Te wstrętne bachory. Czy w Polsce dzieci do lat 5. powinny mieć zakaz wstępu do restauracji?

Redakcja
Redakcja
10 kwietnia 2017
Fot. iStock
 

Na początku roku restauracja we Włoszech zakazała wstępu dzieciom do 5. roku życia. Decyzja ta spotkała się z falą krytyki głównie ze strony matek, które zapowiedziały, że już się tam więcej nie pojawią oraz nie kryły, że czują się urażone. I wiecie, co się stało? Obroty wzrosły, liczba klientów zwiększyła się o 50 proc.. Dlaczego? Czy dzieci to aż tak wielki problem w lokalach i aż tak przeszkadzają innym gościom, że ci wolą unikać miejsc, gdzie grasują maluchy? I czy w Polsce właściciele punktów gastronomicznych powinni zdecydować się na taki krok?

Jest poniedziałek, południe. Słońce pięknie świeci, czuć prawdziwą wiosnę. Siedzę w ogródku w jednej z warszawskich knajpek na najczęściej uczęszczanej ulicy. Przede mną stoi filiżanka pysznej herbaty. Wybór miejsca nie jest przypadkowy. To tu przychodzi wiele matek, które wpadają na ulubioną kawę wypijaną w towarzystwie swojego dziecka. Przyglądam się im z zainteresowaniem – kobiety są  w różnym wieku. Gównie ubrane na sportowo, w trampkach i związanych włosach. Obserwuję też maluchy, wiek ciężko mi określić, ale nie sądzę, żeby miały więcej niż 4 lata. W sumie, na logikę, dzieci w tym wieku o tej porze powinny być w przedszkolu – oczywiście pod warunkiem, że znalazło się miejsce i zostały przyjęte.

Jedne są znudzone i dziobią łyżką w jedzeniu, inne bawią się ze sobą. Dwie dziewczynki zostały przyjaciółkami i tworzą lalkom wymyślny domek. Widać, że się dobrze dogadują. Patrzę na nie i przysłuchuję się ich zabawnym rozmowom. I myślę sobie, że takie grzeczne dzieci to skarb, a ich matki to szczęściary. I że szkoda, że takich dzieci w lokalach jest tak mało.

Bo w tym momencie ogłuszył mnie wrzask i coś przeleciało mi pod nogami. Po chwili spod stolika wyłoniła się czarna główka, a zaraz całe małe ciało, które pobiegło przed siebie nie obniżając tonu. I tak biegał samopas po ogródku. „Gdzie jest jego matka?”-  pomyślałam, rozejrzałam się dookoła i natrafiłam na matkę – siedziała spokojnie przy stoliku, popijała swoją kawę. A dziecko miała po prostu gdzieś.

– To normalne, wiele matek nie reaguje na zachowanie swoich dzieci – zwraca się do mnie młoda kelnerka, którą zagadnęłam. – Nie uświadamiają sobie, jakie to niebezpieczne. Przecież nosimy tace z gorącymi napojami i jak takie dziecko podleci nam pod nogi, to przecież o nieszczęście nietrudno – mówi przejęta. – Staramy się uważać, ale nie zawsze jesteśmy w stanie. Matki powinny brać odpowiedzialność za swoje dziecko, bo to, że przyszły na kawę do lokalu, nie znaczy, że mają wolne, a my staniemy się niańkami – dodaje na koniec. W pełni ją popieram.

Moja koleżanka, mama 4-letniej Marysi, należy właśnie do tego typu matek, za co mocno ją krytykuję i przestałam już z nią wychodzić do kawiarni wiedząc, że zabierze córkę ze sobą. Ten mały potworek sprawił, że ja nie raz świeciłam oczami przed innymi klientami, którzy patrzyli na nas z pogardą. Ale Ewa się tym w ogóle nie przejmuje. – Przecież cały czas mam ją na oku, nie odważy się oddalić. To tylko dziecko i ma prawo się bawić, a ja nie będę jej ograniczać – tłumaczyła uśmiechnięta, kiedy pytałam się, dlaczego nie reaguje. A potem wybuchała głośnym śmiechem, bo jej ukochana córeczka zaliczyła upadek, a ja z duszą na ramieniu biegłam zobaczyć, czy nic jej się nie stało. Oczywiście nie opuszczał mnie wkurzony wzrok gości i głośne komentarze, w których zostałam obsmarowana, jak nigdy wcześniej.

Nic dziwnego, że pozostali klienci mają dosyć dzieci w lokalu i nie ukrywają swojego oburzenia. – Biegające, hałasujące maluchy potrafią zepsuć spokój, który powinien towarzyszyć podczas posiłku w restauracji. Nie po to przychodzę na posiłek i za niego płacę, żeby wysłuchiwać wrzasków – mówi 27-letnia Patrycja, bezdzietna, którą zapytałam o zdanie. – Dlatego jak najbardziej popieram decyzję włoskiej restauracji. I mam nadzieję, że takie przepisy pojawią się też w polskich lokalach – dodaje.

Patrycję popiera także 23-letnia Monika (panna bez dzieci), która nie wchodzi do knajpy, gdy widzi znajdujące się przy stoliku dziecko. – Nieważne, czy na razie siedzi grzecznie. Zaraz i tak zacznie wrzeszczeć – opowiada.- Maluchy szybko się nudzą i są niecierpliwe, więc za chwilę da popis i pokaże, że jest niezadowolone. Dlatego jak najbardziej jestem za wprowadzeniem zakazu wpuszczania dzieci do lat 5. – stwierdza z pewnością w głosie.

– Nie powinniśmy denerwować się na dzieci, lecz na matki – zwraca uwagę 31-letnia Marta, która ma 4-letniego Stasia. – To one są winne, bo nie reagują i pozwalają dzieciom szaleć. Dlatego zamiast wprowadzać zakazy, powinniśmy wpłynąć na świadomość matek – kontynuuje. A ja się pytam, czy ma jakiś pomysł na to, jak to zrobić. – Nie wiem – odpowiada ze szczerością. – Ale ja znam dobrze swoje dziecko i wiem, kiedy ma humorki. Dlatego, jeśli danego dnia  moje dziecko jest niegrzeczne, to nie zabieram go do knajp

Cóż, zgadzam się, że wina leży po stronie matek. Ale matek-ignorantek, czyli tych, które nie reagują. Dlatego nie chcę krytykować wszystkich kobiet, których dzieci są głośno zachowują się w lokalach. Bo właśnie jestem świadkiem sceny, w której matka ze łzami w oczach przeprasza wszystkich klientów, płaci za ledwo wypitą kawę i wyprowadza dziecko.

Przypominam sobie swoją koleżankę, która często znajduje się w takiej sytuacji. – Wiesz, ostatnio byliśmy na obiedzie w centrum handlowym. I Kaśka tak strasznie zaczęła się drzeć, że nie wiedziałam, co mam z nią zrobić – mówi mama 2-letniej, przesłodkiej dziewczynki. – Taa, przesłodkiej… – śmieje się. – Dopóki nie zacznie płakać w miejscu publicznym. Wszyscy się na mnie gapią i na pewno myślą, że jestem złą matką – stwierdza i coś w tym jest. – Patrzą się na mnie, jakbym robiła jej krzywdę. A ona się nie chce uspokoić. Nic nie pomaga. Dlatego ze wstydem znoszę takie akcje. Nie mogę się doczekać, kiedy urośnie – kończy.

W podobnej sytuacji znalazła się matka, którą spotkałam w zeszłym roku. Utkwiła mi w pamięci, bo widziałam jej bezradność. Akcja zaczęła się w lodziarni. Młoda kobieta, na oko 30-latka, przyszła ze swoim synem, może 4-letnim i starszą kobietą, swoją matką bądź teściową. Dziecko jadło w spokoju lody i na głos się śmiało, lecz nagle coś w niego wstąpiło – bez powodu. Zaczął wrzeszczeć i położył się na ziemi. Kobieta próbowała go uspokoić, jednak bezskutecznie.

Robiła, co mogła, ale wtedy swoje trzy grosze wtrącała ta starsza. Żeby zostawiła go w spokoju, że to dziecko i popłacze chwilę i się znudzi. Jednak ta młodsza wykazała się większą intuicją i zabrała chłopca z lokalu, po wcześniejszych ogólnych przeprosinach. Dziecko rzucało się na chodnik i nie chciało iść.

Oczywiście można mówić, że nie wolno generalizować, że dzieci też mają prawo do przebywania w lokalu i nie można im tego zabronić. Jednak uważam, że każdy człowiek powinien mieć prawo do zjedzenia posiłku w spokoju i restauracje z zakazem być może powinny pojawić się w Polsce.

I na koniec zwracam się jeszcze do matek, by bardziej zwracały uwagę na to, jak zachowuje się ich dziecko w lokalu, bo tak – dziecko to dziecko i ma prawo do zabawy, ale inni goście nie muszą mieć do niego cierpliwości. Więc nie zdziwcie się, jeśli ktoś wam kiedyś zwróci uwagę. Taki żywot matki.


Nie bądźmy obok siebie, tylko dla siebie. My naprawdę nie oczekujemy aż tak dużo

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
10 kwietnia 2017
Fot. iStock / themacx
 

„Nie wiem, co się z nami dzieje” – mówi przyjaciółka… „Wracamy do punktu wyjścia” – tłumaczy, choć wydawało się, że kryzys już mają za sobą, że przecież teraz powinno być tylko lepiej. Dwójka dzieci kilkanaście lat związku. Jesteśmy dorośli, dojrzali, bardziej świadomi siebie – tak by się wydawało… No właśnie – wydawało.

Inna mówi: „Nie mam siły, już nie chcę walczyć, wiem, że nic się nie zmieni”. I co dalej? Trwać w związku bez oczekiwań, pogodzoną z tym, jak jest, bo tak łatwiej, mniej frustracji, nie chcesz więcej poza tym, co masz? Czy iść na rewolucję, znaleźć chęć do zmian?

Nie wiem, co się dzieje. Wiem, że kobiety walczą, że chcą, że pragną tej miłości tak bardzo, że są w stanie wiele dla niej zrobić. Tylko, gdzie w tym wszystkim panowie? Kryją się za wydłużającymi się godzinami swojej pracy, za służbowymi kolacjami, na które żon nie zabierają. W weekendy są zmęczeni, chcą świętego spokoju i seksu wieczorem, kiedy ona po dniu z dziećmi, godząc ich konflikty, próbując wyłuskać jak najwięcej wartościowego, bo wspólnego czasu, zwyczajnie pada na twarz. I nie ma siły się uśmiechnąć, zasypia. I nie robi tego przeciwko niemu. Ale… on i tak odbiera brak zainteresowania jego osobą, jako policzek w jego ego. Bo jak to? On zarabia, on, on, on… no właśnie… On jest głową rodziny, mówi, gdy brakuje mu argumentów.

I oczywiście, że słyszymy, że my kobiety czekamy na księcia z bajki, że mamy wygórowane wymagania. Jak często słyszałyście: „No nie wiedziałaś, że taki jestem?”. Jakby to było podstawowe i jedyne słuszne usprawiedliwienie – taki jestem, widziały gały co brały, a teraz się dziwisz, że ci kwiatów raz w miesiącu nie przynosi… Głupia ty babo, na co liczyłaś?

A my nie oczekujemy aż tak dużo. Naprawdę. Chciałybyśmy tylko:

– żebyście nas szanowali

Tak, wiem, zawsze mówicie, że szanujcie. Ale czy na pewno? Nie słyszycie swojego lekceważącego tonu, kiedy próbujemy wam powiedzieć o czymś dla nas ważnym? Nie powtarzacie: „O co ci znowu chodzi” z pogardą, że my same nie wiemy, co nam jest. Ten brak szacunku wynosicie często z waszych domów, gdzie kobiety miało się za te do gotowania i prania. Nie, wy nigdy nie chcielibyście być jak wasi ojcowie, ale czy tacy się nie stajecie? Czy przyglądacie się sobie, czy słyszycie ton, którym z nami rozmawiacie, zwłaszcza podczas kłótni?

żebyście słuchali

Tego, co do was mówimy, naprawdę słuchali. Kiedy jesteśmy zmęczone, to nie znaczy, że i tak mamy ochotę z wami posiedzieć i porozmawiać – bo nie mamy siły, naprawdę. Kiedy jesteśmy smutne, naprawdę jesteśmy, wtedy potrzebujemy choćby gestu, że jesteście obok, że wspieracie, a nie zmiany tematu albo minimalizowania naszych problemów, jakby tylko wasze były ważne i poważne. Kiedy mówimy: nie mam ochoty, to jej po prostu nie mamy, nie musicie szukać drugiego dna, oburzać się, obrażać. Bo nie chcemy iść z wami do kina, na kolację, którą wspaniałomyślnie proponujecie. Pomyślcie, jak wiele rzeczy robimy dla was i z wami, ale ile wy z nami?

– żebyście o nas też dbali

W najdrobniejszych gestach. Żebyśmy czuły się kochane i bezpieczne przy was. My nie mówimy o tych kwiatach, SMS-ach, rocznicach po to, by wam zatruć życie. Nam naprawdę na tym zależy. Na jednym: „Kocham cię, dobrego dnia”, na kwiatach w wazonie, które jasne – możemy sobie same kupić, ale dlaczego od czasu do czasu nie możemy ich dostać od was? To tak dużo? Tak bardzo was przerasta pokazanie, że kochacie, że jesteśmy dla was ważne?

– żebyście nas doceniali

Chcecie się przeglądać się w naszych oczach, chcecie, żebyśmy was podziwiały, żebyśmy były z was dumne. A co my możemy zobaczyć w waszych oczach? Tylko wasze ego, które potrzebuje dowartościowania? Jak często mówicie nam, że doceniacie to, co robimy, a co zdaje się być codzienną normą? Obiad, pranie, czyste mieszkanie, dzieci nakarmione, odebrane, lekcje sprawdzone. My w pracy jesteśmy najczęściej doceniane, ale na co dzień, kiedy grzęźniemy w kieracie, nie zastanawiamy się nad tym, kto i ile od nas dostaje i kto to docenia. Działamy, ale jesteśmy ludźmi, też potrzebujemy zachwytu w waszych oczach nie tylko, gdy ubierzemy się w seksowną bieliznę, ale też wtedy, gdy stoimy w kuchni, gdy tulimy nasze dzieci, gdy z ciężką głową opadamy w fotelu po ciężkim dniu.

– żebyście nas rozśmieszali

Kto potrafi to lepiej od was? Ten śmiech, który rozładuje napięcie całego dnia, który pomoże nabrać dystansu do rozkrzyczanych dzieci, do szefa, który zatruwa nam życie, ale też do siebie nawzajem. Cenimy was za poczucie humoru, za to, że często potraficie śmiać się z samych siebie, że macie nierzadko więcej luzu do życia niż my. Nie musimy być poważni, bo dorośli. Śmiejcie się razem z nami, bawcie się z nami, skaczcie po kałużach, tańczcie, śpiewajcie – cokolwiek wam przyjdzie do głowy. Pomóżcie nam cieszyć się sobą nawzajem, czerpać z tego radość, a nie tylko nudne obowiązki.

Ale póki co nie fundujmy sobie setki śmiertelnie poważnych, a z czasem nudnych dni, które nic do naszego wzajemnego życia już nie wnoszą. Nie bądźmy obok siebie, bądźmy dla dla siebie. Może warto usiąść naprzeciwko siebie, popatrzeć sobie od bardzo długiego czasu po raz pierwszy w oczy – z całą miłością, którą dla siebie mamy. Powiedzieć: „kocham cię i chciałabym…”. Bez kłótni, bez rwania włosów z głowy i wzajemnych pretensji. A gdy okaże się, że nie kocham…wspólnie postanowić, co dalej, z szacunkiem, uważnością i pamięcią o tym, jak dla siebie byliście ważni.


4 autodestruktywne zachowania niekochanych córek

Agnieszka Dyniakowska
Agnieszka Dyniakowska
10 kwietnia 2017
4 autodestruktywne zachowania niekochanych córek
Fot. iStock / _Ella_

Miłość rodziców to podstawowe, pierwotne uczucie, które jest naszą bazą, naszym filarem przyszłych emocji i przekonań. Troska, opieka, wrażliwość okazywana dzieciom przeradza się później w pewność siebie, pewność innych, przekonanie o własnej wartości i o  tym, że zasługujemy na to, by nas pokochać. Niestety, czasami w dzieciństwie nie otrzymujemy dostatecznej porcji rodzicielskiej miłości i wchodzimy w dorosłość z wielkim brakiem w sercu i duszy.

Często dorosłe kobiety nie do końca uświadamiają sobie, że czegoś w ich dzieciństwie zabrakło lub nie dostrzegają efektów, jakie brak rodzicielskiej miłości miał i nadal ma na ich życie. Nie widzą tego, że odrzucają siebie i swoje uczucia, że ich zaufanie wobec innych i samych siebie jest niewystarczające, a odczuwane emocje blokowane gdzieś w środku, tłamszone i nie wypuszczane na zewnątrz. Niekochane córki mogą zmagać się z zaburzeniami odżywiania, popaść w nałogi i uzależnienia, obsesje – to wszystko wyraźne sygnały tego, że zmagają się w jakimiś problemami. Zdarza się jednak, że autodestruktywne zachowania są niemal niezauważalne, subtelne, niejako ukryte, lecz mimo tego szkodliwe i krzywdzące. Oto cztery z nich, które występują najczęściej.

Przesadny samokrytycyzm

Niemal wszystkie niekochane córki w dzieciństwie były narażone na przemoc werbalną ze strony rodziców i brak pochwał – podkreślano ich wady, wytykano błędy, wyzywano, umniejszano sukcesy lub ignorowano je. Zewnętrzna krytyka wyglądu, charakteru i zachowania został przekształcona w wewnętrzną – dziewczynka, a później kobieta, zaczyna myśleć o sobie źle, ma niskie poczucie własnej wartości, nie umie cieszyć się z własnych osiągnięć i sukcesów. Każdy popełniony błąd wynika z jej cech i braku wiedzy lub umiejętności, każda porażka jest wyłącznie jej winą. Według niekochanej córki, jej własna wartość to dużo mniej niż zero. Zmiana takiego sposobu myślenia jest ciężką pracą indywidualną kobiety i często potrzebne jest tutaj wsparcie terapeuty. Trzeba uświadomić sobie, że nasze przekonania są jedynie echem tego, co słyszało się w dzieciństwie od rodziców, a negatywne oceny i opinie w głowie to nie prawdziwy opis sytuacji, a destruktywny nawyk myślowy.

Wrażliwość na odrzucenie

Odrzucenie i wykluczenie z relacji to nic przyjemnego i boli każdego z nas. Jednak niekochane córki, z deficytem poczucia bezpieczeństwa i wielką potrzebą nieustannego potwierdzania zaangażowania i uczuć partnera, swoim zachowaniem mogą wprowadzać do związku niepotrzebne napięcie i niejako same wywoływać problemy. Doszukują się trudności tam, gdzie ich nie ma, wszędzie widzą sygnały świadczące o zdradzie i kryzysie, męczą partnera domagając się wyraźnych gestów mówiących o jego miłości. Nawet jeśli mężczyzna daje im odczuć, że je kocha, one i tak wiedzą, że to nie skończy się dobrze i w końcu zostaną porzucone i skrzywdzone – takie myślenie działa niczym samospełniające się proroctwo i często partner zmęczony ciągłymi wymaganiami i napięciem rezygnuje z dalszych starań i ze związku.

Powtarzający się schemat

Wszyscy lubimy to, co znamy – czujemy się wtedy bezpieczniej, pewniej, bardziej swojsko. Niekochane córki znają jedynie toksyczne relacje i choć marzą o miłości, akceptacji i trosce, często wybierają sobie partnerów, znajomych i przyjaciół, którzy traktują je podobnie, jak ich rodzice! Wpadają w ten sam, powtarzający się schemat, nie potrafią uciec od poniżania, podważania ich wartości i werbalnej agresji. Dopóki nie uświadomią sobie powodów, dla których wybrały właśnie taką toksyczną i niszczącą relację, nie dostrzegą podobieństwa partnera czy przyjaciela do swoich rodziców, nie będą mogły sobie pomóc i wprowadzić koniecznych zmian.

Utknięcie w toksycznej relacji

Niekochane córki mają problem z określeniem własnych uczuć i nazwaniem swoich emocji.  Nie ufają samym sobie, a doświadczenia z dzieciństwa zbudowały w nich przekonanie, że są nic nie warte i niczego tak naprawdę nie wiedzą.  Dlatego nawet jeśli podświadomie czują, że ich związek unieszczęśliwia je i krzywdzi, nie potrafią go zakończyć i porzucić toksycznej relacji, tkwią w niej coraz bardziej pogrążając się w smutku i samotności. Boją się, nie mają zaufania wobec własnych działań, decyzji i uczuć. Aby zmienić swoją sytuację, muszą zmierzyć się z własnymi emocjami, zbudować zaufanie wobec samych siebie i odważyć na powiedzenie „chcę, potrzebuję, czuję”. Wyzwolenie się z takich fałszywy przekonań nie jest proste, ale jest możliwe – wymaga jednak najpierw uświadomienia sobie problemu i dostrzeżenia posiadanych trudności.


 

Na podstawie: , 

Zapisz


Zobacz także

Fot. Unsplash / Bench Accounting

„Żadna tam odwaga! My jej nie mieliśmy, a Anka tym bardziej. Było ciężko!” Życie rakiem pisane. List Lucyny

5 rzeczy, które powinnaś wiedzieć o prawdziwym szczęściu

Żyłam złudzeniami, dziś potykam się o rzeczywistość. Miałam wszystko, nie mam nic

https://pills24.com.ua

www.steroid-pharm.com

http://steroid-pharm.com