Syndrom „wybawiciela”. Nie myśl, że uratujesz cały świat, bo pogrążysz samą siebie

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
25 września 2018
Fot. iStock/francescoch
 

Pomaganie innym jest jednym z zachowań cieszących się wielkim uznaniem społecznym. Altruizm daje nam poczucie, że poprawiamy życie drugiej osoby, że sprawiamy, że od teraz „ma lepiej”. Od dziecka uczy się nas wrażliwości na krzywdę drugiego i nagradza za umiejętność dzielenia się tym, co mamy z innymi. Czy jednak zawsze dobrze jest pomagać innym? Syndrom wybawiciela uczy nas, że czasem może być to bardzo szkodliwe.

Syndrom zbawiciela lub też wybawiciela jest stanem psychicznym, który sprawia, że ​​dana osoba stale odczuwa potrzebę pomocy innym. To uczucie popycha ją ku działaniom ekstremalnym, a nawet szkodliwym dla niej samej (oraz innych).

Zgodnie z oficjalną definicją, osoba cierpiąca na syndrom zbawiciela podświadomie wyszukuje sytuacje, w których może realizować swoją potrzebę ratowania innych. Bywa, że w rezultacie poświęca własne potrzeby, pragnienia i aspiracje, a nawet związek.

Problem polega na tym, że te cechy mogą łatwo doprowadzić do powstania toksycznych relacji z innymi.  Ogólnie rzecz biorąc, ludzie cierpiący na ten kompleks mają tendencję do życia we współzależnych relacjach. W większości przypadków jest to jeden z najgorszych rodzajów związków emocjonalnych, które mogą istnieć.

W owych relacjach jedna z osób stale potrzebuje pomocy drugiej, aby czuć się dobrze. Myśli, że nie może żyć bez tej osoby. „Zbawiciel” czuje się silniejszy dzięki zależności małżonka. Ale po pewnym czasie w końcu nudzi się i czuje się ograniczony potrzebami partnera.

Tak więc, we współzależnej parze, żaden z członków nie jest naprawdę szczęśliwy. Osoba uzależniona od miłości będzie miała coraz mniej poczucia własnej wartości i pewności siebie, podczas gdy druga czuje się przytłoczona i obwinia za to swojego małżonka.

Należy podkreślić, że dynamika ta nie występuje tylko w związkach. Może wystąpić również między przyjaciółmi, członkami rodziny, współpracownikami,

Jak sobie pomóc

Jeśli uważasz, że do pewnego stopnia cierpisz na syndrom  wybawiciela, zastosowanie kilku nowych zasad w twoim życiu może być bardzo pomocne,

Pamiętaj, że jesteś odpowiedzialny tylko za siebie. Każda osoba musi wziąć odpowiedzialność za swoje życie, swoje emocje i swoje działania. Nie musisz ratować ludzi, jeśli nie sprawia Ci to radości.

Naucz się odmawiać. Dla wielu ludzi odmowa zrobienia tego, o co prosi ich ukochana osoba, jest niezwykle trudna. Jednak brak tej umiejętności nieuchronnie prowadzi do uzależnienia. Techniki dominujące, takie jak asertywność, mogą  pomóc ci poprawić twoje relacje.

Ustal granice i pamiętaj, że twoje szczęście jest twoim priorytetem. Rodzice często wpajają dzieciom przeświadczenie, że dbanie o własne dobre samopoczucie, a nie o dobre samopoczucie innych, jest trochę samolubne. Ale jeśli działanie na rzeczy tych innych czyni cię nieszczęśliwym, to nie ma sensu. Jeśli naprawdę chcesz pomóc, spróbuj znaleźć sposób, aby to zrobić, unikając swojego cierpienia.


Na podstawie:


4 powody, dla których ślepo wierzymy w nasze złe związki

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
25 września 2018
Fot. iStock/martin-dm
 

Ile razy patrzyłaś na znajomych, przyjaciół i zastanawiałaś się, jak to możliwe, że tkwią oni w związku, który (co gołym okiem widać) jest po prostu dla nich zły? A jednak to dzieje się codziennie, wiele z nas jest w relacjach, w których widzi wady, gdzie dostrzega niedoskonałości, a jednak trudno nam się z nich uwolnić. Dlaczego to jest takie trudne? Co sprawia, że rozstanie z toksycznym partnerem wydaje się nam niemożliwe? Dlaczego ludzie, którzy świetnie funkcjonują w różnych obszarach swojego życia, tkwią w ślepym zaułku, jeśli chodzi o związek, dlaczego nie szukają zdrowych relacji, w których traktowani byliby z godnością i szacunkiem? Dlaczego tak trudno im zdobyć się na odwagę i odejść?

Zasada kosztów utopionych

Jest to zasada ekonomiczna, która często ma ogromne znaczenie, jeśli chodzi o podejmowanie decyzji dotyczących naszego związku. Koszt utopiony to nasze postrzeganie tego, co już zainwestowaliśmy, czego nie możemy odzyskać – często sprawia, że rzucamy cień na nową ścieżkę, obawiając się utraty naszej pierwotnej inwestycji. Mówimy: „Przecież to już tyle lat”, „Tyle razem przeżyliśmy”, „Jak zaprzepaścić to wszystko?”. To twój wybór, czy chcesz nadal poświęcać mnóstwo swojego czasu i energii na coś, czego nie da się naprawić czy zainwestować w to co nowe. Im dłużej i więcej inwestujesz w związek, którego zmienić się nie da, tym trudniej będzie ci odejść.

Warto dokonać racjonalnych obliczeń. Pomyśl: ta inwestycja jest już skończona i nigdy odzyskasz tego, co w nią włożyłaś. Jedyne, co możesz wziąć to to, czego się nauczyłaś. Zapamiętaj – to nie był strata czasu, masz doświadczenie, wyciągnęłaś wnioski z popełnianych błędów i porażek, to zaprocentuje w przyszłości.

Dysonans poznawczy

W skrócie, dysonans poznawczy występuje wtedy, gdy nasze myśli lub działania nie są ze sobą spójne. Nie podoba nam się, że do siebie nie pasujemy, więc staramy się to zmienić, żeby zmniejszyć napięcie i frustrację. Po pewnym czasie okazuje się jednak, że nic zmienić nie możemy, że to się nie uda i że nie był to właściwy wybór…

Załóżmy, że jesteś z kimś od kilku lat, kto nie traktuje cię bardzo dobrze. Wiesz o tym, bo powiedzieli ci to twoi przyjaciele, rodzina. Jednak jest w tobie inny głos, który mówi, że gdyby twój partner faktycznie traktował cię podle, to byś z nim nie wytrzymała tyle czasu… Przecież gdyby było tak źle, jak mówią inni, to już dawno powinnaś odejść. To konsekwencja tkwienia w toksycznym związku… Dysonans poznawczy. Nie możesz zmienić faktu, że spędziłaś z nim kilka lat, ale możesz przekonać siebie, że wcale nie było tak źle. I zostajesz.

Mit zmiany

Wiele osób tkwi w złym związku, bo wierzy, że już za chwilę, już za momencik nastąpi poprawa. Wszystko się zmieni na lepsze jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, gdy on zacznie mniej pracować, gdy zmieni pracę, gdy będzie mniej zestresowany, gdy skończy projekt, jak dostanie podwyżkę. Tymczasem dni mijają, a chwila, po której miała nastąpić zmiana przeciąga się w tygodnie, miesiące, a później lata.

Mit zmiany, daje nam fałszywe przekonanie, że gdy osiągniemy pewien punkt nasz związek wejdzie na nową ścieżkę, wszystko się poprawi i naprawi. Przekonujemy o tym samych siebie, wmawiamy sobie, że to, co się dzieje, to jedynie droga do osiągnięcia większego celu.

A co jeśli twoje życie skończyłoby się jutro? Czy twój związek wart byłby poświęcenia, na które się decydujesz? Co, jeśli dzisiaj jest naszym faktycznym celem podróży, bo jutra może nie być? Odpowiedz sobie na pytanie, czy twoje nadzieje związane są z czymś nad czym możesz zapanować? Nie oceniaj swojego związku w przyszłości czysto hipotetycznie, jaki ty masz realny wpływ na to, by coś się zmieniło?

Wyuczona bezradność

Trzymanie się kurczowo złej dla nas relacji może spowodować wywołać w nas spustoszenie, jednym ze sposobów jest wyuczona bezradność, kiedy przyzwyczajamy się do tego, że nie mamy wpływu na to, co się dzieje w naszym związku.

Załóżmy, że masz szefa, który krytykuje cię bez względu na to, co robisz – bez względu na to, czy ciężko pracujesz, czy nic nie robisz. Z czasem przekonasz się, że twój wysiłek nie ma kompletnie znaczenia, jesteś bezradna jeśli chodzi o uznanie twojego szefa. Poddajesz się, to całkiem zrozumiałe. Przyjmijmy jednak, że masz zupełnie nowego szefa, ale w tobie nadal tkwi stary sposób myślenia: nadal wierzysz, że twój wysiłek nie mają znaczenia, więc się nie starasz. Nauczyłaś się już bezradności i fałszywie nie doceniasz swojej kontroli nad sytuacją i wpływu na nią.

Ta dynamika staje się dość powszechna dla tych, którzy są złych związkach, ponieważ ich postrzeganie autonomii prawdopodobnie zostało zniszczone przez dominującego, niewrażliwego lub kontrolującego partnera. Przyzwyczajają się do tego, że nie są w stanie cokolwiek zmienić, więc przeklinają wszystkie rady mówiące, że mają wpływ na swoje życie. W rzeczywistości mogą czuć się znacznie bardziej bezradni, myśleć, że nie są w stanie znaleźć kogoś, kto będzie dla nich dobry, być może uważają, że na dobry związek nie zasługują. Do tego dochodzi przekonanie, że ich życie z pewnością nadal będzie do niczego, niezależnie czy odejdą czy zostaną.

Obarczeni wyuczoną bezradnością wierzymy, że nie mamy na tyle mocy i odwagi, by odejść, że nie jesteśmy w stanie funkcjonować poza tym związkiem. Nie zrobimy nic, by to naprawić, by zmienić swoje życie na lepsze.

Ratunkiem jest obecność przyjaciół, rodziny, którzy chronią nad przed nadmierną kontrolą partnera, którzy dadzą wsparcie, będę rozmawiać, słuchać i troszczyć się o nas w taki sposób, na jaki naprawdę na to zasługujemy.


źródło:


Kwas hialuronowy czy retinol? Sprawdź, jaki krem wybrać, gdy masz 20, 30, 40, 50 i 60 lat

Hanna Szczygieł
Hanna Szczygieł
25 września 2018
Fot. iStock / Tassii

– Oesu, czy ta stara baba w lustrze to ja? – jeśli jeszcze nie zadałyście sobie tego pytania, jesteście w bardzo dobrej sytuacji, bo o skórę trzeba dbać, zawsze. Ale jak? Co najmniej miliard opakowań w drogerii przekonuje nas o swojej wyjątkowości, a my jak na złość nie możemy dojść, komu uwierzyć. Mamy dla was małą ściągawkę. Sprawdźcie, co powinien zawierać krem czy kosmetyk do pielęgnacji twarzy, żeby najlepiej sprawdzał się, gdy mamy 20, 30, 40, 50 i 60 lat.

Gdy masz 20 lat – kwas hialuronowy

Przed trzydziestymi urodzinami skóra zazwyczaj jest w bardzo dobrej kondycji. Jest napięta i zdrowa. Na tym etapie zastosowane kosmetyki mają za zadanie ochronić skórę i nieco spowolnić proces starzenia. Idealnie sprawdzą się te, które zawierają kwas hialuronowy.

Kwas hialuronowy jest pogromcą suchej skóry. Przyciąga do siebie mnóstwo cząsteczek wody i dba o włókna kolagenowe. Wypełnia przestrzeń międzykomórkową naskórka, dzięki czemu skóra jest w jeszcze lepszej kondycji. Pamiętajcie, aby wybierać preparaty z niskocząsteczkowym kwasem hialuronowym – tylko ten, przeniknie w głąb skóry i zadziała tak, jak sobie tego życzymy. Koniecznie stosujcie kosmetyki z filtrem UVA i UVB.

Gdy masz 30 lat – retinol

Po trzydziestce – zupełnie niepotrzebnie 😉 – skóra zaczyna się starzeć. Spowalniają mechanizmy regeneracji i produkcja włókien kolagenowych, zaczyna tez brakować elastyny. Zmiany zaczynamy zauważać w lustrze. To co jeszcze parę lat temu miałyśmy w gratisie od natury, teraz trzeba wypracować odpowiednią pielęgnacją. Skóra traci jędrność, mogą pojawiać się pierwsze, jeszcze dyskretne zmarszczki. Możecie tez zauważyć pierwsze plamy posłoneczne, jako rezultat niestosowania filtrów przeciwsłonecznych w dzieciństwie i młodości.

Z odsieczą przybywa retinol – choć kojarzy  nam się głównie z kremami 40+. W tym wieku warto stosować krem z retinolem cyklicznie, np. jesienią i zimą lub przeprowadzać miesięczne kuracje na noc. Retinol ma działanie złuszczające, pomoże pozbyć się przebarwień, spłyci zmarszczki i pomoże z ewentualnymi wypryskami. Niestety nie sprawdzi się w przypadku skóry bardzo wrażliwej – może powodować niepożądane reakcje takie, jak zaczerwienienie czy pieczenie. W takim przypadku najlepiej wybrać się do dermatologa, który pomoże dobrać kosmetyk z odpowiednio niskim stężeniem retinolu.

Gdy masz 40 lat – peptydy, koenzym Q10

Po czterdziestce pora na konfrontację z rzeczywistością. Skóra traci jędrność, owal twarzy nieco opada a „pierwsze zmarszczki” widać już nie tylko wtedy, gdy śmiejemy się jak wariatki. Oczywiście, jeśli wcześniej skóra była zadbana i nie czekałyśmy na ostatni dzwonek, zmiany nie pojawią się, gdy tylko zdmuchniemy świeczki na torcie. Jednak z reguły to czas, kiedy zapobieganie trzeba zamienić na działanie. A czym „zadziałać” najlepiej?

Skóra staje się przesuszona, produkcja kolagenu zwalnia jeszcze bardziej, a niedługo przed 50-tym rokiem życia, możemy zacząć odczuwać skutki zmian hormonalnych. Pomogą kremy z peptydami i koenzymem Q10.  Peptydy są aminokwasami, które potrafią dotrzeć do głębokich warstw skóry – czyli dokładnie tam, gdzie zachodzą niekorzystne zmiany. Można wyróżnić kilka różnych rodzajów peptydów, ze względu na ich działanie. Peptydy mogą przenosić składniki aktywne, podpierać włókna kolagenowe, spłycać zmarszczki, rozjaśniać przebarwienia i wyrównywać koloryt skóry. Są łaskawe dla skóry i nie wywołują podrażnień.

Koenzym Q10 to paliwo dla komórek skóry. Jest odpowiedzialny za odpowiednie dotlenienie.

Gdy masz 50 lat – fitoestrogeny

Około pięćdziesiątego roku życia zaczyna spadać poziom kobiecych hormonów. Proces ten przebiega powoli i prowadzi do menopauzy. Obniżenie poziomu estrogenów znacząco wpływa na skórę. W ciągu pierwszych pięciu lat ilość włókien kolagenowych i elastylowych spada aż o jedną trzecią. Skóra bardzo wyraźnie traci jędrność. Pewną nowością na rynku są kosmetyki z fitohormonami roślinnymi, które naśladują działanie ludzkich estrogenów. Nadal dobrze sprawdzą się kosmetyki z peptydami i koenzymem Q10, ale warto uzupełnić ich działanie o preparaty działające na przyczynę zmian, a nie tylko efekty.

Pamiętajcie o solidnym nawilżaniu i ochronie – skóra nie jest już tak wydolna i samowystarczalna, jak kiedyś. Szybko się odwadnia.

Gdy masz 60 lat – witamina D

A to niespodzianka, witamina po sześćdziesiątce? A tak! Oczywiście nie oznacza to, że nasze kosmetyki z peptydami i koenzymem przestajemy lubić, to pora na to, by nieco je podrasować. Po sześćdziesiątym roku życia funkcje skóry bardzo się pogarszają, do oznak starzenia dochodzą jej problemy niewydolnościowe, odwodnieni i zmiany przerostowe czy przebarwienia. Witamina D jest odpowiedzialna za regenerację – naturalną odnowę skóry. Pamiętajcie również o wspomaganiu płaszcza lipidowego skóry – pomogą wam w tym olejki do pielęgnacji twarzy i bardziej tłuste w konsystencji kremy.


Na podstawie: 


Zobacz także

Zawsze mówiąc o kimś innym, tak naprawdę opowiadamy o nas samych, co nas w sobie drażni, do czego boimy się przyznać, co chowamy przed światem

5 powodów, dla których nie warto nigdy mieć dzieci

Prawdziwa miłość jest dla realistów. Romantyzm potrafi być męczący...

Prawdziwa miłość jest dla realistów. Romantyzm potrafi być męczący…