3 emocjonalne błędy, które przeszkadzają nam być szczęśliwym

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
5 września 2018
Fot. iStock / SanneBerg
 

Dobrostan, podobnie jak wewnętrzna równowaga warunkuje naszą jakość życia, a także odgrywa istotną rolę w podejmowaniu przez nas decyzji i wyborów. Tak więc, mając to na uwadze, ważne jest, aby wiedzieć o tej serii emocjonalnych błędów, które znacznie ograniczają nasze szczęście.

Co najmniej 80% naszego sukcesu w życiu zależy od naszej zdolności do radzenia sobie z emocjami. Szczęście jest stanem wewnętrznym, który funkcjonuje trochę jak jak delikatny ogród. Chwasty muszą zostać wyplenione, niektóre nasiona muszą zostać zasiane, niektóre gałęzie muszą być przycięte, a innym powinniśmy pozwolić rosnąć. Ale najważniejszym jest zdawać sobie sprawę z tego, co w emocjach robimy zle.

Zaprzeczenie

Mimo, że cierpimy, że dzieje się nam krzywda, często odpowiadamy w ten sam sposób: nic mi nie jest, wszystko jest w porządku. Ukrywanie lub odrzucanie naszych uczuć jest dla wielu z nas normalną reakcją. I to prawdopodobnie jeden z najgorszych błędów emocjonalnych, które ograniczają naszą zdolność do bycia szczęśliwym, ponieważ tłumienie lub ukrywanie tego, co boli, nie wzmocni nas ani nie uczyni bardziej kompetentnymi. Wręcz przeciwnie, powoli nas złamie.

Uciekanie od niewygodnych uczuć

Są emocje, które nam się nie podobają. Uczucia, które są tak niewygodne, że je pomijamy, ponieważ nie tolerujemy ich w naszym życiu. Gniew, frustracja, rozczarowanie, udręka… Jesteśmy istotami emocjonalnymi, które pewnego dnia nauczyły się myśleć. Nie jesteśmy maszynami, które pewnego dnia zrozumiały, że mogą czuć. Dlatego akt dawania przestrzeni emocjom, pozwalania im na to, by były i odnalazły swoje miejsce jest sposobem na akceptację samego siebie.

Przekonanie, że musisz być szczęśliwy

Trzecim z naszych emocjonalnych błędów jest obsesja szczęścia. Szukamy szczęścia jako ten, który wyrusza w podróż bez celu. Jak ktoś, kto robi zakupy i nie wie, co kupić, jak ktoś, kto odczuwa ogromną lukę i nie wie, jak ją wypełnić. I ta udręka, ta intuicja, że ​​czegoś brakuje, często prowadzi nas do znajdowania sobie substytutów szczęścia, a nie tego, co naprawdę jest w stanie nam je dać.


Na podstawie: nospensees.fr


„W życiu nie chodzi o to, aby przetrwać burzę, lecz nauczyć się tańczyć w deszczu”. Rozmowa z właścicielką marki Lemoniade

Redakcja
Redakcja
5 września 2018
Monika Sadowska
 

Przebierając w ofertach ubrań, które pojawiają się w internetowych sklepach, coraz częściej zwracamy uwagę na pochodzenie marki. Kiedy okazuje się, że piękne ubrania wychodzą spod igieł polskich przedsiębiorców, możemy być przekonani o ich dobrej jakości. Lemoniade jest jedną z takich marek. Jak wyglądała droga do założenia firmy? Z czym zmagała się właścicielka i czy spełniła swoje marzenia? Rozmawiamy z właścicielką marki Lemoniade – Moniką Sadowską.

Redakcja: Kim chciałaś zostać, gdy byłaś dzieckiem?

Monika Sadowska: Kiedy byłam dzieckiem, często stawałam przed lustrem z dezodorantem w dłoni i śpiewałam. Wtedy marzyłam o zostaniu piosenkarką, od zawsze ciągnęło mnie do zawodów artystycznych.

Skąd taki pomysł? Ktoś w domu zajmował się sztuką?

Prawdopodobnie ciągnęło mnie w tą stronę dlatego, że moja mama w miarę szybko zorientowała się, że wykazuję zainteresowanie muzyką, więc zachęcała mnie do nauki nowych piosenek, melodii. Pamiętam, że w przedszkolu, zostałam wybrana do zagrania w przedstawieniu i jako jedyna miałam śpiewać. Duszę artystyczną odziedziczyłam zapewne po moim tacie, ponieważ hobbystycznie malował obrazy oraz grał na gitarze, także mam artystyczne wspomnienia z dzieciństwa.

To zainteresowanie z wiekiem minęło?

Rzeczywiście, z wiekiem moje zainteresowanie muzyką malało i zaczęło ustępować miejsca zainteresowaniu modą. Już jako 10-letnia dziewczynka lubiłam oglądać Fashion TV i śledzić trendy. Z czasem to właśnie moda stała się moim hobby.

Skąd się wzięło?

Myślę, że wynika ono z wewnętrznego poczucia estetyki oraz zainteresowania kreowaniem wizerunku. Dla mnie moda to swego rodzaju sztuka, a że jak każdy zodiakalny Wodnik mam duszę artysty, idealnie to ze sobą współgra. My – kobiety, z reguły dbamy o wygląd i zwracamy uwagę na to, w co się ubieramy, ja mam dokładnie tak samo, tyle że rozwój mojej kariery zawodowej dał mi szansę na stworzenie własnej marki oraz kreowanie mody na swój sposób.

Skąd to poczucie estetyki? Kogoś naśladowałaś, inspirowałaś się?

Myślę, że poczucie estetyki wpoiły mi mama i babcia. Kobiety w mojej rodzinie mogę śmiało określić jako estetki, dbamy o szczegóły i drażnią nas nawet drobne mankamenty, np. krzywo ułożone kwiaty w wazonie. Szczerze, nie przypominam sobie, abym miała jedną osobę, która stanowiła dla mnie inspirację, raczej określiłabym to jako wnikliwą obserwację otoczenia, ludzi, gwiazd oraz trendów i to wszystko stanowiło dla mnie inspirację. Starałam się dostrzec w ludziach, którzy mnie zainteresowali, ich dobre, mocne strony i z tego wyciągałam naukę dla siebie. Co do kwestii mojej kariery od samego początku była związana  z modą, ale także z handlem. Od początku naszej drogi zawodowej działamy wspólnie z mężem, jesteśmy razem od czasów licealnych. On zawodowo jest związany z handlem, ja natomiast miałam powiązania ze światem mody, więc połączyliśmy siły. Na początku było nam troszkę łatwiej, ponieważ pracowałam przez jakiś czas jako modelka, zatem kwestia zdjęć i prezentacji odzieży w naszym przypadku rozwiązała się samoistnie. Zresztą w starszych kolekcjach Lemoniade jestem jeszcze na zdjęciach w roli modelki. Później, w miarę rozwoju firmy, musiałam zająć się natłokiem spraw związanych z jej prowadzeniem,  a rolę naszej modelki przejął ktoś inny.

Mat.prasowe

Lemoniade to spełnienie marzeń, czy naturalna konsekwencja tego, czym zajmowałaś się wcześniej?

Szczerze, nigdy nie myślałam o tym, że będę miała własną markę i tak naprawdę rozwój mojej kariery doprowadził mnie do momentu, w którym zdecydowałam się na jej założenie. Lemoniade określiłabym więc jako naturalną konsekwencję tego, czym zajmowałam się do tej pory. Nie ukrywam, że na pewnym etapie zaczęła kiełkować we mnie myśl o własnej marce, zatem Lemoniade jest też marzeniem, które dość szybko się spełniło.

Kiedy to marzenie pojawiło się po raz pierwszy?

Tak jak wspominałam, wcześniej wraz z mężem założyliśmy firmę jeszcze w czasie naszych studiów Firma od zawsze związana była z modą. Na początku prowadziliśmy sprzedaż detaliczną w internecie, z czasem klienci darzyli nas coraz większym zaufaniem, rynek się nami zainteresował i zaczęły pojawiać się oferty hurtowe. Tym sposobem z czasem przerodziliśmy się w hurtownię odzieżową. W pewnym momencie postanowiłam, że chcę realizować modę na swój sposób i zaproponować naszym klientom coś od siebie. Tak zrodził się pomysł o Lemoniade.

Ile jest cech wspólnych między Tobą a ubraniami Lemoniade? Jest jakiś wspólny mianownik?

Tworząc kolekcje Lemoniade, zawsze staram się przygotować takie ubrania, które są w stanie spełnić oczekiwania współczesnych kobiet. Dbam o to, aby były przede wszystkim dobre jakościowo, wygodne i praktyczne. Sama wybieram takie ubrania, więc to samo chcę zagwarantować naszym klientkom. Bardzo istotne jest dla mnie także to, aby ubrania były kobiece, a kobiety, które je noszą, czuły się w nich atrakcyjnie – to kolejna wspólna cecha łącząca mnie i markę. Uwielbiam też zdecydowane kolory, więc jeśli widzicie w projektach odważny dobór kolorystyczny, to zdecydowanie moja robota. Nie projektuję ubrań, w których sama bym się źle czuła, ale zwracam też baczną uwagę na potrzeby innych kobiet.

Mat. prasowe

Co było dla Ciebie najtrudniejsze w prowadzeniu tego biznesu? Pojawiały się kryzysy?

Tak, oczywiście, że były kryzysy. Uważam, że rynek, który zalany jest masą tanich rzeczy chińskiej produkcji, stwarza pewne przeszkody w rozwoju marki i handlu ubraniami wyprodukowanymi w Polsce. Na szczęście coraz więcej klientek docenia polskie produkty przede wszystkim za jakość. Drugą kwestią, która na początku dość mocno mnie irytowała, była terminowość. Zanim powstanie dany produkt musi się złożyć na to kilka etapów, począwszy od wytworzenia materiału, poprzez konstrukcje, dobór dodatków i procesy szycia. Jeśli na jednym etapie coś pójdzie nie tak, bardzo łatwo o chaos, zwłaszcza przy dużej produkcji. Na szczęście, dzięki mojemu wspaniałemu teamowi aktualnie wszystko idzie u nas zgodnie z planem, a terminowość utrzymana jest w 100%, co mnie bardzo cieszy.

Na kogo mogłaś liczyć, kiedy pojawiały się kryzysy?

Gdy pojawiały się kryzysy mogłam liczyć na wsparcie mamy. Jesteśmy mocno związane i zawsze, kiedy mam problem, mogę się jej wyżalić. Mama wspiera mnie duchowo, a w kwestii rozwiązywania problemu w praktyce zawsze liczyć na męża.

Co poradziłabyś dziewczynom, które chciałyby zająć się modą i podobnie jak ty stworzyć własną markę?

Poradziłabym im, żeby uzbroiły się w cierpliwość, przygotowały na ciężką pracę i nie kierowały się emocjami. Trzeba spokojnie robić swoje i czekać z pokorą na owoce swojej pracy.

Z czego najbardziej jesteś dumna – w życiu prywatnym i zawodowym?

Posiadanie własnego biznesu wiąże się z tym , że życie zawodowe i prywatne silnie się ze sobą przeplatają, dlatego mogę powiedzieć, że i w jednym i w drugim przypadku jestem dumna z Lemoniade, dumą napawa mnie fakt, że stale pniemy się w górę nie zwalniając tempa, a coraz większe grono klientek nas docenia.

Jednak nie samą pracą człowiek żyje. Jak spędzasz wolny czas?

Wolny czas spędzam jak chyba większość z Was, czytam książki, spotykam się z przyjaciółmi, często też robimy sobie z mężem jednodniowe wypady za miasto. Myślę, że jeszcze kilka lat temu określiłabym się pracoholiczką, ale w chwili obecnej już nie. Najważniejsza w życiu jest rodzina i przyjaciele, ludzie, którzy dają ci dobrą energię i dobrze ci życzą oraz zdrowie, a cała reszta zależy już od nas samych. Na co dzień staram się żyć w zgodzie z samą sobą i ludźmi, którzy są dla mnie ważni, mój mąż wyznaje zasadę, że w życiu nie chodzi o to, aby przetrwać burzę, lecz nauczyć się tańczyć w deszczu i ja się z tym zgadzam.

Mat. prasowe


Wywiad powstał we współpracy z marką Lemoniade, najnowszą kolekcję możecie zobaczyć TUTAJ


Myślałam, że znalazłam miłość życia. Dla niego rzuciłam pracę. Po siedmiu miesiącach sielanki zdradził mnie pierwszy raz

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
4 września 2018
Fot. iStock/cindygoff

Nie myślałam, że się tak zakocham. Byłam po jednym nieudanym związku, myślałam, że człowiek uczy się na błędach. Nic bardziej mylnego.

Siedem lat temu zostawiłam pracę i studia w Polsce, zakochałam się. Poznałam go – jak to teraz bywa – przez internet. Wtedy wydawało mi się, że to ta prawdziwa miłość, że w końcu trafiłam na tego jedynego. Był cudowny. Potrafił mnie oczarować. Przysyłał kwiaty do pracy, na Walentynki przygotował kąpiel z płatkami róż, świecami i szampanem. Po siedmiu miesiącach sielanki zdradził mnie pierwszy raz.

To był dla mnie cios, zwłaszcza, że wtedy już mieszkałam z nim w Anglii i z moim wówczas 12-letnim synem. Poznaliśmy się, gdy on przyleciał w wakacje do rodziny, w grudniu byłam u niego, a w styczniu podjęłam decyzję o przeprowadzce. Mama mówiła: „Zastanów się, on ma 33 lata, to dziwne, żeby facet w tym wieku nie założył rodziny”, ale ja sobie myślałam, że czekał właśnie na mnie, że to ja jestem jego drugą połówką, z którą zdecydował się w końcu ułożyć życie. Dostałam też anonimową wiadomość, tekst brzmiał: „Zastanów się z kim chcesz być, on szuka wrażeń zniszczy ci życie”. Ktoś mi zazdrości – myślałam wtedy, co potwierdzało moją pewność, że on jest wart tych wszystkich zmian w moim życiu, radykalnych decyzji.

Wybaczyłam tę pierwszą zdradę. Dzisiaj myślę, że tę o której wiedziałam. Kajał się, tłumaczył, że nie wie, co się stało, że kocha mnie nad życie i nie wyobraża sobie, żebym od niego odeszła. Zmienił się, zaczął się bardzie angażować w nasze rodzinne życie, było go więcej, a ja to uwielbiałam, bo zawsze wiedział, jak mnie rozśmieszyć. Myślałam, że najgorsze mamy za sobą, że teraz już będzie tylko lepiej, że on zrozumiał, że takie życie – razem, jest lepsze od tego, które prowadził.

Zaszłam w ciążę. Od początku były marne szanse na to, że ją donoszę, że dziecko urodzi się żywe. Zaproponowano mi aborcję, ale nie chciałam o tym słyszeć, liczyłam na cud, na to, że los się odmieni, że lekarze się pomylili, w końcu wszyscy jesteśmy tylko ludźmi. Od niego nie miałam żadnego wsparcia. Wręcz przeciwnie – zaczął coraz później wracać do domu wymigując się pracą i natłokiem nowych obowiązków. Bywało, że w zjawiał się, gdy już świtało, nie widział w tym nic niestosownego, nie miał zamiaru się tłumaczyć, mówił, że przecież pracuje, czy tak trudno to zrozumieć. Kilka miesięcy później trafiłam do szpitala. Nie zgadzałam się na wcześniejszy poród, walczyłam jak lwica o każdy dzień życia we mnie mojej córki, jakbym wiedziała, że kiedy znajdzie się po tej stronie, przyjdzie mi się z nią jedynie pożegnać. Ósmego marca – w Dzień Kobiet, zrobiono cesarkę. Zosia żyła trzy godziny. Do dzisiaj nie potrafię pogodzić się z jej stratą, zakończyć żałoby.

Po jej śmierci między nam zrobiło się jeszcze dziwniej – chłodniej, zdawkowo, jakbyśmy się w ogóle nie znali. Miesiąc później on wyjechał na wycieczkę do Egiptu, a ja dostałam kolejną anonimową wiadomość: „Cześć, ty mnie nie znasz, ja ciebie też nie, ale musisz być silna, mam ci coś do powiedzenia”. Tym razem zadzwoniłam na numer, spod którego została wysłana wiadomość. Po drugiej stronie usłyszałam męski głos. To on mi powiedział, że mój partner zdradza mnie z jego żoną, że ten romans trwa bardzo długo. Policzyłam – zdradzał mnie jeszcze przed ciążą… Kręciło mi się w głowie. Nie mogłam pojąć, że jak to – człowiek, który mówił mi, że kocha, mógł tak mnie zranić kolejny raz, jak mógł oszukiwać, kłamać. To było podłe. Przecież mógł powiedzieć: „Odchodzę”, a jednak nigdy nie zdobył się na taką odwagę.

Zadzwonił z Egiptu, w świetnym nastroju, kiedy oznajmiłam mu, że wszystko wiem, żeby nie robił z siebie pajaca, zmienił ton. Usłyszałam, że między nam od dwóch lat już się nie układało, że było źle. Nic go nie obchodziło, co czuję, w jakim jestem stanie. Przecież zaledwie miesiąc wcześniej straciliśmy dziecko. Jakby o tym nie pamiętał, jakby jego to nie dotyczyło. Wrócił z wakacji i mnie unikał. Nie było to trudne, bo prawie nie wstawałam z łóżka, nie jadłam, nie piłam, paliłam tylko papierosa za papierosem. Mój syn, już wtedy pełnoletni przyglądał się temu ze zgrozą, ale ja nie umiałam inaczej, nie chciało mi się żyć.

Pięć miesięcy później przyznał, że jego romans trwa, a on nie potrafi wybrać, nie umie się zdecydować. Znikał na kilka dni, potem pojawiał się na tydzień. Tak jest cały czas. A ja nie wiem, co zrobić, nie jestem w stanie podjąć żadnej decyzji. Syn zaczyna college – nie mogę go zostawić samego i wrócić do Polski. Wyprowadzić się – nie utrzymam nas. Żyję w jakieś apatii, gdzie wszystko o czym pomyślę, co chciałabym zrobić jest bez sensu. Najgorzej, że nadal go kocham, że liczę, że coś się jednak zmieni, ale nie mam siły stanąć na nogi, zawalczyć o niego. Życie mnie przerosło – to mogłoby się stać moim teraźniejszym mottem. Każdego dnia myślę o mojej małej córeczce, zastanawiam się, jakby wyglądała, co byśmy teraz robił, co bym jej zrobiła do jedzenia, gdzie byśmy poszły na spacer. Nie mogę przestać.

Mam 40 lat i chciałabym mieć jeszcze dziecko, tylko z kim? Jak? Mam nowo poznanemu facetowi powiedzieć: „Cześć, nie znamy się, ale zróbmy sobie dziecko, bo mój partner spieprzył mi życie i mam mało czasu”?


wysłuchała: Ewa Raczyńska


Zobacz także

„Kameleony”, czyli ci, którzy zmieniają się w zależności od okoliczności

Neurotyczna osobowość

Neurotyczna osobowość naszych czasów. Prawdziwy obraz nerwicy jest zupełnie inny, niż nam się wydaje

Dlaczego żonaci faceci żyją dłużej? Ta lista wszystko tłumaczy