak nie zrozumie.

Jeśli zdradza kobieta, prawdopodobnie miała jakiś powód. Nieszczęśliwa, smutna, zaniedbana rzuciła się w ramiona faceta, który czekał na to od dawna. Pewnie po prostu wykorzystał jej chwilę słabości.

Bzdura. Zdrada zawsze jest zła, niezależnie od tego, co jest jej przyczyną. To złamanie drugiej osoby, pokazanie jej, że nie może nam ufać, że w pewnym sensie wcale nie jest „tą jedyną”. Zdrada nie ma płci i nie udawajmy, że ta męska jest gorsza, czy bardziej okrutna. Bądźmy sprawiedliwi, a najlepiej po prostu przestańmy oceniać. Jeśli karma wraca, świat po zdradzie również wróci do równowagi. A jak go już każdy sobie ułoży, to zupełnie nie nasza sprawa.


Nie potrafię wytłumaczyć moim dzieciom, że można ot tak odebrać komuś życie, zabrać komuś tatę, męża, przyjaciela

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
19 stycznia 2019
„Gdybym ich nie znała, pomyślałabym, że są po prostu znajomymi, których ktoś przypadkiem posadził obok siebie". O zapomnianej miłości
Fot. iStock / o-che

Nie potrafię sobie wyobrazić, co to znaczy stracić kogoś tak nagle, zostać samemu w tej pustce i musieć na siłę wytłumaczyć sobie, że tak już będzie zawsze. Pożegnać kogoś , choć nie powiedziało mu się „do widzenia”, choć nie było się na to gotowym. Choć miało się z tą osobą tysiące wspólnych planów, dzieci, dom. Choć to jeszcze nie czas, nie miejsce, nie pora. Obudzić się ze świadomością, że nie miało się na to rozstanie żadnego wpływu. I że ono jest ostateczne, bo JEGO już NIE MA. Tak samo nie umiem wytłumaczyć dziś moim dzieciom, dlaczego ktoś odbiera drugiej osobie życie, celebrując ten akt na scenie, na oczach tysięcy ludzi. Szukam dziś odpowiedzi na pytania, choć wiem, że nie znajdę dostatecznie dobrych słów. Bo cóż dla pięcioletniego chłopca znaczy „choroba psychiczna”? Jak wytłumaczyć piątoklasistce, że nienawiść i niepoczytalność potrafią dosłownie zabić? Że to się „zdarza”?

Ten ostatni tydzień to takie okrutne zderzenie z rzeczywistością. kiedy a mimo to, mam wrażenie udało nam się wszystkim pochylić w ciszy nad tragedią. Może nie zapomnieliśmy do końca, że gdy zamkną się drzwi katedry, gdy uroczystości się skończą, żona Pawła Adamowicza i jego córki zostaną ze swoim bólem same. Tak po prostu, po ludzku same, bo to będzie ten moment, w którym będą musiały poradzić sobie ze swoją stratą. Dorosnąć bez ukochanego taty, podejmować życiowe decyzje bez wsparcia ukochanego partnera. Mierzyć się z codziennością, doświadczając pustki, bo tym kimś, kto był i był i nagle go nie ma. Tylko dlatego, że był osobą publiczną, piastował urzędnicze stanowisko. Że tego feralnego wieczoru, był po prostu dla mordercy osiągalnym celem.

Mądre artykuły mówią, by o tym, co się wydarzyło rozmawiać ze swoimi dziećmi. O tym, że zło istnieje na świecie, ale dobro zwycięża. Tylko, czy to prawda? Tym razem dobro nie zwyciężyło. Nie dla nich – nie dla Tosi, Tereski, nie dla pani Magdaleny. Nie szukajmy sensu w tej śmierci, bo jego tam naprawdę nie ma. Pojednanie społeczne? Póki co jest milczenie i próba refleksji. Olbrzymi wstrząs, wiele słów. Ale czy mamy prawo mówić, że od dziś będziemy inni? Nie… Nie będziemy, w to nie wierzę. Ale wierzę, że miłość jest odpowiedzią i szansą. Dla nas.

Bo przecież łamie ci się serce, gdy słyszysz słowa nastolatki, która trzęsącym się głosem żegna ukochanego ojca, ale czujesz, że nie ma w tej przemowie buntu, tylko miłość. Łamie ci się serce, gdy ukochanego tatusia żegna ośmiolatka i mówi o jego czułości. I łamie ci się serce, gdy żona żegna ukochanego męża, nawołując jednocześnie innych do pojednania. Mimo, że jej mężczyzna został zamordowany przez kogoś zaślepionego nienawiścią, ona mówi o miłości i to mówi słowami miłości. To jedyny, jawny dowód na to, że dobro i miłość zwyciężają, zawsze. To jedyna siła płynąca nie ze śmierci, ale z ogromnego uczucia do jednego człowieka. Jak te symboliczne serca ze zniczy ułożone w Gdańsku, w Warszawie, w Poznaniu i w wielu innych miastach Polski.

Mówcie bliskim, że ich kochacie. Pewnych rzeczy nie da się wytłumaczyć, zrozumieć. Wtedy jedyną odpowiedzią jest miłość.