5 ścieżek, które prowadzą do wewnętrznego spokoju

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
24 października 2016
5 ścieżek, które prowadzą do wewnętrznego spokoju
Fot. iStock/stock_colors
 

Jak wiele zupełnie niepotrzebnych spraw zakłóca nasz wewnętrzny spokój. Zbyt często jesteśmy rozedrgani, rozkojarzeni, rozdarci między własnymi wyobrażeniami, a rzeczywistością. Zbyt często wyolbrzymiamy problemy, które dzięki nam urastają do rangi życiowych katastrof. Jeśli żyjemy w poczuciu nieustannego niepokoju, to nie jest dobre życie.

Co przeszkadza nam w osiągnięciu wewnętrznego spokoju

Natrętne myśli, obsesyjna próba kontroli

Kto nie zna sytuacji, w której tak intensywnie o czymś myślimy, nie dopuszczając do siebie świadomości, że nasze wyobrażenie może być mylne, że się „blokujemy”?

Znajoma „umiera” za każdym razem, gdy jej mąż wychodzi na służbową kolację. Myśli o tym jak on się doskonale bawi, podczas kiedy ona tkwi sama w niemowlęciem w domu. Wyobraża sobie jego swobodne rozmowy z koleżankami i zdawkowe odpowiedzi, które otrzyma od niego po jego powrocie do domu. I faktycznie, kiedy on wraca, jest już tak negatywnie nastawiona, że, mimo najszczerszych chęci, trudno się z nią porozumieć.

Koleżanka nie potrafi pogodzić się z dorastaniem syna. Wakacyjny obóz, na którym pojechał z z klubową grupą sportową jest dla obojga koszmarem – przez jej ciągłe telefony. Wyobraźnia podpowiada jej obrazy, które nie mają nic wspólnego z rzeczywistością. Gdyby zamiast dążyć do pełnej kontroli potrafiła zaufać – relacja między matką a synem byłaby o wiele bardziej zdrowa i autentyczna. Tam, gdzie jest zaufanie jest też zazwyczaj chęć bycia szczerym, udowodnienia, że jest się tego zaufana godnym

Kompleksy, negatywny obraz samej siebie

Może nosisz je w sobie, jak znamię, od dzieciństwa, może „nabawiłaś się” ich na skutek różnych życiowych doświadczeń. Twoja wiara we własne siły jest złamana, z jakiegoś powodu widzisz w lustrze „gorszą” wersję siebie, tak odstającą od tego, kim chciałabyś być. Porównujesz się często do wszystkich, których podziwiasz i cenisz, w tych porównaniach wypadasz oczywiście zle, w najlepszym wypadku – przeciętnie. Ale też, nie spodziewasz się niczego innego. To jest bardzo dziwny niepokój, takie rozdarcie między wewnętrznym pragnieniem by być „kimś lepszym”, a przeświadczeniem, że i tak ci się nie uda.

Nierozwiązane, nieprzepracowane problemy z przeszłości

Wracają do naszych głów w najmniej odpowiednich momentach, psując to, co co dobre, zasłużone, odbierając możliwość spokojnego życia „tu i teraz”, czasem blokując możliwość rozwoju emocjonalnego. I wpływając na nasze relacje z najniższymi. Bo jakim prawem oczekujemy harmonii i sielankowego spokoju w związku z ukochanym, gdy w głowie i w sercu niebezpiecznie piętrzą się obrazy i zdarzenia, które natychmiast „przyklejamy” jak kalkomanię na na związek?

Jak odzyskać wewnętrzny spokój – Droga pięciu ścieżek

Osiągnięcie stanu psychicznego komfortu to zawsze efekt naszej ciężkiej pracy nad sobą. Warunkiem powodzenia tej całej „akcji” jest konsekwencja, przekonanie, że zmiany są nam potrzebne, że przyniosą upragniony stan duszy: bezpieczny spokój.

Ścieżka pierwsza: Ustalenie priorytetów

Kiedy targa tobą niepokój, odpowiedz sobie na pytanie : co jest dla mnie tak naprawdę ważne? Czy bardziej niż na własnym szczęściu i poczuciu, że postępujesz zgodnie ze sobą, zależy ci na dobrej opinii wśród innych?

Czy wolisz podejmować działania, kosztem twojego zdrowia emocjonalnego (i fizycznego również), tylko dlatego, że masz wrażenie, że się tego od ciebie oczekuje? Czy naprawdę wszystko musisz kontrolować, mając świadomość, że na większość rzeczy nie masz wpływu?

Ścieżka druga: Nauka podejmowania decyzji

Skoro ustalisz priorytety, wiesz już jakie decyzje podjąć, by żyć zgodnie ze swoim sumieniem. Problemem pozostaje jak zwykle konkretne działanie. Wdrażanie podjętych przez siebie decyzji wymaga czasem sporej odwagi (zwłaszcza, gdy w konsekwencji obróci twoje dotychczasowe życie o 180 stopni), czasem umiejętności wychodzenia ze strefy komfortu. Nie oczekuj szybkich efektów, nie nastawiaj się też, że będzie bardzo trudno. Spróbuj na chwilę odsunąć wszystkie skrajne emocje na bok.

Ścieżka trzecia: Akceptacja

Podstawą wewnętrznej równowagi jest umiejętność godzenia się z tym wszystkim, na co nie mamy wpływu (a dotyczy to właściwie większości zdarzeń, które przynosi nam życie). I nie chodzi tutaj o smętne podawanie się złemu losowi, ale o to, by wiedzieć, kiedy odpuścić.  Nie oczekuj, że twoje życie będzie wspaniałe i bezbolesne. Już przychodząc na świat, sama przynosisz cierpienie, dając jednocześnie mnóstwo miłości i radości. Odpuszczaj, nie trzymaj się kurczowo złych emocji, wspomnień i ludzi.

Ścieżka czwarta: Przekonanie, że jesteś warta miłości

Przede wszystkim, tej najważniejszej – własnej. Kiedy stać cię na miłość do siebie samej, na wybaczanie sobie błędów i niedoskonałości, na bycie ze sobą samą szczerą, a w stosunku do siebie troskliwą – stać cię na najpiękniejszą miłość. Dobra miłość przynosi wewnętrzny spokój, bo organizuje życie, zaprowadza w nim harmonię i porządek. Zła miłość lub brak miłości własnej to życiowy chaos i destrukcja.

Ścieżka piąta: Nauka bycia szczęśliwym

Bycie szczęśliwym to dostrzeganie wartości i dobra w tym wszystkim, co już mamy, w relacjach, które tworzymy z – nie tylko najbliższymi – ludźmi. Mi osobiście wydaje się, że to najtrudniejsza z pięciu ścieżek. Cieszyć się tym, co posiadamy, nie pragnąc niemożliwie więcej, potrafi niewiele osób. Niech będą dla nas wzorem.

Jeśli potrafisz już kroczyć każdą z tych ścieżek, choć po trochu, jesteś na najlepszej drodze by osiągnąć wewnętrzny spokój.


Jak to faceci na imprezie prymitywnie wyrwać nas próbują. Że tacy jeszcze istnieją. SZOK

Anika Zadylak
Anika Zadylak
24 października 2016
Jak to faceci na imprezie prymitywnie wyrwać nas próbują. Że tacy jeszcze istnieją. SZOK
Fot. iStock / gilaxia
 

Usłyszałam ostatnio od kolegi niby żartem, że my kobiety wychodzimy do klubów czy inną dyskotekę, stadami. Że, cytuję: „komicznie” to wygląda, że zawsze jest jakaś przewodniczka grupy, razem po drinki, razem do kibelka. Może i tak bywa, gdy wychodzimy w swoim ulubionym towarzystwie, nie mówię, że nie. Ale czy wy drodzy panowie, zastanowiliście się kiedyś nad tym, że wasz niby indywidualizm niczym się nie różni od naszej stadnej gromady? No, z tym może dość sporym wyjątkiem, że u nas jest, niby komicznie, a u was za to śmiesznie do bólu brzucha i łez. O czym mowa? Panie i Panowie!  Przedstawiam wam listę kilku typów facetów, których możecie spotkać praktycznie w każdy weekend na większej imprezie. Gotowi? No to jedziemy:

1. John Travolta, żywcem z Gorączki Sobotniej Nocy wyjęty

Mój ulubiony typ. Tylko wejdzie, a ja już wiem, że to on. Skąd? Nie sposób go nie zauważyć! On już od progu sunie śmiało w kierunku baru tanecznym krokiem. Tu stuknie mokasynem, tam zakręci bioderkiem wszystko okraszając szerokim, śnieżnobiałym uśmiechem. Są tacy profesjonaliści zaprawieni w boju, co to jeszcze dany szlagier snujący się z głośników podśpiewują. Podpływa taki John, rzuca dwa szybkie hasła do barmanki spowijając ją przy tym kolejnym kocim ruchem, wali szybkie cztery banie i ruszając głową do rytmu niczym gołąb na centralnym szuka obiektu. Po wielkości jego źrenic widać, że znalazł i cel namierzył. Ostatni szybki shocik, dyskretne chuchnięcie w dłoń, żeby sprawdzić co tam się z paszczy ulatnia, zaczesanie dłonią grzywy, ewentualnie dyskretne wklepanie żelu we włosie, napięcie klaty, ściśnięcie pasa w spodniach, żeby figurę podkreślić i atak. Ale chwila! Nie, że od razu rzuca się na ustrzeloną wcześniej bystrym wzrokiem łanie, nic z tych rzeczy. Przecież on jest mistrzem w swoim gatunku, na łatwiznę nie idzie i zareklamować się potrafi. Ruchem posuwistym, podkreślającym napięte pośladki, wnika w tłum na parkiecie. Tu piruecik trzaśnie, tam porwie na chwilę inną dziewoje i zakręci nią tak, że biedaczka nie wie, gdzie wyjście. Chwilę urządza wyższą szkołę jazdy, czyli dwie klubowiczki pod skrzydła zagarnia do dzikiego pląsu. Cały czas jednak sukcesywnie, dźwięk po dźwięku, krok po kroku zbliża się do upatrzonej wcześniej zwierzyny. Wzrok ma pewny, uśmieszek błyszczący w świetle neonów, spodnie z nienagannym kancikiem falują w rytm jego ruchów. Słowem, Maserak może u niego ewentualnie lekcje brać. Podjeżdża w końcu do wybranki po półgodzinnych podchodach, i wysapuje pytanko wyciągając ochoczo ręce, by ją porwać w taneczno – erotyczny szał, czy ona zatańczy. I najczęściej, bo w 80% zaobserwowanych przeze mnie przypadków, słyszy, że owszem, nawet na zewnątrz. Bo odpowiada zazwyczaj facet, tej jakże przez Travoltę źle  namierzonej sarenki. Nie traci jednak fasonu, robi obrót tak zwane trzy czwarte z lekkim podskokiem, i tą sama roztańczoną trasą wraca do bazy. Niczym leśniczy na ambonę.  Wlewa w siebie dwie banieczki, żeby jeszcze bardziej zmiękczyć ruchy i przystępuje do kolejnego starcia. Czasem udaję mu się nawet w końcu coś zdobyć i wtedy zaczyna się parkietowa orgia ciał i zmysłów. Ale o tym może, przy innej okazji.

2. Metoda na  zimnego drania, czyli Leon Zawodowiec

Nienaganny fryz, lepszy perfum, skórzana kurtka (choć w klubie 30 czasami od rozgrzanych, gorących ciał), wypastowany but i mina, al’a Rutkowski&spółka. Klata pirata, pachy na odpowiednią odległość od ciała odklejone, bo rąsia sporawa. Lekki, zawadiacki zarost i postawa Ojca Chrzestnego, która mówi: „Ten klub, choć nie jest mój, to i tak jest mój, bo lepszej partii ode mnie w nim nie znajdziesz, maleńka”. Leoś zamawia whisky z lodem, jak na prawdziwego twardziela przystało i uważa skrupulatnie, co by widać nie było, że mu lekko gębę od zbyt mocnego trunku wykrzywia. Jest niczym posąg z gabinetu figur woskowych, żyją w nim i intensywnie pracują tylko oczka. Bo on nie patrzy, a dostrzega, choć głowa ani drgnie. To my jego mamy zauważać moje miłe panie, bo to szycha jest i z byle kim nie tańczy. No właśnie i tu ciut wyjaśnienia, bo tańcem, jeśli już w ogóle któraś z nas na zainteresowanie zasłuży, ciężko to nazwać. Ów osobnik swój czar ma tak ogromny, że mówi niewiele. On po prostu nie słuchając głosu sprzeciwu porywa na parkiet. Niestety, oprócz sprzeciwu, nie słyszy chyba jednak też muzyki patrząc na jego nieskoordynowane ruchy. No, chyba, że ja o czymś nie wiem, i każdy z nich przed wyjściem na wojaże połyka kij od miotły. Cała sztuka taneczna bowiem polega raczej na stąpaniu w jednym miejscu i jednym, góra dwoma ruchami nakręconego robota z bazaru Różyckiego. Czasem od niedoboru magnezu chyba warga mu się lekko uniesie w zarys czegoś, podobnego do uśmiechu, czasem coś nawet przemówi. Choć zazwyczaj jest to tylko jedno za to zasadnicze, jak na zawodowca przystało, pytanko: „u mnie, czy u ciebie”. Potem to już tylko chwila, żeby naprostować skrzywienie twarzy po solidnym policzku od wku*wionej niewiasty, zmiana z Leona na Bonda, czyli zamówienie wstrząśniętej, nie mieszanej i można zacząć od nowa. Wszak do rana daleko. Jeszcze dalej, niż do sukcesu w podrywie.

3. Dobry bajer podstawą udanego polowanka, czyli :  Posiadacze Czarnych Beem’ek, Poszukiwacze, Degustatorzy i inni

To grupa najbardziej mnie jednak zadziwiająca i zawsze przyprawiająca o zawał. Ze śmiechu. Nienawidzę ich z jednego istotnego powodu. Zawsze mam przez nich rozmazany makijaż. Bo jak się nie popłakać, gdy na wejściu zamiast cześć albo chociaż pytania jak mi na imię, słyszę krótko i nad wyraz zwięźle: „Mam BMW”. Ku*wa, ileż mocy w jednym zdaniu drogie panie!  Przecież taka informacja i argument powaliłby nawet najbardziej oporną partię w mieście! Albo Poszukiwacz, który wjeżdża, podjeżdża do wybranki i prosto z mostu romantycznie zasuwa pytankiem w stylu: „Masz może mapę? Bo zgubiłem się w twoich oczach”. No jasne, że mam! Zawsze na dyskotekę zabieram, razem z kompasem, co by w drodze do toalety nie zabłądzić. Kiedyś też, zdarzyło mi się spotkać Degustatora, od którego usłyszałam wiele mi mówiące: „Żułbym twoje usta, bejbe”. To specyficzna grupa facetów, która zamiast na ruchy ciała, czy tajemniczość stawia na siebie. Swoją błyskotliwość, rażący blaskiem wdzięk i pomysł. Bo jakim to geniuszem trzeba być, żeby bez ceregieli na wstępie wypalić do laski: „Wpadłaś mi w oko maleńka. Nie zepsuj więc tego!”. No i ciach, leżysz pod barem, bo sama myśl o tym, że to ciebie właśnie z tłumu wyłowił, może położyć i nie pozwolić długo wstać. I jeszcze to obciążenie, że on taki amant cię chciał,  a ty teraz się głów, jak tego nie spieprzyć? Nie zaprzepaścić tejże ogromnej szansy na to, by przez kolejne góra dwa weekendy być ozdobą jego fury. To strażnicy kwiecistej mowy polskiej, którzy nie boją się słów jako broni używać. Najczęściej strzelają na tyle celnie, że od razu szukasz wyjścia z napisem „ewakuacja” albo tracisz oddech na długą chwilę. Proponuję pierwszą formę rozwiązania, czyli wykończenie takiego delikwenta długotrwałą ucieczką, gdyż niedobór powietrza w mózgu może doprowadzić do zgubnych dla nas zachowań. A mowa oczywiście o kroku kolejnym. Czyli jak już strzeli nam pierwszego zamraczającego liścia jednym ze swoich hasełek, to ciągnie do tańca. A tam tańczy skąpo, bo nadal mówi. A raczej komplementami zasypuje twierdząc, że gdybyś była kanapką, nazwałby cię McBeauty. To idzie zmysły i rozum po takim haśle postradać. Nie daj boże zemdleć, dać się objąć, ktoś to zobaczy, ktoś fotkę cyknie. Jak ty się dziewczyno potem, na ulicy pokażesz? Bezpieczniej jest omijać, ewentualnie od razu nawiać w sina dal. Żeby rano po przebudzeniu przypadkiem nie usłyszeć:  „Powiedz mi foczko jak to jest, że się tobą zaciągam, choć wcale nie palę?”. Brrr :)

Kolorowe światła, sztuczny dym, rozbawiony tłum, popychają co niektórych do zadziwiających zachować. Przedstawiłam tylko trzy z nich, choć zdaję sobie sprawę, że jest ich więcej, o zgrozo. Stańcie kiedyś na spokojnie, bardziej z boku i poobserwujcie. Może nikogo nie wyrwiecie, za to ubaw po pachy gwarantowany.


„Jestem za prawem wyboru każdej kobiety, ale nie każcie mi klaskać za dokonanie aborcji na życzenie”

Listy do redakcji
Listy do redakcji
24 października 2016
Natalia Przybysz
Fot. Wikimedia / Andrzej Belina-Brzozowski, Agencja L&B Photo /

Piszę do was, bo nie daje mi spokoju ta sytuacja, a wiem, że na waszym portalu mój głos może zostać zauważony i przeczytany przez wszystkie te kobiety, które czują podobnie jak ja. Otóż od soboty myślę o tym, co się stało. Czemu miał służyć wywiad z Natalią Przybysz dla Wysokich Obcasów, w którym piosenkarka mówi o dokonaniu aborcji. I pewnie sama aborcja nie wywołałaby takiego oburzenia, co sposób, w jaki zostało o niej powiedziane, jakie powody aborcji zostały podane.

Zaczął się hejt, wylewanie wiadra pomyj. Wiadra, ba całego basenu obelg, wyzwisk i gróźb. To z jednej strony, a z drugiej słychać brawa za odwagę, za odczarowanie tematu tabu, o mówieniu głośno, że żadne zakazy i nakazy niczego w decyzji kobiet nie zmienią.

A ja stoję w rozkroku. Bo nie ma we mnie w ogóle potrzeby oceny decyzji Natalii, ani też zachwytu nad tym, że głośno o tym powiedziała. To jej wybór, jej życie i to ona bierze odpowiedzialność za to, co robi i mówi. A przecież o ten wybór walczymy. Także o ten, który nie musi być zgodny z naszym sumieniem. Ktoś głośno w końcu powiedział: hej, nie chodzi nam tylko o utrzymanie obecnego kompromisu, chodzi nam o legalność aborcji, tej do 12-tego tygodnia ciąży. Teraz ten głos wybrzmiał bardzo mocno i bardzo dosadnie. I odniosłam wrażenie, że spowodował podział. Podział wśród tych, które jeszcze trzy tygodnie wcześniej krzyczały jednym głosem.

Bo solidarność kobiet jest bardzo krucha. Jest taka krucha, że złapana mocniej w dwa palce może rozlecieć się w pył. Dlatego uważam, że wywiad z Natalią zrobił mimo wszystko więcej złego, niż dobrego. Bo o aborcji na życzenie nikt głośno mówić nie chce. Zaczęła się nagonka na Natalię, a z drugiej strony na wszystkie te kobiety, które zaczęły stawiać pytania: „Ale o co właściwie walczymy”. Nie chcemy zaostrzania prawa, ale czy chcemy by przerywano ciążę na życzenie? Bo większość kobiet jednak tego nie chce, a tym, które są matkami, trudno zaakceptować fakt, że ktoś ze względu o dbałość własną wygodę przerywa ciążę.

I mam wrażenie, że dziś w kobietach jest strach przed głośnym powiedzeniem: „Nie zgadzam się na pełną legalność aborcji”, bo to znaczy, że wycofują się rakiem ze wspólnej walki o prawa kobiet. Myślę, że tysiące kobiet nagle zamilkło i tak jak ja nie wie, w którą stronę ma teraz pójść. Poprzeć dzisiejszy strajk? Czy może stwierdzić, że ten z 3 października wystarczył, że kobiety pokazały jaka jest w nich moc, wiedząc też, że każdy kolejny będzie obnażał jednak słabość kobiecej solidarności, bo uczestniczek protestów moim zdaniem będzie coraz mniej.

Zupełnie nie wiem, co myśleć. Bo nagle dowiedziałam się, że co czwarta kobieta w Polsce dokonuje aborcji. Wśród moich przyjaciółek, kuzynek, rodziny nie ma żadnej kobiety, która przerwała ciążę, bo nie chciała mieć dziecka, bo nie była gotowa na zostanie mamą. Jasne, że wiele miało wątpliwości, czy podoła, czy sobie poradzi. Nie ma co udawać, że czasami ciąża nas zaskakuje, choć jesteśmy dorosłe i zdawałoby się, że o antykoncepcji wiedzieć powinnyśmy wszystko, ale nie wiemy. Albo wiemy za mało. Popierając strajk kobiet popieram prawo do edukacji seksualnej, do edukowania młodych ludzi o sposobach zapobiegania ciąży, o mówieniu o tym, iż seks nie powinien być traktowany jak narzędzie, a człowiek jak przedmiot.

Popierając strajk kobiet, popieram prawo wyboru każdej kobiety, każdej, która rozważa przerwanie ciąży i tylko ona zna powody, dla których w ogóle taką decyzję rozważa. Czy chciałabym mówić o tym głośno? Nie wiem, są kobiety, które mają taką potrzebę, choć ja nadal nie rozumiem, komu ma to służyć?

Bo dziś już wśród kobiet toczą się dyskusje o skrajnych feministkach, o politycznym wykorzystaniu kobiet, by podkopać autorytet obecnego rządu. Może kolejny, ten który dziś stoi murem za kobietami, odwróci się od nich, kiedy tylko dotrze do rządowego koryta? Tego nie wiemy.

Myślę, że zgubiona została pierwotna idea solidarności kobiet. Że zamiast mówić o tym, że mamy prawo do samostanowienia, rozmawiamy o 60 metrach kwadratowych Natalii. A przecież nie o to chodzi, nie chodziło o przysłonięcie tego, o co walczymy. Mam takie poczucie, że wiele kobiet poczuło się zrobionych na szaro. Mimo wszystko, choć nie oceniają, wiedząc, że same takiej decyzji nigdy by nie podjęły, to jednak poczuły, że ich protest, ich solidarność jest wykorzystana w innym celu niż na początku było mówione. Bo już nie ma mowy o tym, że moje ciało należy do mnie, nie ma mowy o tym, że ktoś chce nam odebrać prawo do decydowania, nie ma mowy o naruszeniach demokracji przez mających w poważaniu prawa kobiet, na których im zależy.

Nie, w całej tej bardzo moim zdaniem potrzebnej dyskusji i działaniu wszystko zostało sprowadzone do aborcji na życzenie, do aborcji dokonywanej z pobudek, z powodu których pewnie zdecydowana większość kobiet ciąży by nie przerwała. Czy coś to zmienia?

Niestety tak. Obserwuję dziś informacje o strajku kobiet, o którym bardzo mało medialnie informacji się pojawia. Czy znowu ulice miast zaleją rozłożone parasolki, czy jednak część kobiet wycofa się nie chcąc podpisywać się pod wyznaniem Natalii Przybysz? Bo choć jest za prawem wyboru, to jest przeciwna aborcji na życzenie, bo same nigdy by jej nie dokonały. Wybieraj, ale nie mów mi o tym, co robisz – mam poczucie, że taki głos dzisiaj wybrzmiewa. Czy jest to hipokryzja?

Nie wiem.  Czy hipokryzją możemy nazwać fakt, że nie chcę wiedzieć, że ktoś dokonał aborcji na życzenie? Nie chcę wiedzieć, bo mnie to dotyka, bo sprawia, że jest mi zwyczajnie po ludzku smutno. Walczę o prawo wyboru kobiet wiedząc, jakie niesie to za sobą konsekwencje. Ale wyznanie Natalii Przybysz? Czy było potrzebne? Ja za odwagę klaskać nie będę… I tak, jak mam nadzieję, że nie był to tylko chwyt sprzedażowy w końcu szanującego się pisma dla kobiet, które zawsze strajk popierało. Tak muszę przyznać, że to jednak strzał w kolano. Strzał w kolano wszystkich tych kobiet, które nieustannie powtarzały: To, że popierasz #czarnyprotest nie znaczy, że dokonałabyś aborcji, to kwestia wyboru każdej kobiety, indywidualnego wyboru.  Popierasz prawo wyboru, a nie aborcję. A teraz? Te wszystkie kobiety będą utożsamiane z historią Natalii, choć same na aborcję by się nie zdecydowały. Mamy walczyć po to, by ktoś mógł powiedzieć głośno: pięć minut i ulga, i zebrać za to skrajne opinie? Myślałam, że walczymy o to, żeby kobiety miały prawo wyboru. Popieram #czarnyprotest, ale proszę nie każcie mi się zachwycać nad tym, że ktoś dokonał aborcji na życzenie. To jej wybór, ja o ten wybór walczę nie oceniając w żadną ze stron. To wszystko.


Zobacz także

Fot. istock/miljko

Co nam daje makijaż i dlaczego niektóre kobiety z niego rezygnują. A ty? Byłabyś w stanie?

Fot. Renata / archiwum prywatne

Ło matko i córko!

Bank Radości

Jak odmienić swoje życie zwiększając świadomość tego, co ważne?

https://www.steroid-pharm.com

www.medicaments-24.com

https://medicaments-24.com/