Wiesz, mamo, kiedyś chciałam być taka jak ty. Dzisiaj chciałabym tylko usłyszeć od ciebie, że mnie kochasz

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
12 marca 2016
Fot. iStock/Todor Tsvetkov
Fot. iStock/Todor Tsvetkov
 

Jak byłam mała chciałam być taka jak ty. Marzyłam, żeby mieć takie piękne długie włosy, które  codziennie starannie upinałaś. Podglądałam cię chcąc zapamiętać każdy twój ruch. To nic, że później czesząc mnie mówiłaś: „Co ty masz na tej głowie, jakieś pióra a nie włosy, co to w ogóle jest”, ja wierzyłam, że kiedyś będą mogła upinać włosy tak jak ty.

Wiesz, dziś obcinam je krótko…

Jak najkrócej, żeby nie dać ci satysfakcji i szans na komentarz, który słyszałam wiele razy: „W peruce by ci było lepiej niż w tych włosach”, kiedy chciałam je zapuszczać.

Uczyłam się od ciebie, jak zrobić najlepszy na świecie rosół. Żaden nie smakował tak, jak twój. W wielkim napięciu czekałam aż wrócisz z pracy do domu. Chciałam zrobić ci niespodziankę, tata dał mi pieniądze na kurczaka i warzywa, i nawet na makaron. Wiedziałam, że wracasz często zła i zmęczona głośno komentując ile to rzeczy masz jeszcze do zrobienia w domu. „Co to za zapach”, spytałaś zaraz po otworzeniu drzwi. Dumnie stawiałam przed tobą talerz mojego pierwszego rosołu: „Co tak patrzysz?” spytałaś, kiedy czekałam na twoją opinię. „Za dużo wody wlałaś, marchewki za dużo, bo słodki ci wyszedł” – usłyszałam.

Wiesz, że ja już nigdy później nie ugotowałam rosołu…

Dostaję zawsze dla swoich dzieci w słoiku od teściowej. Robi pyszny, ale nie jest tak dobry jak ten u ciebie…

Chciałam, żebyś była ze mnie dumna. Uczyłam się po nocach, żeby dostać jak najlepsze oceny. Jeździłam na konkursy, bez egzaminów poszłam do ogólniaka – zajęłam pierwsze miejsce w konkursie polonistycznym. Ale tobie zawsze było mało. „Stać cię na więcej” – powtarzałaś, a ja chciałam ci udowodnić, że naprawdę tak jest. Że mogę jeszcze lepiej i jeszcze więcej.

Wiesz, dzisiaj moim dzieciom powtarzam…

że jestem dumna, z tego, że się starają, z wysiłku, który wkładają w osiąganie swoich małych celów. Nie chcę, by tak jak ja bali się wracać do domu, gdy dostaną słabszą ocenę.

Mówiłaś: „Szanuj się, pamiętaj chłopaki chcą tylko jednego, nie daj się zeszmacić, oni nie są tego warci”. I bałam się chłopców. Byłam jak dzikie zwierzę – uciekałam, kiedy się do mnie jakiś zbliżał. Dzisiaj myślę, że bałam się ciebie – twojej złości, gniewu, gdybyś zobaczyła, że kolega odprowadza mnie do domu.

Wiesz, że chłopakowi, którego poznałam na pierwszym roku studiów powiedziałam, że nie żyjesz. Że wychowuje mnie tylko tata…

Zazdrościłam moim koleżankom, kiedy mówiły: „Mama mi pożyczyła bluzkę, fajna nie?”. Czułam jak rośnie mi gula w gardle. Bo ja byłam za gruba, za duża, za wielka na twoje ciuchy. „Spójrz na siebie, zrób coś, nikt na tobie nawet oka nie zawiesi” – słyszałam. I chudłam, i tyłam. Objadałam się w nocy, gdy spałaś, a później wymiotowałam.

Wiesz, kiedy czasami mnie przytulałaś siadając obok mnie…

to chciałam przestać oddychać, chciałam, żeby ta chwila trwała jak najdłużej. Czasami szeptałaś jakby do siebie „przepraszam”, a ja bałam się pytać kogo i za co przepraszasz.

Czułość i cukierki pod poduszkę dostawałam od taty. Mieliśmy swoje tajemnice. On był taki łagodny i taki… wycofany. „Jesteś najpiękniejszą i najmądrzejszą dziewczynką na świecie” mówił mi, kiedy wychodziłaś po zakupy, a ja płakałam po tym, jak wyrwałaś mi kartki z zeszytu krzycząc, że czas najwyższy, żebym nauczyła się staranniej pisać. A przecież tak się starałam.

Uciekłam od ciebie. Daleko. Jakby ktoś odwiązał mi smycz. Na studiach rzadko przyjeżdżałam do domu, chodziłam na imprezy, dużo piłam, sypiałam z chłopakami, którzy mieli na to ochotę. „Podobam ci się?” – pytałam zaczepnie – błysk w jego oku wystarczał, a czasami nawet nie był potrzebny. Jakbym każdym ich dotykiem mściła się na tobie i udowadniała: „Widzisz, oni mnie chcą, nikogo nie straszę, potrafię się podobać”.

Skończyłam studia, poszłam do pracy. „Wiesz, a Magda została dyrektorem szkoły” – słyszałam, kiedy opowiadałam ci o awansie w pracy. Na moim ślubie bezustannie poprawiałaś mi sukienkę: „Trochę chyba jest tobie przyciasna” – powtarzałaś.

Wiesz, bałam się tobie powiedzieć…

że urodziłam Majkę przez cesarskie cięcie, bo nie dałam rady naturalnie. Wiedziałam, co powiesz: „No wiesz, ja ciebie rodziłam 20 godzin, a ty nie dałaś rady po sześciu?”. Nie dałam. Kiedy zaszłam w ciążę z Mateuszem zapłaciłam za cesarkę, nie chciałam dać ci powodu do upokorzenia mnie. Mój wybór, moja ciąża, moje dziecko.

Dzisiaj jesteś sama. Tata zmarł kilka lat temu. Nauczyłam się nie mieć wyrzutów sumienia, że nie dzwonię do ciebie codziennie. Potrafię ci powiedzieć, że nie mogę teraz z tobą rozmawiać. Umiem odpuścić, nie pucować łazienki tak, by lśniła, nie wkurzać się na dzieci, które nakruszyły ciastkami na dywan. Nie krzyczę, gdy Majka nie rozumie zadania z matematyki, a Mateusz nadal wolno wiąże sznurowadła.

Wiesz, moje ramiona były związane…

Nie umiałam przytulać moich dzieci. Patrzałam na nie krytycznie będąc zawiedzoną, że nie są bardziej idealne…

Już nie boli mnie brzuch, gdy do ciebie jedziemy. Wiesz, moje dzieci cię kochają. Słyszę jak z nimi rozmawiasz przez telefon, jak Majka opowiada ci o swoich sukcesach tenisowych, a Mateusz opowiada bajkę, którą ostatnio bezustannie ogląda.

Z jednym nie mogę sobie poradzić, kiedy przytulasz moją córkę, głaskasz ją po głowie i mówisz: „Jesteś taka piękna Majeczko. Bardzo cię kocham, pamiętaj o tym” – tak bardzo chciałabym kiedyś siedzieć obok ciebie zamiast niej i usłyszeć te słowa tym razem skierowane do mnie…


Prawdziwa miłość nie jest młoda. „Co cię wzruszyło? – Jak obierał dla mnie pomarańczę”

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
13 marca 2016
Fot. Pexels/kaboompics.com / CCO
Fot. Pexels/kaboompics.com / CCO
 

Jaka powinna być miłość? Codzienna. Taka, jak między nimi. Mocna i pewna. Bo jak człowiek upadnie, to musi wiedzieć, że ten drugi poda rękę i opatrzy kolano. A że bez fajerwerków, dramatycznych rozstań i powrotów? Ależ skąd. Fajerwerkami były dla nich wspólne spacery, za rękę Krakowskim Przedmieściem. I ten moment, kiedy przychodził do niej do szpitala z kiścią słodkich winogron, a ona – taka pomarszczona i malutka, jeszcze mniejsza niż kiedyś, zaczynała się śmiać do niego i powtarzać: „No co ty ze mną masz na stare lata”. Ale wcale tak nie myślała. Myślała sobie patrząc na męża, że prawdziwa miłość nie jest młoda. Jest stara, tak jak oni.

„Przy maślanych herbatnikach jego myśli znów zaczynają krążyć wokół żony”

W maju minie trzecia wiosna odkąd ich dwupokojowym mieszkanku na Mokotowie wspólny czas się zatrzymał. Pręgowany kot Maciek wstał właśnie na chwilę, żeby rozprostować kości. Przeciągnął się, ziewnął i z powrotem zwinął się w kłębek. Choć jego pani już tu nie ma, jej obecność daje się wyczuć na każdym kroku. Na przykład spogląda ciepło i łagodnie z kolorowych i czarno-białych fotografii, które pan Michał starannie oprawił w proste drewniane ramki. Takie, w jakie ona lubiła oprawiać zdjęcia ich córki i wnucząt. Na fotelu leży pled, którym otulała się szczelnie, gdy razem zasiadali przed telewizorem, albo czytali popołudniową gazetę. I we wszystkich przyzwyczajeniach swojego męża, ona też jest. Została w nim tak, na zawsze.

Starszy pan przygotowuje herbatę. W tym domu był raz elektryczny czajnik, ale Zosia szybko się go pozbyła, uznając, że to nie to samo co zwykły, emaliowy. – Elektryczny czajnik nie gwiżdże i nie jest taki „domowy” mawiała. Więc pan Michał też go nie używa, mimo, że córka namawia, że tak wygodniej. Szybko wrzuca torebki z herbatą do dwóch bielusieńkich filiżanek i drżącą niepewnie ręką zalewa je wrzątkiem. Przy maślanych herbatnikach jego myśli znów zaczynają krążyć wokół żony.

Poznali się tuż po wojnie, gdy ona jako nastolatka dorabiała kelnerowaniem w warszawskiej kawiarni. Przechodził obok i usłyszał jej śmiech. Od tej pory kiedy tylko mógł wpadał do Zosi na oranżadę. Wpadał, siadał przy stoliczku w rogu sali i z zachwytem wodził oczami za zgrabną figurą Zosi, jej jasnymi włosami upiętymi w modny kok i zielonym spojrzeniem spod długich rzęs. Aż w końcu, pewnego dnia Zosia stawiając przed nim oranżadę rzuciła zawadiacko w nadziei, że odstraszy natręta: – A może, zamiast się tak mnie ciągle oglądać, zaprosi mnie pan na jakiś spacer ? – Nawet za chwilę – powiedział on i już nie było odwrotu. Przez następne kilkadziesiąt lat, ten spacer Krakowskim Przedmieściem był ich rytuałem.

„A dzisiaj, co cię wzruszyło?”

– To tylko tak, tylko tyle? – pytała z rozczarowaniem wnuczka panią Zosię, gdy ta opowiadała jej jak zakochała się w swoim mężu. Nie mieściło jej się w głowie, że miłość może być aż tak zwyczajna. – Zwyczajna – obruszała się Zosia. – Jaka tam zwyczajna, kiedy mnie wszystko w nim wzrusza – odpowiadała.  – A dzisiaj, co cię wzruszyło? – dopytywała nastoletnia Julka. – A dzisiaj to, jak starannie obierał dla mnie pomarańczę. I że dał mi te największe części, a sobie wziął mniejsze.

– Jak tak pomyśleć o ich wspólnym życiu – zamyśla się córka Zosi i Michała (podpierając brodę na dłoniach zupełnie tak jak jej mama kiedyś) – to ono było takie, jak to częstowanie pomarańczami: żeby tylko ta druga strona miała lepiej, więcej: tak o sobie myśleli. Może to jest sekret udanego związku, kiedy jedno stawia to drugie na pierwszym miejscu, a drugie robi to samo? Ale ja takiej miłości nigdzie już potem nie widziałam. Nawet moja, choć dobra, taka nie jest.

„Bo Zosia zawsze była emocjonalna, a rzeczy materialne”

Czy to znaczy, że zawsze było różowo? Nie. Miewali kryzysy, a bywało również, że w kuchni na podłogę leciały talerze. Bo Zosia zawsze była emocjonalna, a rzeczy materialne, jak mówiła, świetnie się nadają do tego, żeby tym emocjom ulżyć. Człowiek – nie. Człowieka trzeba zostawić w spokoju, żeby przemyślał. Więc kiedy Michał wrócił kiedyś z pracy spóźniony na umówioną kolację o dobrych kilka godzin, eleganckim ruchem ręki zrzuciła na posadzkę porcelanowy czajniczek, pamiątkę rodzinną, która jakimś cudem przetrwała okupację, a potem bez słowa poszła na spacer. Przez następną godzinę on umierał ze strachu o nią, a ona krążyła wokół kamienicy, bo nie miała dokąd iść. Kiedy wróciła, usiedli przytuleni z herbatą. Tyle było z tych ich „cichych dni”.

Ale pierwszą, poważną próbą była dla nich strata dwuletniego synka. Razem przeżyli jego chorobę i śmierć, choć każde cierpiało „na swój sposób”. Zosia rozpaczała, przeżywała tę swoją żałobę mocno, wyraziście. On tłumił swój smutek w sobie, by być dla niej wsparciem. W pewnym momencie zobaczyła, że go traci, że się od siebie oddalają. Bo chcąc być silny dla niej, nie dopuszczał do siebie swoich smutnych emocji, aż zaczęły go niszczyć, ich niszczyć. Przepłakali to, przetrwali razem. Czasem to ona zawijała się w koc i mówiła, że nie ruszy się stamtąd, nie będzie już żyła, oddychała, jadła. Czasem on nie wracał do domu aż do nocy, żeby nie patrzeć na puste miejsce ich synka. Jedno ciągnęło drugie za uszy. Wyszli z tego jeszcze mocniejsi, jeszcze bardziej na siebie uważni. I tak spędzili wspólne 60 lat w ciągłym (choć czasem mniejszym, a czasem większym) zachwycie, że można być dla kogoś całym światem i nie mieć dosyć. Kiedy Zosia zachorowała i wiadomo już było, że wkrótce umrze, Michał był u niej w szpitalu codziennie. Czy mogło być inaczej? Do tej pory nie rozstawali się dłużej niż na cały dzień.

– Boję się o ciebie tato – powiedziała ich jedyna córka, tuż po śmierci Zosi. – Zamieszkaj ze mną na jakiś czas. – Ty się nie boisz  o mnie – odpowiedział jej. – Boisz się, że ja też ci zniknę, jak mama.  A mi tutaj bez niej strasznie pusto. I ty wiesz o tym.

Starszy pan miesza łyżeczką swoją herbatę. Zimną już prawie, tak mu ten czas minął. Ale przecież zawsze tak się dzieje, gdy jego myśli biegną za żoną. Dobre myśli, ciepłe. Pan Michał rzuca okiem na okładkę jakiegoś pisma, które przyniosła mu córka. Na tej okładce – pięknej, błyszczącej- para. Ona młoda i bardzo ładna, on wysoki, przystojny. Szczęśliwi. Zakochani. A jakby tak on kiedyś, ze swoją Zosią na takiej okładce, jak ta zakochana para…? Ktoś by przeczytał o takiej nudnej miłości? Bez zdrad i historii jak z filmu, zwykła codzienność we dwoje. Ale jaka ładna codzienność…

Fajerwerki, rozstania i powroty. Te pierwsze były obecne w ich życiu często. Bo tak właśnie postrzegali wspólne chwile: jako coś pięknego. Rozstanie przyszło jedno: to Zosia odeszła, trzy lata temu. A powrót? No przecież wiadomo, że on w końcu za nią pobiegnie. Zupełnie jak tym Krakowskim Przedmieściem.


Minimum środków robi największe wrażenie… Mocny przekaz

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
12 marca 2016
Fot. Screen/You Tube Fot. Screen/You Tube
Fot. Screen/You Tube Fot. Screen/You Tube

Setki dzieci giną rocznie w wypadkach samochodowych. Wypadkach, które często są wynikiem naszej opieszałości. Bo telefon, SMS, mail. Bo szybkie zerknięcie na portal społecznościowy.

Ta kampania dosadnie trafia do wyobraźni każdego rodzica. Nic się wielkiego w trakcie filmu nie dzieje… i to jest jego siła. Bardzo mocny przekaz. Obejrzyjcie, pokażcie swoim znajomym, niech każdy z nas ma świadomość, jak kruche bywa życie i jak nieodwracalne bywają skutki niewłaściwych decyzji…


Zobacz także

Kurczak w sosie słodko-kwaśnym

Kurczak w sosie słodko-kwaśnym

Fot. iStock / gradyreese

Dajcie mi wszyscy święty spokój!

Screen z youtube.pl

Feel Low – piękne i wzruszające. O tym, jak widzą nas dzieci. Obejrzyjcie

Нашел в интернете интересный веб сайт , он описывает в статьях про Авана 100 www.pharmacy24.com.ua
there best-cooler.reviews

https://steroid-pharm.com