Tak mało trzeba, by kat przestał bić. Dzięki 500 + maltretowana żona mogła się wyprowadzić

Joanna Ćwiek
Joanna Ćwiek
30 września 2016
Fot. iStock/Taws13
 

Pieniądze szczęścia nie dają? Absolutna bzdura. Dają. Mnie dały. – Dzięki 3 tys. zł miesięcznie znów poczułam, że żyję –  mówi Marta, matka sześciorga dzieci.

Spotykam się z nią późno wieczorem w małym drewnianym domu we wsi na Mazowszu. Dzieci śpią. Mąż? Szczęśliwie już go nie ma. – I nigdy nie będzie. Mam nadzieje, że raz na zawsze pozbyłam się z życia tego człowieka. Rozwód jest w toku – opowiada kobieta.

A zapowiadało się tak pięknie. Marta i Piotr poznali się na pielgrzymce, gdy jeszcze chodzili do szkoły średniej. Dziewczynie został rok do matury, planowała studia na polonistyce. Chłopak był w technikum elektrycznym. – Para dzieciaków. Ja romantyczna, słuchająca Starego Dobrego Małżeństwa i zaczytująca się w opowiadaniach Marka Hłasko i on, silny, zaradny życiowo facet. Bajka. Zakochaliśmy się w sobie. Ja po raz pierwszy, i chyba już ostatni w życiu – opowiada Marta.

Potem wszystko poszło błyskawicznie. Ciąża, ślub, matura z dużym już brzuchem, studia odłożone „na potem.” – Może i mogłam wtedy znaleźć jakąś pracę w sklepie, ale nie miałam co zrobić z dzieckiem. W naszej okolicy w tamtych czasach nie było ani jednego żłobka. Babcie też nie kwapiły się do pomocy twierdząc, że dziecku najlepiej jest przy matce. Może i najlepiej, bo Ania rzeczywiście świetnie się rozwijała. Gorzej było ze mną – opowiada.

Nie narzekała jednak, bo mąż miał tzw. dobry fach. Zarabiał dobrze, bo w budowlance był wtedy boom. Tyle, że trudno mu się było tym dzielić.  – Piotr zawsze był skąpy, ale tłumaczyłam sobie, że oszczędza na nasze wspólne życie. Obiecywał przecież dom, samochód i że pojedziemy kiedyś razem w Bieszczady. Wydzielał mi pieniądze, ale kiedy mieliśmy tylko jedno dziecko, nie było jeszcze takiego dramatu – opowiada Marta. – Nawet wydawało mi się to takie odpowiedzialne, że tak o nas dba – dodaje.

Tyle, że czasami było jej przykro, bo w pierwszej kolejności został ograniczony budżet na ubrania. – Do tego stopnia, że przestałam wychodzić z domu, bo nie miałam się w co ubrać. Dosłownie – wspomina.

Marta zacisnęła zęby i odliczała dni do momentu, kiedy córka pójdzie do przedszkola, a ona do pracy. Tyle, że nagle zaszła w kolejną ciążę. Tym razem bliźniaczą. – To był gwóźdź do trumny. Z trójką maluchów nie miałam już żadnego pola manewru – opowiada.

Marta mówi o sobie, że jest odporna i być może to też by przetrwała, gdyby nie to, że mężowi nagle przestało podobać się życie rodzinne. – Najpierw wypominał mi, że ciąża to moja wina. Potem uznał, że skoro sama chciałam, to mam sobie sama poradzić. Nie przyjmował do wiadomości, że troje dzieci kosztuje więcej niż jedno. Dostawałam sto złotych na tydzień i miałam za to utrzymać pięć osób. Niemożliwe. Pomagała mi opieka społeczna. Przymykali oko, bo wiedzieli, że mąż pracuje na czarno. Inaczej nic by się nam nie należało – opowiada.

Czy mąż nie mógł dawać więcej? – Nie, bo chłopców nie uznawał. Zaczął też pić. Najpierw okazjonalnie, po zakończeniu jakiegoś etapu na budowie. Potem to już codziennie. Każda nowa robota to picie. Każda zakończona – chlanie na umór przez kilka dni. Wóda kosztuje, więc na dzieci szkoda pieniędzy – wyjaśnia.

Ale picie i wydzielanie każdej złotówki da się jakoś przeżyć. Męża się nie zostawia, dzieci muszą mieć rodzinę, a obowiązkiem matki, jest ich chronienie przed zalanym „tatusiem”. – Połowa kobiet we wsi tak żyje, więc ja też. Nikt się temu nie dziwi – wspomina.

Tyle, że chronienie przed ojcem bliźniaków, których on od początku nie uznawał, nie było łatwe. – Najpierw mnie tylko szarpał, potem odpychał, a później to już bez zastanowienia walił pięścią w twarz. Wybił mi dwa zęby, posiniaczył dzieci. Szkoła zgłosiła sprawę do prokuratury, ale wszystkiego się wyparł – opowiada.

Mijały kolejne lata. Piotr pił, bił i gwałcił. Marta urodziła mu jeszcze troje dzieci. Dlaczego nie odeszła? Bo nie miała dokąd. Jej matka zmarła, ona nie miała pracy, wykształcenia. Miała za to sześcioro dzieci i męża, który straszył ją, że jeśli odejdzie to zabierze jej dzieci. Zrobi to z łatwością, bo nikt nie da pod opiekę takiej gromady kobiecie, która nie ma ani złotówki. I nie ma pracy.

– Było już u nas naprawdę bardzo źle, bo kiedyś rzucił się na mnie z nożem. Trafiłam na pogotowie, Piotr do aresztu. Dzieci zostały pod opieka sąsiadki. Bałam się, że zabiorą je do domu dziecka, więc wypisałam się na własne żądanie już na drugi dzień – opowiada.

Sąd orzekł wobec niego wyrok w zawieszeniu. Że niby się poprawi. Dla niego to żadna kara, śmiał się Marcie w twarz. Tyle tylko, że pił częściej w domu. Bo też w czterech ścianach.

– Nie sądziłam, że kiedyś to się skończy. Chciałam tylko, żeby dzieci się usamodzielniły. Tym bardziej nie wierzyłam, że jakieś 500 zł na dziecko ludziom dadzą. Ale dali. Dostałam pieniądze pod koniec czerwca za trzy miesiące. Na sześcioro dzieci, bo mąż przecież wciąż na czarno pracował. Założyłam konto, na które jednorazowo spłynęło mi 9 tysięcy złotych. Nigdy nie miałam takich pieniędzy – mówi Marta.

Dla niej to była gwiazdka z nieba. – Powiedziałam sobie: teraz albo nigdy. Na drugi dzień wynajęłam za 500 zł drewniak w sąsiedniej wsi, zabrałam dzieci i w ciągu jednego dnia wyprowadziliśmy się. Mamy tu co prawda tylko dwa pokoje z kuchnią i zimą trzeba palić w piecu, ale mi się wydaje, że to najpiękniejszy dom na świecie. Mamy firanki, duży stół do odrabiania lekcji, nawet pralkę automatyczną kupiliśmy. Stać nas na takie życie i spokój – opowiada kobieta.

Mąż chce, żeby wróciła, ale go wygania, jak tylko przyjdzie. I wcale nie uważa, że dzieci powinny mieć kontakt z ojcem za wszelką cenę, zwłaszcza z takim, który pije i bije. – Niepotrzebny im on – twierdzi.

Sukcesy? – To była pierwsza noc od dawna kiedy Piotruś, mój syn, się nie zsikał do łóżka – cieszy się matka.

Ale dzieci kiedyś dorosną, a co z nią. Czy kiedyś jeszcze się zakocha? – Nie mam takiego zamiaru. Odkładam pieniądze, żeby znów wstawić sobie zęby. Nie chcę znów ich stracić – podsumowuje Marta. Ma dziś prawie 35 lat.


Upadło ci coś do jedzenia? Nie żałuj i zapomnij o zasadzie „5 sekund”

Żaklina Kańczucka
Żaklina Kańczucka
30 września 2016
Fot. iStock / el_clicks
 

Każda z nas słyszała o zasadzie „5 sekund”. Jej zwolennicy uparcie twierdzą, że gdy coś smakowitego upadnie na ziemię/podłogę/dywan to szkoda wyrzucać. Po czym następuje natychmiastowy skłon, podniesienie, dmuchnięcie i nieszczęśliwy upadek odchodzi w zapomnienie. W sumie to niemoralne marnować jedzenie, więc zasada „5 sekund” w piękny sposób oddalała problem wyrzucania go do śmieci.

5 sekund przed bakteriami

Reguła, która usprawiedliwia dalszą konsumpcję podniesionego jedzenia, twierdzi, że mamy akurat te 5 sekund, by zdążyć podnieść smakołyk nim wejdą na niego drobnoustroje. Wiadomo, że lodów i deserów z kremem ona nie obowiązuje, bo z nich zazwyczaj nie ma już co zbierać po konfrontacji z ziemią. Natomiast wszystko inne, o zwartej konsystencji, nie zabrudzone, ewentualnie możliwe do otrzepania z piachu i paprochów, miałoby się nadawać do spożycia.

Niestety, czas obalić tę teorię

Naukowcy wzięli pod lupę czas, w którym bakterie dostają się na upuszczony przedmiot. Co się okazało, na reakcję mamy mniej niż sekundę, ponieważ bakterie osiadają na jedzeniu od razu po kontakcie z podłożem. Po niecałej sekundzie drobnoustroje już siedzą na jedzeniu, więc czas się zastanowić, czy kotlet, który spadł z talerza, wart jest dalszej uwagi.

Wyniki badań opublikowano w cyfrowej wersji magazynu Amerykańskiego Stowarzyszenia Mikrobiologicznego o nazwie Mikrobiologia Stosowana i Środowiskowa. Naukowcy zajęli się testami na czterech powierzchniach (stal nierdzewną, płytki ceramiczne, drewno oraz dywan materiałowy), a także cztery rodzaje produktów spożywczych (arbuz, chleb, chleb z masłem oraz słodki cukierek). Badania trwały przez cztery okresy – mniej niż 1 sekundę, 5 sekund, 30 sekund oraz 300 sekund.

Efekt? Najwięcej bakterii przeszło na arbuza a najmniej na cukierek. Wynika to z faktu, że bakterie potrzebują wilgoci do przemieszczania się. Im więcej wody w produkcie, tym szybciej znajdą się na nim bakterie. Odnośnie do powierzchni, dywan przenosił mniej drobnoustrojów niż płytki ceramiczne oraz stal nierdzewna, a drewno w zależności od rodzaju pożywienia.

Jedynce co się zgadza z zasadą „5 sekund” to fakt, że im dłużej jedzenie leży na podłodze, tym więcej bakterii się na nim znajdzie.


źródło: 


Zmiany? Jakie zmiany, w sytuacji kobiet niewiele się zmieniło. Wiem, co mówię

Anika Zadylak
Anika Zadylak
30 września 2016
Fot. iStock/Tharakorn

– Napisz, że rozmawiasz z kimś, kto ma ponad 70 lat, z kimś, kto swoje przeżył. Napisz, że ja całe swoje ciężkie życie czekałam na wolność, na możliwość samodzielnego podejmowania decyzji. I teraz mi tak cholernie wstyd  i żal tych kobiet, które na ulice muszą wyjść, żeby ktoś je zauważył i wysłuchał. I z takim uczuciem przegranej przyjdzie mi w końcu odejść, bo bardzo dobrze zdaję sobie sprawę, że ten marsz niewiele zmieni. Zrobią, co chcą, tak jak wszystkie lata wstecz robili. Nie będą nas pytać o zdanie, nie wysłuchają naszych historii. Obudzisz się dziewczyno za parę chwil, już w całkiem innym kraju. W kraju, gdzie za ciebie i wbrew tobie zapadną jedne z najważniejszych decyzji, bo te o życiu. Twoim i twojego dziecka. Ale to nie ty będziesz mogła zrobić wedle swojego sumienia.  Bo to oni przecież nim są, naszym sumieniem. Wiedzą lepiej, czują to, co my czujemy, bo jak mam to inaczej rozumieć?  Boże, ile razy ja się już tak przebudzałam. Za każdym razem, ze zdumieniem przecierając oczy, że znowu ktoś, zrobił coś bez mojej wiedzy. Po prostu zdecydował, za wszystkich.  I kazał mi z tym żyć.

Wiesz, kiedy słyszę o tym, że kobiety wychodzą, że walczą, że szarpią się o swoje racje, chce mi się wyć. Jestem z czasów, gdzie mówiono o nas „siła narodu”, gdzie dostawałyśmy odznaczenia i ordery zasług. Za prace ponad siły, za harówkę i poniżania. To teraz o tym głośniej się mówi, ludzie się niby mniej boją, do sądu pójdą, na ulicę wyjdą. Tylko to i tak najczęściej o kant dupy rozbić, bo u nas wolność jest tylko formalna, a w rzeczywistości sama wiesz jak jest. Za głośno coś powiesz lub do nieodpowiedniej osoby, to się pogrążysz, pozbawisz pracy, nasłuchasz o tym, jaką jesteś niewdzięcznicą. Że wpuścili nas do sejmu i do innych ważnych instytucji, a my tylko wojujemy, wiecznie nam źle, ciągle czegoś żądamy. A pomyśl tak po ludzku, na chłopski rozum jak to mówią, ileż to te rządzące kobiety zwojowały do dziś? Kto bierze pod uwagę ich pomysły, ich sugestie? Sporadycznie i zazwyczaj w błahych sprawach, w porównaniu do tego, co tak naprawdę jest dla nas ważne. Rozumiesz? Bilans się zgadza, baby w rządzie teoretycznie są, mają prawo głosu itd. A, że i tak gówno z tego, bo nikt nas nie traktuje poważnie, to już inna historia. A ta jak wiesz, ta  lubi się powtarzać, wiec tkwimy w tym błędnym kole, gdzie oficjalnie jesteśmy bardzo ważne a w praktyce, chuj z nami. My mamy gotować, prać, rodzić, czy nam się to podoba, czy nie i najlepiej się nie odzywać.

Leżę w szpitalu już ponad dwa tygodnie i słyszę, różne komentarze. Wiesz jak o was mówią, o młodych dziewczynach, które nie godzą się na szastanie ich honorem, sumieniem, ciałem i życiem? Nie powtórzę ci, bo mi to przez gardło nie przejdzie, nie są to słowa poparcia i zrozumienia.  Śmieją się z nas, że w dupach nam się od dobrobytu przewraca, że za mało roboty mamy, za mało dzieci rodzimy. Bo jakbyś się przy piątce narobiła codziennie, to by ci sił na strajkowanie nie starczyło. Odechciałoby ci się krzyczeć o zakazie aborcji, żądać szacunku, prosić o wsparcie. Zresztą, oni na to liczą, bo wiedzą, że tym razem znowu z nami wygrają. Bo co myślisz, że nas takie tłumy w poniedziałek wyleją? Nie wyjdzie większość, bo wie, że straci pracę. I nie ma, co się dziwić, krytykować. Za co potem dzieci wykarmisz, jak cię z roboty, za ten marsz wyleją?

Czy tam, choć jeden idiota od tej ustawy się zastanowił, co robi? Przecież każda z nas, każda, która jest zmuszona, tak zmuszona przez los, do dokonania wyboru usunąć czy urodzić, ma przesrane od początku do końca. Bo weź kobietę, która wie, że urodzi nieuleczalnie chore dziecko. Wie, że ono będzie wymagało opieki 24h na dobę, przez całe życie, a nikt przecież wieczny nie jest. Wie też, że skaże to dzieciątko na cierpienie, niewyobrażalny ból, gnicie za życia. I rozważa usunięcie w takim przypadku, które też jest dla niej traumą na całe życie. To powiedz teraz czy nie jest tak, że cokolwiek nie zrobi, w którą stronę nie pójdzie, nie znajdzie dobrego rozwiązania. Bo z konsekwencjami i tak zostanie sama, z wyrzutem sumienia, również. Co jeden z drugim o tym wiedzą, mają jakieś pojęcie, o czym w ogóle mówią? Kim są ci, którzy mówią mi, co powinnam zrobić. Panem Bogiem? Przecież nawet On w Biblii mówi, żeby żyć zgodnie ze swoim sumieniem.

Dlaczego nie usiądą nad inną ustawą. Huczą, że płód to już człowiek od pierwszych sekund, nieważne, że z gwałtu, że nic nie winne, że trzeba rodzić, dawać szansę. A kto i jaką szansę daje tym dziewczynom, które trafiają na pogotowie z rozerwanymi narządami płciowymi? Bo pięciu kolegów zachciało się nią zabawić, a że było im mało to jeszcze wepchnęli butelkę, okaleczyli i upodlili ją do granic. Zapewni jej ktoś opiekę psychologa i psychiatry? Pomoże podjąć, słuszne według niej decyzje? A gdy urodzi, kto ją zapyta czy sobie radzi, czy czegoś nie potrzebuje? Słyszymy, że dzieci chore to też ludzie. Oczywiście, nikt tego nie neguje. Tylko, że jak już się takie urodzą, to matki żebrzą o 1% podatku, piszą listy błagalne do fundacji, bo państwo na leczenie daje im 156 zł zasiłku pielęgnacyjnego. Tak było wcześniej i tak jest nadal, że same sobie jesteśmy zostawiane. I tak jak kiedyś z zagrożeniem życia, lądowałyśmy w podziemnym fotelu ginekologicznym,  tak nadal będziemy to robić. Tylko, z jakim obciążeniem, dla nas, dla lekarzy, którzy się tego podejmują. Mi nie chodzi o masowe, bezmyślne aborcje, bo się zabezpieczyć jedna z drugą nie umie, albo jej się nie chce. Nie popadajmy w skrajności i paranoje. To jest poważny problem, ważą się losy tysięcy kobiet i lekarzy, w tym kraju. A ja mam ciągle wrażenie, że tu chodzi o jakieś polityczno-kościelne zagrywki, a nie o drugiego człowieka.

Mówią, że wszystko idzie do przodu, że czasy coraz lepsze, że zmiany. Jakie zmiany dziewczyno? Taki mi obrazek utkwił w pamięci, jak moja prababcia staruszka, młodego księdza, gówniarza takiego, w pierścień całowała. Niby tak odległe lata temu to było, a popatrz, jakie nadal realne. Bo oto kościół, ma w tym kraju najwięcej do powiedzenia, znowu musisz pierścienie całować, inaczej będziesz wyklęta, pozbawiona statusu człowieka. A  żona jednego z działaczy katolickich w tym kraju twierdzi, że gdyby jej 12 letnia córka przyszła do domu z brzuchem, uznałaby to za dar od Boga. I najgorsze jest, że nie ona jedna wierzy w brednie, które wygłasza. W XXI wieku nadal rządzi nami ciemnogród, gdzie inności seksualne najchętniej palono by na stosie, a kobiety po aborcji zrzucano w przepaść. Gdzie ksiądz z ambony krzyczy, żeby tępić zabójczynie, bo tak są nazywane kobiety, które z różnych względów dokonały aborcji. I straszą małe dzieci, obrazkami martwych, zdeformowanych, niby siłą wyciągniętych płodów.

Przecież to wszystko, o chorobę psychiczną zahacza. Jestem smutnego zdania, że z nami się nikt nie liczył wtedy, nie liczy teraz, i nigdy nie będzie. Nas można zgwałcić, potem zmusić do urodzenia, a sprawca dostanie 5 lat i wyjdzie po trzech, za dobre sprawowanie, bo mamy przeludnione więzienia. Żyjemy w pieprzonym obłędzie, no, bo jeśli liberałowie akceptują kulturę, gdzie formalnie kobieta jest niewolnicą, to gdzie ten liberalizm? I jak potem ci ludzie, mają bronić praw kobiet w naszej kulturze? Zresztą, po co wzniosłe hasła. Pielęgniarki, żeby dostać godną pensje za swoją ciężką i odpowiedzialną pracę, musiały odejść od łóżek pacjentów. I nie zostały bohaterkami. Mówili o nich, że suki bez serca, bo narażają czyjeś życie. A nad ich życiem, ktoś się pokłonił, zastanowił?

Szczur to takie stworzenie, które niby jest wolne, a przez  całe swoje bycie na ziemi, ukrywa się i ucieka.  Robi coś w podziemiu, z dala od oczu innych, od sędziów i katów. Ścigany, odtrącany z odrazą, jak my teraz, za swoje inne poglądy.   I wiesz, ja przez te wszystkie lata tu, marzyłam o czasach, kiedy przestanę być szczurem a zacznę człowiekiem. Ale kiedy patrzę na czarny tłum kobiet, zniszczonych przez system, zniewolonych, pozbawionych godności i możliwości wyboru, to myślę, że może i dobrze, że umrę niedługo. Bo nie doczekałam się jednak, upragnionych czasów. Gdzie wolność, nie będzie tylko pustym słowem na transparencie.


Zobacz także

Klęska może być cenną lekcją. Pamiętaj o 9 rzeczach, aby łatwiej podnieść się z emocjonalnej porażki

Rozwiązanie konkursu „Kocham swoją skórę”

Albert Watson autorem kalendarza Pirelli na rok 2019

https://steroid.in.ua

www.steroid-pharm.com/balkan-pharmaceuticals.html

cialis-viagra.com.ua