Płakałam, ale nie długo. Mówiłam sobie: „musisz być odważna”. Żałuję, że jesteś tchórzem

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
4 listopada 2016
Fot. iStock/Marco_Piunti
 

Mówisz, że kochasz, a miłość nie zna strachu. Obiecujesz, że na zawsze, na wieki, przysięgasz, że nigdy aż tak.  Dajesz pewność, dajesz siebie. A jednak, przychodzi w końcu ten dzień. Dzień w którymi, po prostu uciekasz. I nagle nie ma już „nas”. Zostaję tylko „ja”.

„Przepraszam, nie radzę sobie, muszę to przemyśleć, ułożyć” – piszesz na żółtej kartce, takiej do notowania sobie różnych ważnych rzeczy. Przykleisz ją na lustrze, przy drzwiach, nie bacząc, że spadnie jak tylko się za tobą zamkną. I już oboje wiemy, że nie poukładasz. Jestem twoją żoną albo mężczyzną, z którym chcesz spędzić życie, albo może twoim dzieckiem, którego nigdy nie chciałeś mieć, ale „stało się” i już. A ty? Wiesz kim jesteś? Tchórzem.

Żona, kochająca. Bardzo.

Poznaliśmy się w liceum, jesteśmy ze sobą od matury. W tym roku minęło 15 lat naszego związku. 15 wspólnych, naprawdę dobrych lat. W styczniu świętowaliśmy piątą rocznicę ślubu, skończyliśmy urządzanie pierwszego, własnego mieszkania. Zaraz potem zaszłam w ciążę – wyczekaną, upragnioną. Pierwsze USG, wspólnie, łzy wzruszenia i szampan bezalkoholowy. Impreza dla znajomych, sprzeczki o to, czy lepszy pierwszy chłopiec, czy dziewczynka. A potem – 10 pięter w dół. Szok i słowa lekarza – płód z trisomią w 21 parze chromosomów. Inaczej zespół Downa.

Zamykam oczy i czuję pulsowanie w skroniach. Słabo mi. Kiedy patrzę na mojego męża, widzę, jak szarzeje, blednie, a jego twarz zmienia się nie do poznania.

Do domu wracamy w milczeniu. Milczymy cały wieczór i następny ranek. Z tym, że ja już wiem: urodzę, wychowam to dziecko. Przecież już je kocham. Są możliwości, mamy pieniądze, będziemy pracować, ciężko pracować z naszym dzieckiem od urodzenia, by rozwijało się jak najlepiej. Ja mogę pracować w domu, dorabiać zleceniami, jeśli będzie potrzeba. Poradzimy sobie.

Okazuje się jednak, że nieprzespana noc mojemu mężowi przynosi całkiem inną refleksję. Wieczorem przychodzi z adresem zagranicznej kliniki. – Nie będę chował Downa – mówi, bo to już nie jest jego „upragniony maluch”, to już tylko „jakiś Down”. Nie zgadzam się, chcę urodzić. Tłumaczę, przekonuję.  Najpierw się dziwi, potem jest przerażony. Tydzień później znika. Pakuje się, kiedy mnie nie ma w domu. Kiedy wracam zostaje mi po nim żółta karteczka. I zdjęcia, na ścianie. Wyłączył telefon, potem nie odbierał. Od tego momentu rozmawiamy przez SMS- y. Co pisze? To, co na żółtej karteczce. I, że się boi, że nie da rady. Ani razu nie pyta, jak się czuję.

Płakałam, ale nie długo. Mówiłam sobie: „musisz być odważna, dla dziecka”. Przetrwałam. Nasi znajomi nie mogli uwierzyć, że odszedł.

Któregoś dnia odwiedziła mnie teściowa. Powtarzała, że powinnam wiedzieć, że mój mąż to bardzo dobry człowiek. Ale on się boi. Boi się, że nie da rady. Ja to przecież muszę zrozumieć.

Kiedy rodzi się nasz syn, jestem sama. To znaczy, jego nie ma przy mnie. W szpitalu odwiedzają mnie rodzice, przyjaciele organizują transport do domu.

Minęły już dwa miesiące, mój mąż nie widział naszego dziecka. Przysyła pieniądze. Wynajął mieszkanie, pracuje, chodzi do teatru. Boi się. Wiele razy potem myślałam – przecież nigdy wcześniej mnie nie zawiódł. Ale też nigdy wcześniej, nie przeżyliśmy tak trudnych momentów, nie musieliśmy się „sprawdzać”. Co będzie, jeśli wróci? Nie myślę o tym, choć tęsknię.  A, i kochana teściowo – jeszcze nie zrozumiałam.

Córka, stęskniona. Bardzo

Tata odszedł od mamy, kiedy miałam trzy lata. Zakochał się, ożenił drugi raz, z tamtą kobietą. Zaraz potem urodził mu się syn. Nigdy nie poznałam mojego brata, żonę taty widziałam kilka razy w życiu. Co z tego wszystkiego rozumiałam? Tyle, ile tłumaczyła mi mama, a ona nigdy nie wykorzystywała jego zdrady, ani odejścia, żeby mną manipulować, nigdy nie utrudniała mu spotkań ze mną. Dopiero z czasem zaczęłam odczuwać, jak te spotkania mu ciążą. Wiesz, co zapamiętałam? Odkąd się wyprowadził, rzadko kiedy patrzył mi w oczy, rzadko kiedy przytulał. A potem  to już przychodził do mnie coraz rzadziej. Systematycznie, coraz bardziej znikał z mojego życia.

Kiedy skończyłam 15 lat, uznał, że jestem wystarczająco dorosła i napisał list. Dużo dziwnych słów, słów, które pojedynczo brzmiały znajomo, ale zebrane razem w tym liście, układały się w coś niezrozumiałego: „Bardzo cię kocham, ale… ”. Jak się potem okazało, „ale” kryło w sobie w sobie koniec naszej relacji. Bo czy ojca można mieć „zaocznie”?

Jakieś dwa lata temu, po moich 20-tych urodzinach, wszystkie małe obrazki ułożyły mi się w całość. Kierował nim strach. Bał się „sam na sam ze mną”, moich pytań, dlaczego nie mieszka już z nami, dlaczego nie kocha mamy. Potem bał się nastoletnich wyrzutów. No i wreszcie – swojej żony. To ona była przeciwna jego wizytom w naszym domu. To w tajemnicy przed nią, zabrał mnie całe trzy razy do kina.

Mój ojciec, zamiast miłości, ciepła, obecności, dawał mi to, co nie wymagało odwagi –  przesyłał zabawki, pieniądze na konto, a teraz „lajki” na Facebooku. Żałuję, że jest takim tchórzem. I bardzo za nim tęsknię.

Justyna

Jest noc. Leżysz obok, przysnąłeś. Boisz się, wiem. Boisz się, że przegapisz moment mojego odchodzenia.  Obiecuję, że poczekam, aż się obudzisz. Nie wyobrażam sobie, by mogło być inaczej.  Mówisz mi ciągle, że jestem piękna. Ja wiem, jak wyglądam, wykończona chorobą, chemią, bólem fizycznym. A jednak sprawiasz, że ci wierzę. Ale mam w sobie spokój. Byłeś przy mnie, kiedy nawet nie śniło mi się to całe umieranie. Trzymałeś za rękę, gdy lekarz przekazywał pierwszą diagnozę, a potem, gdy walczyłam. Jesteś i będziesz i teraz, choć nie wiąże nas żadne ziemskie prawo. Dziękuję.

Nie, nie można nikogo osądzać.  Ale przyznajcie, piękna jest miłość, która nie okazuje strachu.


„Kim jestem?” – pyta siebie Ewa, ale nie umie znaleźć odpowiedzi. Wie tylko jedno, to nie jest jej życie. Nigdy go nie miała

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
3 grudnia 2016
Fot. iStock/alien185
 

Córeczka tatusia. Puszek – Okruszek. Duma. Oczko w głowie. Jego mała kobietka.  Ewa nie wie, czy powinna być swojemu ojcu wdzięczna za tę całą wielką miłość, którą od niego dostała, czy płakać nad swoim zagubieniem. Bo to ojcowskie uczucie owinęło ją tak szczelnie, tak wysoko uniosło nad ziemią, tak objęło troskliwymi ramionami, że dziś zbyt często brak jej tchu. W miłości zaś dusi się po prostu. I nie wie już kim jest naprawdę.

Odkąd pamięta, zawsze była najważniejsza, pierwsza, jedyna. Mama śmiała się nawet, że ojciec traktuje ją jak królową, ale to ona, ich córeczka jest cesarzową w domu. Miała jego uwagę, czas, czułość, wsparcie – coś, o czym jej koleżanki mogły tylko marzyć. Dlatego też, kiedy zaczęła dorastać, stanęła z boku, odsunęła się. Daleko jej było do ich problemów, nie rozumiała ich, nie potrafiła znaleźć z nimi wspólnego języka.

Dziwna była ta ich relacja, bez przestrzeni, bez tajemnic. Mieć przed nim tajemnice? Patrzył zawsze tak, jak gdyby wszystko o niej wiedział. Jakby ją zaprojektował, zaprogramował, była dla niego taka przewidywalna.

Oszukać go? Zawieść? Przecież tak cieszył się z każdego dowodu zaufania, którym go obdarzyła.

Czuła wdzięczność. Ogromną wdzięczność. Z tej wdzięczności chyba starała się go zadowolić, najlepiej jak umiała. Świetne oceny, udział w konkursach przedmiotowych, recytatorskich. Kolejne egzaminy z angielskiego, francuskiego. I jeszcze to pianino, którego właściwie wcale nie lubiła. Ale on powtarzał, że ma talent, że świetnie gra. Więc skończyła tę szkołę muzyczną, dostała dyplom z wyróżnieniem. Dla niego.

Mamę też kochała, ale inaczej. Ojciec był jej idolem, autorytetem, a mama po prostu bliskim członkiem rodziny. Zawsze radosna, nieco „postrzelona”, artystyczna dusza. My i mama – taki podział miała w głowie Ewa.

Studia? Te, które dla niej wybrał. Nie, niczego nie narzucał. Było jak zawsze. – Zobacz kochanie – powiedział – To będzie dla ciebie najlepsze rozwiązanie, tu sobie świetnie poradzisz. Tak jakby się bał, że Ewa stanie w końcu przed jakimś wyzwaniem. Przecież on był po to, żeby jej wszystkie kłody spod nóg usuwać. Żeby ją chronić.

Dzień po 22-gich urodzinach Ewy, ojciec odszedł. To był rozległy zawał, bez szans na ratunek. Ewa była wtedy na uczelni, odebrała telefon od mamy.Pierwsza myśl? „Boże, co teraz ze mną będzie.” A potem pustka, żal, rozpacz. Jeden wielki znak zapytania. Co dalej? W którą stronę pójść? Pół roku przetrwała tak, prześlizgnęła się przez życie, zawieszona gdzieś, emocjonalnie słaba, krucha. Mama, ekspresyjna, ekstrawertyczna, przeżywała swoją rozpacz głośno, tuż obok, a Ewa – cicha, poważna, milczała. I robiła wszystko, by nie zawalić studiów, by tata nadal mógł być z niej dumny. Byle tylko nie wybiegać za daleko w przyszłość.

A potem spotkała JEGO. Złożyła aplikację do firmy, w której był współwłaścicielem. Rekrutację przeszła, ale oferty ostatecznie nie przyjęła. Zapadła mu w pamięć, zadzwonił. Zakochała się. To znaczy, on się zakochał i ona wtedy poczuła, że to uczucie odwzajemnia. Tak, jakby nauczył ją tej ich miłości. Podał definicję, a ona ją przyswoiła, przyjęła.

Od roku mieszkają razem. Jest starszy, niezależny finansowo, mądry, opiekuńczy. Jak tata. Przypomina go nawet fizycznie. Ma takie same, brązowe, spokojne oczy. Takie same, szerokie opiekuńcze ramiona. Kocha Ewę. Dba o nią. Usuwa te wszystkie przeszkody, wszystko to, co niewygodne. Wieczorem parzy dwie filiżanki zielonej herbaty. – Ewa – pyta – nie chciałabyś być żoną?. I uśmiecha się tak spokojnie, pewnie. Bo pewny jest odpowiedzi. On WIE, że Ewa powie „tak”. Zna jej emocje, myśli, uczucia. Zna ją na wylot. Jak tata.

Ewa jest szczupła, bardzo szczupła. Dziewczęca, delikatna, śliczna. Jej twarz przypomina twarze z elżbietańskich portretów. Od pół roku dusi się w najlepszym ze związków. Czasem ma „te” sny. Ciężkie, duszące, niebezpieczne. Śni jej się, że ucieka, że chce biec na drugi brzeg, ale nogi grzęzną jej bagnie i już nie może wykonać żadnego ruchu. Tam daleko coś ją woła do siebie, jest dobre, piękne. A za plecami dziwny, nieprzyjemny głos szepce: „Zostań, tu jesteś bezpieczna”. Potem Ewa się budzi, serce bije jej bardzo mocno. Zimno jej i gorąco jednocześnie. Wstaje po cichu, nie budzi śpiącego obok narzeczonego. Idzie do kuchni, parzy herbatę i czeka, aż zrobi się jasno. Duszno jej i czuje lęk. Ogromny, przytłaczający. Chciałaby uciec, zniknąć, ale nie umie tego wytłumaczyć. Przecież powinna być taka szczęśliwa.

„Kim jestem?” – pyta siebie Ewa, ale nie potrafi znaleźć odpowiedzi. Wie tylko jedno, to nie jest jej życie. Nigdy go nie miała.

Ostatnio coraz wcześniej wychodzi do pracy i coraz później z niej wraca.


Drogie flirciary, zostawcie naszych mężczyzn w spokoju. Dla was to tylko adrenalina

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
25 października 2016
Drogie flirciary, zostawcie naszych mężczyzn w spokoju. Dla was to tylko adrenalina
Fot. iStock / Petar Chernaev

Zadzwoniła zapłakana, wkurzona, pokrzykując: „Ale jestem głupia”. Moja znajoma, która wcale głupia nie jest, ale emocjonalna – fakt i owszem. Poza tym, to zdecydowanie najwspanialsza żona jaką znam, ale może dlatego, że i dobry z niej człowiek, po prostu. I uczuciowy. Nie pierwszy raz odbierałam od niej telefon, kiedy wściekła (bo dobre żony też bywają wściekłe) i zrozpaczona jednocześnie wycedziła przez zęby: ta małpa znowu flirtuje z Krzyśkiem.

Opowieści o „tej małpie” – koleżance z pracy męża mojej znajomej słyszę już od kilku miesięcy. Znacie ten typ kobiet, które szczególnie upodobały sobie towarzystwo żonatych i dzieciatych mężczyzn? Słyszałam kiedyś od jednej z nich, że flirt z „zajętym” to większe wyzwanie, większa adrenalina i… większa satysfakcja. Kuszący dekolt nad ekranem JEGO komputera,  SMS-y wieczorne, zaczepki na Facebooku, zbyt duża troska o JEGO dzieci i JEGO zdrowie, wieczna gotowość by rozmawiać o NASZYCH problemach – wszystko to naprawdę nie powinno mieć miejsca.

Drogie flirciary, jeśli po jednej stronie, na szali stawiacie jedynie chęć sprawdzenia się, pamiętajcie, że po przeciwnej leży nasz spokój i dobra atmosfera naszego związku. Dla nas – fundamentalna sprawa.

Drogie flirciary, zostawcie naszych mężczyzn w spokoju

Nie, nie kochamy tego widoku. Mało która z nas ucieszy się na dźwięk „niewinnego” SMSa w sobotnie popołudnie. – E, to „tylko” Kaśka, życzy mi (bo przecież nie nam) udanego weekendu – mówi mąż. A w głowie żony już gotuje się emocjonalny bigos, dobry humor zastępuje szybko przybrana dobra mina do złej gry. Bo dlaczego ta Kaśka, znajoma z pracy, wchodzi nam z butami w naszą intymność, czas, który powinien należeć tylko do nas i naszych dzieci? Dlaczego chce na chwilę zaistnieć w jego myślach i to zupełnie „niezawodowo”?

Wyobraźnia żony pracuje, niezależnie od tego, że mąż jest wierny, lojalny i kocha ją nad życie. Stało się, sygnał odebrany: jakaś inna kobieta przejmuje się JEGO samopoczuciem.

Prawdopodobnie niewiele pośród tych żon, które znam, poczuje dla was, drogie koleżanki naszych mężów, wdzięczność za to, że niby od niechcenia, naturalnym gestem (bo to przecież ciągle nic takiego) poprawicie naszemu mężowi krawat, strzepniecie z jego koszuli okruszki, zaproponujecie koleżeńską kawę – tylko we dwoje i z dala od biura.

Nie będziemy również szczęśliwie, jeśli z większym niż trzeba entuzjazmem i zaangażowaniem będziecie śmiać się jego żartów.

My, frajerki, nie zawsze modnie ubrane żony, niekoniecznie zawsze uśmiechnięte partnerki, bywamy o wiele mnie atrakcyjne towarzysko niż wy, przyznaję. I pewnie to może działać na waszą korzyść. Zmęczone, zdenerwowane, przytłoczone obowiązkami, czasem po prostu wkurzone, bo – jak to w związku – właśnie się posprzeczaliśmy, nie potrafimy udawać, że wszystko jest OK, i szczerzyć się do niego w ciągłej gotowości.

Szlochająca mi w słuchawkę znajoma, powiedziała dziś, że najbardziej zabolało, że:
– on nie zareagował (to prawda, nie powiedział na głos, przy wszystkich, wyraźnie i dobitnie: „Mam najwspanialszą na świecie żonę, bardzo ją kocham, natychmiast się ode mnie odczep ty wstrętna babo”, ale też w żaden sposób na sygnały natrętnej koleżanki nie odpowiedział);
– ona jest młodsza (Kochana B., tego naprawdę nie widać!), świetnie się ubiera (bo ma rano czas, bo nie gania bez ładu i składu próbując naciągnąć podkoszulkę na głowę dwulatka i dobierając skarpetki w szufladzie pięciolatka);
– to jest po prostu nie fair w stosunku do drugiej kobiety (i tu się zgadzam).

Gdzie jest granica flirtu? Dla mnie tam, gdzie druga strona po prostu jest „zajęta”. Nie wierzę w „niewinny flirt” i „tylko takie przekomarzanie się”, nie uznaję wkraczania z butami w NASZĄ rzeczywistość i pchania się z łapani do JEGO krawata.

– Wina jest po stronie faceta – powiecie. – Jakby jej na to nie pozwolił, nie przekraczałaby tych twoich granic. Jeśli cię kocha, nie zauważy tych jej sygnałów, albo je zwyczajnie zlekceważy. Gdybyś była szczęśliwa, pewna siebie, wiedziałabyś, że nic ci nie grozi. Pozbądź się kompleksów i odpuść.

Nie, to nie prawda, że kobieta, która jest szczęśliwa i świadoma swojej wartości nie odczuje niepokoju, a może nawet lęku, jeśli w towarzystwie jej męża pojawi się „flirciara”. Odczułam to na własnej skórze.

W kieszeni wibruje mi telefon. To SMS od męża: Kochanie, dziś kolacja służbowa. Będę później.
Droga K, ty też tam będziesz, podobno. Nie flirtuj z moim mężem, proszę. Ty też może kiedyś będziesz żoną.