Robert Rutkowski: „Dla mnie DDA to przede wszystkim cierpiący człowiek. Nigdy nie definiuję pacjenta problemem, z jakim do mnie przychodzi”

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
21 grudnia 2017
Fot. iStock
 

Przyjaciółka opowiadała mi, że w nocy najbardziej się bała, że ONI po nich przyjdą. Gdy była małą dziewczynką leżała i nasłuchiwała, czy już idą, czy wiedzą, że jej ojciec znowu jest pijany, czy ją zabiorą, czy zabiorą jego? Poziom lęku urastał do niewyobrażalnych rozmiarów. Nasłuchiwała w napięciu, które na chwilę ją opuszczało, gdy kroki cichły piętro niżej…

Dorosłe Dzieci Alkoholików przez lata borykają się z obrazem swoich pijanych rodziców i towarzyszącymi temu emocjami. „Potwora trzeba wyprzeć, potwora nie ma. Co czuje dziecko, które ma przed sobą Boga w postaci rodzica, a jednocześnie kata? To rozrywa człowieka na strzępy, to jest trauma” – mówi psychoterapeuta .

Ewa Raczyńska: Kim jest Dorosłe Dziecko Alkoholika?

Robert Rutkowski: Często mam pacjentów z tak zwanym DDA. Mówię „tak zwanym”, bo jak wiadomo posługujemy się tym określeniem na co dzień, funkcjonuje ono w przestrzeni publicznej, jednak z diagnostycznego punktu widzenia DDA nie występuje w żadnej klasyfikacji. To trochę polski wzór, stworzona formuła. Może i dobrze, bo dzięki niej nadano kierunek pracy z pacjentem, a także części z nich dano możliwość skorzystania z bezpłatnej pomocy w ramach NFZ.

Skoro DDA to sztucznie stworzony twór, to czym faktycznie jest?

Poruszamy się w obszarze zaburzeń lękowych, zaburzeń osobowości. Duża część pacjentów cierpiących na psychozy lękowe ma w tle rodziny alkoholowe. Jednak ważne jest, by zrozumieć, że cechy tak zwanego DDA dotyczą nie tylko rodzin, w których występowało nadużywanie alkoholu.

Ja sam posługuję się określeniem Dorosłe Dzieci Milionerów. Mam pacjentów z DDM. W ten sposób możemy generować wiele określeń mogących świadczyć o takich lub innych dysfunkcjach, a tak naprawdę za każdym razem wracamy do punktu wyjścia – zaburzenia lękowego wynikającego z nieprawidłowości funkcjonowania rodziny, z krzyku i zahibernowania się na poziomie emocjonalnym. Dlatego zarówno w rodzinie alkoholowej jak i w tej, w której są zbyt silne autorytety, gdzie ważny jest tylko sukces, gdzie dzieci i tak dalej głosu nie mają, możemy mieć do czynienia z zamrożeniem potomstwa, jego emocji.

Kiedy pacjent trafia do mnie pierwszy raz, zaczynam od pytania, jaki jest powód tego, że do mnie przyszedł. Jakiś czas temu pacjent odpowiedział: „A nie ma co owijać w bawełnę, jestem alkoholikiem”. Tłumaczyłem mu, że jego problem alkoholowy go nie definiuje. Nie definiuje go jego picie. Załóżmy, że nie ma alkoholu na ziemi, że nie ma tego problemu, poprosiłem, żeby mi o sobie opowiedział bez używania określenia „alkoholik”. I w tym momencie zazwyczaj zaczynają się schody, bo okazuje się, że ktoś ma problem ze stygmatem. Jestem alkoholikiem, narkomanem, jestem DDA. Jestem taki, sraki, owaki. To upraszcza komunikację w pokoju lekarskim czy terapeutycznym, ale niekoniecznie ułatwia pacjentowi życie.

Pamiętam warsztaty, które odbywałem wiele lat temu w Wiedniu. Amerykanie uczyli nas, jak pracować z osobami z tak zwaną podwójną diagnozą, czyli uzależnieniem i zaburzeniem psychicznym, jak do tego podejść. Było dla mnie nieprawdopodobnym odkryciem, gdy my, wygłodniali wiedzy, usłyszeliśmy, że mamy ich traktować tak samo, bez żadnego cudowania, stygmatyzowania, po prostu pracujesz z człowiekiem, a nie z jego chorobą.

DDA usprawiedliwiają się tym, że są DDA?

Bardzo często to robią, bo jestem taki, bo mam to czy tamto. Wie pani, diagnostyka jest dobra do klasyfikacji, archiwizowania, ale niekoniecznie powinniśmy pacjenta stygmatyzować terminem używanym w literaturze, bo może to bardziej zaszkodzić niż pomóc. Więc, jak ktoś się mnie pyta, z kim pracujesz, odpowiadam, że z człowiekiem. To jest dla mnie podmiot, nigdy nie definiuję pacjenta problemem, z jakim do mnie przychodzi, wręcz sugeruję mu , żeby się redefiniował.

Czyli?

W swojej pracy stosuję terapię nawykową, a nie odwykową, ponieważ nie można sobie wyznaczać celu na zasadzie koncentracji tylko na eliminowaniu rzeczy negatywnych, Dlatego podczas sesji pytam, jaki powinien zostać osiągnięty cel, żeby pani/pan był kontent z pracy, która tu zostanie wykonana. I słyszę: no ja bym nie chciał być alkoholikiem, narkomanem, czy właśnie DDA. W takim przypadku odpowiadam, że nic nie zrobimy, bo nie jestem w stanie takiej osobie pomóc, bo takiego celu mózg nie zauważy, bo w przyrodzie nie ma nieobiektów. Na poziomie neurobiologii cel musi być kojarzony z przyjemnością, nie można stawiać sobie celu, który będzie kojarzony z czymś złym, negatywnym, bo nie ruszymy z miejsca. Dlatego między innymi podważam sens profilaktyki uzależnień polegającej tylko na straszeniu. Moim studentom mówię: „zabraniam wam wyobrazić sobie różowego słonia w niebieskie kropki”…

I każdy oczami wyobraźni go widzi.

Właśnie. I tak samo działa profilaktyka uzależnień. Mówimy, czego zabraniamy dzieciakom, a tak naprawdę im to indukujemy. I teraz wracając do stwierdzenia, że nie chcemy kimś być, to bardzo ciężko ten cel zrealizować. Bo jak długo można się cieszyć tym, że nie jestem alkoholikiem, nie jestem narkomanem, dewiantem, kimś chorym. Cel negatywny trzeba przeformułować na cel pozytywny. Jest to istotne w pracy z osobami, które mają podwyższony poziom lęku, a które czasami odbierają bardzo silnie i w bardzo konkretny sposób sens życia. Dlaczego jest to tak istotne? Bo w przypadku DDA mamy do czynienia z nieprawdopodobnie krytyczną samooceną, zdemolowanym poczuciem własnej wartości. Bardzo często występuje także brak umiejętności cieszenia się własnym życiem. Tak naprawdę to są syndromy podobne dla wielu osób bez względu na to, czy ktoś pochodzi z rodziny, w której był pijący rodzic, czy rodzic furiat, który nigdy nie pił alkoholu, ale jest krzykaczem, bo był apodyktycznym dyrektorem, czy przemocowcem.

Syndrom DDA jest ściśle związany z osobami doświadczającymi przemocy. To nieustanna obawa u osób lękowych przed byciem osądzonym i byciem krytykowanym, jednocześnie samemu wchodząc w rolę krytyka i oceniającego. Dlatego tak ważne jest znalezienie pozytywów. Terapia nawykowa w moim wykonaniu, wyrabia nowe nawyki, jest jak kropla drążąca skałę, daje nowe doświadczanie i omawia te pozytywne, które staramy się wzmocnić.

Zatem wracając do pani pytania, kim jest osoba DDA, to dla mnie jest przede wszystkim cierpiącym człowiekiem.

DDA jest dobrym wytrychem? Często można usłyszeć: nie jestem w stanie związać się z żadnym mężczyzną, nie stać mnie na bliskość, jestem ofiarą, bo jestem DDA.

I tyle gry wstępnej, ale po tym należy przejść dalej, odpowiedzieć sobie na pytanie, czy chcemy podjąć terapię, czy przynajmniej korzystać z narzędzi szeroko pojętego rozwoju osobistego, żeby pewne skrypty w sobie przeformułowywać? Bo to, że mamy – przepraszam za wyrażenie – pieprzony skrypt rodzinny, to jeszcze nic nie znaczy. Sam tego doświadczyłem. Mój ojciec nigdy nie nadużywał alkoholu, ale w domu miałem ciągłe awantury, ciągłe scysje, rodzice kłócili się, ponieważ ojciec nie radził sobie ze swoją seksualnością. Był seksualnie nieokiełznany do tak kuriozalnego stopnia, że na jego pogrzebie widziałem wiele płaczących kobiet, o których nie wiedziałem, kim są. Co ja mogłem w domu mieć? Ciągłe napięcie, odtrącenie mojej matki?

Kwintesencją stanów lękowych, które możemy nazywać DDA, bo tu rzeczywiście chodziło o dziewczynkę, której ojciec był alkoholikiem, jest historia mojej pacjentki. Ta pani jest wysokiej klasy funkcjonującym menadżerem w Anglii. Zwróciła się do mnie z nieprawdopodobnym poziomem lęku, który przyjął formę takiej destrukcji, że w nocy słyszała długopis upuszczany przez sąsiadów na podłogę. Odgłos dla niej jak wystrzał armatni. Proszę sobie wyobrazić, że tak podskoczył jej poziom odczuwania bodźców, że lekki wiaterek sprawiał jej fizyczny ból. Nikt nie był w stanie jej pomóc. Lekarze rozkładali bezradnie ręce, a ona odczuwała okropny ból i szczególnie w nocy nie była w stanie normalnie funkcjonować. Co się okazało? Dokopaliśmy się do czasu, kiedy była małą dziewczynką. I ta mała dziewczynka, mieszkająca w swoim rodzinnym domu, co wieczór nasłuchiwała kroków na schodach, kroków kata, czekała na ojca, który wejdzie i będzie ją tłukł. Dzisiaj jest po 40- tce i choć minęło wiele lat, jej ciało dalej jest w tym domu, w tym łóżeczku, dalej jest tam fizycznie, bo jesteśmy tam, gdzie są nasze kotwice.

Terapia z kimś takim jest niesamowicie trudna, ponieważ to jak próbować gołymi rękami wyskrobać ścianę z betonu. Dla niej wielkim sukcesem było pójście do pracy, bo bała się wszystkiego, nie pomagały jej żadne leki, po pół roku terapii odważyła się wyjść na basen.

Traumy z dzieciństwa mogą w nas uderzyć na każdym etapie życia? Wiele kobiet koło 40-tki robi rachunek sumienia, szuka odpowiedzi na to, kim są. Widzą więcej?

To się nazywa dojrzałość. Wraz z wiekiem i dojrzałością zmieniają się priorytety, zaczynamy eliminować szum, dokonujemy selekcji, przestajemy się podniecać byle czym. Ale uwaga – opada mgła, opada szum, zawirowania – szkoła, studia, pierwsza praca, dziecko, człowiek pędzi, pędzi i nagle staje, zatrzymuje się. A co robimy, gdy się zatrzymujemy? Rozglądamy się. Następuje chwila refleksji. Nie zawsze jednak jest tak, że pacjent chce podomykać drzwi z przeszłości. I ja ze swojego doświadczenia zawodowego w leczeniu uzależnień, ale też ze swoim prywatnym bagażem doświadczeń, ucieczek i pułapek wszelakich, wiem, że terapeuci popełniają błąd biorąc za wcześnie na warsztat domykanie przeszłości. U osób uzależnionych może to nastąpić co najmniej po pół roku terapii uzależnień, a najbezpieczniej po dwunastu miesiącach. Widzę, co się dzieje z moimi pacjentami, oni po roku terapii dochodzą do pewnej równowagi po okresach hazardu, seksoholizmu, narkomani. To czysta neurobiologia.

Czy w przypadku osób lękowych następuje uzależnienie? Na przykład od adrenaliny?

Tak, to jest uzależnienie. A czym jest syndrom sztokholmski? Przecież u człowieka, który jest na granicy utraty życia, jest zakładnikiem, mózg automatycznie wysyła kortyzol i adrenalinę, robi to non stop. I po jakimś czasie stajemy się od tego uzależnieni, nie możemy normalnie funkcjonować. Tyle, że więź z oprawcą nie jest więzią z nim, bo on to tylko dostarczyciel bodźców, a nasz mózg zostaje zalany całą lawiną tych wszystkich neurohormonów, które nasz mózg produkuje.

Kiedy ta mgła opada, kiedy się zatrzymujemy i rozglądamy, możemy udawać, że nie widzimy problemu?

Powołując się na Roberta Bly’a i jego esej o istocie męskości, w którym mowa, że my mężczyźni za mało posługujemy się językiem baśniowym, odwołam się do wątku literackiego. To jest jak pójście na strych znane z amerykańskich horrorów. Bohaterom się mówi, że gdzieś u góry jest pokoik, do którego lepiej nie zaglądać. Oczywiście natychmiast tam idziemy i otwieramy drzwi, które niekoniecznie chcielibyśmy otworzyć. To zatrzymanie się, ochłonięcie może być cudowne, jeśli znajdujemy w odpowiednim kontekście. Czyli mamy pełną rodzinę, jesteśmy bezpieczni, mamy stabilizację, partnera, cokolwiek by się nie działo…

Tylko często nie mamy tego wszystkiego…

A grzebiemy…

Tak, a nie mamy, bo nie potrafiliśmy tego zbudować zmagając się ze swoimi lękami.

Jest coś takiego jak mitologizacja terapii. Trochę pójście na łatwiznę. Często ludzie trafiający na terapię chcą najpierw zająć się przeszłością, a dopiero później teraźniejszością. Ja proponuję moim pacjentom coś innego: „Jeśli nie jesteś na krawędzi, jeśli jesteś w stanie, najpierw spróbuj zrobić coś dla samego siebie w myśl zasady: sam bądź zmianą, żeby zmianę dostrzec we wszechświecie”, poukładaj sobie bieżączkę. Popłać zaległości, idź na zaległą wizytę do dentysty, do ginekologa”, w przypadku moich pacjentek często do endokrynologa. Pytam: „kiedy pani była ostatnio u endokrynologa”, a ona się dziwi, jaki to ma związek. Więc tłumaczę, że skoro mówi o zaburzeniach depresyjnych i szuka terapii w obszarze depresji, chce brać leki antydepresyjne, to może przechodzi właśnie okres przekwitania. Szok. Jak śmiałem powiedzieć prawdę prosto w oczy. A ta kobieta nie chce zacząć od pójścia do endokrynologa, bo wypiera proces starzenia się i idzie na terapię podomykać przeszłość będąc rozdygotaną, pijąc 10 kaw dziennie… Będąc terapeutą znam siłę tego narzędzia i apeluję – mogę w to wejść, ale najpierw należy wykonać pracę własną. Na moim miejscu nie siedzi pan z wahadełkiem i nie powie „następny, ty jesteś uzdrowiona”. Tymczasem ludziom nie chce wykonać się tej pracy, dlatego tak modne są usługi coachingowe… Sam jestem coachem i wiem jaką krzywdę można człowiekowi zrobić mówiąc, że może wszystko.

To bardzo ciekawe, to zajęcie się w pierwszej kolejności teraźniejszością.

Mówił już o tym psychoterapeuta Carl Rogers w swojej teorii zmiany. Jeżeli my z przeszłości chcemy wejść do przyszłości, to będąc jedną nogą w przyszłości narażamy się na depresję, bo nie możemy niczego już zrobić, możemy tylko redefiniować pewne wydarzenia w terapii. Z drugiej strony wizualizując sobie tylko przyszłość, możemy się narazić na jeszcze bardziej intensywne stany lękowe, bo ta przyszłość jest niejasna, a my pomijamy teraźniejszość. Więc terapia tak, pod warunkiem, że powiesz mi, co zrobiłaś teraz dla swojej teraźniejszości. Jeśli pacjent bądź pacjentka są gotowi, wtedy możemy próbować patrzeć w tę przeszłość i zdobywać wiedzę na temat swojej tożsamości. Po to się w nią zanurzamy, żeby zrozumieć, kim jestem, jaka jest moja tożsamość.

Bardzo często próbuję zasugerować swoim pacjentom, że to kim jesteś dzisiaj, to nie jest ani twoja wina, ani twoja zasługa, to jest mały fragment twojej pracy własnej. Więc tak naprawdę najpierw trzeba tych ludzi odciążyć z tego, że są zdefektowani. Dlatego proszę o mówienie o swoim człowieczeństwie, p tym, czego pragniesz, co kochasz, co ci się udało w życiu zrobić. Właśnie o tym ludziom z syndromem DDA bardzo często trudno jest mówić, bo oni nie mają poczucia, że coś im w życiu wyszło, choć często mają skończone dwa fakultety, bo lęk zamrażał im możliwość mówienia o sobie. Najlepiej się mówi o innych, pokazując ich palcem.

Myślę sobie o rozdygotanej kobiecie, ma dwójkę dorastających dzieci, jest w związku, w którym wydaje się jej, że nie jest szczęśliwa. Chciałaby coś w swoim życiu zmienić. Od czego mogłaby zacząć?

Niezwykle ważne jest, żeby oprócz zdobycia świadomości, nazwania tego kim jestem, co mnie uwiera, poznać mechanizmy, które nami kierują.

Kobieta, o której pani mówi, mogłaby być moją ostatnią pacjentką. 45 lat, dwójka dzieci, mąż. Zadawałem jej pytania, a ona zaczynając na nie odpowiadać była przekonana, że miała szczęśliwe dzieciństwo, że nigdy nie widziała pijanego ojca. Owszem pił, były kłótnie jak w każdej rodzinie, ale to przecież normalnie. Ale to nie jest normalne, dlatego tak ważne jest rozprawienie się z mechanizmami. Wielu ludzi nie wie, jakie wzorce są tymi dobrymi. Mam pacjentów, którzy uważają, że można bić dziecko. W jednej z terapii z dorosłą kobietą wyszło molestowanie seksualne, ona była zdziwiona, że korzystanie przez ojca z usług seksualnych córki nie jest normą. To się często w głowie wrażliwego człowieka nie mieści.

Potwora trzeba wyprzeć, potwora nie ma. Co czuje dziecko, które ma przed sobą Boga w postaci rodzica, a jednocześnie kata? To rozrywa człowieka na strzępy, to jest trauma. Jedno słowo może komuś zdemolować życie. Ja w oparciu o lekturę „Sny, wspomnienia, myśli” Carla Junga powiedziałbym, że zniszczyć życie może nawet jeden drobny gest.

Jung opisywał historie swoich pacjentów, między innymi 50-letniej pacjentki z całkowicie zdemolowanym życiem, po nieudanych związkach, próbach samobójczych. Ta kobieta przyszła na terapię. Cofali się i cofali w jej przeszłości, aż dokopali się do sytuacji, gdy ona miała 18 lat. Ojciec prawnik, matka lekarka, podwiedeńska posiadłość. Ta dziewczyna po lekcji gry na fortepianie zostaje przyprowadzona do domu przez dwójkę policjantów, ponieważ w parku została zgwałcona. Jest brudna, rozdygotana, ma porwane ubranie. Staje na progu domu przed rodzicami. Przestraszona. Służba rozbiega się na boki i w tym momencie ona spotyka wzrok ojca, który patrząc na córkę i nie jest w stanie ukryć… nie wiadomo czego. On z przerażenia, myśląc o tym, co spotkało jego ukochaną córeczkę, poczuł obrzydzenie i odwrócił wzrok na ułamek sekundy, nie mógł na nią patrzeć . To dostrzeżone przez nią odwrócenie wzroku spowodowało cała lawinę przykrych zdarzeń w życiu tej kobiety…

My często myślimy, że nasze dzieciństwo było szczęśliwe…

A wystarczy czasami jakiś gest, słowo, które kompletnie zdemolują nasze życie. Musi przyjść właściwy czas, żeby móc się z tym zmierzyć i usłyszeć jedno zdanie, może tylko słowo, które to życie zmienią na lepsze.


Robert Rutkowski

Robert Rutkowski

Robert Rutkowski: pedagog, psychoterapeuta, specjalista terapii osób uzależnionych, trener umiejętności psychologicznych, wykładowca w Szkole Biznesu Politechniki Warszawskiej, , w latach 2010-2012 opiekun psychologiczny Żużlowej Reprezentacji Polski, autor książek: „Oswoić narkomana”, „Pułapki przyjemności”

 


11 powodów, dla których najfajniejsze dziewczyny najdłużej są singielkami

Redakcja
Redakcja
21 grudnia 2017
Fot. iStock/ASashka
 

Życie w pojedynkę nie jest jednoznaczne z odrzuceniem, smutkiem i samotnością. Te z nas, które wybierają życie singielki, często decydują się na nie świadomie z przekonaniem, że tak będzie lepiej. Ile ludzi, tyle potrzeb i wcale nie jest powiedziane, że jeden, określony styl życia jest lepszy, czy gorszy od innego.

A życie singielki ma swoje zalety. Nie musi zbierać po nikim skarpetek z podłogi, nikt nie zostawia pustego kartonu po mleku w lodówce. Singielka nie głowi się, by partner uznał udział w pewnych obowiązkach za oczywistość — sama sobie jest sterem, żeglarzem i okrętem. Zapewne przydarzają się również wieczory, podczas których miło by było się do kogoś przytulić. Ale bycie signielką dziś, nie oznacza, że kobieta już zawsze będzie sama. Zapewne kiedyś przyjdzie czas, gdy z radością porzuci swój dotychczasowy sposób na życie.

11 rzeczy, przez które najfajniejsze dziewczyny najdłużej są singielkami 

Chociaż miło jest mieć kogoś, kogo można kochać i wspierać, nie ma nic bardziej ekscytującego i satysfakcjonującego niż relacja, którą tworzysz sama ze sobą. Jeśli uparcie trwasz przy byciu singielką i wcale ci to nie przeszkadza, być może wynika to z jednego (lub więcej) poniżej opisanych powodów. Każdy z nich jest dobry, by żyć po swojemu i być szczęśliwą.

1. Wiesz, że zasługujesz na najlepszego faceta

Nie uważasz, że powinnaś związać się z kimś, bo mama namawia, koleżanki to już dzieci rodzą, a ty nadal sama, jak ten palec. Najpewniej masz mocny charakter i dobrze wiesz, czego pragniesz. Nie skusisz się na pierwsze lepsze uczucie, bo zamiast desperackich posunięć wolisz uzbroić się w cierpliwość, którą los wynagrodzi.

2. Lubisz być niezależna

Nikt nie wisi na tobie przez pół dnia, wypytując, co będziecie robić wieczorem, bo ty lubisz mieć własne plany. Nie interesują cię sztywne granice i wskazówki, co możesz robić, a czego absolutnie nie powinnaś. A związki zazwyczaj mocno ograniczają dotychczasową niezależność kobiet.

3. Lubisz czuć adrenalinę

Związek i posiadanie rodziny dość mocno uziemia. I to dosłownie, bo odpowiedzialność za siebie łączy się z odpowiedzialnością za inną osobę. A jeśli lubisz wyrzut adrenaliny i masz ochotę na szaleństwa, zdecydowanie lepiej jest zaznać ich przed wejściem w układ z facetem.

4. Nie uważasz tworzenia związku za życiowy priorytet

Jedne marzą o mężu i trójce dzieci, inne wolą prowadzić życie niezależnej imprezowiczki. Jesteś świadoma własnej tożsamości i zwyczajnie ci nie odpowiada, że mężczyzna mógłby próbować na nią wpływać. W związku jesteś ty i on, czyli wy. Jako singielka, liczysz się tylko ty.

5. Uwielbiasz smak nowości

Pierwszy pocałunek, ekscytacja, która towarzyszy poznawaniu nowej osoby sprawia, że możesz nie mieć ochoty na ostygłe emocje za kilka miesięcy. Nikt nie powiedział, że musisz marzyć wyłącznie o miłości i seksie z jednym facetem.

6. Nie masz ochoty dzielić się tym, co posiadasz

Mieszkanie, pieniądze, a nawet czas, do tej pory należały tylko do ciebie. Jeśli jesteś z natury niezależną kobietą, wizja dzieleniem się częścią tych rzeczy z facetem jawić się jako mało pociągająca. Związek wymaga pewnych ustępstw i poświęceń, a nie każda kobieta jest od razu na nie gotowa.

7. Nie znosisz się tłumaczyć

Gdzie jesteś, z kim i o której wrócisz? Zupełnie jak u nastolatki pilnowanej przez mamę w czasach liceum! Dobrze to pamiętasz i nie marzysz o powtórce z rozrywki. Ingerowanie w czas, próba wpłynięcia na plany oraz decydowania o tym, co będziesz robić, może przyprawiać cię o gęsią skórkę.

8. Nie lubisz planować życia

Żyjesz tu i teraz, dla siebie i tak jak chcesz. Cieszysz się niezależnością, spontanicznością, którą często bycie w związku mocno ogranicza. Nie masz na to ochoty, a czas na dokładniejsze zaplanowanie reszty życia jeszcze przyjdzie.

9. Wolisz rozwijać karierę

Jesteś w najlepszym czasie swojego życia i próbujesz rozwinąć skrzydła. Pracujesz dużo i ambitnie, walczysz o to, by spełnić swoje marzenia. Myślisz sobie „kiedy, jak nie teraz?”. Bycie singielką sprawia, że bez wyrzutów sumienia możesz poświęcić się pracy i nikt nie będzie zajmować twego czasu i uwagi.

10. Nie chcesz brać za kogoś odpowiedzialności

Póki co masz swoje własne problemy i nie masz ochoty zajmować się problemami drugiego człowieka. Gdy doskonale poznasz swoje mocne i słabsze strony, w sposób świadomy będziesz mogła się zaangażować i wziąć na siebie odpowiedzialność. Bez przymusu i z potrzeby serca.

11. Lubisz własne towarzystwo

Nikt nie zna cię lepiej, niż ty sama! I dlatego wolisz własne towarzystwo, niż związek ciągnięty na siłę. Sama siebie nie będziesz irytować, zawsze zrobisz daną rzecz tak, jak lubisz, bez ingerencji drugiej osoby. Zawsze będzie tak jak chcesz.

A jak przyjdzie czas, że twoje towarzystwo zacznie cie męczyć, zapewne spotkasz odpowiedniego faceta, który skutecznie ściągnie twoją uwagę na jego obecność.

źródło: www.bolde.com


Kiedy kobiety mają najlepszy seks? Najprawdopodobniej wszystko jeszcze przed tobą

Ewelina Celejewska
Ewelina Celejewska
21 grudnia 2017
Fot. iStock/bymuratdeniz

Powszechnie uważa się, że najlepszy seks mamy w młodości. Wtedy, gdy jesteśmy młode, zgrabne i atrakcyjne. A przynajmniej powinnyśmy tak o sobie myśleć. Tymczasem okazuje się, że największą satysfakcję z życia seksualnego odczuwamy dużo, dużo później…

Ponad 2,5 tysiąca użytkowniczek aplikacji antykoncepcyjnej Natural Cyrcles wzięło udział w ankiecie, poświęconej zadowolenia z życia seksualnego. Kobiety zostały podzielone na trzy grupy pod względem wieku: poniżej 23. roku życia, między 24. a 35. i powyżej 36. roku życia. Każda z nich musiała określić, jak często uprawia seks, jak często ma orgazm, a także ocenić stopień zadowolenia z tej sfery życia.

Okazało się, że najbardziej usatysfakcjonowane są kobiety z ostatniej grupy, czyli powyżej 36 lat. Jak to możliwe? Po prostu dojrzałe kobiety są bardziej świadome swojego ciała i własnych potrzeb. Wiedzą, czego oczekują od faceta i potrafią określić, jakie pieszczoty sprawiają im największą przyjemność. Co więcej, mają zdecydowanie mniej kompleksów niż 20-latki.

Jak widać, seks najlepiej smakuje z wiekiem. To chyba miła perspektywa, prawda?

Źródło:


Zobacz także

Obsesja kontroli. Uwierz w to, że świat jest przyjazny

15 motywujących myśli od 15 wspaniałych kobiet. Kiedy następnym razem, życie kopnie cię w kostkę, przeczytaj 💗

Silne kobiety, te kilka rzeczy robią inaczej

Silne kobiety, te kilka rzeczy robią inaczej

cialis-viagra.com.ua/viagra-sildenafil/

там ka4alka.com.ua

https://pillsbank.net